21.01.2017

#78 Harry Potter i Przeklęte Dziecko

No i przyszedł ten czas, kiedy to recenzja Harry'ego Pottera i Przeklętego Dziecka musiała pojawić się na moim blogu. Wisiał w innym miejscu od paru ładnych miesięcy (dokładniej: od polskiej premiery tejże książki), a ja wciąż nie wiedziałam co zrobić - ze sobą, z blogiem, z całością. Bo wiecie, niby zawsze chciałam zostać blogerem książkowym, ale coś mnie powstrzymywało. COŚ, czyli kompletny brak systematyczności. Wahałam się, wahałam... No ale wzięłam się w garść, stwierdziłam teraz albo nigdy, no i wrzucam recenzję tutaj, tym samym podejmując decyzję, że bycie blogerem książkowym nie jest dla mnie. No cóż.

Jedyne co pozostaje mi życzyć to... Miłego czytania!

Będzie subiektywnie i może pojawić się kilka spoilerów, więc z góry zaznaczam, że jeśli ktoś nie czytał i nie chce wiedzieć co tam będzie to niech nie czyta, bo kilka drobiazgów mogłam gdzieś wcisnąć, czasem nie do końca świadomie.

Harry Potter i Przeklęte Dziecko, John Tiffany & Jack Thorne


TYTUŁ: Harry Potter i Przeklęte Dziecko
AUTOR: John Tiffany, Jack Thorne
LICZBA STRON: 368
WYDAWNICTWO: Media Rodzina
KATEGORIA: fantastyka
ROK WYDANIA: 2016
JĘZYK ORYGINAŁU: Angielski
OCENA: 5/10 (chyba)

"Moim zdaniem w pewnym momencie trzeba dokonać wyboru, kim chcesz zostać. I powiem ci, że w takiej właśnie chwili potrzebujesz albo rodzica, albo przyjaciela. Jeśli zdążyłeś znienawidzić rodzica i nie masz przyjaciół, jesteś zupełnie sam, a taka samotność jest bardzo trudna."

Potter, Potter, Potter... Znów się spotykamy? Kiedy widzieliśmy się ostatnio? Ach, osiem lat temu. Osiem lat! Cholera, dawno... Piętnaście lat miałam, młoda i głupia byłam, na ósmą część czekałam, liczyłam, wierzyłam, że ją dostanę. I nagle, po ośmiu latach, dostaję to coś, bo brakuje mi słów, by jakkolwiek tę książkę nazwać. Ciężkie to czasy, niech skonam...

O Przeklętym dziecku głośno było od samego początku. Po pierwsze dlatego, że znowu coś poruszyło się w świecie magii wykreowanym przez J.K. Rowling. Po drugie, bo to coś okazało się sztuką teatralną, a nie kolejną częścią. Gdy na moment ucichło, to znowu ktoś coś stworzył dookoła Przeklętego dziecka - Hermiona Granger, jedna z głównych bohaterek, miała zostać zagrana przez czarnoskórą aktorkę, a J.K. Rowling zaczęła opowiadać, że przecież nigdy nigdzie nie napisał jakiego koloru skóry jest Hermiona. I zgoda, może nie napisała. Jest tylko jeden problem - po co godziła się na Emmę Watson, której bardzo daleko do osoby o ciemnym kolorze skóry, by po tylu latach zdecydować się na kogoś o zupełnie odmiennej aparycji? Ja rozumiem, że akcja książki dzieje się dziewiętnaście, a nawet i dwadzieścia dwa lata później, no ale nie oszukujmy się - człowiek może i się zmienia, ale na pewno w tym wszystkim nie dochodzi do zmiany koloru skóry

Zawrzało, zawrzało w internecie, tak jak później zawrzało, gdy wyciekły pierwsze spoilery po premierze Harry Potter and the Cursed Child, a więc oryginalnej wersji językowej. Dlatego też, chociaż od ostatniej części minęło osiem lat, a ja uznałam, że więcej części nie chcę, nie mogłam doczekać się premiery. Chciałam dostać ją w swoje ręce, przeczytać i móc wyrazić swoje zdanie, no i przede wszystkim by wiedzieć o czym wszyscy mówią. Chociaż przyznam, że już w dzień premiery miałam dosyć tej książki, bo wyskakiwała zewsząd - opanowała facebookowe grupy, instagramy, całe media społecznościowe. Zdjęcia były wszędzie, a ja bałam się, że za moment wyskoczy mi z lodówki, jak tylko ją otworzę. Patrzyłam na książkę, która leżała obok mnie i zastanawiałam się czy aby na pewno dobrze zrobiłam, że ją kupiłam...

"Na tym właśnie polega przyjaźń, prawda? Nie wiesz, czego potrzebuje twój przyjaciel, wiesz tylko, że potrzebuje."

Przechodząc jednak do sedna - a więc do recenzji - muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Gdy sięgałam po książkę, robiłam to z bardzo negatywnym nastawieniem. Z góry założyłam, że jestem na nie, że na pewno mi się nie spodoba, że to kolejny chłam napisany dla kasy. W końcu ani to nie jest książka Rowling ani kolejna część Harry'ego Pottera, wbrew temu, co krzyczą wszystkie księgarnie, dyskonty książkowe i billboardy reklamowe. Nie. To nie jest kolejna część i nigdy jej za ósmą część nie uznam, bo to by było beznadziejnym pomysłem. Naprawdę beznadziejnym pomysłem.

Harry Potter i Przeklęte Dziecko to historia, która dzieje się dziewiętnaście, a nawet i dwadzieścia dwa lata po ostatnim rozdziale Harry'ego Potter i Insygniów Śmierci. To bardziej przygody Albusa Severusa Pottera i jego najlepszego przyjaciela, Scorpiusa Malfoya. To zupełnie inne postaci, inne charaktery, zachowania. To nie jest świat, który wykreowała Rowling - ten został stworzony przez Johna Tiffany'ego i zaakceptowany przez twórczynię świata magii rodem z Hogwartu. To sztuka sceniczna, nie książka. To scenariusz podzielony na dwie części, kilka aktów i kilkanaście scen. W niecałych czterystu stronach zabrakło mi jednej bardzo ważnej rzeczy - zabrakło mi Harry'ego Pottera w samym Harrym Potterze. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o postać, ale o klimat, który utrzymywał się w siedmiu częściach serii, a nie został utrzymany w tymże małym... dodatku.

Cała historia skupia się głównie wokół dwóch postaci - Albusa Severusa Pottera oraz jego najlepszego przyjaciela, Scorpiusa Malfoya. Albus widzi w sobie jedną jedyną wadę - jest synem tego słynnego Harry'ego Pottera. Jest nieszczęśliwy i najchętniej odciąłby się od tego, a jeśli byłoby to możliwe to zrobiłby wszystko, by móc się nie urodzić. Trudno jest być dzieckiem kogoś sławnego, a historia młodego Pottera idealnie to pokazuje. Cóż, właściwie trochę mu się nie dziwię, ale przy każdej scenie Albus-Harry, miałam napady złości, bo dawno nic mnie tak nie irytowało. Tak sztucznych rozmów i takiej irracjonalnej złości... Nie wiem, do samego końca denerwowała mnie relacja między ojcem, a synem i nie wiem też, która z tych postaci bardziej mnie drażniła - starszy czy młodszy Potter? Nie wiem, po prostu nie wiem...

Historia jest przedstawiona w formie scenariusza sztuki teatralnej, a zatem w formie dramatu. Sama mam pewnie odczucie, że jest to dramat w formie dramatu, bo to nie jest książka, to nawet nie jest alternatywne uniwersum całej historii. To... cóż, dla mnie Przeklęte dziecko brzmi trochę tak, jakby ktoś wziął wszystkie fanfiki świata, wrzucił je do miksera, przemieszał, ubrał w krótkie zdania i wrzucił właśnie do tego tekstu, opartego na scenariuszu sztuki teatralnej. Wszystko jest tutaj bardziej nierealne niż w podstawowych książkach z serii o Harrym Potterze. Natłok marysuizmu uderza w czytelnika w nowej postaci, którą jest Delphini Diggory, a właściwie Riddle. Nie dość, że jest idealna to jeszcze jest postacią, która nie ma racji bytu. Dlaczego? Bo jako córka Voldemorta miałaby się urodzić, gdy ten nie dość, że miał blisko osiemdziesiątki to jeszcze był marną namiastką człowieka. Moje pierwsze fanfiction, pomijając pewne krótkie Dramione, dotyczyło właśnie idealnej córki Voldemorta. Okazuje się, że coś, co uważałam za największą szmirę internetu można było tylko delikatnie podrasować, napisać do Rowling i... wydać. Cholera. Tyle pieniędzy uciekło mi przed nosem...

Harry Potter i Przeklęte Dziecko to przerost formy nad treścią, za dużo patosu, głupawych dowcipów i sztucznych rozmów. Bardzo popularny tekst, który pojawia się na wielu internetowych memach, o tym, że Voldemort nie posiada nosa, więc jego dzieci też nie również pojawił się w tym tworze i powiem Wam szczerze, że był gwoździem do książkowej trumny, bo podkreślił niski poziom książki. Właściwie wiele mogłam się po niej spodziewać, ale myślałam, że jednak czymś mnie zaskoczy. No cóż, nie wyszło.

"To pewnie bzdura. To znaczy... no przecież masz nos."

Paradoksem całej tej książki jest to, że tak, jak przez siedem tomów opowieści o Harrym Potterze nie potrafiłam polubić postaci Ronalda Weasleya, a także wymyślonego przez Rowling pairingu, jakim jest Romione, tak tutaj... No cóż, tutaj w końcu to kupiłam. Tak, zaakceptowałam Weasleya, zaakceptowałam Romione. Oczywiście tylko w tej książce, ale to zawsze jakiś postęp. Mam wrażenie, że dopiero tutaj ktoś pokazał prawdziwą twarz najmłodszego syna Weasleyów. No cóż, przynajmniej ja go tak widzę, ja go tak odbieram. Ze wszystkich postaci, które pojawiły się w tej książce, najtrudniej czytało mi się sceny z Harrym oraz te, w których udział brał Albus Potter. Problem polegał na tym, że cała historia kręciła się wokół tego drugiego. Meh.

Brakowało mi Rose Weasley, chociaż te kilka wspomnień o niej wystarczyło mi. Dlaczego? Bo prawie zawsze wspominał o niej Scorpius Malfoy i aż kipiało od tego moim ulubionym pairingiem - Scorose. Nic na to nie poradzę, że wyobrażam sobie ich razem. To taka zakazana miłość, zawsze coś się tam dzieje, musi się dziać. Przyznam, że liczyłam na trochę więcej w tym kierunku, więcej wspólnych scen, czegokolwiek. Czego jeszcze brakowało mi w tej książce? Przede wszystkim brakowało mi zwykłej książki, nie dramatu, a książki - dialogów, opisów, prawdziwej magii, a nie sztucznych, wymuskanych postaci. Co mi się kompletnie nie podobało? Zwroty. Nie umiem sobie wyobrazić, by Harry, Ron, Hermiona albo ktokolwiek z tej grupy zwracał się do swojej byłej nauczycielki, profesor McGonagall per Minerwa. Okej, może i miała tak na imię, ale kiedy zatarła się granica między pani profesor, a Minerwo? Nie wyobrażam sobie tego, tak samo, jak nie umiem pogodzić się z tym, by Albus, Scorpius czy Rose zwracali się po imieniu do Hermiony, Harry'ego czy Ginny. Owszem, do rodziców mówili mamo oraz tato, ale do całej reszty - a więc cioci bądź wujka - mówili po imieniu. Skąd to się wzięło?

Żeby jednak nie było, że widzę tam same minusy (szok, widzę plusy!) to muszę przyznać, że czytało mi się ją naprawdę szybko - jeden dzień i po wszystkim. Był to, mimo wszystko, piękny powrót do świata magii, nawet jeśli jeszcze bardziej nierealny, a wręcz rodem ze świata fanfiction. Było to jednak kolejne, tym razem bardzo nowatorskie, spojrzenie na świat Harry'ego Pottera. To w końcu było całe moje dzieciństwo, dorastałam z Harrym i jego przyjaciółmi, dorastałam z jego światem. Teraz, gdy jestem dorosła, znowu na chwilę mogłam wstąpić do jego książkowego świata. I chociaż nigdy nie uznam tego za kanon... to i tak dziękuję. Było szybko, było lekko, było nieco magicznie.

"Harry, w tym pogmatwanym, pełnym emocji świecie nie ma idealnych odpowiedzi. Doskonałość jest poza zasięgiem ludzkości, poza zasięgiem magii. W każdej pięknej chwili szczęścia kryje się kropla trucizny: świadomość, że ból powróci. Bądź szczery wobec tych, których kochasz. Pokaż swój ból. Cierpienie jest rzeczą równie ludzką jak oddychanie."



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

13.01.2017

#77 Trzynastego wszystko zdarzyć się może


Zapewne wszyscy znacie słynny utwór zespołu Czerwono-czarni, w wykonaniu Kasi Sobczyk, w którym to dowiadujemy się, że Trzynastego wszystko zdarzyć się może, trzynastego świat w różowym kolorze. Każdy z nas ma również znajomych - lub przesiaduje w takich grupach - którzy musieli dzisiaj napisać na Facebooku dzisiaj piątek trzynastego albo jak wam mija piątek trzynastego albo cokolwiek innego, byleby tylko podkreślić "ważność" tego dnia. A przecież piątek trzynastego to taka sama data, jak wtorek dwudziestego ósmego, jedynie ideologię dopisujemy sobie my sami. 

Nie oszukujmy się, pechowy dzień to tylko wytłumaczenie.

Zawsze musimy na coś zwalić nasze niepowodzenie. Nie mam zadania domowego, bo pies je zjadł, nie nauczyłam się na egzamin, bo bolała mnie głowa, samochód mi się zepsuł, bo piątek trzynastego, nie mam prezentacji, bo padł mi twardy dysk. Przykłady można mnożyć, są niekończącą się historią. Tylko dlaczego są one bajką? Bo wszystko to w pewien sposób nasza wina. Może i nie zepsuliśmy komputera, ale prezentację można było wykonać od razu, bo poznaniu tematu, a nie czekając na ostatnią chwilę. Na egzamin również nie mamy tylko jednego dnia, a często są to długie tygodnie. Samochód również nie psuje się od razu, zawsze posyła nam delikatne sygnały, że halo, weź mnie do lekarza, bo coś mnie boli! - przecież uszczelka w drzwiach nie pękła od razu, przecierała się już od paru tygodni, aż w końcu miała dosyć. A może zamarzła i dostała za dużo ciepła? Nie sprawił to jednak piątek trzynastego, a jeśli wydarzyło się to właśnie w ten dzień to jest to tylko i wyłącznie przypadek

Trzy razy upuściłam dzisiaj telefon. No, może dwa. W każdym razie ciągle wypadał mi z ręki i upadał na panele. Za pierwszym razem narobił takiego rabanu, że od razu pomyślałam sobie kaplica, po telefonie, niech mnie ktoś zabije, ale okazało się, że to tylko fałszywy alarm, telefon ma się dobrze. Za drugim razem znowu podnosiłam go z drżącym sercem, ale znów dał radę. Nawet przez moment nie pomyślałam, że znowu ten cholerny piątek trzynastego, a przecież mogłam, bo później jeszcze trzy razy upuściłam paczkę z truskawkową herbatą, sztućce, prawie wylałam kawę, mam czterdziestostopniową gorączkę, a także skręciłam kostkę stojąc na przystanku. Stojąc, nie chodząc. Wszystko mogłabym zwalić na to, że dzisiaj och nie! Jest piątek trzynastego!, ale przecież to nie prawda, to nie wina tego dnia. Mam gorączkę od tygodnia, nie od dzisiaj. Telefon nie upadł mi po raz pierwszy, a jak ostatnio wylałam kawę to zalałam pół stołu, gazetę i wspomnianą wcześniej komórkę. Teraz nie wylałam, a byłabym to zrobiła. Kostka, chociaż w moim przypadku to tragiczne wydarzenie, również nie została skręcona po raz pierwszy. To moja tradycja od czterech lat - wykręcam dokładnie tę samą kostkę, przez co rok temu lekarz wsadził mi ją do gipsu i miałam dwa miesiące wolnego od nauki i studiów, a to nie skończyło się dobrze. Dzisiaj historia mogła się powtórzyć, więc od razu wybrałam się do apteki po altacet, bandaż i gazę, by zacząć sobie robić okłady.

Mam piątek trzynastego taki, jaki sama sobie stworzyłam, a nie jaki stworzyły mi przesądy

Jeśli czarny kot przebiegnie Ci przez drogę to się nie przejmuj, widocznie wraca do domu. Przesądy to tylko nasz wymysł, a prawda jest taka, że im bardziej w coś wierzymy tym większe prawdopodobieństwo, że tak się stanie. Sprawdzone!

Następnym razem nie traktuj tego dnia, jako życiową tragedię. Pomyśl sobie, że to piątek jak każdy inny, data jak każda inna. Czarny kot przebiegł, bo przebiegł, a jedyną krzywdę, jaką może Ci zrobić stłuczone lusterko to to, że poprzecinasz sobie palce, kiedy będziesz je zbierać. Mojej kostki nie skręcił dzień, a śnieg i nieuwaga. Tak bywa. Każdego dnia mamy jakieś drobne krzywdy i rzeczy, które nam się nie udają. Po prostu przestańmy je wyolbrzymiać, gdy nadchodzi TEN dzień. 

Będzie nam się żyło lepiej, serio. 





Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.