31.12.2016

#76 366 dni w słowach i liczbach. Podsumowanie minionego roku


Z końcem dwutysięcznego piętnastego roku miałam, jak zawsze, mnóstwo planów, założeń i postanowień. Jak co roku marzyło mi się, że wcielę w życie głupie słowa nowy rok, nowa ja, chociaż od samego początku wiedziałam, że jak zawsze coś spieprzę. Znaczy no, liczyłam, że wezmę się w garść i jednak uda mi się wypełnić przynajmniej 3/4 postanowień, no ale różnie to bywa, a nie da się ukryć, że rok dwutysięczny szesnasty to mnie w żaden sposób nie oszczędzał. Wiem, nie mnie jedną, no ale u mnie wyszło to tak, jak wyszło - a to znaczy, że z postanowieniami zadziała się jedna wielka kicha. No cóż, mea culpa, za rok postaram się lepiej. 

Oprócz tego, że rozliczam się sama ze sobą, to - przede wszystkim - chcę się rozliczyć z Wami. A może chodzi bardziej o to, żeby ktoś mnie zbeształ, że jestem leniwą bułą, bo nie wykonałam tego, na czym mi zależało? Niedługo znowu będę obiecywać zmiany i pewnie znowu nic z tego nie wyjdzie. Chociaż... Kto wie, kto wie... 


W 2016 roku miałam plany, jakbym chciała podbić cały świat:


1. Przeczytam 52 książki. 

Pierwsza klapa, ale za to jaka wielka! Jakby mnie ktoś zrzucił ze schodów w Pałacu Kultury - z góry na dół spadłam, że aż mnie zabolało. Dlaczego? Bo w tym roku przeczytałam tak mało książek, że aż mi wstyd przed samą sobą. W oczy sobie spojrzeć nie mogę, bo czytelnik ze mnie w tym roku był żaden, za to książkowy zakupoholik mógłby dostać szóstkę z plusem, gdyby taka ocena gdzieś się pojawiła. Za to postanowienie powinnam dostać po dupie. I to porządnie! Nie wyszło

2. Opublikuję na blogu przynajmniej 52 posty.

Właśnie opublikowałam 39 post, więc i tutaj poniosłam pewną klęskę, którą wyraźnie było widać od sierpnia, aż do teraz. Przeżywałam kryzys blogera, a pojawił się on... zaraz po See Bloggers. Potrzebowałam odpoczynku, czasu, by sobie wszystko przemyśleć i zadecydować czy chcę pisać dalej, zmienić bloga, całkowicie to rzucić. Przemyślałam i wróciłam, a do wykonania tego postanowienia zabrakło mi jedynie trzynastu postów. Uważam, że zadanie wykonane pół na pół

3. Skończę pisać książkę.

Ha. Haha. Hahahahahaha. Przede wszystkim to żeby coś skończyć to najpierw trzeba to zacząć, a w tym roku kompletnie odpuściłam sobie pisanie, chociaż muszę przyznać, że dawno nie stworzyłam tak wielu planów wydarzeń, map myśli i innych tworów potrzebnych do pisania całości. W dwutysięcznym siedemnastym spróbuję ją chociaż zacząć, więc w tym roku - mimo tego, że sporo stworzyłam wokół całości - muszę przyznać, że to postanowienie również nie wyszło.

4. Na upartego: dobiję do 3000 zdjęć na instagramie.

Starałam się jak mogłam, ale opublikowanie ponad 1300 zdjęć byłoby beznadziejnym pomysłem. Na chwilę obecną dodałam 601 zdjęć (w tym roku) i nie ma szans, bym dobiła chociaż do połowy z tego, co planowałam. Właściwie mogłabym powiedzieć, że mi nie wyszło, ale jednak dla mnie to takie bardziej pół na pół, a nawet i udało się. Dlaczego? Bo zrozumiałam, że czas iść na jakość, a nie ilość. Trochę mi to zajęło, ale lepiej późno niż wcale.

5. Powiększę moją biblioteczkę. 

Mamy zwycięzcę! W tym roku do mojej biblioteczki dołączyło ponad sto książek, w przyszłym roku powinnam to ograniczyć, ale jednego jestem pewna - w tym roku to postanowienie wyszło na 100%, a nawet i na 150%. I chyba odrobinę przesadziłam, ale wciąż jest tak wiele książek, tak mało miejsca...

6. Skupię się bardziej na książkach. Książki moja miłość. 

Kompletnie nie mam pojęcia o co mi chodziło w tym postanowieniu, więc nawet nie wiem czy wyszło, nie wyszło czy co z nim... Jeśli chodzi o kupno - poszło idealnie. Jeśli o czytanie - poszło beznadziejnie. Jeśli o pisanie własnej... hahaha. Pomińmy.  

7. Więcej spotkań i rozmów ze znajomymi. 

Kolejne postanowienie, którego nie umiem do końca rozplanować. Nie wiem czym było to więcej, nie wiem też w jakich kategoriach powinnam to liczyć. Na pewno mogłam się nieco bardziej postarać, spotkania z kilkoma osobami niestety nie wypaliły, z innymi widziałam się dużo więcej niż do tej pory. Ten rok był szalony, ale myślę, że śmiało mogę stwierdzić, że to postanowienie się udało.

8. Kino, przynajmniej jeden seans w miesiącu. 

Kompletna klapa. Serio. W roku dwutysięcznym szesnastym w kinie pojawiłam się raz, na Nocy Jokerów i to by było na tyle. Niby trzy filmy, ale traktuję to jako jedność, w końcu nie wychodziłam z kina. Ech, ech. W kolejnym roku wrócę z tym postanowieniem i tym razem wezmę się w garść. No ale na chwilę obecną postanowienie nie wyszło.

9. Trochę więcej podróży. 

Byłam w sierpniu w Krakowie, w lipcu odwiedziłam Trójmiasto, a w maju na moment przekroczyłam granicę województwa Świętokrzyskiego. Planowałam odwiedzić jeszcze trzy inne miasta, ale niestety nie w tym roku, bo nie był on łaskawy. Mimo wszystko uważam, że tych podróży było trochę więcej niż rok wcześniej (gdzie najdalszą podróż miałam chyba do Tarnowskich Gór), więc po krótkim zastanowieniu - kolejne postanowienie dało radę.

10. Spontaniczność nie będzie taka zła.

Właściwie to wiem o co mi chodziło, ale nie wiem czy cokolwiek mi z tego wyszło. Czy ja byłam spontaniczna? Hm... Spontanicznie wysłałam zgłoszenie na See Bloggers, ale sam wyjazd był już zaplanowany. Spontanicznie wysłałam kilka wiadomości, z czego jedna zadziałała... Hm, hm. Powiedziałabym, że wyszło pół na pół, bo wciąż coś mnie blokuje.

11. Nie zrezygnuję z marzeń. 

Tylko o które marzenia chodziło? ._. Z żadnych nie zrezygnowałam, chyba, że o jakimś zapomniałam, więc śmiało mogę powiedzieć, że tym razem coś wyszło.

12. Zrobię kilka "sesji" zdjęciowych.

Zrobiłam jedną! Oczywiście sesją zdjęciową nazwać tego nie można, ale "sesja" to dobrze powiedziana. Jeśli planowałam kilka, wyszła jedna... Czy mogę uznać to za pół na pół? W końcu się starałam i poczyniłam krok do przodu.

13. Zrobię kurs. Albo dwa.

Zrobiłam jeden, na początku roku - i całe szczęście, że zdążyłam, bo później zachciało mi się wylądować w gipsie, no i brakło czasu na cokolwiek. Ale zrobiłam jeden, a więc mam za sobą już trzy kursy, śmigam do przodu niczym błyskawica! Udało się.

14. Trochę zdrowszego odżywiania - cytryna!

Klapa! Gdzieś na początku roku walczyłam z cytryną, ale później wyleciało mi to z głowy. Kilka razy starałam się do tego wrócić, ale teraz olałam to całkowicie... No cóż, może następnym razem się uda, bo tym razem kompletnie nie wyszło.

15. Znowu zacznę robić drożdże.

A czy drożdże mogą równać się nasionom chia? Jeśli tak to wyszło, jeśli nie - wiadomo, klapa.

16. Powrócę do pisania wyidealizowanych.

Opublikowałam sześć rozdziałów na wattpadzie, siódmy napisałam w połowie, a później brakło mi czasu, by normalnie funkcjonować. Od przyszłego roku wezmę się w garść, ale na chwilę obecną uważam, że to postanowienie, mimo wszystko nie wyszło.

17. Opublikuję przynajmniej 12 postów z serii a very potter... fanfick?

Opublikowałam aż jeden, więc to chyba oznacza, że się nie udało, prawda?

18. Odwiedzę Gdańsk.

Tak, tak, tak! Chociaż pisałam to postanowienie z myślą pojadę, choćby się waliło i paliło, to późniejsze wydarzenia sprawiły, że do Gdańska dotarłam z Natalią i spędziłyśmy tam naprawdę fajny tydzień, w międzyczasie odwiedzając również See Bloggers i Molo w Sopocie, a ja miałam okazję ponownie spotkać moją ukochaną Angelikę, po raz pierwszy porozmawiać na żywo z Karoliną i... zrobić sobie selfie z prezydentem Biedroniem ;). To postanowienie wyszło na 100%.

19. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia.

Może nie zrobiłam w tym roku tak wielu zdjęć, jakbym chciała, ale przez dosyć duży okres nie miałam możliwości, by fotografować, a później aparat wymagał czyszczenia matrycy, no więc z przyczyn niezależnych ode mnie - musiałam zredukować plany fotograficzne. Mimo wszystko zrobiłam ich na tyle dużo, że jestem zadowolona, a gdybym miała wybrać jedno ulubione, to chyba wolałabym popełnić harakiri. Tak więc... wyszło.

20. Morfologia mnie nie pokona.

Może gdybym się przyłożyła, może gdybym chodziła na wykłady, może gdybym nie skręciła kostki... Może, może i może. Wyszło jak wyszło, a że nie wyszło... No to nie wyszło.

21. Nie będę szukać wymówek z byle powodu.

Nie ma co się oszukiwać - w dalszym ciągu szukam wymówek, aż mi czasem wstyd przed samą sobą, głupio mi się robi, że coś obiecałam, znalazłam wymówkę, więc nie zrobiłam, a potem mam wyrzuty sumienia... Ech, no nie wyszło, czas nad tym popracować.

22. Zajmę się trochę bardziej fanpage'em. Albo dwoma.

Coś tam niby przy nim robiłam, ostatnio nawet popracowałam nad profilowym (tymczasowe logo), coś udostępniłam, coś napisałam, lajki pozbierałam... Ale wszystko to robiłam, jak mi się przypomniało, że najwyższa pora coś zrobić. Tak więc ponownie: pół na pół.

23. Wrócę do pisania listów.

Miałam wielkie plany, że w końcu znowu zacznę pisać listy, znajdę sobie korespondentów... Później skręciłam kostkę, zostałam uziemiona, więc nawet gdybym coś napisała - nie miał kto wysłać. Potem zapomniałam, aż w końcu dałam sobie z tym wszystkim spokój. No i nie wyszło.

24. Zrobię remont w moim pokoju.

Kupiłam farbę, ale jakąś słabą, bo sama nie chce się pomalować na ścianach... Nie wyszło.

25. Zafarbuję włosy na różowo (albo ich część). 

W tym roku część włosów miałam już zafarbowaną na niebiesko, granatowo, częściowo na zielono, czerwono, fioletowo i różowo, więc z całą pewnością mogę przyznać, że znowu coś mi wyszło.


Jak widać - klapa. Nie wyszło mi aż jedenaście postanowień, pięć postanowień udało się w połowie, osiem wyszło, a przy jednym się waham. Prawda jest jednak taka, że gdybym zamierzała trzymać się moich wytycznych tak dokładnie, jak wtedy, gdy postanowienia tworzyłam, to może ze trzy by mi się naprawdę udały, cała reszta byłaby fiaskiem. Czasem jednak warto być elastycznym, nawet dla samego siebie. Może w tym roku będzie lepiej, może też zabiorę się za postanowienia nieco inaczej. Właściwie rok się kończy i powinnam powiedzieć, że nowy rok, stara ja, ale to byłoby kłamstwem. Może i nie udało mi się wykonać wszystkich postanowień (a nawet połowy), ale sporo rzeczy się zmieniło, wyjaśniło, zamknęło. 


Humanistka w słowach i liczbach:


Rok dwutysięczny piętnasty kończyłam mając na blogu 45556 wyświetleń, 713 komentarzy, 184 obserwatorów na blogu i 69 na Google+, 111 opublikowanych postów oraz 29 wersji roboczych. To był dla mnie całkiem dobry wynik, chociaż i tak wiedziałam, że był to słabszy rok i mogłabym się bardziej postarać. Teraz chciałam się rozwinąć, w końcu rozłożyć skrzydła, skupić się na wielu rzeczach...

Wiadomo, znowu pluję sobie w brodę, bo coś mi nie wyszło tak, jakbym tego chciała. Wyświetleń mam zaledwie połowę więcej niż rok temu - 92194. Komentarzy nie liczę, bo przerzuciłam się na disqusa, którego nie do końca ogarniam - wiem, że gdy na niego przechodziłam to blogger naliczył mi ich ponad 800. Przybyło również 19 obserwatorów na blogu i 10 na Google+. Obecnie mam 153 opublikowane posty i 27 wersji roboczych. Muszę przyznać, że wyniki wcale nie są takie złe, jak wydawało mi się na początku.

Największy sukces osiągnęłam na fanpage'u, bo chociaż jest tam zaledwie 408 polubień, to przecież ten rok zaczynałam z liczbą 187, więc o 221 polubień więcej niż te 366 dni temu. Może nie jest to jakiś rekordowy wynik i szału tam nie ma, ale ta moja garstka obserwatorów dużo dla mnie znaczy, a każde kolejne polubienie sprawia, że chce mi się tam wchodzić, pisać i publikować. Moją blogową społeczność tworzycie WY, bo bez Was tak naprawdę nie byłoby tego wszystkiego. Dziękuję, że jesteście!

Ostatnią rzeczą w liczbach jest mój instagram, bez którego - w dalszym ciągu - nie wyobrażam sobie żadnego tygodnia, a właściwie to żadnego dnia. W 2015 roku udostępniłam 758 zdjęć, a rok kończyłam mając ich łącznie 1705. Mój profil obserwowało 371 osób, a według strony 2015bestnine zdobyłam aż 21 535 serduszek, w co sama nie wierzyłam. W tym roku zmieniło się tylko kilka rzeczy, ale podstawową jest to, co zepsułam - 2016bestnine stworzyłam na początku roku, a nie wtedy, kiedy powinnam - nie dzisiaj. Niestety czasu już nie cofnę, ale według moich własnych obliczeń do tej pory opublikowałam 602 zdjęcia, za to zdobyłam, mniej więcej, ponad 24 000 serduszek. Mniej zdjęć - więcej serc. Cudowne uczucie! Przybyło również obserwatorów - obecnie jest ich 566, więc prawie dwieście osób więcej. DZIĘ-KU-JĘ!

Ten rok to zaledwie pięć, może pięć i pół na dziesięć możliwych punktów ale wierzę, że w przyszłym roku będzie lepiej. Może i narzekałam, że było beznadziejnie, że dużo zepsułam, że ten rok w żaden sposób mnie nie oszczędzał (chociaż wiem, że ludzie mają gorzej), ale jednak nie mogę zapominać o tym, jak wiele dobrego mnie spotkało!

Odwiedziłam przecudowny Gdańsk, spotkałam Angelikę i Karolinę, dostałam się na See Bloggers, wygrałam The Wattys w kategorii Trailbrazers, miałam przyjemność spotkać prezydenta Roberta Biedronia oraz dwie cudowne polskie pisarki - Sylwię Chutnik i Martę Fox. Widziałam Grahama Mastertona i Katarzynę Bondę, kilka moich zdjęć zostało na instagramie zrepostowane przez takie profile, jak śląskie inspiruje (1, 2, 3) czy pocztówka z polski (1). Po raz kolejny zostałam ciocią, a dodatkowo matką chrzestną...

Wspominam tylko to, co dobre, bo to, co złe, to najlepiej jak najszybciej zapomnieć.

W Nowym Roku - wszystkiego co najlepsze.
Do siego roku!


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

29.12.2016

#75 Być kierowcą to nie tylko posiadać dokument


Tuż po świętach dostała, delikatnie mówiąc, po dupie. Tak po prostu. Przez jeden moment całe życie przeleciało mi przed oczami, a strach ścisnął gardło i zwyczajnie sparaliżował. To była chwila na przejściu dla pieszych. Cud, dzięki któremu uniknęłam wypadku i wciąż mogę nadawać do Was ze Śląska. 

Wyszłam na zakupy do sklepu, który znajduje się po drugiej stronie ulicy. Czekałam aż światła zmienią się korzystnie dla mnie - gdy będę mogła przejść na zielonym, jak przystało na przepisowego obywatela. Traf chciał, że akurat to skrzyżowanie ma jakąś wadę, a przynajmniej jego sygnalizacja świetlna jest coś "nie tego". Dlaczego? Bo jednocześnie zielone światło mają ci, którzy przechodzą przez pasy, a w tym samym czasie samochody mogą wyjechać z osiedla... wprost na pasy. Generalnie zanim ktoś dobrze się rozpędzi to już musi się zatrzymać, więc właściwie przejście powinno być bezpieczne. Powinno, ale nie jest. Parę lat temu - może z dziesięć, gdy światła inaczej działały - czerwony, sportowy samochód o mało mnie nie zmiótł z drogi. Na całe szczęście zdążyłam się zatrzymać, ale nieprzyjemne wspomnienie pozostało. Później - ze cztery lata temu - jakiś samochód zmiótł mężczyznę nie z ulicy, a z chodnika, gdy ten czekał na zielone światło. To była chwila, która kosztowała człowieka życie. 

I teraz ta jedna, chociaż szczęśliwie zakończona sytuacja, gdy wracałam ze sklepu, przechodziłam przez pasy, przez połowę już przeszłam i... znowu to samo! Znowu czerwony samochód przejechał tuż przede mną, właściwie poczułam, jak otarł się o mój łokieć. W pierwszej chwili nawet nie zrozumiałam co się stało, w drugiej wciąż do mnie nic nie docierało, nawet kiedy kierowca tłumaczył mojemu tacie, że nas nie widział, bo miał zaparowane szyby. Co za wymówka, pogratulować! Przepraszam, zabiłem człowieka, bo szyby mi zaparowały. Gdyby jednak zahaczył, gdyby coś mi się stało... Co wtedy by tłumaczył? Też powiedziałby, że nie chciał, ale szyby były zaparowane? Wymówka, jak u czterolatka. Dlaczego ruszył mimo zaparowanych szyb? Dlaczego nie poczekał, nie jechał wolniej, nie spróbował pozbyć się pary w inny sposób? Dlaczego ruszył, chociaż mogło się to naprawdę źle skończyć?

Kiedy pierwszy szok minął pojawił się strach, bo dopiero zaczęło do mnie docierać co się stało, a raczej co mogło się stać. Nie spałam prawie całą noc, bo przecież wszystkie trupy wychodzą z szafy nocami. Zaczęłam się zastanawiać, ale przede wszystkim ciągle nie umiałam przestać myśleć, a nocami to najgorsze, co można sobie zrobić. Tym razem jednak nocne przemyślenia doprowadziły mnie tutaj, do napisania całości. 

być kierowcą to nie tylko posiadać dokument


W sierpniu dwutysięcznego jedenastego roku zdałam prawo jazdy, w dodatku za pierwszym razem. To już ponad pięć lat posiadania dokumentu uprawniającego do kierowania pojazdami, bo - chcąc czy też nie chcąc - kierowcą nazwać się nie mogę, nawet gdybym bardzo chciała. Dlaczego? Bo nie jeżdżę. Za każdym razem wybieram komunikację miejską, bo jest dla mnie wygodniejsza - nie muszę martwić się o szukanie miejsca parkingowego, nie muszę zastanawiać się czy stanę w korku. Jestem kierowcą od święta i to dosłownie, więc na pewno nie wypuszczałabym się na ulicę w nocy, gdy pada deszcz. To jakbym planowała samobójstwo i morderstwo w jednym. 

Wiecie skąd bierze się najwięcej wypadków samochodowych? Stąd, że ludziom brakuje rozwagi i wyobraźni. Wchodzimy na przejście dla pieszych i już się nie rozglądamy, chociaż powinniśmy. Jedziemy samochodem i nie dostosowujemy prędkości do warunków pogodowych. Wyprzedzamy za wszelką cenę, by być te dziesięć minut szybciej w domu, a ostatecznie kończymy na zderzeniu czołowym albo w rowie, razem z innym samochodem, który przez naszą głupotę zepchnęliśmy na bok. Wpadamy w poślizg, mamy niesprawny samochód. Wierzymy w cuda, wierzymy, że przecież nic nam się nie stanie. Nam może i nie, ale na drodze nie jesteśmy sami - są inni nierozważni ludzie.

Kierowca powinien być uważny. Powinien zachować ostrożność, zwłaszcza wtedy, kiedy ludzie mogą władować się prosto pod koła, bo - nie oszukujmy się! - piesi często zachowują się niczym święte krowy i to oni są główną przyczyną wypadku. Przecież tu były pasy, nie muszę się rozglądać, bo to moje miejsce! No nie, to tak nie działa. Nawet jeśli są pasy - weź się rozglądaj, to nie boli. Nie wchodź na przejście, jeśli widzisz, że jakiś samochód jedzie, jest blisko i nie zamierza się zatrzymać - nawet jeśli to jego obowiązek, by cię przepuścił, a on nie zamierza tego zrobić - nie rób sobie na złość. Wejdziesz prosto pod koła i co ci to da? W najlepszym przypadku lekko się potłuczesz, w najgorszym stracisz życie albo doprowadzisz do stałego kalectwa. Wózek? Łóżko? A co z rodziną? Co z kierowcą, który przez twoją nieuwagę (a może złośliwość?) także został poszkodowany? 

Trauma to potwór, który siedzi w naszej psychice. Może spotkać każdego, a jeśli już się pojawi to warto z nim walczyć. Warto jednak zadbać, by ten potwór nie przyszedł. Jak? Cóż, na pewno myśląc.

Pomyśl, nim wsiądziesz za kierownicę. 


Zastanów się czy nie jesteś zbyt zmęczony, czy na pewno czujesz się na siłach, czy jesteś całkowicie trzeźwy. 
Nie rozpraszaj się, gdy prowadzisz. 
Nie korzystaj z telefonu, ewentualnie zainwestuj w słuchawkę bluetooth lub zestaw głośnomówiący
Miej oczy dookoła głowy. 
Mierz siły na zamiary.  
Bądź rozważny.

Nie rób z siebie świętej krowy.


Nie korzystaj z telefonu, gdy przechodzisz przez jezdnię. 
Miej oczy dookoła głowy. 
Rozglądaj się nim przejdziesz. 
Nie rozpraszaj się. 
Uważaj na samochody.  
Myśl.


Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika patrycja kolibaj. (@sonsdanoite)

Czasem jedna chwila może zmienić czyjeś życie. Jeden zły ruch może sprawić, że czyjaś linia życia stanie się linią prostą. Mamy tylko jedno życie, nie pozwólmy, by zostało przedwcześnie zakończone. Kierowco! Pamiętaj, że bez względu na wszystko to pieszy jest bezbronny - w zderzeniu z samochodem nie ma żadnych szans, to wiele setek kilogramów, które zmiażdżą wszystko, co stanie na ich drodze.

Bądź rozważny, jeździj bezpiecznie, uważaj na siebie i innych.

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

24.12.2016

#74 Święta albo czas oddalenia*


Święta.

Wigilia, Boże Narodzenie, czas wolny. Za moment Sylwester i Nowy Rok, ale zanim to nastąpi większość ludzi będzie mogła nacieszyć się dużą ilością wolnego czasu. Żyć nie umierać, prawda? Tylko żeby jeszcze w sklepach było mniej ludzi, a więcej promocji... 

Zapominamy.

Tak bardzo skupiamy się na tych kilku wolnych dniach, na kupnie najbardziej wypasionych prezentów, na zrobieniu najpyszniejszych potraw i najpiękniejszych zdjęć, którymi później możemy pochwalić się na instagramie czy też snapchacie, że zapominamy o tym, co najważniejsze. Boże Narodzenie to nie są tylko dni wolne, ale przede wszystkim to bardzo ważne święto chrześcijańskie, o czym, mam wrażenie, pamięta coraz mniej osób. Zanika tradycja kulturowa, na rzecz komercji i materializmu. Tu już nie chodzi o to, że przeszło dwa tysiące lat temu Jezus przyszedł na świat w stajence, a pojawił się, by móc zbawiać ludzi. Nie. W dzisiejszych czasach chodzi jedynie o to, kto więcej pieniędzy wydał na święta. Bo przecież trzeba się pokazać.
Ignorujemy. 

Ostatnie dni spędziliśmy na przedświątecznej gonitwie - biegaliśmy za prezentami, szukaliśmy największych promocji w sklepach, robiliśmy wielkie zakupy, bo w końcu za moment będą aż dwa dni wolne od handlu. DWA DNI! To oczywiste, że trzeba było zrobić takie zakupy, jakby nadchodziła apokalipsa zombie i społeczeństwo miało zostać odcięte od świata co najmniej na miesiąc czasu, nie dwa dni. Za to we wtorek zacznie się wyrzucanie dobrego, hermetycznie zapakowanego jedzenia bo to było na święta, teraz tego nie potrzebuję, ewentualnie takiego, które zostało zakupione specjalnie na Boże Narodzenie i teraz zdążyło się zepsuć czy też nigdy nie będzie wykorzystane, jednak zamiast komuś to dać czy przekazać - wolą wyrzucić. No jasne, po co komuś coś pomóc, kogoś wesprzeć jedzeniem. Ignorujemy prawdziwego ducha świąt, czas spokoju, odpoczynku, czas przemyśleń, ale przede wszystkim święta to czas spędzany wśród bliskich, krótki moment, by zwolnić i chociaż przez chwilę posiedzieć z najbliższymi, bo o tym zwykle zapominamy. Ważniejsze są: zakupy, porządki, jedzenie i prezenty. Nic poza tym. A gdzie bliscy, gdzie radość, gdzie wiara, która powinna być najważniejsza, a jako pierwsza została zepchnięta na dalszy plan? 
Because we love Christmas...

Często słyszę, jak moi znajomi powtarzają kocham święta ewentualnie już nie mogę doczekać się świąt i zawsze zastanawiam się, co się za tym kryje. Kochasz, bo prezenty? Bo dekoracje? Czy może jesteś wśród nielicznych, którzy nie zapomnieli o prawdziwym duchu świąt? Ebenezer Scrooge zapomniał czym były święta i swoje musiał przecierpieć. Grinch również nienawidził tego okresu, mniej więcej tak samo, jak ja. Tylko ja, w przeciwieństwie do nich, nikomu nie zamierzam psuć Bożego Narodzenia, a zwyczajnie chcę się przez nie prześlizgnąć bez kłótni i zgrzytów, jak to bywa przy wigilijnym stole. Chociaż ja, w przeciwieństwie do wyżej wymienionej dwójki, chciałabym móc kiedyś powiedzieć kocham święta. Kto wie, może...

Święta albo czas oddalenia.

Jerzy Pilch popełnił kiedyś książkę Zuza albo czas oddalenia, więc ja pożyczam część tytułu i popełniam swój własny, dotyczący świąt. Dla jednych to czas spokoju, dla innych wręcz przeciwnie. Boże Narodzenie powinno ludzi łączyć, ale, niestety, bardzo często nas od siebie oddala, gdy nie potrafimy ze sobą rozmawiać, bo każdy ma inne priorytety, każdy wolałby zrobić coś innego - jedni nie wyobrażają sobie świąt bez mieszkania wysprzątanego na błysk, inni aż tak się tym nie przejmują, pod warunkiem, że na wigilijnym stole pojawi się dwanaście potraw, niczym dwunastu apostołów zasiadających do Ostatniej Wieczerzy. Co jednak, jeśli w jednym domu są osoby o odmiennych priorytetach? Jeśli dla jednej z nich musi być perfekcyjny porządek, dla drugiej dwanaście potraw, a trzecia chciałaby w tym wszystkim jedynie świętego spokoju? Co jeśli nie ma osoby, która mogłaby ulec, spróbować nieco nagiąć swoje priorytety, a jedynie pragnie, by to właśnie jej było na wierzchu? Tak, właśnie wtedy pozostaje czas oddalenia, a cały sens świąt zwyczajnie mija się z celem


W tym roku zapewne zasiadacie do kolacji wigilijnej po całym dniu krzątaniny, a może nawet po ośmiu czy dwunastu godzinach pracy. Zasiadacie po zrobieniu dwunastu potraw, albo chociaż usmażeniu kilkunastu kawałków karpia czy ulepieniu setki pierogów. Po zrobieniu całego garnka barszczu i dużego dzbanka kompotu z suszonych owoców. Zasiadacie zmęczeniu po kolejnym umyciu podłogi albo wyczyszczeniu garnków po niedawno gotowanych potrawach na wigilijny stolik. Ledwo trzymacie się na nogach i marzycie tylko o tym, by kolacja się skończyła, nim jeszcze się zaczęła. W myślach przeklinacie na ducha świąt i brak atmosfery, bo po kolejnej kłótni o źle wyprasowaną sukienkę, macie dosyć świąt i całej nieprzyjemnej otoczki z nimi związanej. 

I tak co roku, jakby ktoś zapętlił film w odtwarzaczu, a Ty jedynie marzysz, że w przyszłym roku coś się zmieni, bo przecież miałeś postanowienia noworoczne, z których znowu nic nie wyjdzie... 


Chociaż raz usiądźcie do stołu w spokoju, rozmawiając ze sobą bez żalu i pretensji, a więc tak, jak naprawdę powinny wyglądać święta. Rodzinnie, w ciszy i spokoju, bez zbędnych narzekań. A jeśli to nie wyjdzie to o 20:05 na Polsacie leci Kevin sam w domu - nawet jeśli znacie go na pamięć to warto obejrzeć go ponownie - choćby dlatego, że od czasu do czasu trzeba sobie przypomnieć kwestie, które już od dawna znamy na pamięć. A jeśli nie - zawsze możecie puścić sobie Kocham Karpia czyli kolędę według Mai Koman. Ja uwielbiam, może Wy też ją polubicie.



WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.