03.10.2016

#70 Po dwóch stronach barykady

Właściwie to myślałam, że już więcej nie będę musiała poruszać tego tematu. Ba! Miałam taką nadzieję, bo naprawdę nie lubię babrać się w polityce, ale niestety, społeczeństwo zadecydowało inaczej, a ja wracam z tematem ABORCJI. Dzień!, bo dobrym nazwać go nie mogę.

NIE CHCESZ ABORCJI?

To jej sobie nie rób!


Kiedy w kwietniu tego roku pisałam o ludzkim inkubatorze sądziłam, że to wystarczy, że wyczerpałam temat, społeczeństwo ma czas, przemyśli sprawę, posłowie cofną swoją ustawę antyaborcyjną i będziemy żyć spokojnie. AHA! Taki wał. Gdy dotarła do mnie informacja, że z tych dwóch ustaw, które trafiły do Sejmu, klepnięta została tylko jedna, właśnie ta bestialsko traktująca kobiety, miałam wrażenie, że to jakiś głupi, bardzo nieśmieszny żart. Odrzucono projekt Ratujmy kobiety, by posłać dalej Stop Aborcji. Słuchałam tej informacji w telewizji, czytałam w internecie i widziałam, jak kartony pełne podpisów pod projektem - w tym również mój podpis, złożony w Gdańsku! - zostają wyrzucone. Miesiące ciężkiej pracy zostały zmarnowane, bo ktoś postanowił wtrącić swoje trzy grosze w całą sprawę.

W internecie zawrzało, we mnie też.

Rozumiem, że są przeciwnicy aborcji - spoko, ja też nie popieram aborcji jako swojego widzi-mi-się. Będąc w gimnazjum, a nawet potem w liceum, byłam człowiekiem, który swoimi poglądami chciał zbawiać świat. Młoda, głupia i niedouczona, uważałam, że aborcja powinna być zakazana, zawsze i wszędzie, w każdym przypadku. W końcu jeśli nie chcesz dzieci to się zabezpiecz, jest tyle sposobów! Później jednak, gdy odkryłam, że swoimi poglądami świata nie zbawię, postanowiłam zagłębić się w ten temat jeszcze bardziej, chociaż nie powiem, by czytanie o aborcji było dobrą lekturą na dobranoc. Zaczęłam jednak patrzeć na ten temat dużo szerzej, a nie w jeden punkt, jakbym była koniem z klapkami na oczach. Nie pamiętam kiedy, ale wiem, że było to parę ładnych lat temu, otworzyłam szerzej oczy i wszystko we mnie uderzyło ze zdwojoną siłą. To było dziwne uczucie, bo poczułam się trochę tak, jakby ktoś mnie wybudził z wieloletniego letargu.

W tym proteście właśnie o to chodzi - by zdjąć ludziom klapki z oczu i wybudzić ich z takiego samego letargu, w jakim ja wcześniej byłam. Chodzi o walkę o własne prawa, o te, które próbuje się odebrać kobietom. Polska właśnie stara dokonać się niemożliwego - cofnąć się w czasie do Średniowiecza, gdzie kobiety nie miały żadnych praw. Ludzie od wieków starają się stworzyć wehikuł czasu, a polakom udało się za pomocą jednej ustawy. Moje gratulacje, myślałam, że człowiek podróżujący w czasie jest nie do osiągnięcia. Ba! Co tam jeden człowiek! Polska ustawa sprawiła, że miliony ludzi wrócą do czasów średniowiecznych i nie będzie to jednodniowa rekonstrukcja historyczna, a codzienna katorga poglądowa.

Mam niejasne wrażenie, że większość wojujących o zakaz aborcji nie ma zielonego pojęcia o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Nikt nie walczy o to, by aborcja stała się środkiem antykoncepcyjnym - wpadnę to usunę. Nie. My, kobiety, pragniemy wolności słowa i wyboru, chcemy móc decydować o sobie i swoim ciele, a nie, żeby ktokolwiek inny nam mówił co nam wolno, a czego nie. Wyobrażacie sobie, żeby ktoś decydował o Waszym życiu? Ja nie. Nie życzę sobie, by ktoś decydował o mojej macicy; o tym, czy mam urodzić dziecko, które nie ma prawa przeżyć; o tym, czy chcę oddać życie za ciążę, a przede wszystkim - czy w razie ewentualnego gwałtu gotowa będę urodzić dziecko czy jednak nie. To moje ciało i moje decyzje, ludziom nic do tego. A już na pewno nie mają prawa wypowiadać się ludzie, którzy nigdy nie zostaną postawieni przed taką sytuacją - mężczyźni, a przede wszystkim księża. To jest dla mnie niepojęte, że w XXI wieku musimy walczyć o swoje prawa, które próbują nam całkowicie odebrać.

Ludzie nie czytają ze zrozumieniem. Przede wszystkim chyba tego ludziom brakuje. Zrozumienia. Możemy mówić i pisać, rozmawiać ze sobą, oglądać telewizję, słuchać radia, czytać... Ale rozmowa nie oznacza słuchania. To wszystko nigdy nie oznacza zrozumienia. Masa pro-life'owców krzyczy, że chodzi o ochronę życia poczętego. Ja to rozumiem, w końcu powinniśmy brać odpowiedzialność za swoje czyny - skoro jesteś na tyle dorosły, by uprawiać seks, to bądź tak samo dorosłym, by ponieść ewentualne konsekwencje swoich czynów. Trzeba jednak pamiętać o paru bardzo ważnych sprawach, a przede wszystkim o tym, że gwałt to nie seks. Tam nie ma miejsca dla przyjemności, jest ból i upokorzenie. Jest cierpienie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Świadomość, że rozwija się w nas owoc gwałtu może jeszcze bardziej zniszczyć psychikę kobiety. To przecież jest nieważne, prawda? Dziecko poczęte trzeba chronić! Pierdolenie potłuczonych ludzi.

Parę dni temu rozmawiałam z koleżanką. Mówiła mi, że na religii ksiądz przyłapał ją na czytaniu ludzkiego inkubatora i wynikła z tego dyskusja. Wiecie co stwierdził ksiądz? Że każdy człowiek jest wolny i nawet jeśli dziewczyna zajdzie w ciążę z powodu gwałtu, to jest za to odpowiedzialna. Super! Życie poczęte życiem poczętym, ale nie oszukujmy się - gwałt nie jest winą ofiary. Litości! Żadna kobieta - czy ubrana w obcisłą mini spódniczkę, czy w za duży dres - nie jest winna temu, że ktoś ma w głowie gówno zamiast mózgu. Oczywiście to tyczy się w drugą stronę, a więc w ten mniejszy odsetek facetów zgwałconych przez kobiety, co również nie jest tematem do śmiechów, co niestety często się zdarza. Hi hi hi, jaki lamus, dał się zgwałcić, albo laska sama mu się pchała do łóżka, a on jeszcze narzeka, ale ciota! nie są na miejscu. Nie mówiąc o tym, że poziomem nie wychodzą z podstawówki.

Pewna pani posłanka stwierdziła, że na tym marszu na pewno nie będzie katolików i osób, dla których ważne jest ognisko domowe, albo coś w podobnym stylu, bo słów w pełni nie pamiętam. Cóż, w takim razie żaden ze mnie katolik, a ognisko domowe już dawno wygasło, bo zamierzam stawić się na marszu, ubrana na czarno i gotowa, by walczyć o swoje. Jestem naprawdę zdumiona, że kobiety, w które to bezpośrednio uderza, są w stanie bronić tej bestialskiej ustawy antyaborcyjnej. Facet kobietom to jeszcze, bo może czegoś w tym wszystkim nie rozumie, ale kobieta kobiecie? To się nie godzi, a fe!

W niedzielę, dzień przed protestem, pewien opat wygłosił w mojej parafii kazanie, wtrącając swoje trzy grosze, dotyczące całej sprawy. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak się cieszę, że mnie tam nie było - szlag by mnie trafił na miejscu. Otóż... pan opat wspomniał, że na świecie są zaledwie dwa miliardy katolików, podczas gdy muzułmanów jest dwa razy więcej, bo wspomnieni wyznawcy wiedzą, jak powinno być w życiu i nie godzą się na aborcję, a katolików jest coraz mniej, bo tejże aborcji dokonujemy. Także wiecie, od kościoła katolickiego ludzie nie odchodzą dlatego, że mierzi ich durne gadanie księży, a po prostu potencjalni wyznawcy katolicyzmu są poddawani aborcji. Każde tłumaczenie jest dobre, no nie?

Postanowili odebrać nam prawo do aborcji w wyjątkowych przypadkach, tym samym, świadomie bądź nie, wyrażają niemą zgodę na turystykę aborcyjną, a przede wszystkim na okropne, aborcyjne podziemie. Prawda jest taka, że jeśli czegoś nie można, ale bardzo się chce, to i tak znajdzie się sposób, by to zrobić. Wspomniane w ludzkim inkubatorze wieszaki staną się normą, a oprócz tego pojawią się jeszcze gorsze sposoby.

Teraz planują zabronić antykoncepcji, odebrać nam prawo do niej. Dla setek kobiet antykoncepcja jest jedynym sposobem leczenia chorób. To tak, jakby choremu odebrano prawo do leczenia, co w efekcie może spotęgować dwie rzeczy - bezpłodność i aborcję. Jedni będą cierpieć, bo nie mogą mieć dzieci. Drudzy będą cierpieć, bo ich nie chcą. Gdy początkowo miało chodzić jedynie o tabletkę dzień po, byłam w stanie zagryźć wargi, przełknąć ślinę i zwyczajnie się zamknąć. Teraz, gdy zamierzając całkowicie zabronić antykoncepcji, to aż mną trzepie ze złości.

Nie wolno usunąć ciąży, nie wolno się przed ciążą bronić. Czy w takim wypadku nie wolno uprawiać seksu? Może najlepiej zrezygnujmy z ewentualnych kontaktów damsko-męskich i wszyscy idźmy do zakonu, albo zostańmy homo. W końcu z jednego i drugiego nie można mieć dzieci, a to nie będzie prowadziło ani do aborcji ani do antykoncepcji. Tego chcemy?

My, kobiety, nie walczymy o to, by aborcja stała się nowym środkiem antykoncepcyjnym. Może się powtarzam, ale liczę, że to do ludzi w końcu dotrze - pragniemy wolności słowa i wyboru, chcemy móc o sobie decydować. Najpierw odmawiają nam aborcji w wyjątkowych przypadkach, później zamierzają odebrać antykoncepcję. Co będzie następne? Nie wiem, ale boję się o tym pomyśleć.

Mam 23 lata i nie sądziłam, że kiedykolwiek będę walczyć o prawo do aborcji. Kraj jednak mnie do tego zmusił, więc chcę zawalczyć o swoje dobro.

Moje ciało to mój wybór, więc zostawcie mnie w spokoju.





Patrycja Kolibaj
Patrycja Kolibaj

Studentka filologii polskiej i sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Stuprocentowa humanistka, autorka bloga humanistka na obcasach, dziewczyna z mnóstwem pomysłów na sekundę. Początkująca pisarka i felietonistka, amatorka fotografii, pasjonatka kulinarii. ARTYSTYKA.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.