03.04.2017

#81 Fotograficzne podsumowanie marca

 
Marzec nareszcie dobiegł końca, za to kwiecień przywitałam (prawie) z hukiem. Ostatni miesiąc był dla mnie niesamowicie skomplikowany, trudny, ale przede wszystkim naprawdę męczący. Uczelnia po raz kolejny dała mi nieźle w kość, ale - mam taką nadzieję - udało mi się pozamykać wszystkie sprawy i w końcu mogę zająć się tymi bieżącymi. Zanim jednak kwiecień rozwinie się u mnie w całej okazałości, to najwyższa pora, by podsumować minione trzydzieści jeden dni. Gotowi? 

FOTOGRAFICZNE PODSUMOWANIE MARCA,

czyli miesiąc w zdjęciach


Wszystkie poniżej zamieszczone zdjęcia pochodzą z mojego instagramu - www.instagram.com/sonsdanoite - i zostały tam opublikowane w marcu 2017 roku. Wszelkie Prawa Zastrzeżone, etc. 

O tym, że ja i instagram to prawie jedność, wiedzą już chyba wszyscy, a na pewno wiedzą o tym moi znajomi. Bywał czas, kiedy publikowałam po pięć zdjęć dziennie - i czuję, że niedługo te czasy wrócą - a miesięcznie wychodziło tego naprawdę wiele. Tym razem jednak nie wiem czy bardziej nie miałam czasu czy, tak zwyczajnie, chęci. Coś tam publikowałam, coś tam chciałam opublikować, ale zawsze czegoś brakowało. Nie robiłam zdjęć, bo wpakowałam sobie rękę w ortezę i trochę trudno mi z nią funkcjonować. Mimo wszystko chcę pokazać chociaż kawałek mojego miesiąca. Łapcie!

SPOTKANIA

W marcu było ich niewiele, bo zaledwie dwa? Trzy? 
Tort w prawym górnym rogu to rodzinna impreza urodzinowa, 
a torcik w lewym dolnym rogu to z okazji Dnia Kobiet, dla mnie i mamy. 
Lewy górny róg i zdjęcie pośrodku to spotkania z Natalią (a może jedno i to samo?). 
No i w końcu prawy dolny róg to ostatnie spotkanie z Pawłem, gdzie odwiedziliśmy nowo otwarte miejsce - katowicką Rawę, na Moniuszki. Całkiem przyjemne miejsce, kawa bardzo dobra, ale ja i tak znalazłam jeden minus - widok. Siedzieliśmy w kącie sali, a przez okno widziałam stary, zniszczony parking i duży, plastikowy kontener na śmieci. Tak szczerze - można by było coś z tym zrobić, chociaż muszę przyznać, że mimo tego - miejsce warte uwagi, ceny nie są wysokie, kawa dobra. Następnym razem na pewno kupię sobie tam wino.
Spotkań było naprawdę niewiele, ale mimo wszystko muszę powiedzieć, że wszystkie mi się udały, można powiedzieć, że w stu procentach. W kwietniu liczę na więcej. Zobaczymy. 

WIDOKI

Mogłam dodać jeszcze kilka zdjęć, ale wybrałam tylko te kilka fotografii. Cóż, powyżej praktycznie same Katowice, oprócz środkowego zdjęcia na dole, gdzie próbowałam uchwycić Zamek w Będzinie, ale zanim telefon zaczął pracować - przejechaliśmy kawałek i na pierwszym planie wylądowało drzewo. Jak na zdjęcie, które zostało wykonane w czasie jazdy samochodem, nie wyszło tak źle. Poza tym - dwa razy Wieża telewizyjna, trzy razy dachy Katowic, no i po jednym razie - mój Bytków, mój wydział, budynek Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska, budynek Biblioteki Śląskiej, budynek Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza, a także ulica Francuska w Katowicach i parking przy moim wydziale, na Placu Sejmu Śląskiego - tetris wersja 4.0. Taki oto wiosenny Górny Śląsk. W kwietniu będzie tego więcej, ale tym razem... Była pogoda, było warto. Oprócz kilku typowo uczelnianych fotek - było kilka słonecznych spacerów. W kwietniu, mam nadzieję, będzie tego więcej.

WIOSENNE INSPIRACJE

Siemianowickie Centrum Kultury dwa razy do roku organizuje tzw. inspiracje - przed Świętami Bożego Narodzenia są to zimowe inspiracje, a przed Wielkanocą - wiosenne. Jeśli dobrze liczę, to w tym roku odbyła się trzynasta edycja spotkań. Dwa lata temu już popełniłam jeden cały post poświęcony tej tematyce - możecie znaleźć go TUTAJ, klikając w link. W tym roku również byłam, chociaż zaledwie na trzech warsztatach - florystycznych, scrapbookingowych oraz na robieniu mydełek z gliceryny. Florystyki jeszcze nigdy nie opuściłam, scrapbooking był po raz pierwszy z inną prowadzącą, a mydełka odbyły się drugi raz i na pewno nie ostatni. Miałam być jeszcze na trzech innych, ale - no cóż - na jedne się nie załapałam, a na pozostałe dwa nie dałam rady się doczołgać z powodu zapalenia zatok. Kosmicznie niedomagam.

W każdej edycji są inne warsztaty, inne pomysły. Lubię te zajęcia. Są cudownym oderwaniem od rzeczywistości, chwilą dla mnie, dla rozluźnienia, dla uspokojenia siebie, bo zamiast skupiać się na tym, co złości i otacza, trzeba się skupić na tym, co się robi, by niczego nie zepsuć. To taki moment dla siebie, a przy okazji można się wyżyć artystycznie. Polecam, dla wszystkich, którzy mogą skorzystać z takich warsztatów.

WIOSNA IDZIE

Wiosna idzie! A skoro przychodzi wiosna, to nowe buty - zamieniamy ciężkie, zimowe obuwie na coś lżejszego, np. adidasy, półbuty, w skrajnych przypadkach na baleriny. No to zaczęłam próbować. Kupiłam białe buty w kwiatki. Przyznam, że chorowałam na nie od lat, gdy jeszcze można je było spotkać w deezee, a ja chodziłam do liceum. Tak długo zwlekałam z ich zakupem, że w końcu zniknęły. Długo czekałam, długo czekałam... ale w końcu znalazłam, w dodatku w bardzo okazyjnej cenie - 20 złotych. Za tę kwotę nie było sensu się zastanawiać, wzięłam od razu, były super, były wygodne i... obtarły mnie do krwi, jak tylko poszłam w nich na uczelnię. Odpuściłam na jakiś czas, teraz mogę w nich normalnie chodzić. Tydzień później wzięłam się w garść, założyłam adidasy i poszłam do lekarza. Nie wiem, jakim cudem wróciłam do domu, ale nogi miałam tak poobcierane, że szkoda gadać. Ból był nieziemski, krew leciała, po dwóch tygodniach dalej mam ślady na piętach. Po adidasach. No, powiedzcie szczerze - kogo z Was obtarły kiedykolwiek adidasy?

KSIĄŻKOWE ZBIORY

W marcu miało być ich niewiele. Naprawdę, w końcu miałam ograniczyć zakup książek. Trzymałam się, naprawdę bardzo długo się trzymałam. Przez pierwsze trzy tygodnie zakupiłam jedynie dwie książki - Księżniczkę mafii i Z miłości do córki. Mniej więcej w połowie miesiąca zamówiłam książki Neila Gaimana, które miały przyjść dopiero w kwietniu - na jedną z nich, Mitologię nordycką trzeba było długo czekać. Stwierdziłam, że dla mnie to lepiej, więc zamówiłam. Cóż, sprawy się skomplikowały i paczka przyszła ponad tydzień przed czasem. Oprócz niej zamówiłam jeszcze trzy inne tego autora - Nigdziebądź, Gwiezdny Pył, a także Amerykańskich Bogów. Nie będę oszukiwać - zakochałam się w okładkach od pierwszego wejrzenia. Są cudowne! Poza tym zakupiłam w marcu jeszcze Harry'ego Pottera i Zakon Feniksa, stan prawie idealny, a książka pochodzi z antykwariatu. Grzech było nie kupić, tym bardziej, że mój Zakon Feniksa jest niezdatny do czytania. No a w ostatnim tygodniu przybyły do mnie książki z prenumeraty - Wielka kolekcja dzieł Szekspira, gdzie w paczce znalazłam Wiele hałasu o nic oraz Antoniusza i Kleopatrę, a także moja cudowna Złota kolekcja bajek Disney'a, a do mnie dotarły cztery kolejne książeczki, tj. Piotruś Pan, Piorun, Kurczak Mały, a także Księżniczka i żaba. Moja biblioteczka powiększyła się w marcu o trzynaście książek, co jest niezłym wynikiem dla mnie, bo o połowę mniejszym niż do tej pory. Progres!


Marzec był miesiącem słabym w fotografie, więc liczę na to, że w kwietniu cokolwiek nadrobię, szczególnie jeśli chodzi o kulinaria. Może więcej spacerów? Na pewno więcej zdjęć, o które będę walczyć. Mam nadzieję, że w końcu nadchodzą zmiany. Dużo, dużo zmian!

A jak Wam minął cały marzec?



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

20.03.2017

#80 Depresja blogera

unsplash.com

Od zawsze wiem, że skoro mogę to tworzę, a jeśli tworzę, to znaczy, że po prostu mogę, bo nikt mi nie zabronił. Wiecie, póki jesteśmy w wolnym kraju to jeszcze możemy (prawie) wszystko robić, gdy mamy czas wolny. Pisać, rysować, jeździć na deskorolce, oglądać porno. Dopóki to sprawia nam radość to nikt nie powinien się w to wtrącać. A co, jeśli nagle nasze największe hobby zamieni się w koszmar? Jak wtedy się zachować? Przekreślić lata tworzenia czy jednak zmusić się, bo tak wypada? 

Długo zastanawiałam się co zrobić, czy w ogóle coś z tym zrobić. Zmuszać się czy przeczekać? Wziąć się w garść czy odpuścić? Bywały momenty, że pragnęłam walić głową w ścianę, ewentualnie wziąć laptop w półtorej ręki (bo jedna nie jest w pełni sprawna) i wyrzucić go przez balkon, bo nie dość, że ostatnio tworzenie nie sprawia mi żadnej radości, to jeszcze laptop w siedemdziesięciu pięciu procentach przypadków zwyczajnie mnie denerwuje, buntuje się, zawiesza... Nie oszukujmy się - to nie napawa optymizmem i nie motywuje do dalszego działania. Bardzo długo nie wiedziałam co dalej, coraz częściej zaczęłam zastanawiać się, że może to już koniec? Może najwyższa pora postawić świeczkę i powiedzieć, że oto właśnie nadszedł ten moment, by pożegnać się z tym blogiem, z czytelnikami i z całą resztą, która do tej pory sprawiała mi samą przyjemność, a nagle stała się przykrym obowiązkiem...


Nie będę ukrywać, że ostatnie miesiące minęły mi paskudnie - nie dość, że cały semestr (znowu) męczyłam się z jednym z najkoszmarniejszych przedmiotów na moim etapie studiów, tak później dołączyły do tego problemy z lekarzami, z początkiem roku musiałam pożegnać się z moim ukochanym psem, a teraz jeszcze okazało się, że mam uszkodzoną chrząstkę trójkątną w lewym nadgarstku i mam ją usztywnioną od trzech tygodni, jeszcze przez kolejne trzy, co powoduje niesamowite trudności w pisaniu czegokolwiek na laptopie - ani blogu ani opowiadań ani czegokolwiek innego. Utknęłam w martwym punkcie twórczego myślenia, bo nawet jeśli z ręką jest troszkę lepiej to znowu nie mam ani jednego pomysłu, by ruszyć dalej z czymkolwiek, a każda próba napisania czegoś kończy się fiaskiem - wszystko wydaje się być toporne, ciężkie, nie do przebrnięcia. Kto kiedykolwiek coś tworzył ten pewnie wie, jakie to okropne uczucie, gdy chcemy, ale nie możemy, albo - co gorsza - nie wychodzi nam tak, jakbyśmy chcieli.

Do pisania zabieram się co chwilę - czasem na luźnych kartkach, czasem w zeszycie, ostatnio na Facebooku, w prywatnych wiadomościach do samej siebie. Korzystam z tych nagłych, chociaż niesamowicie krótkich przypływów weny, bo wiem, że jeśli raz stwierdzę "e tam, później też mogę" to nie będę mogła, bo pomysły gdzieś się stracą, zmienią się, już nie będą tak dobre, jak te pierwsze. Postanowiłam walczyć, w końcu ten blog to ostatnie prawie cztery lata mojego życia, kawał czasu i ogrom różnego rodzaju wspomnień, mniejszych bądź większych.


... początkowo dopadło mnie jedynie twórcze zmęczenie. Myślałam sobie, że niedługo mi minie, za tydzień, za dwa, ale wreszcie minie, a ja wrócę do normalnego pisania. Ale to trwało dłużej, ja zaczęłam się zmuszać do tworzenia przynajmniej jednego postu miesięcznie, aż w końcu dałam sobie spokój, schowałam głowę pod poduszkę i uznałam, że najwyższa pora skonać, wraz z tym blogiem. Zmęczenie trwało i trwało, nie dawało spokoju, męczyło, jak nigdy wcześniej. W końcu nadszedł moment, gdy postanowiłam zrezygnować, ale... nie potrafiłam.

Humanistka na obcasach, a wcześniej cantus cycneus stała się dla mnie czymś więcej niż tylko jakimś sobie blogiem. To moje małe miejsce w sieci, chociaż wciąż szukam sposobu, by wyglądało tak, jak sobie je wyobraziłam. Nie zamierzam się jednak poddawać, bo wiem, że mi nie wolno - włożyłam w to dużo serca, masę pracy i niewyobrażalnie dużo czasu, o czym zresztą wiedzą moi bliscy znajomi, którym swego czasu ciągle trułam na temat bloga, blogowania, nowych tekstów, pomysłów czy zdjęć, których szukam bądź potrzebuję. Teraz mieli przerwę, tak jak i ja zrobiłam sobie przerwę od blogowania, a przynajmniej częściową przerwę.

Teraz jednak biorę się w garść i wracam do blogowania, ale przede wszystkim wracam do tworzenia po swojemu. Sama trochę zniszczyłam swoją pasję i zamierzam to naprawić. Bo mam swoją małą misję.



Brzmi dosyć zabawnie, prawda? Ale to moja mała misja w walce o bloga i pasję, którą się stał. Przecież to miała być radość, zabawa. Przyjemność z tworzenia, łączenie czegoś przyjemnego z czymś, co było dla mnie pożytecznym - publikowaniem moich przemyśleń, mojego spojrzenia na świat. Nawet jeśli ktoś się ze mną nie zgadzał, nawet jeśli kogoś coś nie interesowało - bywały przypadki, w których ktoś dowiedział się o czymś dzięki mnie, czy takie, gdy udało mi się kogoś przekonać do mojego zdania. Dzięki blogowaniu poznałam wielu fantastycznych ludzi, ale - przede wszystkim - znalazłam sposób, by połączyć kilka pasji w jedno. Głupio byłoby teraz zrezygnować, poddając się bo tak, bo coś się skomplikowało.

Postanowiłam zawalczyć i nie poddawać się, a moja Misja: Bloger, jest niczym innym, jak stanięciem twarzą w twarz z własnym lenistwem czy kolejnymi drobnymi kryzysami. Czas odrzucić nie chce mi się i pozbyć się może później czy a co jeśli się nie spodoba?, a w końcu - po prawie czterech latach ciągłego blogowania - zacząć eksperymentować z tym, co tworzę i ze sposobem, w jaki to robię. Może nowy pomysł? Nowy sposób? Nowy styl?

Muszę spróbować zrobić wszystko, by depresja blogera poszła w zapomnienie.

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

14.02.2017

#79 Oświadczyny (nie)mile widziane


Zaręczyny to przecież taki przepiękny dzień w życiu każdej kobiety! Te bukiety kwiatów, ukochany, klęczący na jednym kolanie, muzyka w tle, przepiękne widoki... Dzień niczym z romansu, dzień, do którego ukochany mężczyzna przygotowuje się miesiącami, kupuje najdroższy pierścionek u najlepszego jubilera, największy bukiet czerwonych róż, wydaje miliony monet tylko po to, by jego kobieta była najszczęśliwsza na świecie, bo w końcu każda kobieta właśnie tego pragnie. Pragnie, by cały świat dowiedział się o tych zaręczynach, a najlepiej, jeśli od razu ten świat to zobaczy. Bo intymność tego dnia gdzieś zanikła, już nie przeżywamy go we dwoje, a najlepiej właśnie, gdy dzieje się to przy świadkach - i to nie przypadkowych, ale wcześniej zaplanowanych. Pytanie tylko: po co?

Praktycznie każda mała dziewczynka marzy o bajkowym ślubie, romantycznych zaręczynach i księciu na białym koniu. Oczywiście życie wszystko weryfikuje, więc albo marzenia całkowicie się zmieniają, albo to rzeczywistość nas przytłacza i książę na białym koniu okazuje się być błaznem na motorynce, romantyczne zaręczyny w restauracji pod wieżą Eiffel (albo na tejże wieży) zamieniają się w proste Zostań moją żoną, rzucone przy kawałku pizzy w podmiejskiej knajpie. Wiadomo, dla jednej osoby jest to szczyt marzeń, dla drugiej - śmiech na sali. Nie ma jednak czegoś takiego, jak wzór na zaręczyny idealne. Nie ma i już. Można jedynie stworzyć subiektywny przepis na najszybciej zepsute zaręczyny, co właśnie zamierzam zrobić. Cóż, do dzieła, pierścionki w dłoń, naprzód marsz!

OŚWIADCZYNY (NIE) MILE WIDZIANE

kochaj, ale się nie oświadczaj!


Na różnego rodzaju oświadczyny natknąć można się wszędzie - w telewizji, książkach, w internecie. Codziennie ktoś się zaręcza, co jakiś czas są to nasi znajomi, a jak dobrze pójdzie, to raz w życiu jesteśmy to my sami. Sposobów jest mnóstwo, chociaż mam wrażenie, że nie wszystkie zostały odkryte przez społeczeństwo - codziennie ktoś wymyśla coś nowego, z jednej strony to piękne, a z drugiej - niestety - przerażające. Ukochany może nas zaskoczyć. Jeśli będzie to miłe zaskoczenie to pół biedy, ale co, jeśli pójdzie o kilka kroków za daleko? Jeśli o jeden, to może jeszcze damy radę pociągnąć go za łokieć. Kilka i już nie dosięgniemy.

Zjawiskiem, którego nie potrafię zrozumieć, są oświadczyny na wizji, oświadczyny przy publiczności - i nawet nie chodzi o te w knajpie czy właśnie pod jakimś obiektem muzealnym czy innym historycznym, ale o tych, które mrożą krew w żyłach, jak stadiony, koncerty, występy w telewizji. Osobiście - nie mam pojęcia co bym zrobiła, ale liczę na to, że jednak w przyszłości mój facet będzie wiedział, że zaręczyny przy widowni mogą skończyć się ucieczką z krzykiem. No, ewentualnie bez krzyku, bo wtedy się szybciej ucieka...

Społeczeństwo ma tendencję do ogólnego ekshibicjonizmu emocjonalnego - publikuje w sieci zdjęcia i teksty związane z każdą, nawet najkrótszą chwilą swojego życia. Zaręczyny? Najlepiej zrobić zdjęcie w chwili, w której facet się oświadcza. Ciąża? Ach, który znajomy nie opublikował pierwszego zdjęcia z USG swojego dziecięcia? Oczywiście Facebook rejestruje wszelakie zmiany statusów - i o ile potrafię jeszcze zrozumieć zmianę na w związku, zaręczona czy w związku małżeńskim - o tyle nie widzę żadnych racjonalnych powodów, by chwalić się zakończono związek z.... Nie wiem, mamy współczuć? Pytać dlaczego? Nie, lepiej nie pytać - w końcu i tak odpowiesz, że to prywatna sprawa...

Będą już ze dwa lata, gdy po raz ostatni widziałam takie komercyjne zaręczyny - w programie Dzień dobry TVN, na szczycie jakiejś tam polskiej góry. Co to było? Gubałówka? Nie ważne, ważne, że wszystko zostało wcześniej zorganizowane, a biedna dziewczyna nie umiała w pierwszej chwili wydusić z siebie słowa. Znowu było mnóstwo czerwonych róż, serduszka, piękny widok i... miliony telewidzów. Gapie. W cholerę i jeszcze trochę. Przypadkowi zwiedzający, a także ci, którzy zwyczajnie siedzieli przed telewizorami. Padło pytanie, zapadła krótka i bardzo niezręczna cisza, aż w końcu wydusiła to tak, chociaż kto wie, czy zrobiła to pod presją telewizji czy naprawdę chciała właśnie takich zaręczyn.

Będzie chyba z sześć lat, jak w Telewizji Polskiej leciał program Bitwa na głosy, a po jednym z występów chłopak z widowni oświadczył się dziewczynie, która występowała z jedną z drużyn. Też wszystko zostało wcześniej zaplanowane, prowadzący zaprosili go na scenę, a on przyszedł z bukietem czerwonych róż, bo przecież innych kwiatków ludzie nie znają. Dlaczego to nie mogą być tulipany albo frezje? Róże w innym kolorze? Przepiękne piwonie? Czy naprawdę kobiety kochają tylko czerwone róże? Kwiatów jest mnóstwo, więc jestem pewna, że jednak dla sporej części kobiet te czerwone róże wcale nie są tak wyjątkowym kwiatem. Warto zastanowić się czy aby na pewno Twoja ukochana uwielbia właśnie te kwiatki, a nie inne. Może wolałaby dostać żółte gerbery? Duży bukiet białych konwalii? Różowego hiacynta w ozdobnej doniczce? Warto znać upodobania ukochanej.

Spójrzmy jednak na medialne zaręczyny z nieco innej strony.

Parę dni temu Pani Kotełkova podesłała mi filmik z naprawdę nieudanych zaręczyn. Mężczyzna postanowił oświadczyć się ukochanej na boisku. Znowu ten sam motyw - bukiet kwiatów, uklęknął przed nią na jedno kolano, wyciągnął przed siebie pudełeczko z pierścionkiem, zadał pytanie, na co dziewczyna... odwróciła się na pięcie i uciekła. Wielka konsternacja, dopiero później ludzie zaczęli ją gonić. Czujecie presję, jaką musiała odczuwać? Nie dość, że facet oświadczył jej się na wizji, chociaż wychodzi na to, że wcale tego nie chciała - o ile w ogóle chciała się zaręczyć - to jeszcze ludzie zaczęli ją gonić, tym samym naciskając na jej decyzję, wręcz zmuszając ją do podjęcia jedynej, jakby się wydawało, słusznej decyzji. Biedna, bo wychodzi na to, że jej ukochany nawet jej nie zna. I jak tutaj tworzyć związek? 

Małżeństwo to ponoć pokrewieństwo dusz - i nie chodzi tutaj o to, by lubić to samo, robić to samo i spędzać razem każdą wolną chwilę. Nie. Prawdziwy związek to ten, w którym ludzie rozumieją się na tyle dobrze, by wiedzieć, jaki kompromis będzie najlepszy i czego druga połówka może chcieć, nie musieć tego sygnalizować neonami i plakatami w stylu kup mi kwiatki, dupku. Miłość to nie obdarowywanie się prezentami na prawo i lewo, bo czasami ważniejsza jest obecność czy prosta rozmowa. Jesteśmy różni, różne mamy priorytety, różne marzenia i w różny sposób podejmujemy decyzje. W miłości najważniejsze jest to, by wiedzieć, który krok będzie dobrym krokiem - jedna kobieta może oszaleć z radości, gdy ukochany postawi na ekshibicjonizm i oświadczy się przy setkach, a nawet tysiącach zupełnie obcych ludzi, druga, jak dziewczyna na filmiku poniżej, weźmie gitarę i rozwali ją niedoszłemu narzeczonemu na głowie. Ty po prostu musisz wiedzieć czy Twój krok jest dobry, czy przypadkiem nie zniszczy Waszego szczęścia.

Oświadczyny (nie) mile widziane... Sam zdecyduj czy swoim pomysłem dodajesz nie czy jednak uda Ci się podjąć dobrą decyzję. Nie szalej za bardzo, po prostu kochaj. I zastanów się, bo może Twojej ukochanej wystarczy bez słów podsunięty pierścionek przy wypadzie na kawę. A może warto poświęcić jej ulubioną książkę, znalezioną gdzieś w antykwariacie i kupioną za grosze? Bez względu na to, jak kocham książki - takie oświadczyny w pełni by mnie kupiły.


Teraz kolej na Twój krok. Dobrze się zastanów, czy to nie będzie nadepnięcie na minę. I uważaj, one lubią wybuchać z hukiem.




Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

21.01.2017

#78 Harry Potter i Przeklęte Dziecko

No i przyszedł ten czas, kiedy to recenzja Harry'ego Pottera i Przeklętego Dziecka musiała pojawić się na moim blogu. Wisiał w innym miejscu od paru ładnych miesięcy (dokładniej: od polskiej premiery tejże książki), a ja wciąż nie wiedziałam co zrobić - ze sobą, z blogiem, z całością. Bo wiecie, niby zawsze chciałam zostać blogerem książkowym, ale coś mnie powstrzymywało. COŚ, czyli kompletny brak systematyczności. Wahałam się, wahałam... No ale wzięłam się w garść, stwierdziłam teraz albo nigdy, no i wrzucam recenzję tutaj, tym samym podejmując decyzję, że bycie blogerem książkowym nie jest dla mnie. No cóż.

Jedyne co pozostaje mi życzyć to... Miłego czytania!

Będzie subiektywnie i może pojawić się kilka spoilerów, więc z góry zaznaczam, że jeśli ktoś nie czytał i nie chce wiedzieć co tam będzie to niech nie czyta, bo kilka drobiazgów mogłam gdzieś wcisnąć, czasem nie do końca świadomie.

Harry Potter i Przeklęte Dziecko, John Tiffany & Jack Thorne


TYTUŁ: Harry Potter i Przeklęte Dziecko
AUTOR: John Tiffany, Jack Thorne
LICZBA STRON: 368
WYDAWNICTWO: Media Rodzina
KATEGORIA: fantastyka
ROK WYDANIA: 2016
JĘZYK ORYGINAŁU: Angielski
OCENA: 5/10 (chyba)

"Moim zdaniem w pewnym momencie trzeba dokonać wyboru, kim chcesz zostać. I powiem ci, że w takiej właśnie chwili potrzebujesz albo rodzica, albo przyjaciela. Jeśli zdążyłeś znienawidzić rodzica i nie masz przyjaciół, jesteś zupełnie sam, a taka samotność jest bardzo trudna."

Potter, Potter, Potter... Znów się spotykamy? Kiedy widzieliśmy się ostatnio? Ach, osiem lat temu. Osiem lat! Cholera, dawno... Piętnaście lat miałam, młoda i głupia byłam, na ósmą część czekałam, liczyłam, wierzyłam, że ją dostanę. I nagle, po ośmiu latach, dostaję to coś, bo brakuje mi słów, by jakkolwiek tę książkę nazwać. Ciężkie to czasy, niech skonam...

O Przeklętym dziecku głośno było od samego początku. Po pierwsze dlatego, że znowu coś poruszyło się w świecie magii wykreowanym przez J.K. Rowling. Po drugie, bo to coś okazało się sztuką teatralną, a nie kolejną częścią. Gdy na moment ucichło, to znowu ktoś coś stworzył dookoła Przeklętego dziecka - Hermiona Granger, jedna z głównych bohaterek, miała zostać zagrana przez czarnoskórą aktorkę, a J.K. Rowling zaczęła opowiadać, że przecież nigdy nigdzie nie napisał jakiego koloru skóry jest Hermiona. I zgoda, może nie napisała. Jest tylko jeden problem - po co godziła się na Emmę Watson, której bardzo daleko do osoby o ciemnym kolorze skóry, by po tylu latach zdecydować się na kogoś o zupełnie odmiennej aparycji? Ja rozumiem, że akcja książki dzieje się dziewiętnaście, a nawet i dwadzieścia dwa lata później, no ale nie oszukujmy się - człowiek może i się zmienia, ale na pewno w tym wszystkim nie dochodzi do zmiany koloru skóry

Zawrzało, zawrzało w internecie, tak jak później zawrzało, gdy wyciekły pierwsze spoilery po premierze Harry Potter and the Cursed Child, a więc oryginalnej wersji językowej. Dlatego też, chociaż od ostatniej części minęło osiem lat, a ja uznałam, że więcej części nie chcę, nie mogłam doczekać się premiery. Chciałam dostać ją w swoje ręce, przeczytać i móc wyrazić swoje zdanie, no i przede wszystkim by wiedzieć o czym wszyscy mówią. Chociaż przyznam, że już w dzień premiery miałam dosyć tej książki, bo wyskakiwała zewsząd - opanowała facebookowe grupy, instagramy, całe media społecznościowe. Zdjęcia były wszędzie, a ja bałam się, że za moment wyskoczy mi z lodówki, jak tylko ją otworzę. Patrzyłam na książkę, która leżała obok mnie i zastanawiałam się czy aby na pewno dobrze zrobiłam, że ją kupiłam...

"Na tym właśnie polega przyjaźń, prawda? Nie wiesz, czego potrzebuje twój przyjaciel, wiesz tylko, że potrzebuje."

Przechodząc jednak do sedna - a więc do recenzji - muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Gdy sięgałam po książkę, robiłam to z bardzo negatywnym nastawieniem. Z góry założyłam, że jestem na nie, że na pewno mi się nie spodoba, że to kolejny chłam napisany dla kasy. W końcu ani to nie jest książka Rowling ani kolejna część Harry'ego Pottera, wbrew temu, co krzyczą wszystkie księgarnie, dyskonty książkowe i billboardy reklamowe. Nie. To nie jest kolejna część i nigdy jej za ósmą część nie uznam, bo to by było beznadziejnym pomysłem. Naprawdę beznadziejnym pomysłem.

Harry Potter i Przeklęte Dziecko to historia, która dzieje się dziewiętnaście, a nawet i dwadzieścia dwa lata po ostatnim rozdziale Harry'ego Potter i Insygniów Śmierci. To bardziej przygody Albusa Severusa Pottera i jego najlepszego przyjaciela, Scorpiusa Malfoya. To zupełnie inne postaci, inne charaktery, zachowania. To nie jest świat, który wykreowała Rowling - ten został stworzony przez Johna Tiffany'ego i zaakceptowany przez twórczynię świata magii rodem z Hogwartu. To sztuka sceniczna, nie książka. To scenariusz podzielony na dwie części, kilka aktów i kilkanaście scen. W niecałych czterystu stronach zabrakło mi jednej bardzo ważnej rzeczy - zabrakło mi Harry'ego Pottera w samym Harrym Potterze. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o postać, ale o klimat, który utrzymywał się w siedmiu częściach serii, a nie został utrzymany w tymże małym... dodatku.

Cała historia skupia się głównie wokół dwóch postaci - Albusa Severusa Pottera oraz jego najlepszego przyjaciela, Scorpiusa Malfoya. Albus widzi w sobie jedną jedyną wadę - jest synem tego słynnego Harry'ego Pottera. Jest nieszczęśliwy i najchętniej odciąłby się od tego, a jeśli byłoby to możliwe to zrobiłby wszystko, by móc się nie urodzić. Trudno jest być dzieckiem kogoś sławnego, a historia młodego Pottera idealnie to pokazuje. Cóż, właściwie trochę mu się nie dziwię, ale przy każdej scenie Albus-Harry, miałam napady złości, bo dawno nic mnie tak nie irytowało. Tak sztucznych rozmów i takiej irracjonalnej złości... Nie wiem, do samego końca denerwowała mnie relacja między ojcem, a synem i nie wiem też, która z tych postaci bardziej mnie drażniła - starszy czy młodszy Potter? Nie wiem, po prostu nie wiem...

Historia jest przedstawiona w formie scenariusza sztuki teatralnej, a zatem w formie dramatu. Sama mam pewnie odczucie, że jest to dramat w formie dramatu, bo to nie jest książka, to nawet nie jest alternatywne uniwersum całej historii. To... cóż, dla mnie Przeklęte dziecko brzmi trochę tak, jakby ktoś wziął wszystkie fanfiki świata, wrzucił je do miksera, przemieszał, ubrał w krótkie zdania i wrzucił właśnie do tego tekstu, opartego na scenariuszu sztuki teatralnej. Wszystko jest tutaj bardziej nierealne niż w podstawowych książkach z serii o Harrym Potterze. Natłok marysuizmu uderza w czytelnika w nowej postaci, którą jest Delphini Diggory, a właściwie Riddle. Nie dość, że jest idealna to jeszcze jest postacią, która nie ma racji bytu. Dlaczego? Bo jako córka Voldemorta miałaby się urodzić, gdy ten nie dość, że miał blisko osiemdziesiątki to jeszcze był marną namiastką człowieka. Moje pierwsze fanfiction, pomijając pewne krótkie Dramione, dotyczyło właśnie idealnej córki Voldemorta. Okazuje się, że coś, co uważałam za największą szmirę internetu można było tylko delikatnie podrasować, napisać do Rowling i... wydać. Cholera. Tyle pieniędzy uciekło mi przed nosem...

Harry Potter i Przeklęte Dziecko to przerost formy nad treścią, za dużo patosu, głupawych dowcipów i sztucznych rozmów. Bardzo popularny tekst, który pojawia się na wielu internetowych memach, o tym, że Voldemort nie posiada nosa, więc jego dzieci też nie również pojawił się w tym tworze i powiem Wam szczerze, że był gwoździem do książkowej trumny, bo podkreślił niski poziom książki. Właściwie wiele mogłam się po niej spodziewać, ale myślałam, że jednak czymś mnie zaskoczy. No cóż, nie wyszło.

"To pewnie bzdura. To znaczy... no przecież masz nos."

Paradoksem całej tej książki jest to, że tak, jak przez siedem tomów opowieści o Harrym Potterze nie potrafiłam polubić postaci Ronalda Weasleya, a także wymyślonego przez Rowling pairingu, jakim jest Romione, tak tutaj... No cóż, tutaj w końcu to kupiłam. Tak, zaakceptowałam Weasleya, zaakceptowałam Romione. Oczywiście tylko w tej książce, ale to zawsze jakiś postęp. Mam wrażenie, że dopiero tutaj ktoś pokazał prawdziwą twarz najmłodszego syna Weasleyów. No cóż, przynajmniej ja go tak widzę, ja go tak odbieram. Ze wszystkich postaci, które pojawiły się w tej książce, najtrudniej czytało mi się sceny z Harrym oraz te, w których udział brał Albus Potter. Problem polegał na tym, że cała historia kręciła się wokół tego drugiego. Meh.

Brakowało mi Rose Weasley, chociaż te kilka wspomnień o niej wystarczyło mi. Dlaczego? Bo prawie zawsze wspominał o niej Scorpius Malfoy i aż kipiało od tego moim ulubionym pairingiem - Scorose. Nic na to nie poradzę, że wyobrażam sobie ich razem. To taka zakazana miłość, zawsze coś się tam dzieje, musi się dziać. Przyznam, że liczyłam na trochę więcej w tym kierunku, więcej wspólnych scen, czegokolwiek. Czego jeszcze brakowało mi w tej książce? Przede wszystkim brakowało mi zwykłej książki, nie dramatu, a książki - dialogów, opisów, prawdziwej magii, a nie sztucznych, wymuskanych postaci. Co mi się kompletnie nie podobało? Zwroty. Nie umiem sobie wyobrazić, by Harry, Ron, Hermiona albo ktokolwiek z tej grupy zwracał się do swojej byłej nauczycielki, profesor McGonagall per Minerwa. Okej, może i miała tak na imię, ale kiedy zatarła się granica między pani profesor, a Minerwo? Nie wyobrażam sobie tego, tak samo, jak nie umiem pogodzić się z tym, by Albus, Scorpius czy Rose zwracali się po imieniu do Hermiony, Harry'ego czy Ginny. Owszem, do rodziców mówili mamo oraz tato, ale do całej reszty - a więc cioci bądź wujka - mówili po imieniu. Skąd to się wzięło?

Żeby jednak nie było, że widzę tam same minusy (szok, widzę plusy!) to muszę przyznać, że czytało mi się ją naprawdę szybko - jeden dzień i po wszystkim. Był to, mimo wszystko, piękny powrót do świata magii, nawet jeśli jeszcze bardziej nierealny, a wręcz rodem ze świata fanfiction. Było to jednak kolejne, tym razem bardzo nowatorskie, spojrzenie na świat Harry'ego Pottera. To w końcu było całe moje dzieciństwo, dorastałam z Harrym i jego przyjaciółmi, dorastałam z jego światem. Teraz, gdy jestem dorosła, znowu na chwilę mogłam wstąpić do jego książkowego świata. I chociaż nigdy nie uznam tego za kanon... to i tak dziękuję. Było szybko, było lekko, było nieco magicznie.

"Harry, w tym pogmatwanym, pełnym emocji świecie nie ma idealnych odpowiedzi. Doskonałość jest poza zasięgiem ludzkości, poza zasięgiem magii. W każdej pięknej chwili szczęścia kryje się kropla trucizny: świadomość, że ból powróci. Bądź szczery wobec tych, których kochasz. Pokaż swój ból. Cierpienie jest rzeczą równie ludzką jak oddychanie."



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

13.01.2017

#77 Trzynastego wszystko zdarzyć się może


Zapewne wszyscy znacie słynny utwór zespołu Czerwono-czarni, w wykonaniu Kasi Sobczyk, w którym to dowiadujemy się, że Trzynastego wszystko zdarzyć się może, trzynastego świat w różowym kolorze. Każdy z nas ma również znajomych - lub przesiaduje w takich grupach - którzy musieli dzisiaj napisać na Facebooku dzisiaj piątek trzynastego albo jak wam mija piątek trzynastego albo cokolwiek innego, byleby tylko podkreślić "ważność" tego dnia. A przecież piątek trzynastego to taka sama data, jak wtorek dwudziestego ósmego, jedynie ideologię dopisujemy sobie my sami. 

Nie oszukujmy się, pechowy dzień to tylko wytłumaczenie.

Zawsze musimy na coś zwalić nasze niepowodzenie. Nie mam zadania domowego, bo pies je zjadł, nie nauczyłam się na egzamin, bo bolała mnie głowa, samochód mi się zepsuł, bo piątek trzynastego, nie mam prezentacji, bo padł mi twardy dysk. Przykłady można mnożyć, są niekończącą się historią. Tylko dlaczego są one bajką? Bo wszystko to w pewien sposób nasza wina. Może i nie zepsuliśmy komputera, ale prezentację można było wykonać od razu, bo poznaniu tematu, a nie czekając na ostatnią chwilę. Na egzamin również nie mamy tylko jednego dnia, a często są to długie tygodnie. Samochód również nie psuje się od razu, zawsze posyła nam delikatne sygnały, że halo, weź mnie do lekarza, bo coś mnie boli! - przecież uszczelka w drzwiach nie pękła od razu, przecierała się już od paru tygodni, aż w końcu miała dosyć. A może zamarzła i dostała za dużo ciepła? Nie sprawił to jednak piątek trzynastego, a jeśli wydarzyło się to właśnie w ten dzień to jest to tylko i wyłącznie przypadek

Trzy razy upuściłam dzisiaj telefon. No, może dwa. W każdym razie ciągle wypadał mi z ręki i upadał na panele. Za pierwszym razem narobił takiego rabanu, że od razu pomyślałam sobie kaplica, po telefonie, niech mnie ktoś zabije, ale okazało się, że to tylko fałszywy alarm, telefon ma się dobrze. Za drugim razem znowu podnosiłam go z drżącym sercem, ale znów dał radę. Nawet przez moment nie pomyślałam, że znowu ten cholerny piątek trzynastego, a przecież mogłam, bo później jeszcze trzy razy upuściłam paczkę z truskawkową herbatą, sztućce, prawie wylałam kawę, mam czterdziestostopniową gorączkę, a także skręciłam kostkę stojąc na przystanku. Stojąc, nie chodząc. Wszystko mogłabym zwalić na to, że dzisiaj och nie! Jest piątek trzynastego!, ale przecież to nie prawda, to nie wina tego dnia. Mam gorączkę od tygodnia, nie od dzisiaj. Telefon nie upadł mi po raz pierwszy, a jak ostatnio wylałam kawę to zalałam pół stołu, gazetę i wspomnianą wcześniej komórkę. Teraz nie wylałam, a byłabym to zrobiła. Kostka, chociaż w moim przypadku to tragiczne wydarzenie, również nie została skręcona po raz pierwszy. To moja tradycja od czterech lat - wykręcam dokładnie tę samą kostkę, przez co rok temu lekarz wsadził mi ją do gipsu i miałam dwa miesiące wolnego od nauki i studiów, a to nie skończyło się dobrze. Dzisiaj historia mogła się powtórzyć, więc od razu wybrałam się do apteki po altacet, bandaż i gazę, by zacząć sobie robić okłady.

Mam piątek trzynastego taki, jaki sama sobie stworzyłam, a nie jaki stworzyły mi przesądy

Jeśli czarny kot przebiegnie Ci przez drogę to się nie przejmuj, widocznie wraca do domu. Przesądy to tylko nasz wymysł, a prawda jest taka, że im bardziej w coś wierzymy tym większe prawdopodobieństwo, że tak się stanie. Sprawdzone!

Następnym razem nie traktuj tego dnia, jako życiową tragedię. Pomyśl sobie, że to piątek jak każdy inny, data jak każda inna. Czarny kot przebiegł, bo przebiegł, a jedyną krzywdę, jaką może Ci zrobić stłuczone lusterko to to, że poprzecinasz sobie palce, kiedy będziesz je zbierać. Mojej kostki nie skręcił dzień, a śnieg i nieuwaga. Tak bywa. Każdego dnia mamy jakieś drobne krzywdy i rzeczy, które nam się nie udają. Po prostu przestańmy je wyolbrzymiać, gdy nadchodzi TEN dzień. 

Będzie nam się żyło lepiej, serio. 





Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.