16.07.2017

#4 Read week


Znowu sobie to robię... 

W pierwszym tygodniu lipca (3-9.07) odbył się bookAThon, w którym to zamierzałam wziąć udział i, tak jakby, kompletnie poległam. Nie będę tłumaczyć dlaczego - nie widzę w tym sensu. Teraz natknęłam się na read week, a więc coś podobnego do bookathonu, tylko w drugiej części lipca i - jak to ja - postanowiłam znów spróbować swoich sił, choć powinnam tych sił spróbować w czymś innym - w pisaniu bardzo ważnej rzeczy. Zobaczymy, jak się sprawy potoczą... 

Kilka słów wyjaśnienia:

Read week, a wcześniej i bookAThon, to takie tygodniowe, czytelnicze wyzwania - siedem dni, siedem książek. No, właściwie sześć, bo ostatni dzień to ewentualny moment doczytania tego, z czym nie wyrobiliśmy się podczas całego tygodnia. Organizatorzy podrzucają pomysły na kategorie książek, minimum stron do przeczytania i obserwują całą zabawę, bo można wszystko wrzucać na wydarzenie na Facebooku, grupach facebookowych albo na Instagramie z odpowiednim hasztagiem. Ogółem - musi być zabawa, nic więcej. 
Cóż, zabawa zabawą, a Patrycja kompletnie poległa podczas bookathonu, bo nie dałam rady ogarnąć nawet całej jednej książki. Tak jakoś nie mam ostatnio serca do czytania tego, co powinnam, chociaż ciągnie mnie do tego, czego nie powinnam - jak teraz, gdy ciągnie mnie do Biletu do szczęścia, książki Chciałabym, chciała... czy całej serii Dotyk Crossa, które to niedawno dostałam. Jak żyć? 



1. Książka z letnią okładką
Myślę, że najlepiej będzie, gdy wybiorę Jeden dzień, Davida Nichollsa. Już kiedyś próbowałam przebrnąć przez tę książkę, ale miałam z tym drobny problem, nie umiałam się wciągnąć - może tym razem będzie nieco lepiej? Pamiętam, że mi się podobała - dlaczego więc nie umiałam jej skończyć, tego nie wiem. Ilość stron: 448

2. Książka przypominająca czasy dzieciństwa
Cóż, bezapelacyjnie czas na Harry Potter i Kamień Filozoficzny, Joanne Rowling, bo to w stu procentach czasy mojego dzieciństwa, a i pilnie potrzebuję, by odświeżyć sobie całą serię. W końcu połączę przyjemne z pożytecznym. Ilość stron: 324

3. Co nieco klasyki latem
Cóż, jeśli tylko uda mi się dotrzeć do książek (źle je sobie poukładałam i musiałabym wszystko ściągnąć) to przeczytam Romeo & Julia, Williama Shakespeare'a. Gdyby jednak mi się nie udało (a jest to bardzo prawdopodobne) to sięgnę po dziecięcą klasykę, a więc po Alicję w Krainie Czarów, no i może Alicję po drugiej stronie lustra, Lewisa Carolla. W pierwszym przypadku czeka mnie: 270 stron, w drugim: 372.

4. Wakacyjny re-read, czyli książka, którą czytałaś w wakacje
Wracamy do mojego dzieciństwa - Harry Potter i Komnata Tajemnic, Joanne Rowling. Kiedyś czytałam całą serię co wakacje, od kilku lat nawet jej sobie nie odświeżałam - najwyższa pora to zmienić! No i, tak jak w punkcie drugim, muszę połączyć przyjemne z pożytecznym. Ilość stron: 368

5. Letni dreszczyk - książka, przy której się przestraszysz
Tutaj chyba miałam największy problem, ale postanowiłam w końcu sięgnąć po Remigiusza Mroza, a raczej jego książkę - Wotum nieufności. Mam sześć jego książek, a jeszcze żadnej nie przeczytałam, to chyba najlepszy moment, by trochę się zaznajomić z jego twórczością. Obym się nie zawiodła, a mam jakieś takie przeczucie, że jeśli już uda mi się ją przeczytać - nie zawiodę się! Ilość stron: 624

6. Wakacje - książka z siedmioliterowym tytułem
Podczas bookathonu nie udało mi się nawet po nią sięgnąć, może tutaj będzie lepiej? Pod prąd, czyli biografia (wywiad-rzeka) z Robertem Biedroniem, to książka, na której bardzo mi zależało. Mam nadzieję, że warto było czekać z jej przeczytaniem, na ten odpowiedni moment. Ilość stron: 256

7. Przeczytaj 1000 stron podczas całej akcji
Cóż, w moim przypadku będą dwa warianty:
Z Romeem i Julią przeczytam: 2290 stron, z kolei z Alicją w Krainie Czarów: 2392 strony. Chyba znowu przesadziłam. Chyba to wszystko jest niewykonalne. Chyba lubię takie wyzwania. 


Organizatorzy Read Week:



Ja jutro uda mi się dotrzeć do wszystkich książek (mam w domu, ale trochę źle je porozmieszczałam i dostęp jest ograniczony) to na pewno - jak w każdym przypadku - opublikuję zdjęcia na moim Instagramie, na który serdecznie zapraszam: https://www.instagram.com/sonsdanoite/

Ktoś z Was również szykuje się do read week? Z jakimi tytułami spędzicie najbliższy tydzień? Dajcie znać, może znajdę nowe, warte uwagi tytuły? 


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

10.07.2017

#3 1461 dni blogowania


Tak mi szybko czas ostatnio leci, że ani się obejrzałam, a... przegapiłam urodziny bloga! Rozumiecie to? Wyrodna matka ze mnie - zapominać o urodzinach własnego dziecka. Tyle, że to nie do końca tak jest, jak wygląda - niby rano wstałam i pamiętałam, że cholera, dzisiaj mamy urodziny!, ale później był alergolog, później biegłam do dentysty... a potem chciałam już tylko zakopać się pod kołdrę i obudzić się za tydzień, gdy już będzie po - mam nadzieję - ostatniej wizycie. W natłoku zajęć wszystko zwyczajnie wyleciało mi z głowy. Nic nowego.

Wychodzę jednak z założenia, że lepiej późno niż wcale, a to oznacza, że nie ważne kiedy, ważne że w ogóle coś postanowiłam ogarnąć. A uwierzcie mi - ostatnio nie mam na nic ochoty. To nawet nie tak, że nie mam siły - nie mam chęci! Najmniejszych! Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kompletnie mnie to nie interesuje, nawet nie mam wyrzutów sumienia, bo mam wyrzuty w innym kierunku... Połowa roku zawsze bywa dla mnie dosyć trudnym czasem - wiecie, jedni w grudniu/styczniu robią sobie podsumowania roku, myślą czy ich życie ma sens i tak dalej (pomijając tych ludzi, którzy cały czas o tym myślą), a mnie to trafia zawsze w czasie wakacji i tuż przed nimi. Czasem dochodzę do wniosku, że wakacje u mnie nie mają prawa bytu - za dużo czasu do myślenia, za mało działania. No nic.

Nie wiem czy wiecie, ale w piątek minęły... CZTERY LATA, odkąd jestem z Wami! Cztery lata blogowania, pisania tekstów, wrzucania zdjęć, wymyślania nowości, reklam... Cztery lata, kupa czasu. Nawet nie wiecie, jak wiele rzeczy się w tym czasie wydarzyło. Wiecie? Pewnie nie wiecie, dlatego postanowiłam zrobić krótkie podsumowanie - nie tylko blogowe, ale również życiowe. Wiele się zmieniło, ale nie wiem ile na lepsze, a ile na gorsze. Zrobimy krótkie podsumowanie i małą historię bloga. Mam tylko nadzieję, że Was nie zanudzę.

CZTERY LATA,

czyli 1461 dni blogowania

Uwierzycie w to? Tyle dni, tyle postów, prób, pomysłów... Tyle chwil zwątpień! Nie ma co się oszukiwać, że od początku z pełną werwą prowadziłam bloga i nigdy się nie wahałam czy to jest to, co lubię. Ile miałam prób, by zacząć od nowa, albo chęci, by to wszystko rzucić w cholerę. Przecież nie będę się oszukiwać - ani siebie, ani Was - wszyscy to widzieli, wszystko widać na blogu. Nawet ostatnio przycichłam, bo w planach miałam naprawdę duże zmiany, ale - jak widzicie na załączonym obrazku - wszystko pozostało po staremu.

Przez ostatnie cztery lata usunęłam około dwudziestu, może nawet trzydziestu postów - chociaż naprawdę tego nie popieram - usuwania i dodawania - to jednak nie mogłam się powstrzymać, bo gdy zaczynałam po raz pierwszy od nowa, to wpadłam na pomysł, by wszystkie posty ukryć, a te niepotrzebne wykasować, no bo nawet jeśli będę chciała ponowić publikację starych, no to te mi się nie przydadzą. Guzik prawda. Strasznie żałuję, że usunęłam calutki cykl niedzielnych inspiracji, które to publikowałam przez jakieś pół roku, a może i dłużej. Wciąż się zastanawiam czy nie wrócić do tego cyklu - a raczej: czy nie zacząć go od początku, ale na nieco innych zasadach. Kto wie, zobaczymy.

Przez ponad dwa lata mogliście publikować komentarze za pomocą bloggera, a więc tak, jak to zwykle bywa na blogach tejże platformy. Później - chociaż trochę niechętnie i bez przekonania - zdecydowałam się, by w końcu przejść na diqus. I przyznam szczerze, że nawet tego nie żałuję, chociaż wciąż nie do końca potrafię go ogarnąć - widocznie jestem technicznym ignorantem, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Przez ostatni rok walczyłam z własną domeną, ale jak widzicie na załączonym obrazku - WALKĘ PRZEGRAŁAM Z KRETESEM. Wiecznie wyskakiwał mi jakiś Bład13 czy inne cholerstwo, którego nikt nigdy nie miał, nikt nie napisał żadnego poradnika, jak sobie z nim poradzić... Cisza kompletna. Niestety, czas domeny się skończył, a ja nawet nie miałam siły, by znów ją wykupić - bo i po co, skoro nie mogłam z niej korzystać? Może w przyszłym roku wrócę do zabawy z domeną, jak uporam się ze wszystkim, co teraz jest wokół mnie.

Przez całe cztery lata blogowania zdobyłam ponad 105 tysięcy wyświetleń. Wiem, że sporo blogerów, tym bardziej tych z długim stażem, zdobywa tyle wyświetleń tygodniowo, a czasami nawet dziennie, a ja zdobyłam je przez cztery lata. Nieważne. 105 tysięcy w cztery lata to dla mnie piękny wynik, ale przede wszystkim jakaś mała świadomość, że jednak tutaj wpadacie, zaglądacie i może czytacie. I wiecie co? Kiedyś w końcu moje statystyki skoczą, zamiast drobić w miejscu niczym gejsza.

Przez cztery lata blogowania opublikowałam prawie dwieście postów, z czego - na chwilę obecną - na blogu dostępnych jest jedynie 161 postów, w tym najwięcej z roku 2014, bo aż 57. Liczyłam na to, że teraz uda mi się pobić rekord, ale jeśli dobrnę do 30 to będę z siebie naprawdę dumna. Bo nie wiem czy wiecie, ale dzisiejszy post jest dopiero dziewiątym postem w tym roku. Mam nadzieję, że w końcu się ogarnę i zacznę wszystko publikować tak, jak powinnam to robić do tej pory.

Przez ostatnie cztery lata 653 osoby polubiły blogowy fanpage, chociaż ostatnio on również przechodzi jakiś kryzys, który obiecuję przełamać. Obserwując moich ulubionych blogerów widzę, że przecież mogę pisać o wszystkim, nie tylko o samym blogowaniu. Muszę tylko zacząć o tym pamiętać, więc trochę to jeszcze potrwa. Ale obiecuję poprawę!

Nie wiem czy wiecie, ale w tym samym czasie, gdy zakładałam blog, założyłam również swój instagram - z tym, że założyłam go pięć dni wcześniej. A raczej ze dwa tygodnie wcześniej, ale dopiero drugiego lipca 2013 roku dodałam pierwsze zdjęcie. Uwielbiam przeglądać instagram, choć coraz trudniej jest mi się dostać do tych początkowych - w końcu muszę się przedostać przez (na chwilę obecną) 2646 zdjęć. Czasem jak oglądam te pierwsze to widzę, jak wszystko się zmieniło - jak ja się zmieniłam, jak poszłam do przodu, chociaż wciąż często się potykam i coś mi nie wychodzi, ale zawsze z pokorą staram się przyjmować konstruktywną krytykę. Wiadomo, czasem krytyka boli i nie chcemy jej do siebie dopuścić, ale jednak często się przydaje. Wracając jednak do zdjęć - widzę zmianę w edycji, w ich robieniu, kadrowaniu. Zmianę w ich jakości, bo te początkowe nie miały ani ładu ani składu. Teraz czasem też go nie mają, ale bywa dużo lepiej. Ja to widzę.

W ostatnim czasie dużo bardziej poświęciłam się działalności instagramowej niż tej blogowej, stąd właśnie mniej mnie tutaj i na fanpage'u. Powoli jednak planuję wracać i stopniowo wprowadzać zmiany, by nieco uporządkować ten mój piekielny chaos. Nie oszukujmy się - humanistkę na obcasach można by było nazwać blogowym chaosem - wszystkiego jest pełno, a jak wiemy: jeśli coś robi wszystko, to nie robi nic. Albo raczej - jest do dupy, ale nikt nie chce tego przyznać. Mój książkowo-życiowo-ślubowo-jedzeniowo-podróżniczy pierdolnik (to tak w skrócie) przejdzie zmianę, choć wciąż zostanie w podobnej formie - dużo prościej będzie można się odnaleźć w tym, co do tej pory mogło sprawiać mniejsze lub większe trudności. Obiecuję poprawę!

Przez cztery lata miałam wzloty i upadki. Obecnie upadłam najmocniej, ale to oznacz tylko tyle, że teraz pozostaje mi jedynie powoli się dźwigać i zaszaleć. Myślicie, że dam radę?

Rok temu dostałam się na See Bloggers do Gdyni - pojechałam i był to czas do przemyśleń, naprawdę wielu przemyśleń. W tym roku zgłosiłam się zarówno do Blog Conference Poznań, jak i kolejnej edycji See Bloggers. Liczyłam także na Blog Forum Gdańsk, ale... cóż, na BCP się dostałam i na SB też mogę jechać. Problem polega na tym, że do Poznania nie dałam rady dojechać przez zajęcia na uczelni, a do Gdyni nie pojadę, bo kilka innych spraw się skomplikowało. Gdańsk również pozostaje w marzeniach przyszłorocznych, bo w tym samym terminie liczę na obronę na studiach, a wiadomo, są rzeczy ważne i ważniejsze. W przyszłym roku będzie lepiej. 2018 rok będzie pod znakiem blogowym, słowo!

Z rzeczy nieco mniej związanych z blogiem - w tym roku dostałam zaproszenie na Międzynarodowy Festiwal Fotograficzny na Sycylii. Niestety, nie wypaliło, ale pozostaje sama świadomość, że to zaproszenie do mnie trafiło. Wiecie, jak wiele to dla mnie znaczy? Choć wiele mogę zarzucić mojemu fotograficznemu warsztatowi to jednak ktoś mnie docenił. Niesamowite uczucie. Tak samo, jak to, gdy w 2016 roku mój niedokończony tekst wygrał konkurs - chociaż jest to jedynie strona, która pozostawia wiele do życzenia, to jednak dla mnie to kolejna rzecz, która wiele dla mnie znaczyła. Kolejny raz zostałam doceniona, w taki czy inny sposób.

Cztery lata to naprawdę dużo czasu. Dużo wspomnień. Wzlotów, upadków, radości i smutków. Kawał czasu. Mam nadzieję, że za kolejne cztery lata znowu będę mogła tutaj podsumować działalność bloga, a może nawet będę mogła pochwalić się czymś więcej? Zobaczymy.

Dziękuję Wam, że ze mną jesteście!

xoxo


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

27.05.2017

#2 Książę na białym koniu czy palant na ośle? [R] Konkurs na żonę, Beata Majewska.

Zdjęcie autorskie, nie kopiować. Źródło: https://www.instagram.com/p/BUjPhunhRAv/

Jest mi niesamowicie miło, że w końcu mogę przedstawić Wam recenzję książki, której premiera odbyła się niecałe trzy tygodnie temu. To moja pierwsza, porządna recenzja w tym roku. Mam nadzieję, że nie ostatnia, a od dzisiaj będzie tylko prościej i częściej. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam miłej lektury.

Konkurs na żonę, Beata Majewska


TYTUŁ: Konkurs na żonę
AUTOR: Beata Majewska
LICZBA STRON: 303
WYDAWNICTWO: Książnica
KATEGORIA: literatura obyczajowa i romans
DATA WYDANIA: 10 maja 2017
JĘZYK ORYGINAŁU: polski
OCENA: 7/10
WYZWANIE: Czytam, bo polskie; 52 książki; Przeczytam tyle ile mam wzrostu + 2 centymetry

Świat się nie kończy, gdy bliska osoba odchodzi lub zawodzi. Ciągle jeszcze jest ktoś dla Ciebie najważniejszy, ty sama.

W czasie weekendu majowego przeglądałam, jak zawsze, polecane posty na Instagramie. Tam właśnie trafiłam na zdjęcie dużej ilości jednakowych, białych książek, z różowymi elementami. Niby troszeczkę kiczowate, ale trafiło w mój gust. Nie wiedziałam o czym książka będzie, nie czytałam jej opisu, nie miałam też nigdy wcześniej do czynienia z tą autorką. Zaryzykowałam, bo byłam prawie pewna, że to kolejne romansidło, a ja, no cóż, jak każdy, mam swoje guilty pleasure i uwielbiam zaczytywać się w takich książkach. Cały weekend majowy przesiedziałam z niecierpliwością, oczekując przesyłki od grupy wydawniczej Publicat. Dzień przed premierą przybył do mnie Konkurs na żonę, a ja od razu musiałam otworzyć paczkę, choć stałam na przystanku autobusowym. Odwróciłam książkę, zajrzałam na blurb:

Młody prawnik z Krakowa, Hugo Hajdukiewicz, planuje jak najszybciej zmienić stan cywilny. Założenie rodziny przed trzydziestymi urodzinami to warunek narzucony mu w testamencie przez wuja. W poszukiwaniu idealnej kandydatki pomysłowy biznesmen wprowadza w życie plan "Żona". 
Wkrótce poznaje młodziutką, nieśmiałą studentkę. Niedomyślająca się niczego dziewczyna szybko ulega urokowi przystojnego mężczyzny. Jednak misternie przygotowany plan matrymonialny niespodziewanie wymyka się spod kontroli...

i mój zapał nieco opadł. Zmroziło mnie. Kojarzycie może efekt déjà vu? Dopadł mnie od razu po przeczytaniu opisu. Bogaty i niezależny biznesmen? Młoda i naiwna studentka? Gdzieś to już czytałam... Gdzieś to już cały świat czytał! Moje pierwsze skojarzenie to bestsellerowa trylogia Pięćdziesięciu odcieni szarości, choć brak tutaj sado-maso i innych elementów tego typu. Poczułam się trochę nieswojo, choć obiecałam, że przeczytam książkę do końca. Jedyne czego się bałam to tego, że to kompletnie nieprzemyślany zabieg, zwykła inspiracja. Ale dalej czytałam, by w końcu w jedenastym rozdziale autorka rozwiała wszystkie moje wątpliwości - to był specjalny zabieg, o czym uświadamia nas zdanie Marta (...) orzekła przy herbatce pitej w uczelnianym bufecie, że Hugo zachowuje się jak Grey, i spytała, czy nie ma w apartamencie specjalnego czerwonego pokoju. Nie wiem dlaczego, ale jakoś mnie to uspokoiło, a na pewno nie sprawiło, że chciałam odrzucić książkę i więcej do niej nie wrócić. Mało tego! Chciałam ją już skończyć, żeby wiedzieć co dalej, jak potoczy się cała ta historia, co się wydarzy, co z bohaterami.

Stwierdził to już na pierwszej randce w restauracji. Była inna. Inna niż wszystkie kobiety, jakimi się do tej pory otaczał. Inna niż matka i babka. Irytująco ufna, naiwna, kochająca, rodzinna i ciepła, szczera i otwarta, z tym swoim małym dziewczęcym sercem na wyciągniętej dłoni. Jakby chciała ofiarować je każdemu, kto tylko wyrazi życzenie, aby je mieć. A Hugo nie chciał. Nie chciał znowu cierpieć, wolał siedzieć w swojej eleganckiej skorupie i być cyborgiem, który nie czuje.

To pierwsza książka, której naprawdę się bałam. Bałam się, że będę miała problem ją przeczytać, że bohaterowie nie będą spełniać moich oczekiwań, że wszystko będzie płaskie i niewyjaśnione. Dawno nic mnie nie zaskoczyło w tak pozytywny sposób! To nie jest jakieś opowiadanie czy nudne romansidło bez większego sensu. Nie. Konkurs na żonę jest pełen naprawdę zróżnicowanych postaci - od nieco nieśmiałej Łucji, która okazuje się być koszmarną gadułą, przez bogatego Hugona, skrywającego w sobie wiele tajemnic, Adama, czyli najlepszego przyjaciela Hugona, który jest niezwykłym lekkoduchem, aż do przyjaciółek Łucji, czyli dziewczyn pochodzących z zupełnie innej planety.

Jakimi słowami mogłabym określić Konkurs na żonę? Myślę, że spokojnie nowoczesną powieścią, z bardzo swobodnym językiem. Widać, że wszystko jest płynne, lekkie, a postacie nie wypowiadają się z niesamowicie sztuczną poprawnością językową. W końcu nie każdy w życiu jest ą, ę, ludzie są zróżnicowani, mają inne charaktery, różnie się zachowują. Choć na samym początku książki nie umiałam się w nią wczuć i po czwartym rozdziale miałam wrażenie, że już wszystko - prócz wieku bohaterki! - jest dla mnie jasne i nic mnie nie zaskoczy, tak później bałam się, że z każdą kolejną stronę jest coraz bliżej końca, a ja, tak naprawdę, nie chciałam rozstawać się z bohaterami. Chciałam więcej, chciałam dalej... Czuję niedosyt, choć w przygotowaniu jest już druga część - Bilet do szczęścia. Mam nadzieję, że tam wyjaśni się wszystko to, co pozostawiło mnie z pewnym niedosytem.

- Zagórska dostała jakiegoś niespodziewanego skoku oksytocyny i gdy zobaczyła w DULCE taki mały kocyk w króliczki, prawie zeszła. - Olka nie szczędziła detali. - Tuliła go do siebie jak używane bokserki ostatniego faceta na świecie.

Zanim przejdę do pełnego podsumowania - muszę powiedzieć, że czułam pewną złość i irytację, gdy czytałam kolejne spolszczenia angielskich słów (jak w przypadku dżezu, przez który zaczęłam zgrzytać zębami) i różnego rodzaju angielskie wtrącenia, choć tutaj były w pełni uzasadnione - Hugo spędził parę ładnych lat w Ameryce, więc zdarzało mu się mówić i myśleć nie tylko po polsku. Mimo wszystko nieco mnie to drażniło, tak jak jego nope, choć moi znajomi często tego używają. Ze strony technicznej zasmuciło mnie kilka literówek (pod sam koniec książki) i jej forma wydania - zdecydowanie zbyt cienka okładka, która gniecie się przy najmniejszym dotyku i strony, które łatwo można podrzeć, bo mają słaby papier. Niby tylko takie szczegóły, ale - nie oszukujmy się - diabeł tkwi w szczegółach.

Choć początkowo denerwowały mnie postacie - i nie byłam pewna, która z nich denerwuje mnie bardziej - tak z każdą kolejną stroną czułam, że to wszystko to coś dla mnie. Idealnie. Były momenty, w których się śmiałam i były też takie, w którym poczułam wzruszenie. Polubiłam szalone przyjaciółki Łucji i ciepło jej rodzinnego domu na wsi. Spodobało mi się jej nieprzerwane gadanie, bo poczułam swoistą bliskość z bohaterką - może nie na każdy temat, jak w jej przypadku, ale ja też potrafię gadać, gadać i gadać, momentami niesamowicie zanudzając ludzi, którzy spędzają ze mną czas - czy z własnej woli czy też z przymusu (rodzina). Łucja była niesamowicie prostolinijna i bardzo otwarta na wszystko i wszystkich. W pewnym momencie zaczęłam się z nią utożsamiać, bo tak jak ona, daję wszystkim szansę.

Wybaczamy dla siebie. Rozumiesz? Gdy mu wybaczysz, zrobisz to dla siebie. To ty poczujesz większą ulgę, nie on.

Było mi niesamowicie miło, że mogłam ją przeczytać i zagłębić się w świat Łucji i Hugona. A raczej w dwa różne światy, bo oni sami byli niczym ogień i woda. Mam też nadzieję, że druga część już niedługo trafi w moje ręce, a ja dowiem się, jakie tajemnice kryje w sobie Hugo Hajdukiewicz, bo - tego jestem pewna - jest ich bardzo dużo.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A


Miłego dnia i do ponownego przeczytania,

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

11.05.2017

#1 Galopująca cebula


Raz na jakiś czas różne sklepy decydują się na promocję jakiegoś działu bądź ogólną wyprzedaż asortymentu. Czasem przechodzi to wszystko bez echa, choć najczęściej odzywa się w społeczeństwie ta dziwna cecha grosików, co to kupują jedynie, gdy ktoś obniży im cenę. Nie ważne, że jest to obniżka o pięćdziesiąt groszy, to już nie jest ważne. Ważna jest niższa cena, a jeśli do tego promocje się łączą... hulaj dusza, piekła nie ma!

- 55% w Rossmannie

Jedna z najsłynniejszych sieciówek kosmetycznych przynajmniej raz na pół roku organizuje różnego rodzaju promocje. Zwykle jest to -49%, na różny asortyment, zmieniający się co kilka dni. Raz oczy, raz usta, raz coś tam. Nie powiem - sama często daję się porwać tymże wyprzedażom, bo moje ulubione cienie przecenione prawie o połowę to coś cudownego. W końcu mogę kupić dwa w cenie jednego. No, prawie. Gdy w grudniu zeszłego roku pojawiła się promocja dwa za jeden i dotyczyła ona wszystkich perfum, z czego większość z nich była z dodatkową obniżką ceny... nie powiem, sama uległam. Niestety, ubzdurałam sobie, że chcę tylko jeden jedyny zapach, którego praktycznie nigdzie nie było i w ten oto sposób spędziłam cały dzień na jeździe od jednego sklepu do drugiego, aż w końcu, już kompletnie zrezygnowana, pojechałam do ostatniego i cudem dorwałam ostatnie dwa, samotnie stojące na ogołoconym regale. Szaleństwo, ale było warto, bo teraz to mój ukochany zapach!

Przy każdej poprzedniej wyprzedaży było jakoś spokojnie, prawie nie miewałam problemów w obejrzeniu tego, co mnie interesowało. Tym razem we wszystkich sklepach, jaki zdążyłam odwiedzić, działy się iście dantejskie sceny. Rozumiecie? Te kobiety gotowe są wszystkich stratować, byle dorwać to, po co przyszły. Dlaczego? Bo promocja! Tylko czym ona się różni od wszystkich pozostałych? Ano tym, że Rossmann postanowił wprowadzić w swej aplikacji telefonicznej specjalny kod, który uprawnia nie do -49%, a do aż -55%, co sprawia, że kosmetyki są tańsze o ponad połowę ceny. Kto by się nie skusił? Szkoda tylko, że wraz z niższą ceną kobiety straciły też rozum i resztki ludzkiego zachowania. 

Kojarzycie może to, jak ludzie biją się w Lidlu o produkty różnego typu? Crocsy, torebki od Wittchena, tanie spodnie i koszulki czy sprzęty domowe. Ostatni hit internetu to to, jak kobieta walczyła z mężczyzną o wielofunkcyjnego robota kuchennego. Doszło do tego, że wylądowali z tym robotem na ziemi, bo nikt nie chciał odpuścić. Szaleństwo. Tym razem w Rossmannie było podobnie, chociaż ja na całe szczęście uniknęłam aż takiego starcia. Nie mniej - w sklepach z kosmetykami zawsze jest gorzej z jednego, ale bardzo ważnego powodu - zużycia produktu. 

Wyobrażacie sobie, żeby w Lidlu ktoś ubrał Crocsy, zaczął się w nich przechadzać po całym sklepie, a później je odłożył? Nie? Ja też nie. To samo jeśli chodzi o ubrania czy torebki, o sprzętach nie mówiąc - przecież nikt nie podłączy robota do prądu i nie zacznie przyrządzać koktajlu na środku sklepu! To wydaje się śmieszne i logicznie nie do przyjęcia. Dlaczego więc w drogeriach nie może być tak samo? Przytoczę Wam kilka moich przykładów, w dodatku osobistych, a nie zasłyszanych od innych ludzi. 

Sytuacja pierwsza: Mam fioła na punkcie szminek. Moja kolekcja zamyka się obecnie gdzieś w pięćdziesięciu sztukach w różnych odcieniach różu, fioletu i czerwieni. Czekając na autobus postanowiłam wstąpić do Rossmanna, który znajduje się tuż obok przystanku. Weszłam, przejrzałam szminki z Lovely, sięgnęłam po tester czerwonej, otworzyłam i... moje palce pokryła czerwień. Nie wiem ile lat miała kobieta, która wcześniej sprawdzała ten kolor, ale trzyletnia córka mojej kuzynki dużo lepiej traktuje kosmetyki. Czy któraś z Was wykręca swoją własną szminkę, a później ją zamyka bez wcześniejszego wkręcenia jej do środka? Nie? To dlaczego niektóre kobiety robią to w sklepach? Brak wychowania, lenistwo czy zwykłe chamstwo i bezczelność? Skoro trzyletnia Lidia potrafi wziąć moją bezbarwną pomadkę, otworzyć, wykręcić, pomalować się, zakręcić, a dopiero później zamknąć, to może dorosłe kobiety powinny brać z niej przykład?

Sytuacja druga: Mama chciała kupić sobie podkład, więc poszłam z nią, przy okazji mogłam przejrzeć to, co mnie interesowało. Prawie udało mi się kupić cień do powiek, mojej mamie niestety z podkładem nie wyszło. Chciała kupić jeden, firmy już nie pamiętam, ale chodziło o najjaśniejszy kolor. To, że tester wyglądał, jakby wpadł do podkładu... no cóż, to z testerami zdarza się często. Tylko kto mi wytłumaczy, dlaczego wszystkie pozostałe kosmetyki do sprzedaży wyglądały identycznie, jak ten podkład? Na pewno nie zrobiły tego dzieci, bo półka była zdecydowanie za wysoko. Tego również dokonały "dorosłe" kobiety.

Sytuacja trzecia: Wyżej wspomniałam, że prawie kupiłam cień do powiek. Cóż, ostatecznie udało mi się go kupić, ale najpierw musiałam przejechać się po paru Rossmannach, żeby w końcu to się stało. Mam niesamowitą słabość do cieni color tattoo z Maybelline. To kremowe cienie, niesamowicie trwałe i - co najważniejsze - nie rolują się i nie osypują tak, jak dzieje się to z większością cieni sypkich. Dawno temu udało mi się kupić biały, ale teraz chciałam dorzucić do zestawu czarny, no i może jeszcze jakiś. Pierwszy dzień promocji, wstąpiłam tam przy okazji. Znalazłam ten czarny cień, ostatnia sztuka. Wzięłam go zadowolona, trzymając w rękach niczym Gollum złoty pierścień, już skierowałam się do kasy, już witałam się z gąską... Ale coś mnie tknęło, by jednak otworzyć ten słoiczek (zabezpieczenie było zerwane) i całe szczęście, że to zrobiłam, bo ktoś, kto wcześniej go trzymał, wsadził tam cały paluch. Mało tego! Prócz wielkiej dziury na samym środku, cień był dodatkowo ubrudzony innym, jasnym. Słowem: masakra. Plułabym sobie w brodę, gdybym kupiła taki zniszczony kosmetyk, chociaż wiem, że spokojnie mogłabym go wymienić. Ale po co, skoro mogłam sprawdzić go od razu? Ze srebrnym miałam podobny problem, też długo go szukałam, bo każdy otwarty i w każdy już ktoś paluch włożył. Bo wiecie, testery to same bakterie...

Dlaczego prawie zawsze jest ten sam schemat promocji? Zniszczone kosmetyki, których już nikt nie kupi, poplamione ubrania, rozdarte opakowania. Kobiety szalejące tak, jakby ktoś wyłączył w ich organizmach funkcję mózg oraz drugą - racjonalne myślenie. To wszystko wygląda trochę tak, jakby do tej pory żadna z nich nie miała możliwości kosmetycznych zakupów. Naprawdę? To niczym zakupy przed długim weekendem, które zawsze przypominają jedno i to samo - przygotowanie do apokalipsy, a nie paru wolnych dni.

Nie dajcie się zwariować!






Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

07.05.2017

JAK FENIKS Z POPIOŁÓW

źródło zdjęcia: unsplash

Nie ścigaj człowieka, który postanowił od Ciebie odejść. Nie proś, żeby został. Nie błagaj o litość. On pojawił się w Twoim życiu tylko po to, żeby obudzić w Tobie to, co było uśpione. Muzykę, z której nie zdawałeś sobie sprawy. Jego misja jest zakończona. Podziękuj mu i pozwól odejść. On miał tylko poruszyć strunę. Teraz ty musisz nauczyć się na niej grać.
~ Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


Czasem wydaje mi się, że za łatwo się poddaję. Może nie tylko ja, może to po prostu ludzka przypadłość? Poddawanie się, gdy coś nie idzie po naszej myśli. Zmiany, ucieczki, odcinanie się od czegoś, co nam po prostu nie wyszło, od czegoś, co potrzebuje więcej czasu, by osiągnąć pożądany efekt. Chcemy wszystko mieć na już, na teraz. Czekanie nas odrzuca i zniechęca. Właśnie tego nauczył nas dwudziesty pierwszy wiek - pośpiechu. Wszystko mamy od ręki, bo informacji dostarcza nam niezastąpiony wujek Google, a wiernie służy mu cudowna ciocia Wikipedia. Po co szukać rzeczy w encyklopedii, skoro wystarczy wystukać je na klawiaturze komputera bądź przez ekran telefonu? To wszystko wygląda trochę tak, jak z pisaniem tradycyjnych listów - niby większość osób uważa, że to piękne, cudowne i szkoda, że się tego nie praktykuje, ale jakby zaproponować im wymianę listową to zawsze jest jakaś wymówka i propozycja brzmiąca: a może mejl?. No niestety.

Ze mną trochę też tak jest, że chcę żyć w spowolnionym tempie, a jednak nie do końca mi to wychodzi, bo chciałabym tak, jak wszyscy - na już. Domagam się sukcesów, wyników, wszystkiego na już, nawet jeśli na wiele rzeczy potrzeba czasu. Dużo czasu. Z blogiem mam to samo, a może właśnie wszystko w głównej mierze jego dotyczy?

Miałam wiele planów, choć w ostatnim czasie jedyne czego chciałam, to zamknąć tego bloga, by otworzyć innego. Zacząć od nowa, mieć czystą kartę. Wymyśliłam nawet kilkanaście nowych adresów, zrobiłam nagłówki, katowałam tym wszystkim znajomych, a później... zaczęłam zastanawiać się czy aby na pewno chcę tak po prostu zamknąć ostatnie prawie cztery lata, by zacząć coś nowego. I to z jakiego powodu? By blog od początku wyglądał tak, jak bym tego chciała, bez słabych i niepotrzebnych postów, z większą ilością komentarzy, z czymkolwiek, co miałoby wyglądać nieco lepiej niż w obecnej odsłonie?

Zostaję tutaj. 

Nie wiem czy jest to decyzja podjęta pod wpływem chwili czy niedługo jednak nie zmienię zdania i nie założę czegoś nowego. Nie wiem. Póki co - nie chcę przekreślać ostatnich czterdziestu pięciu miesięcy, prawie czterech lat, niespełna dwóch setek postów, paru tysięcy komentarzy, dwustu obserwatorów... To wszystko to dla mnie nie są jakieś tam liczby. To coś, co dużo dla mnie znaczy, ale przede wszystkim - to moje wspomnienia. A wspomnienia warto zachowywać.

Niedługo ruszam z nowymi postami. Gotowi?


Miłego dnia!

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

03.04.2017

#81 Fotograficzne podsumowanie marca

 
Marzec nareszcie dobiegł końca, za to kwiecień przywitałam (prawie) z hukiem. Ostatni miesiąc był dla mnie niesamowicie skomplikowany, trudny, ale przede wszystkim naprawdę męczący. Uczelnia po raz kolejny dała mi nieźle w kość, ale - mam taką nadzieję - udało mi się pozamykać wszystkie sprawy i w końcu mogę zająć się tymi bieżącymi. Zanim jednak kwiecień rozwinie się u mnie w całej okazałości, to najwyższa pora, by podsumować minione trzydzieści jeden dni. Gotowi? 

FOTOGRAFICZNE PODSUMOWANIE MARCA,

czyli miesiąc w zdjęciach


Wszystkie poniżej zamieszczone zdjęcia pochodzą z mojego instagramu - www.instagram.com/sonsdanoite - i zostały tam opublikowane w marcu 2017 roku. Wszelkie Prawa Zastrzeżone, etc. 

O tym, że ja i instagram to prawie jedność, wiedzą już chyba wszyscy, a na pewno wiedzą o tym moi znajomi. Bywał czas, kiedy publikowałam po pięć zdjęć dziennie - i czuję, że niedługo te czasy wrócą - a miesięcznie wychodziło tego naprawdę wiele. Tym razem jednak nie wiem czy bardziej nie miałam czasu czy, tak zwyczajnie, chęci. Coś tam publikowałam, coś tam chciałam opublikować, ale zawsze czegoś brakowało. Nie robiłam zdjęć, bo wpakowałam sobie rękę w ortezę i trochę trudno mi z nią funkcjonować. Mimo wszystko chcę pokazać chociaż kawałek mojego miesiąca. Łapcie!

SPOTKANIA

W marcu było ich niewiele, bo zaledwie dwa? Trzy? 
Tort w prawym górnym rogu to rodzinna impreza urodzinowa, 
a torcik w lewym dolnym rogu to z okazji Dnia Kobiet, dla mnie i mamy. 
Lewy górny róg i zdjęcie pośrodku to spotkania z Natalią (a może jedno i to samo?). 
No i w końcu prawy dolny róg to ostatnie spotkanie z Pawłem, gdzie odwiedziliśmy nowo otwarte miejsce - katowicką Rawę, na Moniuszki. Całkiem przyjemne miejsce, kawa bardzo dobra, ale ja i tak znalazłam jeden minus - widok. Siedzieliśmy w kącie sali, a przez okno widziałam stary, zniszczony parking i duży, plastikowy kontener na śmieci. Tak szczerze - można by było coś z tym zrobić, chociaż muszę przyznać, że mimo tego - miejsce warte uwagi, ceny nie są wysokie, kawa dobra. Następnym razem na pewno kupię sobie tam wino.
Spotkań było naprawdę niewiele, ale mimo wszystko muszę powiedzieć, że wszystkie mi się udały, można powiedzieć, że w stu procentach. W kwietniu liczę na więcej. Zobaczymy. 

WIDOKI

Mogłam dodać jeszcze kilka zdjęć, ale wybrałam tylko te kilka fotografii. Cóż, powyżej praktycznie same Katowice, oprócz środkowego zdjęcia na dole, gdzie próbowałam uchwycić Zamek w Będzinie, ale zanim telefon zaczął pracować - przejechaliśmy kawałek i na pierwszym planie wylądowało drzewo. Jak na zdjęcie, które zostało wykonane w czasie jazdy samochodem, nie wyszło tak źle. Poza tym - dwa razy Wieża telewizyjna, trzy razy dachy Katowic, no i po jednym razie - mój Bytków, mój wydział, budynek Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska, budynek Biblioteki Śląskiej, budynek Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza, a także ulica Francuska w Katowicach i parking przy moim wydziale, na Placu Sejmu Śląskiego - tetris wersja 4.0. Taki oto wiosenny Górny Śląsk. W kwietniu będzie tego więcej, ale tym razem... Była pogoda, było warto. Oprócz kilku typowo uczelnianych fotek - było kilka słonecznych spacerów. W kwietniu, mam nadzieję, będzie tego więcej.

WIOSENNE INSPIRACJE

Siemianowickie Centrum Kultury dwa razy do roku organizuje tzw. inspiracje - przed Świętami Bożego Narodzenia są to zimowe inspiracje, a przed Wielkanocą - wiosenne. Jeśli dobrze liczę, to w tym roku odbyła się trzynasta edycja spotkań. Dwa lata temu już popełniłam jeden cały post poświęcony tej tematyce - możecie znaleźć go TUTAJ, klikając w link. W tym roku również byłam, chociaż zaledwie na trzech warsztatach - florystycznych, scrapbookingowych oraz na robieniu mydełek z gliceryny. Florystyki jeszcze nigdy nie opuściłam, scrapbooking był po raz pierwszy z inną prowadzącą, a mydełka odbyły się drugi raz i na pewno nie ostatni. Miałam być jeszcze na trzech innych, ale - no cóż - na jedne się nie załapałam, a na pozostałe dwa nie dałam rady się doczołgać z powodu zapalenia zatok. Kosmicznie niedomagam.

W każdej edycji są inne warsztaty, inne pomysły. Lubię te zajęcia. Są cudownym oderwaniem od rzeczywistości, chwilą dla mnie, dla rozluźnienia, dla uspokojenia siebie, bo zamiast skupiać się na tym, co złości i otacza, trzeba się skupić na tym, co się robi, by niczego nie zepsuć. To taki moment dla siebie, a przy okazji można się wyżyć artystycznie. Polecam, dla wszystkich, którzy mogą skorzystać z takich warsztatów.

WIOSNA IDZIE

Wiosna idzie! A skoro przychodzi wiosna, to nowe buty - zamieniamy ciężkie, zimowe obuwie na coś lżejszego, np. adidasy, półbuty, w skrajnych przypadkach na baleriny. No to zaczęłam próbować. Kupiłam białe buty w kwiatki. Przyznam, że chorowałam na nie od lat, gdy jeszcze można je było spotkać w deezee, a ja chodziłam do liceum. Tak długo zwlekałam z ich zakupem, że w końcu zniknęły. Długo czekałam, długo czekałam... ale w końcu znalazłam, w dodatku w bardzo okazyjnej cenie - 20 złotych. Za tę kwotę nie było sensu się zastanawiać, wzięłam od razu, były super, były wygodne i... obtarły mnie do krwi, jak tylko poszłam w nich na uczelnię. Odpuściłam na jakiś czas, teraz mogę w nich normalnie chodzić. Tydzień później wzięłam się w garść, założyłam adidasy i poszłam do lekarza. Nie wiem, jakim cudem wróciłam do domu, ale nogi miałam tak poobcierane, że szkoda gadać. Ból był nieziemski, krew leciała, po dwóch tygodniach dalej mam ślady na piętach. Po adidasach. No, powiedzcie szczerze - kogo z Was obtarły kiedykolwiek adidasy?

KSIĄŻKOWE ZBIORY

W marcu miało być ich niewiele. Naprawdę, w końcu miałam ograniczyć zakup książek. Trzymałam się, naprawdę bardzo długo się trzymałam. Przez pierwsze trzy tygodnie zakupiłam jedynie dwie książki - Księżniczkę mafii i Z miłości do córki. Mniej więcej w połowie miesiąca zamówiłam książki Neila Gaimana, które miały przyjść dopiero w kwietniu - na jedną z nich, Mitologię nordycką trzeba było długo czekać. Stwierdziłam, że dla mnie to lepiej, więc zamówiłam. Cóż, sprawy się skomplikowały i paczka przyszła ponad tydzień przed czasem. Oprócz niej zamówiłam jeszcze trzy inne tego autora - Nigdziebądź, Gwiezdny Pył, a także Amerykańskich Bogów. Nie będę oszukiwać - zakochałam się w okładkach od pierwszego wejrzenia. Są cudowne! Poza tym zakupiłam w marcu jeszcze Harry'ego Pottera i Zakon Feniksa, stan prawie idealny, a książka pochodzi z antykwariatu. Grzech było nie kupić, tym bardziej, że mój Zakon Feniksa jest niezdatny do czytania. No a w ostatnim tygodniu przybyły do mnie książki z prenumeraty - Wielka kolekcja dzieł Szekspira, gdzie w paczce znalazłam Wiele hałasu o nic oraz Antoniusza i Kleopatrę, a także moja cudowna Złota kolekcja bajek Disney'a, a do mnie dotarły cztery kolejne książeczki, tj. Piotruś Pan, Piorun, Kurczak Mały, a także Księżniczka i żaba. Moja biblioteczka powiększyła się w marcu o trzynaście książek, co jest niezłym wynikiem dla mnie, bo o połowę mniejszym niż do tej pory. Progres!


Marzec był miesiącem słabym w fotografie, więc liczę na to, że w kwietniu cokolwiek nadrobię, szczególnie jeśli chodzi o kulinaria. Może więcej spacerów? Na pewno więcej zdjęć, o które będę walczyć. Mam nadzieję, że w końcu nadchodzą zmiany. Dużo, dużo zmian!

A jak Wam minął cały marzec?



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

20.03.2017

#80 Depresja blogera

unsplash.com

Od zawsze wiem, że skoro mogę to tworzę, a jeśli tworzę, to znaczy, że po prostu mogę, bo nikt mi nie zabronił. Wiecie, póki jesteśmy w wolnym kraju to jeszcze możemy (prawie) wszystko robić, gdy mamy czas wolny. Pisać, rysować, jeździć na deskorolce, oglądać porno. Dopóki to sprawia nam radość to nikt nie powinien się w to wtrącać. A co, jeśli nagle nasze największe hobby zamieni się w koszmar? Jak wtedy się zachować? Przekreślić lata tworzenia czy jednak zmusić się, bo tak wypada? 

Długo zastanawiałam się co zrobić, czy w ogóle coś z tym zrobić. Zmuszać się czy przeczekać? Wziąć się w garść czy odpuścić? Bywały momenty, że pragnęłam walić głową w ścianę, ewentualnie wziąć laptop w półtorej ręki (bo jedna nie jest w pełni sprawna) i wyrzucić go przez balkon, bo nie dość, że ostatnio tworzenie nie sprawia mi żadnej radości, to jeszcze laptop w siedemdziesięciu pięciu procentach przypadków zwyczajnie mnie denerwuje, buntuje się, zawiesza... Nie oszukujmy się - to nie napawa optymizmem i nie motywuje do dalszego działania. Bardzo długo nie wiedziałam co dalej, coraz częściej zaczęłam zastanawiać się, że może to już koniec? Może najwyższa pora postawić świeczkę i powiedzieć, że oto właśnie nadszedł ten moment, by pożegnać się z tym blogiem, z czytelnikami i z całą resztą, która do tej pory sprawiała mi samą przyjemność, a nagle stała się przykrym obowiązkiem...


Nie będę ukrywać, że ostatnie miesiące minęły mi paskudnie - nie dość, że cały semestr (znowu) męczyłam się z jednym z najkoszmarniejszych przedmiotów na moim etapie studiów, tak później dołączyły do tego problemy z lekarzami, z początkiem roku musiałam pożegnać się z moim ukochanym psem, a teraz jeszcze okazało się, że mam uszkodzoną chrząstkę trójkątną w lewym nadgarstku i mam ją usztywnioną od trzech tygodni, jeszcze przez kolejne trzy, co powoduje niesamowite trudności w pisaniu czegokolwiek na laptopie - ani blogu ani opowiadań ani czegokolwiek innego. Utknęłam w martwym punkcie twórczego myślenia, bo nawet jeśli z ręką jest troszkę lepiej to znowu nie mam ani jednego pomysłu, by ruszyć dalej z czymkolwiek, a każda próba napisania czegoś kończy się fiaskiem - wszystko wydaje się być toporne, ciężkie, nie do przebrnięcia. Kto kiedykolwiek coś tworzył ten pewnie wie, jakie to okropne uczucie, gdy chcemy, ale nie możemy, albo - co gorsza - nie wychodzi nam tak, jakbyśmy chcieli.

Do pisania zabieram się co chwilę - czasem na luźnych kartkach, czasem w zeszycie, ostatnio na Facebooku, w prywatnych wiadomościach do samej siebie. Korzystam z tych nagłych, chociaż niesamowicie krótkich przypływów weny, bo wiem, że jeśli raz stwierdzę "e tam, później też mogę" to nie będę mogła, bo pomysły gdzieś się stracą, zmienią się, już nie będą tak dobre, jak te pierwsze. Postanowiłam walczyć, w końcu ten blog to ostatnie prawie cztery lata mojego życia, kawał czasu i ogrom różnego rodzaju wspomnień, mniejszych bądź większych.


... początkowo dopadło mnie jedynie twórcze zmęczenie. Myślałam sobie, że niedługo mi minie, za tydzień, za dwa, ale wreszcie minie, a ja wrócę do normalnego pisania. Ale to trwało dłużej, ja zaczęłam się zmuszać do tworzenia przynajmniej jednego postu miesięcznie, aż w końcu dałam sobie spokój, schowałam głowę pod poduszkę i uznałam, że najwyższa pora skonać, wraz z tym blogiem. Zmęczenie trwało i trwało, nie dawało spokoju, męczyło, jak nigdy wcześniej. W końcu nadszedł moment, gdy postanowiłam zrezygnować, ale... nie potrafiłam.

Humanistka na obcasach, a wcześniej cantus cycneus stała się dla mnie czymś więcej niż tylko jakimś sobie blogiem. To moje małe miejsce w sieci, chociaż wciąż szukam sposobu, by wyglądało tak, jak sobie je wyobraziłam. Nie zamierzam się jednak poddawać, bo wiem, że mi nie wolno - włożyłam w to dużo serca, masę pracy i niewyobrażalnie dużo czasu, o czym zresztą wiedzą moi bliscy znajomi, którym swego czasu ciągle trułam na temat bloga, blogowania, nowych tekstów, pomysłów czy zdjęć, których szukam bądź potrzebuję. Teraz mieli przerwę, tak jak i ja zrobiłam sobie przerwę od blogowania, a przynajmniej częściową przerwę.

Teraz jednak biorę się w garść i wracam do blogowania, ale przede wszystkim wracam do tworzenia po swojemu. Sama trochę zniszczyłam swoją pasję i zamierzam to naprawić. Bo mam swoją małą misję.



Brzmi dosyć zabawnie, prawda? Ale to moja mała misja w walce o bloga i pasję, którą się stał. Przecież to miała być radość, zabawa. Przyjemność z tworzenia, łączenie czegoś przyjemnego z czymś, co było dla mnie pożytecznym - publikowaniem moich przemyśleń, mojego spojrzenia na świat. Nawet jeśli ktoś się ze mną nie zgadzał, nawet jeśli kogoś coś nie interesowało - bywały przypadki, w których ktoś dowiedział się o czymś dzięki mnie, czy takie, gdy udało mi się kogoś przekonać do mojego zdania. Dzięki blogowaniu poznałam wielu fantastycznych ludzi, ale - przede wszystkim - znalazłam sposób, by połączyć kilka pasji w jedno. Głupio byłoby teraz zrezygnować, poddając się bo tak, bo coś się skomplikowało.

Postanowiłam zawalczyć i nie poddawać się, a moja Misja: Bloger, jest niczym innym, jak stanięciem twarzą w twarz z własnym lenistwem czy kolejnymi drobnymi kryzysami. Czas odrzucić nie chce mi się i pozbyć się może później czy a co jeśli się nie spodoba?, a w końcu - po prawie czterech latach ciągłego blogowania - zacząć eksperymentować z tym, co tworzę i ze sposobem, w jaki to robię. Może nowy pomysł? Nowy sposób? Nowy styl?

Muszę spróbować zrobić wszystko, by depresja blogera poszła w zapomnienie.

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

14.02.2017

#79 Oświadczyny (nie)mile widziane


Zaręczyny to przecież taki przepiękny dzień w życiu każdej kobiety! Te bukiety kwiatów, ukochany, klęczący na jednym kolanie, muzyka w tle, przepiękne widoki... Dzień niczym z romansu, dzień, do którego ukochany mężczyzna przygotowuje się miesiącami, kupuje najdroższy pierścionek u najlepszego jubilera, największy bukiet czerwonych róż, wydaje miliony monet tylko po to, by jego kobieta była najszczęśliwsza na świecie, bo w końcu każda kobieta właśnie tego pragnie. Pragnie, by cały świat dowiedział się o tych zaręczynach, a najlepiej, jeśli od razu ten świat to zobaczy. Bo intymność tego dnia gdzieś zanikła, już nie przeżywamy go we dwoje, a najlepiej właśnie, gdy dzieje się to przy świadkach - i to nie przypadkowych, ale wcześniej zaplanowanych. Pytanie tylko: po co?

Praktycznie każda mała dziewczynka marzy o bajkowym ślubie, romantycznych zaręczynach i księciu na białym koniu. Oczywiście życie wszystko weryfikuje, więc albo marzenia całkowicie się zmieniają, albo to rzeczywistość nas przytłacza i książę na białym koniu okazuje się być błaznem na motorynce, romantyczne zaręczyny w restauracji pod wieżą Eiffel (albo na tejże wieży) zamieniają się w proste Zostań moją żoną, rzucone przy kawałku pizzy w podmiejskiej knajpie. Wiadomo, dla jednej osoby jest to szczyt marzeń, dla drugiej - śmiech na sali. Nie ma jednak czegoś takiego, jak wzór na zaręczyny idealne. Nie ma i już. Można jedynie stworzyć subiektywny przepis na najszybciej zepsute zaręczyny, co właśnie zamierzam zrobić. Cóż, do dzieła, pierścionki w dłoń, naprzód marsz!

OŚWIADCZYNY (NIE) MILE WIDZIANE

kochaj, ale się nie oświadczaj!


Na różnego rodzaju oświadczyny natknąć można się wszędzie - w telewizji, książkach, w internecie. Codziennie ktoś się zaręcza, co jakiś czas są to nasi znajomi, a jak dobrze pójdzie, to raz w życiu jesteśmy to my sami. Sposobów jest mnóstwo, chociaż mam wrażenie, że nie wszystkie zostały odkryte przez społeczeństwo - codziennie ktoś wymyśla coś nowego, z jednej strony to piękne, a z drugiej - niestety - przerażające. Ukochany może nas zaskoczyć. Jeśli będzie to miłe zaskoczenie to pół biedy, ale co, jeśli pójdzie o kilka kroków za daleko? Jeśli o jeden, to może jeszcze damy radę pociągnąć go za łokieć. Kilka i już nie dosięgniemy.

Zjawiskiem, którego nie potrafię zrozumieć, są oświadczyny na wizji, oświadczyny przy publiczności - i nawet nie chodzi o te w knajpie czy właśnie pod jakimś obiektem muzealnym czy innym historycznym, ale o tych, które mrożą krew w żyłach, jak stadiony, koncerty, występy w telewizji. Osobiście - nie mam pojęcia co bym zrobiła, ale liczę na to, że jednak w przyszłości mój facet będzie wiedział, że zaręczyny przy widowni mogą skończyć się ucieczką z krzykiem. No, ewentualnie bez krzyku, bo wtedy się szybciej ucieka...

Społeczeństwo ma tendencję do ogólnego ekshibicjonizmu emocjonalnego - publikuje w sieci zdjęcia i teksty związane z każdą, nawet najkrótszą chwilą swojego życia. Zaręczyny? Najlepiej zrobić zdjęcie w chwili, w której facet się oświadcza. Ciąża? Ach, który znajomy nie opublikował pierwszego zdjęcia z USG swojego dziecięcia? Oczywiście Facebook rejestruje wszelakie zmiany statusów - i o ile potrafię jeszcze zrozumieć zmianę na w związku, zaręczona czy w związku małżeńskim - o tyle nie widzę żadnych racjonalnych powodów, by chwalić się zakończono związek z.... Nie wiem, mamy współczuć? Pytać dlaczego? Nie, lepiej nie pytać - w końcu i tak odpowiesz, że to prywatna sprawa...

Będą już ze dwa lata, gdy po raz ostatni widziałam takie komercyjne zaręczyny - w programie Dzień dobry TVN, na szczycie jakiejś tam polskiej góry. Co to było? Gubałówka? Nie ważne, ważne, że wszystko zostało wcześniej zorganizowane, a biedna dziewczyna nie umiała w pierwszej chwili wydusić z siebie słowa. Znowu było mnóstwo czerwonych róż, serduszka, piękny widok i... miliony telewidzów. Gapie. W cholerę i jeszcze trochę. Przypadkowi zwiedzający, a także ci, którzy zwyczajnie siedzieli przed telewizorami. Padło pytanie, zapadła krótka i bardzo niezręczna cisza, aż w końcu wydusiła to tak, chociaż kto wie, czy zrobiła to pod presją telewizji czy naprawdę chciała właśnie takich zaręczyn.

Będzie chyba z sześć lat, jak w Telewizji Polskiej leciał program Bitwa na głosy, a po jednym z występów chłopak z widowni oświadczył się dziewczynie, która występowała z jedną z drużyn. Też wszystko zostało wcześniej zaplanowane, prowadzący zaprosili go na scenę, a on przyszedł z bukietem czerwonych róż, bo przecież innych kwiatków ludzie nie znają. Dlaczego to nie mogą być tulipany albo frezje? Róże w innym kolorze? Przepiękne piwonie? Czy naprawdę kobiety kochają tylko czerwone róże? Kwiatów jest mnóstwo, więc jestem pewna, że jednak dla sporej części kobiet te czerwone róże wcale nie są tak wyjątkowym kwiatem. Warto zastanowić się czy aby na pewno Twoja ukochana uwielbia właśnie te kwiatki, a nie inne. Może wolałaby dostać żółte gerbery? Duży bukiet białych konwalii? Różowego hiacynta w ozdobnej doniczce? Warto znać upodobania ukochanej.

Spójrzmy jednak na medialne zaręczyny z nieco innej strony.

Parę dni temu Pani Kotełkova podesłała mi filmik z naprawdę nieudanych zaręczyn. Mężczyzna postanowił oświadczyć się ukochanej na boisku. Znowu ten sam motyw - bukiet kwiatów, uklęknął przed nią na jedno kolano, wyciągnął przed siebie pudełeczko z pierścionkiem, zadał pytanie, na co dziewczyna... odwróciła się na pięcie i uciekła. Wielka konsternacja, dopiero później ludzie zaczęli ją gonić. Czujecie presję, jaką musiała odczuwać? Nie dość, że facet oświadczył jej się na wizji, chociaż wychodzi na to, że wcale tego nie chciała - o ile w ogóle chciała się zaręczyć - to jeszcze ludzie zaczęli ją gonić, tym samym naciskając na jej decyzję, wręcz zmuszając ją do podjęcia jedynej, jakby się wydawało, słusznej decyzji. Biedna, bo wychodzi na to, że jej ukochany nawet jej nie zna. I jak tutaj tworzyć związek? 

Małżeństwo to ponoć pokrewieństwo dusz - i nie chodzi tutaj o to, by lubić to samo, robić to samo i spędzać razem każdą wolną chwilę. Nie. Prawdziwy związek to ten, w którym ludzie rozumieją się na tyle dobrze, by wiedzieć, jaki kompromis będzie najlepszy i czego druga połówka może chcieć, nie musieć tego sygnalizować neonami i plakatami w stylu kup mi kwiatki, dupku. Miłość to nie obdarowywanie się prezentami na prawo i lewo, bo czasami ważniejsza jest obecność czy prosta rozmowa. Jesteśmy różni, różne mamy priorytety, różne marzenia i w różny sposób podejmujemy decyzje. W miłości najważniejsze jest to, by wiedzieć, który krok będzie dobrym krokiem - jedna kobieta może oszaleć z radości, gdy ukochany postawi na ekshibicjonizm i oświadczy się przy setkach, a nawet tysiącach zupełnie obcych ludzi, druga, jak dziewczyna na filmiku poniżej, weźmie gitarę i rozwali ją niedoszłemu narzeczonemu na głowie. Ty po prostu musisz wiedzieć czy Twój krok jest dobry, czy przypadkiem nie zniszczy Waszego szczęścia.

Oświadczyny (nie) mile widziane... Sam zdecyduj czy swoim pomysłem dodajesz nie czy jednak uda Ci się podjąć dobrą decyzję. Nie szalej za bardzo, po prostu kochaj. I zastanów się, bo może Twojej ukochanej wystarczy bez słów podsunięty pierścionek przy wypadzie na kawę. A może warto poświęcić jej ulubioną książkę, znalezioną gdzieś w antykwariacie i kupioną za grosze? Bez względu na to, jak kocham książki - takie oświadczyny w pełni by mnie kupiły.


Teraz kolej na Twój krok. Dobrze się zastanów, czy to nie będzie nadepnięcie na minę. I uważaj, one lubią wybuchać z hukiem.




Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

21.01.2017

#78 Harry Potter i Przeklęte Dziecko

No i przyszedł ten czas, kiedy to recenzja Harry'ego Pottera i Przeklętego Dziecka musiała pojawić się na moim blogu. Wisiał w innym miejscu od paru ładnych miesięcy (dokładniej: od polskiej premiery tejże książki), a ja wciąż nie wiedziałam co zrobić - ze sobą, z blogiem, z całością. Bo wiecie, niby zawsze chciałam zostać blogerem książkowym, ale coś mnie powstrzymywało. COŚ, czyli kompletny brak systematyczności. Wahałam się, wahałam... No ale wzięłam się w garść, stwierdziłam teraz albo nigdy, no i wrzucam recenzję tutaj, tym samym podejmując decyzję, że bycie blogerem książkowym nie jest dla mnie. No cóż.

Jedyne co pozostaje mi życzyć to... Miłego czytania!

Będzie subiektywnie i może pojawić się kilka spoilerów, więc z góry zaznaczam, że jeśli ktoś nie czytał i nie chce wiedzieć co tam będzie to niech nie czyta, bo kilka drobiazgów mogłam gdzieś wcisnąć, czasem nie do końca świadomie.

Harry Potter i Przeklęte Dziecko, John Tiffany & Jack Thorne


TYTUŁ: Harry Potter i Przeklęte Dziecko
AUTOR: John Tiffany, Jack Thorne
LICZBA STRON: 368
WYDAWNICTWO: Media Rodzina
KATEGORIA: fantastyka
ROK WYDANIA: 2016
JĘZYK ORYGINAŁU: Angielski
OCENA: 5/10 (chyba)

"Moim zdaniem w pewnym momencie trzeba dokonać wyboru, kim chcesz zostać. I powiem ci, że w takiej właśnie chwili potrzebujesz albo rodzica, albo przyjaciela. Jeśli zdążyłeś znienawidzić rodzica i nie masz przyjaciół, jesteś zupełnie sam, a taka samotność jest bardzo trudna."

Potter, Potter, Potter... Znów się spotykamy? Kiedy widzieliśmy się ostatnio? Ach, osiem lat temu. Osiem lat! Cholera, dawno... Piętnaście lat miałam, młoda i głupia byłam, na ósmą część czekałam, liczyłam, wierzyłam, że ją dostanę. I nagle, po ośmiu latach, dostaję to coś, bo brakuje mi słów, by jakkolwiek tę książkę nazwać. Ciężkie to czasy, niech skonam...

O Przeklętym dziecku głośno było od samego początku. Po pierwsze dlatego, że znowu coś poruszyło się w świecie magii wykreowanym przez J.K. Rowling. Po drugie, bo to coś okazało się sztuką teatralną, a nie kolejną częścią. Gdy na moment ucichło, to znowu ktoś coś stworzył dookoła Przeklętego dziecka - Hermiona Granger, jedna z głównych bohaterek, miała zostać zagrana przez czarnoskórą aktorkę, a J.K. Rowling zaczęła opowiadać, że przecież nigdy nigdzie nie napisał jakiego koloru skóry jest Hermiona. I zgoda, może nie napisała. Jest tylko jeden problem - po co godziła się na Emmę Watson, której bardzo daleko do osoby o ciemnym kolorze skóry, by po tylu latach zdecydować się na kogoś o zupełnie odmiennej aparycji? Ja rozumiem, że akcja książki dzieje się dziewiętnaście, a nawet i dwadzieścia dwa lata później, no ale nie oszukujmy się - człowiek może i się zmienia, ale na pewno w tym wszystkim nie dochodzi do zmiany koloru skóry

Zawrzało, zawrzało w internecie, tak jak później zawrzało, gdy wyciekły pierwsze spoilery po premierze Harry Potter and the Cursed Child, a więc oryginalnej wersji językowej. Dlatego też, chociaż od ostatniej części minęło osiem lat, a ja uznałam, że więcej części nie chcę, nie mogłam doczekać się premiery. Chciałam dostać ją w swoje ręce, przeczytać i móc wyrazić swoje zdanie, no i przede wszystkim by wiedzieć o czym wszyscy mówią. Chociaż przyznam, że już w dzień premiery miałam dosyć tej książki, bo wyskakiwała zewsząd - opanowała facebookowe grupy, instagramy, całe media społecznościowe. Zdjęcia były wszędzie, a ja bałam się, że za moment wyskoczy mi z lodówki, jak tylko ją otworzę. Patrzyłam na książkę, która leżała obok mnie i zastanawiałam się czy aby na pewno dobrze zrobiłam, że ją kupiłam...

"Na tym właśnie polega przyjaźń, prawda? Nie wiesz, czego potrzebuje twój przyjaciel, wiesz tylko, że potrzebuje."

Przechodząc jednak do sedna - a więc do recenzji - muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Gdy sięgałam po książkę, robiłam to z bardzo negatywnym nastawieniem. Z góry założyłam, że jestem na nie, że na pewno mi się nie spodoba, że to kolejny chłam napisany dla kasy. W końcu ani to nie jest książka Rowling ani kolejna część Harry'ego Pottera, wbrew temu, co krzyczą wszystkie księgarnie, dyskonty książkowe i billboardy reklamowe. Nie. To nie jest kolejna część i nigdy jej za ósmą część nie uznam, bo to by było beznadziejnym pomysłem. Naprawdę beznadziejnym pomysłem.

Harry Potter i Przeklęte Dziecko to historia, która dzieje się dziewiętnaście, a nawet i dwadzieścia dwa lata po ostatnim rozdziale Harry'ego Potter i Insygniów Śmierci. To bardziej przygody Albusa Severusa Pottera i jego najlepszego przyjaciela, Scorpiusa Malfoya. To zupełnie inne postaci, inne charaktery, zachowania. To nie jest świat, który wykreowała Rowling - ten został stworzony przez Johna Tiffany'ego i zaakceptowany przez twórczynię świata magii rodem z Hogwartu. To sztuka sceniczna, nie książka. To scenariusz podzielony na dwie części, kilka aktów i kilkanaście scen. W niecałych czterystu stronach zabrakło mi jednej bardzo ważnej rzeczy - zabrakło mi Harry'ego Pottera w samym Harrym Potterze. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o postać, ale o klimat, który utrzymywał się w siedmiu częściach serii, a nie został utrzymany w tymże małym... dodatku.

Cała historia skupia się głównie wokół dwóch postaci - Albusa Severusa Pottera oraz jego najlepszego przyjaciela, Scorpiusa Malfoya. Albus widzi w sobie jedną jedyną wadę - jest synem tego słynnego Harry'ego Pottera. Jest nieszczęśliwy i najchętniej odciąłby się od tego, a jeśli byłoby to możliwe to zrobiłby wszystko, by móc się nie urodzić. Trudno jest być dzieckiem kogoś sławnego, a historia młodego Pottera idealnie to pokazuje. Cóż, właściwie trochę mu się nie dziwię, ale przy każdej scenie Albus-Harry, miałam napady złości, bo dawno nic mnie tak nie irytowało. Tak sztucznych rozmów i takiej irracjonalnej złości... Nie wiem, do samego końca denerwowała mnie relacja między ojcem, a synem i nie wiem też, która z tych postaci bardziej mnie drażniła - starszy czy młodszy Potter? Nie wiem, po prostu nie wiem...

Historia jest przedstawiona w formie scenariusza sztuki teatralnej, a zatem w formie dramatu. Sama mam pewnie odczucie, że jest to dramat w formie dramatu, bo to nie jest książka, to nawet nie jest alternatywne uniwersum całej historii. To... cóż, dla mnie Przeklęte dziecko brzmi trochę tak, jakby ktoś wziął wszystkie fanfiki świata, wrzucił je do miksera, przemieszał, ubrał w krótkie zdania i wrzucił właśnie do tego tekstu, opartego na scenariuszu sztuki teatralnej. Wszystko jest tutaj bardziej nierealne niż w podstawowych książkach z serii o Harrym Potterze. Natłok marysuizmu uderza w czytelnika w nowej postaci, którą jest Delphini Diggory, a właściwie Riddle. Nie dość, że jest idealna to jeszcze jest postacią, która nie ma racji bytu. Dlaczego? Bo jako córka Voldemorta miałaby się urodzić, gdy ten nie dość, że miał blisko osiemdziesiątki to jeszcze był marną namiastką człowieka. Moje pierwsze fanfiction, pomijając pewne krótkie Dramione, dotyczyło właśnie idealnej córki Voldemorta. Okazuje się, że coś, co uważałam za największą szmirę internetu można było tylko delikatnie podrasować, napisać do Rowling i... wydać. Cholera. Tyle pieniędzy uciekło mi przed nosem...

Harry Potter i Przeklęte Dziecko to przerost formy nad treścią, za dużo patosu, głupawych dowcipów i sztucznych rozmów. Bardzo popularny tekst, który pojawia się na wielu internetowych memach, o tym, że Voldemort nie posiada nosa, więc jego dzieci też nie również pojawił się w tym tworze i powiem Wam szczerze, że był gwoździem do książkowej trumny, bo podkreślił niski poziom książki. Właściwie wiele mogłam się po niej spodziewać, ale myślałam, że jednak czymś mnie zaskoczy. No cóż, nie wyszło.

"To pewnie bzdura. To znaczy... no przecież masz nos."

Paradoksem całej tej książki jest to, że tak, jak przez siedem tomów opowieści o Harrym Potterze nie potrafiłam polubić postaci Ronalda Weasleya, a także wymyślonego przez Rowling pairingu, jakim jest Romione, tak tutaj... No cóż, tutaj w końcu to kupiłam. Tak, zaakceptowałam Weasleya, zaakceptowałam Romione. Oczywiście tylko w tej książce, ale to zawsze jakiś postęp. Mam wrażenie, że dopiero tutaj ktoś pokazał prawdziwą twarz najmłodszego syna Weasleyów. No cóż, przynajmniej ja go tak widzę, ja go tak odbieram. Ze wszystkich postaci, które pojawiły się w tej książce, najtrudniej czytało mi się sceny z Harrym oraz te, w których udział brał Albus Potter. Problem polegał na tym, że cała historia kręciła się wokół tego drugiego. Meh.

Brakowało mi Rose Weasley, chociaż te kilka wspomnień o niej wystarczyło mi. Dlaczego? Bo prawie zawsze wspominał o niej Scorpius Malfoy i aż kipiało od tego moim ulubionym pairingiem - Scorose. Nic na to nie poradzę, że wyobrażam sobie ich razem. To taka zakazana miłość, zawsze coś się tam dzieje, musi się dziać. Przyznam, że liczyłam na trochę więcej w tym kierunku, więcej wspólnych scen, czegokolwiek. Czego jeszcze brakowało mi w tej książce? Przede wszystkim brakowało mi zwykłej książki, nie dramatu, a książki - dialogów, opisów, prawdziwej magii, a nie sztucznych, wymuskanych postaci. Co mi się kompletnie nie podobało? Zwroty. Nie umiem sobie wyobrazić, by Harry, Ron, Hermiona albo ktokolwiek z tej grupy zwracał się do swojej byłej nauczycielki, profesor McGonagall per Minerwa. Okej, może i miała tak na imię, ale kiedy zatarła się granica między pani profesor, a Minerwo? Nie wyobrażam sobie tego, tak samo, jak nie umiem pogodzić się z tym, by Albus, Scorpius czy Rose zwracali się po imieniu do Hermiony, Harry'ego czy Ginny. Owszem, do rodziców mówili mamo oraz tato, ale do całej reszty - a więc cioci bądź wujka - mówili po imieniu. Skąd to się wzięło?

Żeby jednak nie było, że widzę tam same minusy (szok, widzę plusy!) to muszę przyznać, że czytało mi się ją naprawdę szybko - jeden dzień i po wszystkim. Był to, mimo wszystko, piękny powrót do świata magii, nawet jeśli jeszcze bardziej nierealny, a wręcz rodem ze świata fanfiction. Było to jednak kolejne, tym razem bardzo nowatorskie, spojrzenie na świat Harry'ego Pottera. To w końcu było całe moje dzieciństwo, dorastałam z Harrym i jego przyjaciółmi, dorastałam z jego światem. Teraz, gdy jestem dorosła, znowu na chwilę mogłam wstąpić do jego książkowego świata. I chociaż nigdy nie uznam tego za kanon... to i tak dziękuję. Było szybko, było lekko, było nieco magicznie.

"Harry, w tym pogmatwanym, pełnym emocji świecie nie ma idealnych odpowiedzi. Doskonałość jest poza zasięgiem ludzkości, poza zasięgiem magii. W każdej pięknej chwili szczęścia kryje się kropla trucizny: świadomość, że ból powróci. Bądź szczery wobec tych, których kochasz. Pokaż swój ból. Cierpienie jest rzeczą równie ludzką jak oddychanie."



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

13.01.2017

#77 Trzynastego wszystko zdarzyć się może


Zapewne wszyscy znacie słynny utwór zespołu Czerwono-czarni, w wykonaniu Kasi Sobczyk, w którym to dowiadujemy się, że Trzynastego wszystko zdarzyć się może, trzynastego świat w różowym kolorze. Każdy z nas ma również znajomych - lub przesiaduje w takich grupach - którzy musieli dzisiaj napisać na Facebooku dzisiaj piątek trzynastego albo jak wam mija piątek trzynastego albo cokolwiek innego, byleby tylko podkreślić "ważność" tego dnia. A przecież piątek trzynastego to taka sama data, jak wtorek dwudziestego ósmego, jedynie ideologię dopisujemy sobie my sami. 

Nie oszukujmy się, pechowy dzień to tylko wytłumaczenie.

Zawsze musimy na coś zwalić nasze niepowodzenie. Nie mam zadania domowego, bo pies je zjadł, nie nauczyłam się na egzamin, bo bolała mnie głowa, samochód mi się zepsuł, bo piątek trzynastego, nie mam prezentacji, bo padł mi twardy dysk. Przykłady można mnożyć, są niekończącą się historią. Tylko dlaczego są one bajką? Bo wszystko to w pewien sposób nasza wina. Może i nie zepsuliśmy komputera, ale prezentację można było wykonać od razu, bo poznaniu tematu, a nie czekając na ostatnią chwilę. Na egzamin również nie mamy tylko jednego dnia, a często są to długie tygodnie. Samochód również nie psuje się od razu, zawsze posyła nam delikatne sygnały, że halo, weź mnie do lekarza, bo coś mnie boli! - przecież uszczelka w drzwiach nie pękła od razu, przecierała się już od paru tygodni, aż w końcu miała dosyć. A może zamarzła i dostała za dużo ciepła? Nie sprawił to jednak piątek trzynastego, a jeśli wydarzyło się to właśnie w ten dzień to jest to tylko i wyłącznie przypadek

Trzy razy upuściłam dzisiaj telefon. No, może dwa. W każdym razie ciągle wypadał mi z ręki i upadał na panele. Za pierwszym razem narobił takiego rabanu, że od razu pomyślałam sobie kaplica, po telefonie, niech mnie ktoś zabije, ale okazało się, że to tylko fałszywy alarm, telefon ma się dobrze. Za drugim razem znowu podnosiłam go z drżącym sercem, ale znów dał radę. Nawet przez moment nie pomyślałam, że znowu ten cholerny piątek trzynastego, a przecież mogłam, bo później jeszcze trzy razy upuściłam paczkę z truskawkową herbatą, sztućce, prawie wylałam kawę, mam czterdziestostopniową gorączkę, a także skręciłam kostkę stojąc na przystanku. Stojąc, nie chodząc. Wszystko mogłabym zwalić na to, że dzisiaj och nie! Jest piątek trzynastego!, ale przecież to nie prawda, to nie wina tego dnia. Mam gorączkę od tygodnia, nie od dzisiaj. Telefon nie upadł mi po raz pierwszy, a jak ostatnio wylałam kawę to zalałam pół stołu, gazetę i wspomnianą wcześniej komórkę. Teraz nie wylałam, a byłabym to zrobiła. Kostka, chociaż w moim przypadku to tragiczne wydarzenie, również nie została skręcona po raz pierwszy. To moja tradycja od czterech lat - wykręcam dokładnie tę samą kostkę, przez co rok temu lekarz wsadził mi ją do gipsu i miałam dwa miesiące wolnego od nauki i studiów, a to nie skończyło się dobrze. Dzisiaj historia mogła się powtórzyć, więc od razu wybrałam się do apteki po altacet, bandaż i gazę, by zacząć sobie robić okłady.

Mam piątek trzynastego taki, jaki sama sobie stworzyłam, a nie jaki stworzyły mi przesądy

Jeśli czarny kot przebiegnie Ci przez drogę to się nie przejmuj, widocznie wraca do domu. Przesądy to tylko nasz wymysł, a prawda jest taka, że im bardziej w coś wierzymy tym większe prawdopodobieństwo, że tak się stanie. Sprawdzone!

Następnym razem nie traktuj tego dnia, jako życiową tragedię. Pomyśl sobie, że to piątek jak każdy inny, data jak każda inna. Czarny kot przebiegł, bo przebiegł, a jedyną krzywdę, jaką może Ci zrobić stłuczone lusterko to to, że poprzecinasz sobie palce, kiedy będziesz je zbierać. Mojej kostki nie skręcił dzień, a śnieg i nieuwaga. Tak bywa. Każdego dnia mamy jakieś drobne krzywdy i rzeczy, które nam się nie udają. Po prostu przestańmy je wyolbrzymiać, gdy nadchodzi TEN dzień. 

Będzie nam się żyło lepiej, serio. 





Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.