27.05.2017

#2 Książę na białym koniu czy palant na ośle? [R] Konkurs na żonę, Beata Majewska.

Zdjęcie autorskie, nie kopiować. Źródło: https://www.instagram.com/p/BUjPhunhRAv/

Jest mi niesamowicie miło, że w końcu mogę przedstawić Wam recenzję książki, której premiera odbyła się niecałe trzy tygodnie temu. To moja pierwsza, porządna recenzja w tym roku. Mam nadzieję, że nie ostatnia, a od dzisiaj będzie tylko prościej i częściej. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam miłej lektury.

Konkurs na żonę, Beata Majewska


TYTUŁ: Konkurs na żonę
AUTOR: Beata Majewska
LICZBA STRON: 303
WYDAWNICTWO: Książnica
KATEGORIA: literatura obyczajowa i romans
DATA WYDANIA: 10 maja 2017
JĘZYK ORYGINAŁU: polski
OCENA: 7/10
WYZWANIE: Czytam, bo polskie; 52 książki; Przeczytam tyle ile mam wzrostu + 2 centymetry

Świat się nie kończy, gdy bliska osoba odchodzi lub zawodzi. Ciągle jeszcze jest ktoś dla Ciebie najważniejszy, ty sama.

W czasie weekendu majowego przeglądałam, jak zawsze, polecane posty na Instagramie. Tam właśnie trafiłam na zdjęcie dużej ilości jednakowych, białych książek, z różowymi elementami. Niby troszeczkę kiczowate, ale trafiło w mój gust. Nie wiedziałam o czym książka będzie, nie czytałam jej opisu, nie miałam też nigdy wcześniej do czynienia z tą autorką. Zaryzykowałam, bo byłam prawie pewna, że to kolejne romansidło, a ja, no cóż, jak każdy, mam swoje guilty pleasure i uwielbiam zaczytywać się w takich książkach. Cały weekend majowy przesiedziałam z niecierpliwością, oczekując przesyłki od grupy wydawniczej Publicat. Dzień przed premierą przybył do mnie Konkurs na żonę, a ja od razu musiałam otworzyć paczkę, choć stałam na przystanku autobusowym. Odwróciłam książkę, zajrzałam na blurb:

Młody prawnik z Krakowa, Hugo Hajdukiewicz, planuje jak najszybciej zmienić stan cywilny. Założenie rodziny przed trzydziestymi urodzinami to warunek narzucony mu w testamencie przez wuja. W poszukiwaniu idealnej kandydatki pomysłowy biznesmen wprowadza w życie plan "Żona". 
Wkrótce poznaje młodziutką, nieśmiałą studentkę. Niedomyślająca się niczego dziewczyna szybko ulega urokowi przystojnego mężczyzny. Jednak misternie przygotowany plan matrymonialny niespodziewanie wymyka się spod kontroli...

i mój zapał nieco opadł. Zmroziło mnie. Kojarzycie może efekt déjà vu? Dopadł mnie od razu po przeczytaniu opisu. Bogaty i niezależny biznesmen? Młoda i naiwna studentka? Gdzieś to już czytałam... Gdzieś to już cały świat czytał! Moje pierwsze skojarzenie to bestsellerowa trylogia Pięćdziesięciu odcieni szarości, choć brak tutaj sado-maso i innych elementów tego typu. Poczułam się trochę nieswojo, choć obiecałam, że przeczytam książkę do końca. Jedyne czego się bałam to tego, że to kompletnie nieprzemyślany zabieg, zwykła inspiracja. Ale dalej czytałam, by w końcu w jedenastym rozdziale autorka rozwiała wszystkie moje wątpliwości - to był specjalny zabieg, o czym uświadamia nas zdanie Marta (...) orzekła przy herbatce pitej w uczelnianym bufecie, że Hugo zachowuje się jak Grey, i spytała, czy nie ma w apartamencie specjalnego czerwonego pokoju. Nie wiem dlaczego, ale jakoś mnie to uspokoiło, a na pewno nie sprawiło, że chciałam odrzucić książkę i więcej do niej nie wrócić. Mało tego! Chciałam ją już skończyć, żeby wiedzieć co dalej, jak potoczy się cała ta historia, co się wydarzy, co z bohaterami.

Stwierdził to już na pierwszej randce w restauracji. Była inna. Inna niż wszystkie kobiety, jakimi się do tej pory otaczał. Inna niż matka i babka. Irytująco ufna, naiwna, kochająca, rodzinna i ciepła, szczera i otwarta, z tym swoim małym dziewczęcym sercem na wyciągniętej dłoni. Jakby chciała ofiarować je każdemu, kto tylko wyrazi życzenie, aby je mieć. A Hugo nie chciał. Nie chciał znowu cierpieć, wolał siedzieć w swojej eleganckiej skorupie i być cyborgiem, który nie czuje.

To pierwsza książka, której naprawdę się bałam. Bałam się, że będę miała problem ją przeczytać, że bohaterowie nie będą spełniać moich oczekiwań, że wszystko będzie płaskie i niewyjaśnione. Dawno nic mnie nie zaskoczyło w tak pozytywny sposób! To nie jest jakieś opowiadanie czy nudne romansidło bez większego sensu. Nie. Konkurs na żonę jest pełen naprawdę zróżnicowanych postaci - od nieco nieśmiałej Łucji, która okazuje się być koszmarną gadułą, przez bogatego Hugona, skrywającego w sobie wiele tajemnic, Adama, czyli najlepszego przyjaciela Hugona, który jest niezwykłym lekkoduchem, aż do przyjaciółek Łucji, czyli dziewczyn pochodzących z zupełnie innej planety.

Jakimi słowami mogłabym określić Konkurs na żonę? Myślę, że spokojnie nowoczesną powieścią, z bardzo swobodnym językiem. Widać, że wszystko jest płynne, lekkie, a postacie nie wypowiadają się z niesamowicie sztuczną poprawnością językową. W końcu nie każdy w życiu jest ą, ę, ludzie są zróżnicowani, mają inne charaktery, różnie się zachowują. Choć na samym początku książki nie umiałam się w nią wczuć i po czwartym rozdziale miałam wrażenie, że już wszystko - prócz wieku bohaterki! - jest dla mnie jasne i nic mnie nie zaskoczy, tak później bałam się, że z każdą kolejną stronę jest coraz bliżej końca, a ja, tak naprawdę, nie chciałam rozstawać się z bohaterami. Chciałam więcej, chciałam dalej... Czuję niedosyt, choć w przygotowaniu jest już druga część - Bilet do szczęścia. Mam nadzieję, że tam wyjaśni się wszystko to, co pozostawiło mnie z pewnym niedosytem.

- Zagórska dostała jakiegoś niespodziewanego skoku oksytocyny i gdy zobaczyła w DULCE taki mały kocyk w króliczki, prawie zeszła. - Olka nie szczędziła detali. - Tuliła go do siebie jak używane bokserki ostatniego faceta na świecie.

Zanim przejdę do pełnego podsumowania - muszę powiedzieć, że czułam pewną złość i irytację, gdy czytałam kolejne spolszczenia angielskich słów (jak w przypadku dżezu, przez który zaczęłam zgrzytać zębami) i różnego rodzaju angielskie wtrącenia, choć tutaj były w pełni uzasadnione - Hugo spędził parę ładnych lat w Ameryce, więc zdarzało mu się mówić i myśleć nie tylko po polsku. Mimo wszystko nieco mnie to drażniło, tak jak jego nope, choć moi znajomi często tego używają. Ze strony technicznej zasmuciło mnie kilka literówek (pod sam koniec książki) i jej forma wydania - zdecydowanie zbyt cienka okładka, która gniecie się przy najmniejszym dotyku i strony, które łatwo można podrzeć, bo mają słaby papier. Niby tylko takie szczegóły, ale - nie oszukujmy się - diabeł tkwi w szczegółach.

Choć początkowo denerwowały mnie postacie - i nie byłam pewna, która z nich denerwuje mnie bardziej - tak z każdą kolejną stroną czułam, że to wszystko to coś dla mnie. Idealnie. Były momenty, w których się śmiałam i były też takie, w którym poczułam wzruszenie. Polubiłam szalone przyjaciółki Łucji i ciepło jej rodzinnego domu na wsi. Spodobało mi się jej nieprzerwane gadanie, bo poczułam swoistą bliskość z bohaterką - może nie na każdy temat, jak w jej przypadku, ale ja też potrafię gadać, gadać i gadać, momentami niesamowicie zanudzając ludzi, którzy spędzają ze mną czas - czy z własnej woli czy też z przymusu (rodzina). Łucja była niesamowicie prostolinijna i bardzo otwarta na wszystko i wszystkich. W pewnym momencie zaczęłam się z nią utożsamiać, bo tak jak ona, daję wszystkim szansę.

Wybaczamy dla siebie. Rozumiesz? Gdy mu wybaczysz, zrobisz to dla siebie. To ty poczujesz większą ulgę, nie on.

Było mi niesamowicie miło, że mogłam ją przeczytać i zagłębić się w świat Łucji i Hugona. A raczej w dwa różne światy, bo oni sami byli niczym ogień i woda. Mam też nadzieję, że druga część już niedługo trafi w moje ręce, a ja dowiem się, jakie tajemnice kryje w sobie Hugo Hajdukiewicz, bo - tego jestem pewna - jest ich bardzo dużo.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A


Miłego dnia i do ponownego przeczytania,

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

11.05.2017

#1 Galopująca cebula


Raz na jakiś czas różne sklepy decydują się na promocję jakiegoś działu bądź ogólną wyprzedaż asortymentu. Czasem przechodzi to wszystko bez echa, choć najczęściej odzywa się w społeczeństwie ta dziwna cecha grosików, co to kupują jedynie, gdy ktoś obniży im cenę. Nie ważne, że jest to obniżka o pięćdziesiąt groszy, to już nie jest ważne. Ważna jest niższa cena, a jeśli do tego promocje się łączą... hulaj dusza, piekła nie ma!

- 55% w Rossmannie

Jedna z najsłynniejszych sieciówek kosmetycznych przynajmniej raz na pół roku organizuje różnego rodzaju promocje. Zwykle jest to -49%, na różny asortyment, zmieniający się co kilka dni. Raz oczy, raz usta, raz coś tam. Nie powiem - sama często daję się porwać tymże wyprzedażom, bo moje ulubione cienie przecenione prawie o połowę to coś cudownego. W końcu mogę kupić dwa w cenie jednego. No, prawie. Gdy w grudniu zeszłego roku pojawiła się promocja dwa za jeden i dotyczyła ona wszystkich perfum, z czego większość z nich była z dodatkową obniżką ceny... nie powiem, sama uległam. Niestety, ubzdurałam sobie, że chcę tylko jeden jedyny zapach, którego praktycznie nigdzie nie było i w ten oto sposób spędziłam cały dzień na jeździe od jednego sklepu do drugiego, aż w końcu, już kompletnie zrezygnowana, pojechałam do ostatniego i cudem dorwałam ostatnie dwa, samotnie stojące na ogołoconym regale. Szaleństwo, ale było warto, bo teraz to mój ukochany zapach!

Przy każdej poprzedniej wyprzedaży było jakoś spokojnie, prawie nie miewałam problemów w obejrzeniu tego, co mnie interesowało. Tym razem we wszystkich sklepach, jaki zdążyłam odwiedzić, działy się iście dantejskie sceny. Rozumiecie? Te kobiety gotowe są wszystkich stratować, byle dorwać to, po co przyszły. Dlaczego? Bo promocja! Tylko czym ona się różni od wszystkich pozostałych? Ano tym, że Rossmann postanowił wprowadzić w swej aplikacji telefonicznej specjalny kod, który uprawnia nie do -49%, a do aż -55%, co sprawia, że kosmetyki są tańsze o ponad połowę ceny. Kto by się nie skusił? Szkoda tylko, że wraz z niższą ceną kobiety straciły też rozum i resztki ludzkiego zachowania. 

Kojarzycie może to, jak ludzie biją się w Lidlu o produkty różnego typu? Crocsy, torebki od Wittchena, tanie spodnie i koszulki czy sprzęty domowe. Ostatni hit internetu to to, jak kobieta walczyła z mężczyzną o wielofunkcyjnego robota kuchennego. Doszło do tego, że wylądowali z tym robotem na ziemi, bo nikt nie chciał odpuścić. Szaleństwo. Tym razem w Rossmannie było podobnie, chociaż ja na całe szczęście uniknęłam aż takiego starcia. Nie mniej - w sklepach z kosmetykami zawsze jest gorzej z jednego, ale bardzo ważnego powodu - zużycia produktu. 

Wyobrażacie sobie, żeby w Lidlu ktoś ubrał Crocsy, zaczął się w nich przechadzać po całym sklepie, a później je odłożył? Nie? Ja też nie. To samo jeśli chodzi o ubrania czy torebki, o sprzętach nie mówiąc - przecież nikt nie podłączy robota do prądu i nie zacznie przyrządzać koktajlu na środku sklepu! To wydaje się śmieszne i logicznie nie do przyjęcia. Dlaczego więc w drogeriach nie może być tak samo? Przytoczę Wam kilka moich przykładów, w dodatku osobistych, a nie zasłyszanych od innych ludzi. 

Sytuacja pierwsza: Mam fioła na punkcie szminek. Moja kolekcja zamyka się obecnie gdzieś w pięćdziesięciu sztukach w różnych odcieniach różu, fioletu i czerwieni. Czekając na autobus postanowiłam wstąpić do Rossmanna, który znajduje się tuż obok przystanku. Weszłam, przejrzałam szminki z Lovely, sięgnęłam po tester czerwonej, otworzyłam i... moje palce pokryła czerwień. Nie wiem ile lat miała kobieta, która wcześniej sprawdzała ten kolor, ale trzyletnia córka mojej kuzynki dużo lepiej traktuje kosmetyki. Czy któraś z Was wykręca swoją własną szminkę, a później ją zamyka bez wcześniejszego wkręcenia jej do środka? Nie? To dlaczego niektóre kobiety robią to w sklepach? Brak wychowania, lenistwo czy zwykłe chamstwo i bezczelność? Skoro trzyletnia Lidia potrafi wziąć moją bezbarwną pomadkę, otworzyć, wykręcić, pomalować się, zakręcić, a dopiero później zamknąć, to może dorosłe kobiety powinny brać z niej przykład?

Sytuacja druga: Mama chciała kupić sobie podkład, więc poszłam z nią, przy okazji mogłam przejrzeć to, co mnie interesowało. Prawie udało mi się kupić cień do powiek, mojej mamie niestety z podkładem nie wyszło. Chciała kupić jeden, firmy już nie pamiętam, ale chodziło o najjaśniejszy kolor. To, że tester wyglądał, jakby wpadł do podkładu... no cóż, to z testerami zdarza się często. Tylko kto mi wytłumaczy, dlaczego wszystkie pozostałe kosmetyki do sprzedaży wyglądały identycznie, jak ten podkład? Na pewno nie zrobiły tego dzieci, bo półka była zdecydowanie za wysoko. Tego również dokonały "dorosłe" kobiety.

Sytuacja trzecia: Wyżej wspomniałam, że prawie kupiłam cień do powiek. Cóż, ostatecznie udało mi się go kupić, ale najpierw musiałam przejechać się po paru Rossmannach, żeby w końcu to się stało. Mam niesamowitą słabość do cieni color tattoo z Maybelline. To kremowe cienie, niesamowicie trwałe i - co najważniejsze - nie rolują się i nie osypują tak, jak dzieje się to z większością cieni sypkich. Dawno temu udało mi się kupić biały, ale teraz chciałam dorzucić do zestawu czarny, no i może jeszcze jakiś. Pierwszy dzień promocji, wstąpiłam tam przy okazji. Znalazłam ten czarny cień, ostatnia sztuka. Wzięłam go zadowolona, trzymając w rękach niczym Gollum złoty pierścień, już skierowałam się do kasy, już witałam się z gąską... Ale coś mnie tknęło, by jednak otworzyć ten słoiczek (zabezpieczenie było zerwane) i całe szczęście, że to zrobiłam, bo ktoś, kto wcześniej go trzymał, wsadził tam cały paluch. Mało tego! Prócz wielkiej dziury na samym środku, cień był dodatkowo ubrudzony innym, jasnym. Słowem: masakra. Plułabym sobie w brodę, gdybym kupiła taki zniszczony kosmetyk, chociaż wiem, że spokojnie mogłabym go wymienić. Ale po co, skoro mogłam sprawdzić go od razu? Ze srebrnym miałam podobny problem, też długo go szukałam, bo każdy otwarty i w każdy już ktoś paluch włożył. Bo wiecie, testery to same bakterie...

Dlaczego prawie zawsze jest ten sam schemat promocji? Zniszczone kosmetyki, których już nikt nie kupi, poplamione ubrania, rozdarte opakowania. Kobiety szalejące tak, jakby ktoś wyłączył w ich organizmach funkcję mózg oraz drugą - racjonalne myślenie. To wszystko wygląda trochę tak, jakby do tej pory żadna z nich nie miała możliwości kosmetycznych zakupów. Naprawdę? To niczym zakupy przed długim weekendem, które zawsze przypominają jedno i to samo - przygotowanie do apokalipsy, a nie paru wolnych dni.

Nie dajcie się zwariować!






Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

07.05.2017

JAK FENIKS Z POPIOŁÓW

źródło zdjęcia: unsplash

Nie ścigaj człowieka, który postanowił od Ciebie odejść. Nie proś, żeby został. Nie błagaj o litość. On pojawił się w Twoim życiu tylko po to, żeby obudzić w Tobie to, co było uśpione. Muzykę, z której nie zdawałeś sobie sprawy. Jego misja jest zakończona. Podziękuj mu i pozwól odejść. On miał tylko poruszyć strunę. Teraz ty musisz nauczyć się na niej grać.
~ Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


Czasem wydaje mi się, że za łatwo się poddaję. Może nie tylko ja, może to po prostu ludzka przypadłość? Poddawanie się, gdy coś nie idzie po naszej myśli. Zmiany, ucieczki, odcinanie się od czegoś, co nam po prostu nie wyszło, od czegoś, co potrzebuje więcej czasu, by osiągnąć pożądany efekt. Chcemy wszystko mieć na już, na teraz. Czekanie nas odrzuca i zniechęca. Właśnie tego nauczył nas dwudziesty pierwszy wiek - pośpiechu. Wszystko mamy od ręki, bo informacji dostarcza nam niezastąpiony wujek Google, a wiernie służy mu cudowna ciocia Wikipedia. Po co szukać rzeczy w encyklopedii, skoro wystarczy wystukać je na klawiaturze komputera bądź przez ekran telefonu? To wszystko wygląda trochę tak, jak z pisaniem tradycyjnych listów - niby większość osób uważa, że to piękne, cudowne i szkoda, że się tego nie praktykuje, ale jakby zaproponować im wymianę listową to zawsze jest jakaś wymówka i propozycja brzmiąca: a może mejl?. No niestety.

Ze mną trochę też tak jest, że chcę żyć w spowolnionym tempie, a jednak nie do końca mi to wychodzi, bo chciałabym tak, jak wszyscy - na już. Domagam się sukcesów, wyników, wszystkiego na już, nawet jeśli na wiele rzeczy potrzeba czasu. Dużo czasu. Z blogiem mam to samo, a może właśnie wszystko w głównej mierze jego dotyczy?

Miałam wiele planów, choć w ostatnim czasie jedyne czego chciałam, to zamknąć tego bloga, by otworzyć innego. Zacząć od nowa, mieć czystą kartę. Wymyśliłam nawet kilkanaście nowych adresów, zrobiłam nagłówki, katowałam tym wszystkim znajomych, a później... zaczęłam zastanawiać się czy aby na pewno chcę tak po prostu zamknąć ostatnie prawie cztery lata, by zacząć coś nowego. I to z jakiego powodu? By blog od początku wyglądał tak, jak bym tego chciała, bez słabych i niepotrzebnych postów, z większą ilością komentarzy, z czymkolwiek, co miałoby wyglądać nieco lepiej niż w obecnej odsłonie?

Zostaję tutaj. 

Nie wiem czy jest to decyzja podjęta pod wpływem chwili czy niedługo jednak nie zmienię zdania i nie założę czegoś nowego. Nie wiem. Póki co - nie chcę przekreślać ostatnich czterdziestu pięciu miesięcy, prawie czterech lat, niespełna dwóch setek postów, paru tysięcy komentarzy, dwustu obserwatorów... To wszystko to dla mnie nie są jakieś tam liczby. To coś, co dużo dla mnie znaczy, ale przede wszystkim - to moje wspomnienia. A wspomnienia warto zachowywać.

Niedługo ruszam z nowymi postami. Gotowi?


Miłego dnia!

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

03.04.2017

#81 Fotograficzne podsumowanie marca

 
Marzec nareszcie dobiegł końca, za to kwiecień przywitałam (prawie) z hukiem. Ostatni miesiąc był dla mnie niesamowicie skomplikowany, trudny, ale przede wszystkim naprawdę męczący. Uczelnia po raz kolejny dała mi nieźle w kość, ale - mam taką nadzieję - udało mi się pozamykać wszystkie sprawy i w końcu mogę zająć się tymi bieżącymi. Zanim jednak kwiecień rozwinie się u mnie w całej okazałości, to najwyższa pora, by podsumować minione trzydzieści jeden dni. Gotowi? 

FOTOGRAFICZNE PODSUMOWANIE MARCA,

czyli miesiąc w zdjęciach


Wszystkie poniżej zamieszczone zdjęcia pochodzą z mojego instagramu - www.instagram.com/sonsdanoite - i zostały tam opublikowane w marcu 2017 roku. Wszelkie Prawa Zastrzeżone, etc. 

O tym, że ja i instagram to prawie jedność, wiedzą już chyba wszyscy, a na pewno wiedzą o tym moi znajomi. Bywał czas, kiedy publikowałam po pięć zdjęć dziennie - i czuję, że niedługo te czasy wrócą - a miesięcznie wychodziło tego naprawdę wiele. Tym razem jednak nie wiem czy bardziej nie miałam czasu czy, tak zwyczajnie, chęci. Coś tam publikowałam, coś tam chciałam opublikować, ale zawsze czegoś brakowało. Nie robiłam zdjęć, bo wpakowałam sobie rękę w ortezę i trochę trudno mi z nią funkcjonować. Mimo wszystko chcę pokazać chociaż kawałek mojego miesiąca. Łapcie!

SPOTKANIA

W marcu było ich niewiele, bo zaledwie dwa? Trzy? 
Tort w prawym górnym rogu to rodzinna impreza urodzinowa, 
a torcik w lewym dolnym rogu to z okazji Dnia Kobiet, dla mnie i mamy. 
Lewy górny róg i zdjęcie pośrodku to spotkania z Natalią (a może jedno i to samo?). 
No i w końcu prawy dolny róg to ostatnie spotkanie z Pawłem, gdzie odwiedziliśmy nowo otwarte miejsce - katowicką Rawę, na Moniuszki. Całkiem przyjemne miejsce, kawa bardzo dobra, ale ja i tak znalazłam jeden minus - widok. Siedzieliśmy w kącie sali, a przez okno widziałam stary, zniszczony parking i duży, plastikowy kontener na śmieci. Tak szczerze - można by było coś z tym zrobić, chociaż muszę przyznać, że mimo tego - miejsce warte uwagi, ceny nie są wysokie, kawa dobra. Następnym razem na pewno kupię sobie tam wino.
Spotkań było naprawdę niewiele, ale mimo wszystko muszę powiedzieć, że wszystkie mi się udały, można powiedzieć, że w stu procentach. W kwietniu liczę na więcej. Zobaczymy. 

WIDOKI

Mogłam dodać jeszcze kilka zdjęć, ale wybrałam tylko te kilka fotografii. Cóż, powyżej praktycznie same Katowice, oprócz środkowego zdjęcia na dole, gdzie próbowałam uchwycić Zamek w Będzinie, ale zanim telefon zaczął pracować - przejechaliśmy kawałek i na pierwszym planie wylądowało drzewo. Jak na zdjęcie, które zostało wykonane w czasie jazdy samochodem, nie wyszło tak źle. Poza tym - dwa razy Wieża telewizyjna, trzy razy dachy Katowic, no i po jednym razie - mój Bytków, mój wydział, budynek Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska, budynek Biblioteki Śląskiej, budynek Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza, a także ulica Francuska w Katowicach i parking przy moim wydziale, na Placu Sejmu Śląskiego - tetris wersja 4.0. Taki oto wiosenny Górny Śląsk. W kwietniu będzie tego więcej, ale tym razem... Była pogoda, było warto. Oprócz kilku typowo uczelnianych fotek - było kilka słonecznych spacerów. W kwietniu, mam nadzieję, będzie tego więcej.

WIOSENNE INSPIRACJE

Siemianowickie Centrum Kultury dwa razy do roku organizuje tzw. inspiracje - przed Świętami Bożego Narodzenia są to zimowe inspiracje, a przed Wielkanocą - wiosenne. Jeśli dobrze liczę, to w tym roku odbyła się trzynasta edycja spotkań. Dwa lata temu już popełniłam jeden cały post poświęcony tej tematyce - możecie znaleźć go TUTAJ, klikając w link. W tym roku również byłam, chociaż zaledwie na trzech warsztatach - florystycznych, scrapbookingowych oraz na robieniu mydełek z gliceryny. Florystyki jeszcze nigdy nie opuściłam, scrapbooking był po raz pierwszy z inną prowadzącą, a mydełka odbyły się drugi raz i na pewno nie ostatni. Miałam być jeszcze na trzech innych, ale - no cóż - na jedne się nie załapałam, a na pozostałe dwa nie dałam rady się doczołgać z powodu zapalenia zatok. Kosmicznie niedomagam.

W każdej edycji są inne warsztaty, inne pomysły. Lubię te zajęcia. Są cudownym oderwaniem od rzeczywistości, chwilą dla mnie, dla rozluźnienia, dla uspokojenia siebie, bo zamiast skupiać się na tym, co złości i otacza, trzeba się skupić na tym, co się robi, by niczego nie zepsuć. To taki moment dla siebie, a przy okazji można się wyżyć artystycznie. Polecam, dla wszystkich, którzy mogą skorzystać z takich warsztatów.

WIOSNA IDZIE

Wiosna idzie! A skoro przychodzi wiosna, to nowe buty - zamieniamy ciężkie, zimowe obuwie na coś lżejszego, np. adidasy, półbuty, w skrajnych przypadkach na baleriny. No to zaczęłam próbować. Kupiłam białe buty w kwiatki. Przyznam, że chorowałam na nie od lat, gdy jeszcze można je było spotkać w deezee, a ja chodziłam do liceum. Tak długo zwlekałam z ich zakupem, że w końcu zniknęły. Długo czekałam, długo czekałam... ale w końcu znalazłam, w dodatku w bardzo okazyjnej cenie - 20 złotych. Za tę kwotę nie było sensu się zastanawiać, wzięłam od razu, były super, były wygodne i... obtarły mnie do krwi, jak tylko poszłam w nich na uczelnię. Odpuściłam na jakiś czas, teraz mogę w nich normalnie chodzić. Tydzień później wzięłam się w garść, założyłam adidasy i poszłam do lekarza. Nie wiem, jakim cudem wróciłam do domu, ale nogi miałam tak poobcierane, że szkoda gadać. Ból był nieziemski, krew leciała, po dwóch tygodniach dalej mam ślady na piętach. Po adidasach. No, powiedzcie szczerze - kogo z Was obtarły kiedykolwiek adidasy?

KSIĄŻKOWE ZBIORY

W marcu miało być ich niewiele. Naprawdę, w końcu miałam ograniczyć zakup książek. Trzymałam się, naprawdę bardzo długo się trzymałam. Przez pierwsze trzy tygodnie zakupiłam jedynie dwie książki - Księżniczkę mafii i Z miłości do córki. Mniej więcej w połowie miesiąca zamówiłam książki Neila Gaimana, które miały przyjść dopiero w kwietniu - na jedną z nich, Mitologię nordycką trzeba było długo czekać. Stwierdziłam, że dla mnie to lepiej, więc zamówiłam. Cóż, sprawy się skomplikowały i paczka przyszła ponad tydzień przed czasem. Oprócz niej zamówiłam jeszcze trzy inne tego autora - Nigdziebądź, Gwiezdny Pył, a także Amerykańskich Bogów. Nie będę oszukiwać - zakochałam się w okładkach od pierwszego wejrzenia. Są cudowne! Poza tym zakupiłam w marcu jeszcze Harry'ego Pottera i Zakon Feniksa, stan prawie idealny, a książka pochodzi z antykwariatu. Grzech było nie kupić, tym bardziej, że mój Zakon Feniksa jest niezdatny do czytania. No a w ostatnim tygodniu przybyły do mnie książki z prenumeraty - Wielka kolekcja dzieł Szekspira, gdzie w paczce znalazłam Wiele hałasu o nic oraz Antoniusza i Kleopatrę, a także moja cudowna Złota kolekcja bajek Disney'a, a do mnie dotarły cztery kolejne książeczki, tj. Piotruś Pan, Piorun, Kurczak Mały, a także Księżniczka i żaba. Moja biblioteczka powiększyła się w marcu o trzynaście książek, co jest niezłym wynikiem dla mnie, bo o połowę mniejszym niż do tej pory. Progres!


Marzec był miesiącem słabym w fotografie, więc liczę na to, że w kwietniu cokolwiek nadrobię, szczególnie jeśli chodzi o kulinaria. Może więcej spacerów? Na pewno więcej zdjęć, o które będę walczyć. Mam nadzieję, że w końcu nadchodzą zmiany. Dużo, dużo zmian!

A jak Wam minął cały marzec?



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

20.03.2017

#80 Depresja blogera

unsplash.com

Od zawsze wiem, że skoro mogę to tworzę, a jeśli tworzę, to znaczy, że po prostu mogę, bo nikt mi nie zabronił. Wiecie, póki jesteśmy w wolnym kraju to jeszcze możemy (prawie) wszystko robić, gdy mamy czas wolny. Pisać, rysować, jeździć na deskorolce, oglądać porno. Dopóki to sprawia nam radość to nikt nie powinien się w to wtrącać. A co, jeśli nagle nasze największe hobby zamieni się w koszmar? Jak wtedy się zachować? Przekreślić lata tworzenia czy jednak zmusić się, bo tak wypada? 

Długo zastanawiałam się co zrobić, czy w ogóle coś z tym zrobić. Zmuszać się czy przeczekać? Wziąć się w garść czy odpuścić? Bywały momenty, że pragnęłam walić głową w ścianę, ewentualnie wziąć laptop w półtorej ręki (bo jedna nie jest w pełni sprawna) i wyrzucić go przez balkon, bo nie dość, że ostatnio tworzenie nie sprawia mi żadnej radości, to jeszcze laptop w siedemdziesięciu pięciu procentach przypadków zwyczajnie mnie denerwuje, buntuje się, zawiesza... Nie oszukujmy się - to nie napawa optymizmem i nie motywuje do dalszego działania. Bardzo długo nie wiedziałam co dalej, coraz częściej zaczęłam zastanawiać się, że może to już koniec? Może najwyższa pora postawić świeczkę i powiedzieć, że oto właśnie nadszedł ten moment, by pożegnać się z tym blogiem, z czytelnikami i z całą resztą, która do tej pory sprawiała mi samą przyjemność, a nagle stała się przykrym obowiązkiem...


Nie będę ukrywać, że ostatnie miesiące minęły mi paskudnie - nie dość, że cały semestr (znowu) męczyłam się z jednym z najkoszmarniejszych przedmiotów na moim etapie studiów, tak później dołączyły do tego problemy z lekarzami, z początkiem roku musiałam pożegnać się z moim ukochanym psem, a teraz jeszcze okazało się, że mam uszkodzoną chrząstkę trójkątną w lewym nadgarstku i mam ją usztywnioną od trzech tygodni, jeszcze przez kolejne trzy, co powoduje niesamowite trudności w pisaniu czegokolwiek na laptopie - ani blogu ani opowiadań ani czegokolwiek innego. Utknęłam w martwym punkcie twórczego myślenia, bo nawet jeśli z ręką jest troszkę lepiej to znowu nie mam ani jednego pomysłu, by ruszyć dalej z czymkolwiek, a każda próba napisania czegoś kończy się fiaskiem - wszystko wydaje się być toporne, ciężkie, nie do przebrnięcia. Kto kiedykolwiek coś tworzył ten pewnie wie, jakie to okropne uczucie, gdy chcemy, ale nie możemy, albo - co gorsza - nie wychodzi nam tak, jakbyśmy chcieli.

Do pisania zabieram się co chwilę - czasem na luźnych kartkach, czasem w zeszycie, ostatnio na Facebooku, w prywatnych wiadomościach do samej siebie. Korzystam z tych nagłych, chociaż niesamowicie krótkich przypływów weny, bo wiem, że jeśli raz stwierdzę "e tam, później też mogę" to nie będę mogła, bo pomysły gdzieś się stracą, zmienią się, już nie będą tak dobre, jak te pierwsze. Postanowiłam walczyć, w końcu ten blog to ostatnie prawie cztery lata mojego życia, kawał czasu i ogrom różnego rodzaju wspomnień, mniejszych bądź większych.


... początkowo dopadło mnie jedynie twórcze zmęczenie. Myślałam sobie, że niedługo mi minie, za tydzień, za dwa, ale wreszcie minie, a ja wrócę do normalnego pisania. Ale to trwało dłużej, ja zaczęłam się zmuszać do tworzenia przynajmniej jednego postu miesięcznie, aż w końcu dałam sobie spokój, schowałam głowę pod poduszkę i uznałam, że najwyższa pora skonać, wraz z tym blogiem. Zmęczenie trwało i trwało, nie dawało spokoju, męczyło, jak nigdy wcześniej. W końcu nadszedł moment, gdy postanowiłam zrezygnować, ale... nie potrafiłam.

Humanistka na obcasach, a wcześniej cantus cycneus stała się dla mnie czymś więcej niż tylko jakimś sobie blogiem. To moje małe miejsce w sieci, chociaż wciąż szukam sposobu, by wyglądało tak, jak sobie je wyobraziłam. Nie zamierzam się jednak poddawać, bo wiem, że mi nie wolno - włożyłam w to dużo serca, masę pracy i niewyobrażalnie dużo czasu, o czym zresztą wiedzą moi bliscy znajomi, którym swego czasu ciągle trułam na temat bloga, blogowania, nowych tekstów, pomysłów czy zdjęć, których szukam bądź potrzebuję. Teraz mieli przerwę, tak jak i ja zrobiłam sobie przerwę od blogowania, a przynajmniej częściową przerwę.

Teraz jednak biorę się w garść i wracam do blogowania, ale przede wszystkim wracam do tworzenia po swojemu. Sama trochę zniszczyłam swoją pasję i zamierzam to naprawić. Bo mam swoją małą misję.



Brzmi dosyć zabawnie, prawda? Ale to moja mała misja w walce o bloga i pasję, którą się stał. Przecież to miała być radość, zabawa. Przyjemność z tworzenia, łączenie czegoś przyjemnego z czymś, co było dla mnie pożytecznym - publikowaniem moich przemyśleń, mojego spojrzenia na świat. Nawet jeśli ktoś się ze mną nie zgadzał, nawet jeśli kogoś coś nie interesowało - bywały przypadki, w których ktoś dowiedział się o czymś dzięki mnie, czy takie, gdy udało mi się kogoś przekonać do mojego zdania. Dzięki blogowaniu poznałam wielu fantastycznych ludzi, ale - przede wszystkim - znalazłam sposób, by połączyć kilka pasji w jedno. Głupio byłoby teraz zrezygnować, poddając się bo tak, bo coś się skomplikowało.

Postanowiłam zawalczyć i nie poddawać się, a moja Misja: Bloger, jest niczym innym, jak stanięciem twarzą w twarz z własnym lenistwem czy kolejnymi drobnymi kryzysami. Czas odrzucić nie chce mi się i pozbyć się może później czy a co jeśli się nie spodoba?, a w końcu - po prawie czterech latach ciągłego blogowania - zacząć eksperymentować z tym, co tworzę i ze sposobem, w jaki to robię. Może nowy pomysł? Nowy sposób? Nowy styl?

Muszę spróbować zrobić wszystko, by depresja blogera poszła w zapomnienie.

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.