01.11.2017

#5 Listopadowe wyzwanie fotograficzne


O tym, co było, gdy mnie nie było - już wkrótce, obiecuję! Dzisiaj przybywam z czymś innym, nowym, ale mam nadzieję, że nie po raz ostatni. Otóż uparłam się, by stworzyć... WYZWANIE FOTOGRAFICZNE. Wiecie, na listopad może być ono nieco niedopracowane, bardziej uniwersalne niż planowałam, ale jest moje pierwsze. Mam nadzieję, że każde kolejne będzie nieco lepsze, jak wszystko, co tworzymy po raz kolejny - mamy czas, by się podszkolić i coś dopracować.

Graficznie, wiadomo, mam dwie lewe ręce, ale postaram się coś jeszcze stworzyć - póki co wrzucam to, co mam. Coś lepszego niedługo dorzucę - słowo!

Z wyzwaniami w moim przypadku bywa różnie - zwykle mam spory zapał, ale po jakimś czasie on obumiera. Chociażby dlatego, że czegoś mi brakuje - no nie wiem, motywacji? Samozaparcia? A może zwyczajnie czyjegoś wsparcia? Biorąc udział w poprzednim wyzwaniu udało mi się opublikować 23/31, więc praktycznie 3/4 zamierzonego celu. Niestety - to wciąż nie jest sto procent, na których by mi zależało. Mam nadzieję, że tym razem będzie lepiej - w końcu sama stworzyłam to wyzwanie!

LISTOPAD Z HUMANISTKĄ


Wyzwanie jest dla każdego chętnego. Nie trzeba się nigdzie zapisywać, nie trzeba deklarować swojej chęci, potwierdzać również nie. To ma być tylko dobra zabawa. Nie musisz mieć drogiego sprzętu za kilka tysięcy, wystarczy telefon komórkowy.

TERMIN WYZWANIA

Całość trwa od 1 do 30 listopada 2017 roku. Możecie opublikować jedno zdjęcie bądź kilka, ale nic nie sprawi Wam takiej frajdy, jak późniejsze podsumowanie calutkiego miesiąca, wszystkich trzydziestu dni. 

PODSUMOWANIA

Do 10 grudnia tutaj pod tym postem możecie publikować swoje podsumowania tego wyzwania. Ich forma jest dowolna, jak całą reszta. Wszystko zależy od Was i Waszej kreatywności. Po tym terminie wybiorę 30 najlepszych zdjęć (po jednym zdjęciu na dzień) i opublikuję w poście podsumowującym całość. 

GDZIE PUBLIKOWAĆ

Gdzie chcecie - na instagramie, na blogu, na facebooku, zarówno prywatnym, jak i publicznym, na twitterze bądź tumblerze. Gdzie chcecie. Na instagramie oznaczajcie mnie @sonsdanoite oraz wrzucajcie hasztagi #listopadzsonsdanoite oraz #wyzwaniesonsdanoite. Będę podglądać, jak Wam idzie!


A teraz czas na listę trzydziestu haseł - mogą Wam pomóc w zabawie, mogą ją również utrudnić. Jak to wyzwania. W większości są to hasła jednowyrazowe, mające za cel naprowadzić Was na dany temat. Jak go zinterpretujecie to już tylko i wyłącznie Wasza sprawa. Starałam się, by było łatwo. Zobaczymy, jak wyszło.



Są chętni? Są gotowi? No to... 

CZAS START!


Widzimy się na mecie. 

Powodzenia!

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

16.07.2017

#4 Read week


Znowu sobie to robię... 

W pierwszym tygodniu lipca (3-9.07) odbył się bookAThon, w którym to zamierzałam wziąć udział i, tak jakby, kompletnie poległam. Nie będę tłumaczyć dlaczego - nie widzę w tym sensu. Teraz natknęłam się na read week, a więc coś podobnego do bookathonu, tylko w drugiej części lipca i - jak to ja - postanowiłam znów spróbować swoich sił, choć powinnam tych sił spróbować w czymś innym - w pisaniu bardzo ważnej rzeczy. Zobaczymy, jak się sprawy potoczą... 

Kilka słów wyjaśnienia:

Read week, a wcześniej i bookAThon, to takie tygodniowe, czytelnicze wyzwania - siedem dni, siedem książek. No, właściwie sześć, bo ostatni dzień to ewentualny moment doczytania tego, z czym nie wyrobiliśmy się podczas całego tygodnia. Organizatorzy podrzucają pomysły na kategorie książek, minimum stron do przeczytania i obserwują całą zabawę, bo można wszystko wrzucać na wydarzenie na Facebooku, grupach facebookowych albo na Instagramie z odpowiednim hasztagiem. Ogółem - musi być zabawa, nic więcej. 
Cóż, zabawa zabawą, a Patrycja kompletnie poległa podczas bookathonu, bo nie dałam rady ogarnąć nawet całej jednej książki. Tak jakoś nie mam ostatnio serca do czytania tego, co powinnam, chociaż ciągnie mnie do tego, czego nie powinnam - jak teraz, gdy ciągnie mnie do Biletu do szczęścia, książki Chciałabym, chciała... czy całej serii Dotyk Crossa, które to niedawno dostałam. Jak żyć? 



1. Książka z letnią okładką
Myślę, że najlepiej będzie, gdy wybiorę Jeden dzień, Davida Nichollsa. Już kiedyś próbowałam przebrnąć przez tę książkę, ale miałam z tym drobny problem, nie umiałam się wciągnąć - może tym razem będzie nieco lepiej? Pamiętam, że mi się podobała - dlaczego więc nie umiałam jej skończyć, tego nie wiem. Ilość stron: 448

2. Książka przypominająca czasy dzieciństwa
Cóż, bezapelacyjnie czas na Harry Potter i Kamień Filozoficzny, Joanne Rowling, bo to w stu procentach czasy mojego dzieciństwa, a i pilnie potrzebuję, by odświeżyć sobie całą serię. W końcu połączę przyjemne z pożytecznym. Ilość stron: 324

3. Co nieco klasyki latem
Cóż, jeśli tylko uda mi się dotrzeć do książek (źle je sobie poukładałam i musiałabym wszystko ściągnąć) to przeczytam Romeo & Julia, Williama Shakespeare'a. Gdyby jednak mi się nie udało (a jest to bardzo prawdopodobne) to sięgnę po dziecięcą klasykę, a więc po Alicję w Krainie Czarów, no i może Alicję po drugiej stronie lustra, Lewisa Carolla. W pierwszym przypadku czeka mnie: 270 stron, w drugim: 372.

4. Wakacyjny re-read, czyli książka, którą czytałaś w wakacje
Wracamy do mojego dzieciństwa - Harry Potter i Komnata Tajemnic, Joanne Rowling. Kiedyś czytałam całą serię co wakacje, od kilku lat nawet jej sobie nie odświeżałam - najwyższa pora to zmienić! No i, tak jak w punkcie drugim, muszę połączyć przyjemne z pożytecznym. Ilość stron: 368

5. Letni dreszczyk - książka, przy której się przestraszysz
Tutaj chyba miałam największy problem, ale postanowiłam w końcu sięgnąć po Remigiusza Mroza, a raczej jego książkę - Wotum nieufności. Mam sześć jego książek, a jeszcze żadnej nie przeczytałam, to chyba najlepszy moment, by trochę się zaznajomić z jego twórczością. Obym się nie zawiodła, a mam jakieś takie przeczucie, że jeśli już uda mi się ją przeczytać - nie zawiodę się! Ilość stron: 624

6. Wakacje - książka z siedmioliterowym tytułem
Podczas bookathonu nie udało mi się nawet po nią sięgnąć, może tutaj będzie lepiej? Pod prąd, czyli biografia (wywiad-rzeka) z Robertem Biedroniem, to książka, na której bardzo mi zależało. Mam nadzieję, że warto było czekać z jej przeczytaniem, na ten odpowiedni moment. Ilość stron: 256

7. Przeczytaj 1000 stron podczas całej akcji
Cóż, w moim przypadku będą dwa warianty:
Z Romeem i Julią przeczytam: 2290 stron, z kolei z Alicją w Krainie Czarów: 2392 strony. Chyba znowu przesadziłam. Chyba to wszystko jest niewykonalne. Chyba lubię takie wyzwania. 


Organizatorzy Read Week:



Ja jutro uda mi się dotrzeć do wszystkich książek (mam w domu, ale trochę źle je porozmieszczałam i dostęp jest ograniczony) to na pewno - jak w każdym przypadku - opublikuję zdjęcia na moim Instagramie, na który serdecznie zapraszam: https://www.instagram.com/sonsdanoite/

Ktoś z Was również szykuje się do read week? Z jakimi tytułami spędzicie najbliższy tydzień? Dajcie znać, może znajdę nowe, warte uwagi tytuły? 


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

10.07.2017

#3 1461 dni blogowania


Tak mi szybko czas ostatnio leci, że ani się obejrzałam, a... przegapiłam urodziny bloga! Rozumiecie to? Wyrodna matka ze mnie - zapominać o urodzinach własnego dziecka. Tyle, że to nie do końca tak jest, jak wygląda - niby rano wstałam i pamiętałam, że cholera, dzisiaj mamy urodziny!, ale później był alergolog, później biegłam do dentysty... a potem chciałam już tylko zakopać się pod kołdrę i obudzić się za tydzień, gdy już będzie po - mam nadzieję - ostatniej wizycie. W natłoku zajęć wszystko zwyczajnie wyleciało mi z głowy. Nic nowego.

Wychodzę jednak z założenia, że lepiej późno niż wcale, a to oznacza, że nie ważne kiedy, ważne że w ogóle coś postanowiłam ogarnąć. A uwierzcie mi - ostatnio nie mam na nic ochoty. To nawet nie tak, że nie mam siły - nie mam chęci! Najmniejszych! Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kompletnie mnie to nie interesuje, nawet nie mam wyrzutów sumienia, bo mam wyrzuty w innym kierunku... Połowa roku zawsze bywa dla mnie dosyć trudnym czasem - wiecie, jedni w grudniu/styczniu robią sobie podsumowania roku, myślą czy ich życie ma sens i tak dalej (pomijając tych ludzi, którzy cały czas o tym myślą), a mnie to trafia zawsze w czasie wakacji i tuż przed nimi. Czasem dochodzę do wniosku, że wakacje u mnie nie mają prawa bytu - za dużo czasu do myślenia, za mało działania. No nic.

Nie wiem czy wiecie, ale w piątek minęły... CZTERY LATA, odkąd jestem z Wami! Cztery lata blogowania, pisania tekstów, wrzucania zdjęć, wymyślania nowości, reklam... Cztery lata, kupa czasu. Nawet nie wiecie, jak wiele rzeczy się w tym czasie wydarzyło. Wiecie? Pewnie nie wiecie, dlatego postanowiłam zrobić krótkie podsumowanie - nie tylko blogowe, ale również życiowe. Wiele się zmieniło, ale nie wiem ile na lepsze, a ile na gorsze. Zrobimy krótkie podsumowanie i małą historię bloga. Mam tylko nadzieję, że Was nie zanudzę.

CZTERY LATA,

czyli 1461 dni blogowania

Uwierzycie w to? Tyle dni, tyle postów, prób, pomysłów... Tyle chwil zwątpień! Nie ma co się oszukiwać, że od początku z pełną werwą prowadziłam bloga i nigdy się nie wahałam czy to jest to, co lubię. Ile miałam prób, by zacząć od nowa, albo chęci, by to wszystko rzucić w cholerę. Przecież nie będę się oszukiwać - ani siebie, ani Was - wszyscy to widzieli, wszystko widać na blogu. Nawet ostatnio przycichłam, bo w planach miałam naprawdę duże zmiany, ale - jak widzicie na załączonym obrazku - wszystko pozostało po staremu.

Przez ostatnie cztery lata usunęłam około dwudziestu, może nawet trzydziestu postów - chociaż naprawdę tego nie popieram - usuwania i dodawania - to jednak nie mogłam się powstrzymać, bo gdy zaczynałam po raz pierwszy od nowa, to wpadłam na pomysł, by wszystkie posty ukryć, a te niepotrzebne wykasować, no bo nawet jeśli będę chciała ponowić publikację starych, no to te mi się nie przydadzą. Guzik prawda. Strasznie żałuję, że usunęłam calutki cykl niedzielnych inspiracji, które to publikowałam przez jakieś pół roku, a może i dłużej. Wciąż się zastanawiam czy nie wrócić do tego cyklu - a raczej: czy nie zacząć go od początku, ale na nieco innych zasadach. Kto wie, zobaczymy.

Przez ponad dwa lata mogliście publikować komentarze za pomocą bloggera, a więc tak, jak to zwykle bywa na blogach tejże platformy. Później - chociaż trochę niechętnie i bez przekonania - zdecydowałam się, by w końcu przejść na diqus. I przyznam szczerze, że nawet tego nie żałuję, chociaż wciąż nie do końca potrafię go ogarnąć - widocznie jestem technicznym ignorantem, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Przez ostatni rok walczyłam z własną domeną, ale jak widzicie na załączonym obrazku - WALKĘ PRZEGRAŁAM Z KRETESEM. Wiecznie wyskakiwał mi jakiś Bład13 czy inne cholerstwo, którego nikt nigdy nie miał, nikt nie napisał żadnego poradnika, jak sobie z nim poradzić... Cisza kompletna. Niestety, czas domeny się skończył, a ja nawet nie miałam siły, by znów ją wykupić - bo i po co, skoro nie mogłam z niej korzystać? Może w przyszłym roku wrócę do zabawy z domeną, jak uporam się ze wszystkim, co teraz jest wokół mnie.

Przez całe cztery lata blogowania zdobyłam ponad 105 tysięcy wyświetleń. Wiem, że sporo blogerów, tym bardziej tych z długim stażem, zdobywa tyle wyświetleń tygodniowo, a czasami nawet dziennie, a ja zdobyłam je przez cztery lata. Nieważne. 105 tysięcy w cztery lata to dla mnie piękny wynik, ale przede wszystkim jakaś mała świadomość, że jednak tutaj wpadacie, zaglądacie i może czytacie. I wiecie co? Kiedyś w końcu moje statystyki skoczą, zamiast drobić w miejscu niczym gejsza.

Przez cztery lata blogowania opublikowałam prawie dwieście postów, z czego - na chwilę obecną - na blogu dostępnych jest jedynie 161 postów, w tym najwięcej z roku 2014, bo aż 57. Liczyłam na to, że teraz uda mi się pobić rekord, ale jeśli dobrnę do 30 to będę z siebie naprawdę dumna. Bo nie wiem czy wiecie, ale dzisiejszy post jest dopiero dziewiątym postem w tym roku. Mam nadzieję, że w końcu się ogarnę i zacznę wszystko publikować tak, jak powinnam to robić do tej pory.

Przez ostatnie cztery lata 653 osoby polubiły blogowy fanpage, chociaż ostatnio on również przechodzi jakiś kryzys, który obiecuję przełamać. Obserwując moich ulubionych blogerów widzę, że przecież mogę pisać o wszystkim, nie tylko o samym blogowaniu. Muszę tylko zacząć o tym pamiętać, więc trochę to jeszcze potrwa. Ale obiecuję poprawę!

Nie wiem czy wiecie, ale w tym samym czasie, gdy zakładałam blog, założyłam również swój instagram - z tym, że założyłam go pięć dni wcześniej. A raczej ze dwa tygodnie wcześniej, ale dopiero drugiego lipca 2013 roku dodałam pierwsze zdjęcie. Uwielbiam przeglądać instagram, choć coraz trudniej jest mi się dostać do tych początkowych - w końcu muszę się przedostać przez (na chwilę obecną) 2646 zdjęć. Czasem jak oglądam te pierwsze to widzę, jak wszystko się zmieniło - jak ja się zmieniłam, jak poszłam do przodu, chociaż wciąż często się potykam i coś mi nie wychodzi, ale zawsze z pokorą staram się przyjmować konstruktywną krytykę. Wiadomo, czasem krytyka boli i nie chcemy jej do siebie dopuścić, ale jednak często się przydaje. Wracając jednak do zdjęć - widzę zmianę w edycji, w ich robieniu, kadrowaniu. Zmianę w ich jakości, bo te początkowe nie miały ani ładu ani składu. Teraz czasem też go nie mają, ale bywa dużo lepiej. Ja to widzę.

W ostatnim czasie dużo bardziej poświęciłam się działalności instagramowej niż tej blogowej, stąd właśnie mniej mnie tutaj i na fanpage'u. Powoli jednak planuję wracać i stopniowo wprowadzać zmiany, by nieco uporządkować ten mój piekielny chaos. Nie oszukujmy się - humanistkę na obcasach można by było nazwać blogowym chaosem - wszystkiego jest pełno, a jak wiemy: jeśli coś robi wszystko, to nie robi nic. Albo raczej - jest do dupy, ale nikt nie chce tego przyznać. Mój książkowo-życiowo-ślubowo-jedzeniowo-podróżniczy pierdolnik (to tak w skrócie) przejdzie zmianę, choć wciąż zostanie w podobnej formie - dużo prościej będzie można się odnaleźć w tym, co do tej pory mogło sprawiać mniejsze lub większe trudności. Obiecuję poprawę!

Przez cztery lata miałam wzloty i upadki. Obecnie upadłam najmocniej, ale to oznacz tylko tyle, że teraz pozostaje mi jedynie powoli się dźwigać i zaszaleć. Myślicie, że dam radę?

Rok temu dostałam się na See Bloggers do Gdyni - pojechałam i był to czas do przemyśleń, naprawdę wielu przemyśleń. W tym roku zgłosiłam się zarówno do Blog Conference Poznań, jak i kolejnej edycji See Bloggers. Liczyłam także na Blog Forum Gdańsk, ale... cóż, na BCP się dostałam i na SB też mogę jechać. Problem polega na tym, że do Poznania nie dałam rady dojechać przez zajęcia na uczelni, a do Gdyni nie pojadę, bo kilka innych spraw się skomplikowało. Gdańsk również pozostaje w marzeniach przyszłorocznych, bo w tym samym terminie liczę na obronę na studiach, a wiadomo, są rzeczy ważne i ważniejsze. W przyszłym roku będzie lepiej. 2018 rok będzie pod znakiem blogowym, słowo!

Z rzeczy nieco mniej związanych z blogiem - w tym roku dostałam zaproszenie na Międzynarodowy Festiwal Fotograficzny na Sycylii. Niestety, nie wypaliło, ale pozostaje sama świadomość, że to zaproszenie do mnie trafiło. Wiecie, jak wiele to dla mnie znaczy? Choć wiele mogę zarzucić mojemu fotograficznemu warsztatowi to jednak ktoś mnie docenił. Niesamowite uczucie. Tak samo, jak to, gdy w 2016 roku mój niedokończony tekst wygrał konkurs - chociaż jest to jedynie strona, która pozostawia wiele do życzenia, to jednak dla mnie to kolejna rzecz, która wiele dla mnie znaczyła. Kolejny raz zostałam doceniona, w taki czy inny sposób.

Cztery lata to naprawdę dużo czasu. Dużo wspomnień. Wzlotów, upadków, radości i smutków. Kawał czasu. Mam nadzieję, że za kolejne cztery lata znowu będę mogła tutaj podsumować działalność bloga, a może nawet będę mogła pochwalić się czymś więcej? Zobaczymy.

Dziękuję Wam, że ze mną jesteście!

xoxo


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

27.05.2017

#2 Książę na białym koniu czy palant na ośle? [R] Konkurs na żonę, Beata Majewska.

Zdjęcie autorskie, nie kopiować. Źródło: https://www.instagram.com/p/BUjPhunhRAv/

Jest mi niesamowicie miło, że w końcu mogę przedstawić Wam recenzję książki, której premiera odbyła się niecałe trzy tygodnie temu. To moja pierwsza, porządna recenzja w tym roku. Mam nadzieję, że nie ostatnia, a od dzisiaj będzie tylko prościej i częściej. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam miłej lektury.

Konkurs na żonę, Beata Majewska


TYTUŁ: Konkurs na żonę
AUTOR: Beata Majewska
LICZBA STRON: 303
WYDAWNICTWO: Książnica
KATEGORIA: literatura obyczajowa i romans
DATA WYDANIA: 10 maja 2017
JĘZYK ORYGINAŁU: polski
OCENA: 7/10
WYZWANIE: Czytam, bo polskie; 52 książki; Przeczytam tyle ile mam wzrostu + 2 centymetry

Świat się nie kończy, gdy bliska osoba odchodzi lub zawodzi. Ciągle jeszcze jest ktoś dla Ciebie najważniejszy, ty sama.

W czasie weekendu majowego przeglądałam, jak zawsze, polecane posty na Instagramie. Tam właśnie trafiłam na zdjęcie dużej ilości jednakowych, białych książek, z różowymi elementami. Niby troszeczkę kiczowate, ale trafiło w mój gust. Nie wiedziałam o czym książka będzie, nie czytałam jej opisu, nie miałam też nigdy wcześniej do czynienia z tą autorką. Zaryzykowałam, bo byłam prawie pewna, że to kolejne romansidło, a ja, no cóż, jak każdy, mam swoje guilty pleasure i uwielbiam zaczytywać się w takich książkach. Cały weekend majowy przesiedziałam z niecierpliwością, oczekując przesyłki od grupy wydawniczej Publicat. Dzień przed premierą przybył do mnie Konkurs na żonę, a ja od razu musiałam otworzyć paczkę, choć stałam na przystanku autobusowym. Odwróciłam książkę, zajrzałam na blurb:

Młody prawnik z Krakowa, Hugo Hajdukiewicz, planuje jak najszybciej zmienić stan cywilny. Założenie rodziny przed trzydziestymi urodzinami to warunek narzucony mu w testamencie przez wuja. W poszukiwaniu idealnej kandydatki pomysłowy biznesmen wprowadza w życie plan "Żona". 
Wkrótce poznaje młodziutką, nieśmiałą studentkę. Niedomyślająca się niczego dziewczyna szybko ulega urokowi przystojnego mężczyzny. Jednak misternie przygotowany plan matrymonialny niespodziewanie wymyka się spod kontroli...

i mój zapał nieco opadł. Zmroziło mnie. Kojarzycie może efekt déjà vu? Dopadł mnie od razu po przeczytaniu opisu. Bogaty i niezależny biznesmen? Młoda i naiwna studentka? Gdzieś to już czytałam... Gdzieś to już cały świat czytał! Moje pierwsze skojarzenie to bestsellerowa trylogia Pięćdziesięciu odcieni szarości, choć brak tutaj sado-maso i innych elementów tego typu. Poczułam się trochę nieswojo, choć obiecałam, że przeczytam książkę do końca. Jedyne czego się bałam to tego, że to kompletnie nieprzemyślany zabieg, zwykła inspiracja. Ale dalej czytałam, by w końcu w jedenastym rozdziale autorka rozwiała wszystkie moje wątpliwości - to był specjalny zabieg, o czym uświadamia nas zdanie Marta (...) orzekła przy herbatce pitej w uczelnianym bufecie, że Hugo zachowuje się jak Grey, i spytała, czy nie ma w apartamencie specjalnego czerwonego pokoju. Nie wiem dlaczego, ale jakoś mnie to uspokoiło, a na pewno nie sprawiło, że chciałam odrzucić książkę i więcej do niej nie wrócić. Mało tego! Chciałam ją już skończyć, żeby wiedzieć co dalej, jak potoczy się cała ta historia, co się wydarzy, co z bohaterami.

Stwierdził to już na pierwszej randce w restauracji. Była inna. Inna niż wszystkie kobiety, jakimi się do tej pory otaczał. Inna niż matka i babka. Irytująco ufna, naiwna, kochająca, rodzinna i ciepła, szczera i otwarta, z tym swoim małym dziewczęcym sercem na wyciągniętej dłoni. Jakby chciała ofiarować je każdemu, kto tylko wyrazi życzenie, aby je mieć. A Hugo nie chciał. Nie chciał znowu cierpieć, wolał siedzieć w swojej eleganckiej skorupie i być cyborgiem, który nie czuje.

To pierwsza książka, której naprawdę się bałam. Bałam się, że będę miała problem ją przeczytać, że bohaterowie nie będą spełniać moich oczekiwań, że wszystko będzie płaskie i niewyjaśnione. Dawno nic mnie nie zaskoczyło w tak pozytywny sposób! To nie jest jakieś opowiadanie czy nudne romansidło bez większego sensu. Nie. Konkurs na żonę jest pełen naprawdę zróżnicowanych postaci - od nieco nieśmiałej Łucji, która okazuje się być koszmarną gadułą, przez bogatego Hugona, skrywającego w sobie wiele tajemnic, Adama, czyli najlepszego przyjaciela Hugona, który jest niezwykłym lekkoduchem, aż do przyjaciółek Łucji, czyli dziewczyn pochodzących z zupełnie innej planety.

Jakimi słowami mogłabym określić Konkurs na żonę? Myślę, że spokojnie nowoczesną powieścią, z bardzo swobodnym językiem. Widać, że wszystko jest płynne, lekkie, a postacie nie wypowiadają się z niesamowicie sztuczną poprawnością językową. W końcu nie każdy w życiu jest ą, ę, ludzie są zróżnicowani, mają inne charaktery, różnie się zachowują. Choć na samym początku książki nie umiałam się w nią wczuć i po czwartym rozdziale miałam wrażenie, że już wszystko - prócz wieku bohaterki! - jest dla mnie jasne i nic mnie nie zaskoczy, tak później bałam się, że z każdą kolejną stronę jest coraz bliżej końca, a ja, tak naprawdę, nie chciałam rozstawać się z bohaterami. Chciałam więcej, chciałam dalej... Czuję niedosyt, choć w przygotowaniu jest już druga część - Bilet do szczęścia. Mam nadzieję, że tam wyjaśni się wszystko to, co pozostawiło mnie z pewnym niedosytem.

- Zagórska dostała jakiegoś niespodziewanego skoku oksytocyny i gdy zobaczyła w DULCE taki mały kocyk w króliczki, prawie zeszła. - Olka nie szczędziła detali. - Tuliła go do siebie jak używane bokserki ostatniego faceta na świecie.

Zanim przejdę do pełnego podsumowania - muszę powiedzieć, że czułam pewną złość i irytację, gdy czytałam kolejne spolszczenia angielskich słów (jak w przypadku dżezu, przez który zaczęłam zgrzytać zębami) i różnego rodzaju angielskie wtrącenia, choć tutaj były w pełni uzasadnione - Hugo spędził parę ładnych lat w Ameryce, więc zdarzało mu się mówić i myśleć nie tylko po polsku. Mimo wszystko nieco mnie to drażniło, tak jak jego nope, choć moi znajomi często tego używają. Ze strony technicznej zasmuciło mnie kilka literówek (pod sam koniec książki) i jej forma wydania - zdecydowanie zbyt cienka okładka, która gniecie się przy najmniejszym dotyku i strony, które łatwo można podrzeć, bo mają słaby papier. Niby tylko takie szczegóły, ale - nie oszukujmy się - diabeł tkwi w szczegółach.

Choć początkowo denerwowały mnie postacie - i nie byłam pewna, która z nich denerwuje mnie bardziej - tak z każdą kolejną stroną czułam, że to wszystko to coś dla mnie. Idealnie. Były momenty, w których się śmiałam i były też takie, w którym poczułam wzruszenie. Polubiłam szalone przyjaciółki Łucji i ciepło jej rodzinnego domu na wsi. Spodobało mi się jej nieprzerwane gadanie, bo poczułam swoistą bliskość z bohaterką - może nie na każdy temat, jak w jej przypadku, ale ja też potrafię gadać, gadać i gadać, momentami niesamowicie zanudzając ludzi, którzy spędzają ze mną czas - czy z własnej woli czy też z przymusu (rodzina). Łucja była niesamowicie prostolinijna i bardzo otwarta na wszystko i wszystkich. W pewnym momencie zaczęłam się z nią utożsamiać, bo tak jak ona, daję wszystkim szansę.

Wybaczamy dla siebie. Rozumiesz? Gdy mu wybaczysz, zrobisz to dla siebie. To ty poczujesz większą ulgę, nie on.

Było mi niesamowicie miło, że mogłam ją przeczytać i zagłębić się w świat Łucji i Hugona. A raczej w dwa różne światy, bo oni sami byli niczym ogień i woda. Mam też nadzieję, że druga część już niedługo trafi w moje ręce, a ja dowiem się, jakie tajemnice kryje w sobie Hugo Hajdukiewicz, bo - tego jestem pewna - jest ich bardzo dużo.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A


Miłego dnia i do ponownego przeczytania,

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

11.05.2017

#1 Galopująca cebula


Raz na jakiś czas różne sklepy decydują się na promocję jakiegoś działu bądź ogólną wyprzedaż asortymentu. Czasem przechodzi to wszystko bez echa, choć najczęściej odzywa się w społeczeństwie ta dziwna cecha grosików, co to kupują jedynie, gdy ktoś obniży im cenę. Nie ważne, że jest to obniżka o pięćdziesiąt groszy, to już nie jest ważne. Ważna jest niższa cena, a jeśli do tego promocje się łączą... hulaj dusza, piekła nie ma!

- 55% w Rossmannie

Jedna z najsłynniejszych sieciówek kosmetycznych przynajmniej raz na pół roku organizuje różnego rodzaju promocje. Zwykle jest to -49%, na różny asortyment, zmieniający się co kilka dni. Raz oczy, raz usta, raz coś tam. Nie powiem - sama często daję się porwać tymże wyprzedażom, bo moje ulubione cienie przecenione prawie o połowę to coś cudownego. W końcu mogę kupić dwa w cenie jednego. No, prawie. Gdy w grudniu zeszłego roku pojawiła się promocja dwa za jeden i dotyczyła ona wszystkich perfum, z czego większość z nich była z dodatkową obniżką ceny... nie powiem, sama uległam. Niestety, ubzdurałam sobie, że chcę tylko jeden jedyny zapach, którego praktycznie nigdzie nie było i w ten oto sposób spędziłam cały dzień na jeździe od jednego sklepu do drugiego, aż w końcu, już kompletnie zrezygnowana, pojechałam do ostatniego i cudem dorwałam ostatnie dwa, samotnie stojące na ogołoconym regale. Szaleństwo, ale było warto, bo teraz to mój ukochany zapach!

Przy każdej poprzedniej wyprzedaży było jakoś spokojnie, prawie nie miewałam problemów w obejrzeniu tego, co mnie interesowało. Tym razem we wszystkich sklepach, jaki zdążyłam odwiedzić, działy się iście dantejskie sceny. Rozumiecie? Te kobiety gotowe są wszystkich stratować, byle dorwać to, po co przyszły. Dlaczego? Bo promocja! Tylko czym ona się różni od wszystkich pozostałych? Ano tym, że Rossmann postanowił wprowadzić w swej aplikacji telefonicznej specjalny kod, który uprawnia nie do -49%, a do aż -55%, co sprawia, że kosmetyki są tańsze o ponad połowę ceny. Kto by się nie skusił? Szkoda tylko, że wraz z niższą ceną kobiety straciły też rozum i resztki ludzkiego zachowania. 

Kojarzycie może to, jak ludzie biją się w Lidlu o produkty różnego typu? Crocsy, torebki od Wittchena, tanie spodnie i koszulki czy sprzęty domowe. Ostatni hit internetu to to, jak kobieta walczyła z mężczyzną o wielofunkcyjnego robota kuchennego. Doszło do tego, że wylądowali z tym robotem na ziemi, bo nikt nie chciał odpuścić. Szaleństwo. Tym razem w Rossmannie było podobnie, chociaż ja na całe szczęście uniknęłam aż takiego starcia. Nie mniej - w sklepach z kosmetykami zawsze jest gorzej z jednego, ale bardzo ważnego powodu - zużycia produktu. 

Wyobrażacie sobie, żeby w Lidlu ktoś ubrał Crocsy, zaczął się w nich przechadzać po całym sklepie, a później je odłożył? Nie? Ja też nie. To samo jeśli chodzi o ubrania czy torebki, o sprzętach nie mówiąc - przecież nikt nie podłączy robota do prądu i nie zacznie przyrządzać koktajlu na środku sklepu! To wydaje się śmieszne i logicznie nie do przyjęcia. Dlaczego więc w drogeriach nie może być tak samo? Przytoczę Wam kilka moich przykładów, w dodatku osobistych, a nie zasłyszanych od innych ludzi. 

Sytuacja pierwsza: Mam fioła na punkcie szminek. Moja kolekcja zamyka się obecnie gdzieś w pięćdziesięciu sztukach w różnych odcieniach różu, fioletu i czerwieni. Czekając na autobus postanowiłam wstąpić do Rossmanna, który znajduje się tuż obok przystanku. Weszłam, przejrzałam szminki z Lovely, sięgnęłam po tester czerwonej, otworzyłam i... moje palce pokryła czerwień. Nie wiem ile lat miała kobieta, która wcześniej sprawdzała ten kolor, ale trzyletnia córka mojej kuzynki dużo lepiej traktuje kosmetyki. Czy któraś z Was wykręca swoją własną szminkę, a później ją zamyka bez wcześniejszego wkręcenia jej do środka? Nie? To dlaczego niektóre kobiety robią to w sklepach? Brak wychowania, lenistwo czy zwykłe chamstwo i bezczelność? Skoro trzyletnia Lidia potrafi wziąć moją bezbarwną pomadkę, otworzyć, wykręcić, pomalować się, zakręcić, a dopiero później zamknąć, to może dorosłe kobiety powinny brać z niej przykład?

Sytuacja druga: Mama chciała kupić sobie podkład, więc poszłam z nią, przy okazji mogłam przejrzeć to, co mnie interesowało. Prawie udało mi się kupić cień do powiek, mojej mamie niestety z podkładem nie wyszło. Chciała kupić jeden, firmy już nie pamiętam, ale chodziło o najjaśniejszy kolor. To, że tester wyglądał, jakby wpadł do podkładu... no cóż, to z testerami zdarza się często. Tylko kto mi wytłumaczy, dlaczego wszystkie pozostałe kosmetyki do sprzedaży wyglądały identycznie, jak ten podkład? Na pewno nie zrobiły tego dzieci, bo półka była zdecydowanie za wysoko. Tego również dokonały "dorosłe" kobiety.

Sytuacja trzecia: Wyżej wspomniałam, że prawie kupiłam cień do powiek. Cóż, ostatecznie udało mi się go kupić, ale najpierw musiałam przejechać się po paru Rossmannach, żeby w końcu to się stało. Mam niesamowitą słabość do cieni color tattoo z Maybelline. To kremowe cienie, niesamowicie trwałe i - co najważniejsze - nie rolują się i nie osypują tak, jak dzieje się to z większością cieni sypkich. Dawno temu udało mi się kupić biały, ale teraz chciałam dorzucić do zestawu czarny, no i może jeszcze jakiś. Pierwszy dzień promocji, wstąpiłam tam przy okazji. Znalazłam ten czarny cień, ostatnia sztuka. Wzięłam go zadowolona, trzymając w rękach niczym Gollum złoty pierścień, już skierowałam się do kasy, już witałam się z gąską... Ale coś mnie tknęło, by jednak otworzyć ten słoiczek (zabezpieczenie było zerwane) i całe szczęście, że to zrobiłam, bo ktoś, kto wcześniej go trzymał, wsadził tam cały paluch. Mało tego! Prócz wielkiej dziury na samym środku, cień był dodatkowo ubrudzony innym, jasnym. Słowem: masakra. Plułabym sobie w brodę, gdybym kupiła taki zniszczony kosmetyk, chociaż wiem, że spokojnie mogłabym go wymienić. Ale po co, skoro mogłam sprawdzić go od razu? Ze srebrnym miałam podobny problem, też długo go szukałam, bo każdy otwarty i w każdy już ktoś paluch włożył. Bo wiecie, testery to same bakterie...

Dlaczego prawie zawsze jest ten sam schemat promocji? Zniszczone kosmetyki, których już nikt nie kupi, poplamione ubrania, rozdarte opakowania. Kobiety szalejące tak, jakby ktoś wyłączył w ich organizmach funkcję mózg oraz drugą - racjonalne myślenie. To wszystko wygląda trochę tak, jakby do tej pory żadna z nich nie miała możliwości kosmetycznych zakupów. Naprawdę? To niczym zakupy przed długim weekendem, które zawsze przypominają jedno i to samo - przygotowanie do apokalipsy, a nie paru wolnych dni.

Nie dajcie się zwariować!






Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.