11.05.2017

#1 Galopująca cebula


Raz na jakiś czas różne sklepy decydują się na promocję jakiegoś działu bądź ogólną wyprzedaż asortymentu. Czasem przechodzi to wszystko bez echa, choć najczęściej odzywa się w społeczeństwie ta dziwna cecha grosików, co to kupują jedynie, gdy ktoś obniży im cenę. Nie ważne, że jest to obniżka o pięćdziesiąt groszy, to już nie jest ważne. Ważna jest niższa cena, a jeśli do tego promocje się łączą... hulaj dusza, piekła nie ma!

- 55% w Rossmannie

Jedna z najsłynniejszych sieciówek kosmetycznych przynajmniej raz na pół roku organizuje różnego rodzaju promocje. Zwykle jest to -49%, na różny asortyment, zmieniający się co kilka dni. Raz oczy, raz usta, raz coś tam. Nie powiem - sama często daję się porwać tymże wyprzedażom, bo moje ulubione cienie przecenione prawie o połowę to coś cudownego. W końcu mogę kupić dwa w cenie jednego. No, prawie. Gdy w grudniu zeszłego roku pojawiła się promocja dwa za jeden i dotyczyła ona wszystkich perfum, z czego większość z nich była z dodatkową obniżką ceny... nie powiem, sama uległam. Niestety, ubzdurałam sobie, że chcę tylko jeden jedyny zapach, którego praktycznie nigdzie nie było i w ten oto sposób spędziłam cały dzień na jeździe od jednego sklepu do drugiego, aż w końcu, już kompletnie zrezygnowana, pojechałam do ostatniego i cudem dorwałam ostatnie dwa, samotnie stojące na ogołoconym regale. Szaleństwo, ale było warto, bo teraz to mój ukochany zapach!

Przy każdej poprzedniej wyprzedaży było jakoś spokojnie, prawie nie miewałam problemów w obejrzeniu tego, co mnie interesowało. Tym razem we wszystkich sklepach, jaki zdążyłam odwiedzić, działy się iście dantejskie sceny. Rozumiecie? Te kobiety gotowe są wszystkich stratować, byle dorwać to, po co przyszły. Dlaczego? Bo promocja! Tylko czym ona się różni od wszystkich pozostałych? Ano tym, że Rossmann postanowił wprowadzić w swej aplikacji telefonicznej specjalny kod, który uprawnia nie do -49%, a do aż -55%, co sprawia, że kosmetyki są tańsze o ponad połowę ceny. Kto by się nie skusił? Szkoda tylko, że wraz z niższą ceną kobiety straciły też rozum i resztki ludzkiego zachowania. 

Kojarzycie może to, jak ludzie biją się w Lidlu o produkty różnego typu? Crocsy, torebki od Wittchena, tanie spodnie i koszulki czy sprzęty domowe. Ostatni hit internetu to to, jak kobieta walczyła z mężczyzną o wielofunkcyjnego robota kuchennego. Doszło do tego, że wylądowali z tym robotem na ziemi, bo nikt nie chciał odpuścić. Szaleństwo. Tym razem w Rossmannie było podobnie, chociaż ja na całe szczęście uniknęłam aż takiego starcia. Nie mniej - w sklepach z kosmetykami zawsze jest gorzej z jednego, ale bardzo ważnego powodu - zużycia produktu. 

Wyobrażacie sobie, żeby w Lidlu ktoś ubrał Crocsy, zaczął się w nich przechadzać po całym sklepie, a później je odłożył? Nie? Ja też nie. To samo jeśli chodzi o ubrania czy torebki, o sprzętach nie mówiąc - przecież nikt nie podłączy robota do prądu i nie zacznie przyrządzać koktajlu na środku sklepu! To wydaje się śmieszne i logicznie nie do przyjęcia. Dlaczego więc w drogeriach nie może być tak samo? Przytoczę Wam kilka moich przykładów, w dodatku osobistych, a nie zasłyszanych od innych ludzi. 

Sytuacja pierwsza: Mam fioła na punkcie szminek. Moja kolekcja zamyka się obecnie gdzieś w pięćdziesięciu sztukach w różnych odcieniach różu, fioletu i czerwieni. Czekając na autobus postanowiłam wstąpić do Rossmanna, który znajduje się tuż obok przystanku. Weszłam, przejrzałam szminki z Lovely, sięgnęłam po tester czerwonej, otworzyłam i... moje palce pokryła czerwień. Nie wiem ile lat miała kobieta, która wcześniej sprawdzała ten kolor, ale trzyletnia córka mojej kuzynki dużo lepiej traktuje kosmetyki. Czy któraś z Was wykręca swoją własną szminkę, a później ją zamyka bez wcześniejszego wkręcenia jej do środka? Nie? To dlaczego niektóre kobiety robią to w sklepach? Brak wychowania, lenistwo czy zwykłe chamstwo i bezczelność? Skoro trzyletnia Lidia potrafi wziąć moją bezbarwną pomadkę, otworzyć, wykręcić, pomalować się, zakręcić, a dopiero później zamknąć, to może dorosłe kobiety powinny brać z niej przykład?

Sytuacja druga: Mama chciała kupić sobie podkład, więc poszłam z nią, przy okazji mogłam przejrzeć to, co mnie interesowało. Prawie udało mi się kupić cień do powiek, mojej mamie niestety z podkładem nie wyszło. Chciała kupić jeden, firmy już nie pamiętam, ale chodziło o najjaśniejszy kolor. To, że tester wyglądał, jakby wpadł do podkładu... no cóż, to z testerami zdarza się często. Tylko kto mi wytłumaczy, dlaczego wszystkie pozostałe kosmetyki do sprzedaży wyglądały identycznie, jak ten podkład? Na pewno nie zrobiły tego dzieci, bo półka była zdecydowanie za wysoko. Tego również dokonały "dorosłe" kobiety.

Sytuacja trzecia: Wyżej wspomniałam, że prawie kupiłam cień do powiek. Cóż, ostatecznie udało mi się go kupić, ale najpierw musiałam przejechać się po paru Rossmannach, żeby w końcu to się stało. Mam niesamowitą słabość do cieni color tattoo z Maybelline. To kremowe cienie, niesamowicie trwałe i - co najważniejsze - nie rolują się i nie osypują tak, jak dzieje się to z większością cieni sypkich. Dawno temu udało mi się kupić biały, ale teraz chciałam dorzucić do zestawu czarny, no i może jeszcze jakiś. Pierwszy dzień promocji, wstąpiłam tam przy okazji. Znalazłam ten czarny cień, ostatnia sztuka. Wzięłam go zadowolona, trzymając w rękach niczym Gollum złoty pierścień, już skierowałam się do kasy, już witałam się z gąską... Ale coś mnie tknęło, by jednak otworzyć ten słoiczek (zabezpieczenie było zerwane) i całe szczęście, że to zrobiłam, bo ktoś, kto wcześniej go trzymał, wsadził tam cały paluch. Mało tego! Prócz wielkiej dziury na samym środku, cień był dodatkowo ubrudzony innym, jasnym. Słowem: masakra. Plułabym sobie w brodę, gdybym kupiła taki zniszczony kosmetyk, chociaż wiem, że spokojnie mogłabym go wymienić. Ale po co, skoro mogłam sprawdzić go od razu? Ze srebrnym miałam podobny problem, też długo go szukałam, bo każdy otwarty i w każdy już ktoś paluch włożył. Bo wiecie, testery to same bakterie...

Dlaczego prawie zawsze jest ten sam schemat promocji? Zniszczone kosmetyki, których już nikt nie kupi, poplamione ubrania, rozdarte opakowania. Kobiety szalejące tak, jakby ktoś wyłączył w ich organizmach funkcję mózg oraz drugą - racjonalne myślenie. To wszystko wygląda trochę tak, jakby do tej pory żadna z nich nie miała możliwości kosmetycznych zakupów. Naprawdę? To niczym zakupy przed długim weekendem, które zawsze przypominają jedno i to samo - przygotowanie do apokalipsy, a nie paru wolnych dni.

Nie dajcie się zwariować!






Patrycja Kolibaj
Patrycja Kolibaj

Studentka filologii polskiej i sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Stuprocentowa humanistka, autorka bloga humanistka na obcasach, dziewczyna z mnóstwem pomysłów na sekundę. Początkująca pisarka i felietonistka, amatorka fotografii, pasjonatka kulinarii. ARTYSTYKA.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.