17.10.2016

#72 ŚKUPcie się na tym...

Nasze miasta i województwa mają to do siebie, że od czasu do czasu lubią wymyślić coś nowego, co ma nam pomóc, przyciągnąć ludzi, ułatwić życie. Tyle, że to ułatwić czasem zamienia się w utrudnić.

ŚKUP,

czyli Śląska Karta Utrudniająca Podróże



Aglomeracja Śląska wpadła na kolejny genialny pomysł. Po co nam papierowe bilety, lepiej będzie zrobić kolejną plastikową kartę. Wszyscy lubimy nosić tonę kart - dowód osobisty, prawo jazdy, karta do biblioteki, legitymacja studencka, karta do bankomatu, karta zdrowotna (no bo to kolejny śląski pomysł), pierdyliard innych kart, aż w końcu taka zamiast papierowego biletu. Jeszcze bardziej nie mogłam doczekać się chwili, w której przy każdym wejściu do autobusu i wyjściu z niego, zwłaszcza w godzinach szczytu, będę zmuszona przykładać kartę do czytnika. W ostatnich latach parę razy z trudem zdążyłam się przecisnąć przez tłum ludzi, by wysiąść, a co dopiero teraz, kiedy muszę klikać jakąś głupią kartą w jeszcze głupszy czytnik...

ŚKUP to Śląska Karta Usług Publicznych, chociaż ja (i pewnie wiele innych osób) chętnie zmienilibyśmy rozwinięcie tej nazwy na Śląska Karta Utrudniająca Podróże bądź Śląska Karta Utrudnień (w) Podróży. Już nie chodzi o to, że musisz ją odklikać za każdym razem, gdy wchodzisz i wychodzisz z pojazdu, który posiada czytnik tych nieszczęsnych kart. Nie. To chodzi o sam pomysł, jakbyśmy mieli za mało kart - dowód osobisty, prawo jazdy, karta do bankomatu, karta zdrowia, karta do biblioteki, karta miejska, karta taka, taka i taka. Ostatnio liczyłam, że w moim portfelu jest siedemnaście kart, z czego na co dzień używam może dwóch, teraz już trzech. A portfel rośnie i ledwo zipie...

Co miesiąc (albo co trzy) trzeba kartę doładować. Jest imienna albo bezimienna. Są bilety tańsze i droższe, z promocją i bez promocji. Odbijając kartę za pierwszym razem musisz wybrać bilet, którego zamierzasz używać (o ile masz ich więcej na karcie), no i musisz pamiętać, żeby odbić bilet za każdym razem, gdy wchodzisz i wychodzisz z autobusu. Początkowo na samą myśl o tym robiło mi się słabo, no bo jak to tak? Przez ostatnie dziesięć lat korzystałam z biletów kwartalnych i miesięcznych. Kupowałam taki, wypisywałam, chowałam do torby i przypominałam sobie o nim przy ewentualnej kontroli. Teraz nie będzie tak łatwo, bo ciągle muszę mieć bilet przy sobie. Pytanie: po co?! 

Jeśli rozmawiam na temat tej karty ze znajomymi spoza aglomeracji śląskiej to zawsze jest to samo - przy wejściu to spoko, ale po co przy wyjściu?! - a ja zawsze przyznaję im rację, bo o ile potrafię zrozumieć, że przy wejściu mam "skasować" bilet (ale po co mam kasować miesięczny bez limitu przejazdów?!) o tyle przy wyjściu? Co ja mam tam zaznaczyć? "Odkasowanie"? Jak to w ogóle brzmi?

Używam karty ŚKUP od dwóch tygodni - od początku nowego roku akademickiego, ale muszę przyznać, że teraz każda podróż jest dla mnie STRESUJĄCA! Serio. Zawsze boję się, że zapomnę odkliknąć przy wejściu bądź wyjściu, albo że zgubię kartę gdzieś po drodze - wyciągając czy chowając ją do kieszeni, że wypadnie, że nie wezmę jej z domu, że coś tam.Czasem zastanawiam się czy warto otwierać książkę w autobusie, bo może coś znowu zgubię, o czymś zapomnę, zagapię się i wystartuję z autobusu, tym samym zapominając o kolejnym odbiciu karty przy wyjściu. Niby ŚKUP miał być naszym ułatwieniem, ale na chwilę obecną muszę przyznać, że nie znam osoby, która wyrażałaby się o niej w samych superlatywach. Raczej wszyscy psioczą, a ja wcale im się nie dziwię, bo... sama do nich należę! Serio. Denerwuje mnie ta karta i to, że mimo iż jest imienna i bez limitu to ja i tak muszę ją cały czas przykładać do czytników, które często nie działają! Można się wściec.

Samo załatwienie karty graniczyło z cudem. Nie wiem, jak to było w listopadzie, gdy karty wchodziły. Wiem jednak, jak wyglądało to z końcem maja i początkiem czerwca, gdy musiałam załatwić sobie kartę. Kolejki do punktów były trochę jak w czasach PRL-u - nie do ogarnięcia. Trzeba było stać po dwie, trzy godziny, czasem nawet dłużej. Schody jednak zaczynały się, gdy do tego okienka się dotarło. 

 Imię i nazwisko, cztery cyfry PIN-u, sześć cyfr do czegoś tam, proszę pamiętać cyfry, proszę je teraz wbić, proszę powtórzyć, proszę pamiętać... Doładowujemy teraz? Nie? To proszę przyjść później doładować. Można w punkcie, można przez internet, można w automacie. Pytania? Wszystko jest na stronie. Następny! 

I o ile ja sobie poradziłam, PIN szybko wymyśliłam, hasło również, wbiłam, powtórzyłam i po zabawie, o tyle czekałam całe wieki, aż w końcu będzie moja kolej, bo mimo iż przyszłam w połowie tygodnia i byłam piąta w kolejce, to czekanie trwało wieki. Dlaczego? Bo przede mną byli ludzie starsi - a to mieli problem z hasłem, a to z wbiciem pinu, a to z jego powtórzeniem, doładowaniem, z masą pytań. Kiedy tak siedziałam i czekałam na swoją kolej to pomyślałam sobie o tym, co by było, gdyby taką kartę musiała wyrobić sobie moja babcia.

Nie ma szans, żeby tak się stało. Nie. No po prostu nie!

Młodzi jakoś sobie radzą, w końcu są skomputeryzowani, ciągle używają telefonów, w sklepach płacą kartami, wbijają PIN-y, płacą zbliżeniowo, generalnie mniej lub bardziej poradzili sobie z nowością, którą wprowadziła śląska aglomeracja. Problem pojawia się, gdy właśnie w te nowości wepchnięci zostają starsi ludzie, którzy raczej nie korzystają z telefonów, gotówkę mają zawsze przy sobie, a o wypłacenie pieniędzy z banku proszą dzieci czy wnuków. I co w takim przypadku ma zrobić starsza osoba, która potrzebuje biletów, bo gdzieś codziennie jeździ? Nie ważne gdzie - do wnuków, na zakupy, do lekarza. Ważne, że również musi się przemieszczać, w dodatku za pomocą komunikacji miejskiej. Koszmar.

Zostawmy jednak osoby starsze i przejdźmy dalej - matki z dziećmi? Osoby niepełnosprawne? Nie wiem jak wy, ale ja sobie nie wyobrażam, by ponownie mieć nogę w gipsie, chodzić o kulach i jeszcze musieć przy wejściu spowolnić cały ruch w autobusie, bo muszę odbić kartę! Tak jest! A kierowca będzie mieć to wszystko w nosie i nie zaczeka aż sobie z tym poradzę i usiądę na jakimkolwiek wolnym miejscu, więc on ruszy, ja nie utrzymam równowagi, znowu upadnę i jeszcze bardziej się poturbuję? Hm, super pomysł, dzięki, na pewno nie skorzystam z propozycji! Matka z małym dzieckiem pewnie też nie - właduj wózek, zajmij miejsce, odbij kartę, zrób milion innych spraw. Super! Wszyscy jesteśmy mega wdzięczni, dziękujemy!

Chcieli dobrze, a wyszło... jak zwykle.

Nie powiem, bo pewnie zamysł był dobry, jedynie wykonanie, jak zwykle, zwyczajnie nie wypaliło. Miało być ułatwienie - zamiast pierdyliarda biletów i kart, miała pojawić się jedna jedyna. Może byłoby to dobre, ale nie w każdym przypadku ma to sens. Dlaczego posiadacz biletu bez limitu przejazdów musi odbijać kartę? Skoro nie mam limitów to znaczy, że co przystanek mogę zmieniać autobus, a nikomu nic do tego. No chyba, że odbijanie karty za każdym razem ma jeden jedyny cel, który nie jest niczym pozytywnym - wszyscy chcą nas sprawdzać.

Nie wiem dokąd zmierza świat, ale chętnie bym to zatrzymała. Autorzy karty, proszę Was, ŚKUPcie się na niej i w końcu doprowadźcie do tego, by ludzie zaczęli podchodzić do niej na luzie, a nie ze wściekłością wypisaną na twarzach. Tylko najpierw trzeba się skupić.

No właśnie, trzeba się skupić...


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

06.10.2016

#71 Nie rób w hostelu co Tobie niemiłe...

Jak pewnie wiecie z poprzednich postów (albo skądkolwiek, bo wszędzie o tym hałasowałam), w lipcu byłam w Gdańsku. Właściwie to byłyśmy, bo razem ze mną pojechała Natalia z wypstrykando. Jak przystało na biedne studentki - zaklepałyśmy miejsca w hostelu i cieszyłyśmy się, że nie dość, że to takie tanie to jeszcze w doskonałym miejscu - może nie było blisko plaży, ale właściwie w samym centrum miasta, wszędzie blisko, żyć nie umierać! 

Zajechałyśmy na miejsce, wtaszczyłyśmy walizki po schodach (prawie pięćdziesiąt stopni!), rozlokowałyśmy się w pokoju i rozkoszowałyśmy tym, że mamy nasz prywatny pokój, nie dla dwunastu osób, a zwyczajnie dla dwóch. Ogólnie hostel malutki - osiem pokoi, dwie łazienki, aneks kuchenny na korytarzu, a w nim mała lodówka, kuchenka elektryczna, kilka garnków i talerzy, kuchenka mikrofalowa. Na wakacyjny wyjazd to przecież idealne, nie potrzebujemy willi z basenem i kuchni większej niż moje mieszkanie. Myślałam, że będzie super, raczej spokojni goście, bo przez pierwsze kilka dni nikt nie imprezował, my też byłyśmy raczej cicho, jednak było kilka rzeczy, które naprawdę mogą zdenerwować człowieka. No i my miałyśmy już dosyć. NAPRAWDĘ dosyć. Czas więc, byście i Wy dowiedzieli się, czego naprawdę nie wolno robić w hostelu, wśród ludzi.

NIE RÓB W HOSTELU CO TOBIE NIE MIŁE

kilka zasad, by wakacyjne życie wśród ludzi było znośne



po pierwsze: Hostel to NIE JEST Twój dom,

a co za tym idzie - nie zachowuj się tak, jakbyś był Panem na włościach. Jesteś, prawdę mówiąc, gościem. GOŚCIEM. Wiesz co to znaczy? To znaczy, że nie ma tutaj równych i równiejszych, wszyscy jesteśmy jednakowi i mamy identyczne prawa - do łazienki, do aneksu kuchennego i do ciszy nocnej. Nie ważne co robisz w swoim domu - chodzisz w samej bieliźnie (albo i bez!), spędzasz godziny w łazience, wyżerasz wszystko z lodówki, puszczasz głośną muzykę przez całą noc... Teraz nie jesteś w swoim domu! Nie rób tak, to nieładne.

po drugie: Mów dzień dobry, to nie boli.

Kultura nakazuje nam, byśmy mówili/odpowiadali na powitanie innych ludzi - obojętnie czy jest to dzień dobry czy dobry wieczór i nieważne czy dana osoba ma szesnaście czy sześćdziesiąt lat. Nie musimy się uśmiechać do drugiej osoby, ale wystarczy się przywitać, żeby przypadkiem druga osoba nie musiała na wstępie zauważać, jak wielkim gburem i prostakiem jesteś. Mieszkasz w hostelu, jak inni. Nie czuj się lepszy od innych mieszkańców, bo nie jesteś.

po trzecie: Pukaj do drzwi!

Ja wiem, że we własnym domu raczej się nie puka, ale kultura nakazuje, by jednak tak robić. Prawie codziennie, gdy brałam prysznic, do drzwi łazienki dobijali się ludzie, po cztery czy pięć razy. Chociaż stwierdzenie dobijali jest nieco nie na miejscu. Tutaj nikt nie pukał, tutaj próbowali wyważyć drzwi, od razu łapiąc za klamkę i napierając na nie z całej siły, szarpiąc się, jakby od tego zależało ich życie. Jeśli drzwi nie chcą się otworzyć to znaczy, że ktoś tam jest, a nie, że się zacięły. Nie walcz z nimi, ktoś za moment wyjdzie. A jeśli już ktoś wyjdzie to nie morduj go wzrokiem - on ma takie samo prawo do korzystania z łazienki, jak ty.

po czwarte: Ubierz się!

Powiem szczerze, że nigdy nie sądziłam, że do tego dojdzie, by trzeba było ludziom tłumaczyć, że w miejscach publicznych nie chodzimy w negliżu. A jednak! W lipcu, gdy byłyśmy w hostelu, było tam pewne starsze małżeństwo. Kobieta notorycznie chodziła bez bluzki, w samym staniku. I nie było to związane z przechodzeniem z pokoju do łazienki. Nie! Ona potrafiła ludziom otworzyć drzwi w takich częściowym negliżu,zawsze z tym samym uśmiechem. Och, proszę... Wiek tutaj nie ma nic do znaczenia - bo może i miała sześćdziesiątkę na karku, ale gdyby miała szesnaście to dla mnie niczego by to nie zmieniało. To wciąż miejsce publiczne.

po piąte: Nie wyjadaj!

Zapamiętaj sobie, że wspólna lodówka =/= wspólne jedzenie. Jeśli we wspólnej lodówce znajdziesz coś do jedzenia, co nie należy do Ciebie, to pamiętaj, że nie wolno Ci tego dotknąć. Nie kupiłeś, więc nie masz do tego prawa. Podkradanie jedzenia innym ludziom jest nie na miejscu. Ktoś to kupił, by później zjeść, więc dlaczego to zabierasz? Twoje? Nie? No właśnie. Jeśli nie Twoje to nie dotykaj, a jeśli ktoś dotknął Twoje to... znieś to z honorem i nie tykaj cudzych.

po szóste: Cisza nocna obowiązuje!

Rozumiem, jesteś na wakacjach, chcesz się wyszaleć, a nie musieć wracać do domu najpóźniej o dwudziestej drugiej. Nic dziwnego, ja też jestem na wakacjach i staram się być na nich na swoich zasadach. Ale skoro nie wynajmujesz domku, a zwyczajny pokój w hostelu to zrozum, że nie jesteś sam, więc bycie słoniem w środku nocy jest bardzo, bardzo złe. Ja wracam o której chcę, ty też, ale ludzie w pokoju obok mogą chodzić wcześnie spać, mogą mieć małe dziecko, mogą być zmęczeni po ciężkim dniu. Uszanuj to! Ja szanuję i nawet wtedy, kiedy wracam po północy to staram się chodzić jak najciszej. Ty też spróbuj, to nie boli!

po siódme: Łazienka jest wspólna!
A co za tym idzie - nie idziemy do łazienki na pół dnia, a staramy się ogarnąć jak najszybciej. W czasie naszego pobytu w gdańskim hostelu próbowałam się dopchać do łazienki przez jakieś pół godziny, a nawet dłużej. I co? I nic, bo cały czas siedziała tam jedna dziewczyna, z całym arsenałem kosmetyków do makijażu. Nie byłoby w tym nic denerwującego, gdyby nie fakt, że w hostelu były dwie łazienki - jedna znajdowała się w jednym pomieszczeniu, to znaczy, że zarówno prysznic, jak i toaleta z umywalką i lustrem były z jednymi drzwiami, więc jeśli tam ktoś wchodził - nikt nie mógł skorzystać. Druga natomiast była dzielona - osobno umywalka z lustrem, osobno prysznic, osobno toaleta, więc w jednej chwili skorzystać mogły trzy osoby. Stąd moja złość - dziewczyna spokojnie mogła skorzystać z tamtej, gdzie nikomu nie wadziła, zamiast zajmować tą lepszą, bo większą.


Nie rób w hostelu co Tobie niemiłe - jeśli czegoś nie lubię to jasne jest, że tego nie robię. Najgorsze jest jednak wtedy, kiedy ktoś czegoś nie lubi, ale złośliwie robi to dla innych. Pamiętaj więc, że jeśli wybierasz się na wakacje do hostelu, gdzie warunki są takie, a nie inne, to warto pamiętać o tym, bez czego ciężko się obejść - o kulturze. I zwróć uwagę na to, że karma lubi wracać, a tego chyba nikt z nas nie lubi





Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

03.10.2016

#70 Po dwóch stronach barykady

Właściwie to myślałam, że już więcej nie będę musiała poruszać tego tematu. Ba! Miałam taką nadzieję, bo naprawdę nie lubię babrać się w polityce, ale niestety, społeczeństwo zadecydowało inaczej, a ja wracam z tematem ABORCJI. Dzień!, bo dobrym nazwać go nie mogę.

NIE CHCESZ ABORCJI?

To jej sobie nie rób!


Kiedy w kwietniu tego roku pisałam o ludzkim inkubatorze sądziłam, że to wystarczy, że wyczerpałam temat, społeczeństwo ma czas, przemyśli sprawę, posłowie cofną swoją ustawę antyaborcyjną i będziemy żyć spokojnie. AHA! Taki wał. Gdy dotarła do mnie informacja, że z tych dwóch ustaw, które trafiły do Sejmu, klepnięta została tylko jedna, właśnie ta bestialsko traktująca kobiety, miałam wrażenie, że to jakiś głupi, bardzo nieśmieszny żart. Odrzucono projekt Ratujmy kobiety, by posłać dalej Stop Aborcji. Słuchałam tej informacji w telewizji, czytałam w internecie i widziałam, jak kartony pełne podpisów pod projektem - w tym również mój podpis, złożony w Gdańsku! - zostają wyrzucone. Miesiące ciężkiej pracy zostały zmarnowane, bo ktoś postanowił wtrącić swoje trzy grosze w całą sprawę.

W internecie zawrzało, we mnie też.

Rozumiem, że są przeciwnicy aborcji - spoko, ja też nie popieram aborcji jako swojego widzi-mi-się. Będąc w gimnazjum, a nawet potem w liceum, byłam człowiekiem, który swoimi poglądami chciał zbawiać świat. Młoda, głupia i niedouczona, uważałam, że aborcja powinna być zakazana, zawsze i wszędzie, w każdym przypadku. W końcu jeśli nie chcesz dzieci to się zabezpiecz, jest tyle sposobów! Później jednak, gdy odkryłam, że swoimi poglądami świata nie zbawię, postanowiłam zagłębić się w ten temat jeszcze bardziej, chociaż nie powiem, by czytanie o aborcji było dobrą lekturą na dobranoc. Zaczęłam jednak patrzeć na ten temat dużo szerzej, a nie w jeden punkt, jakbym była koniem z klapkami na oczach. Nie pamiętam kiedy, ale wiem, że było to parę ładnych lat temu, otworzyłam szerzej oczy i wszystko we mnie uderzyło ze zdwojoną siłą. To było dziwne uczucie, bo poczułam się trochę tak, jakby ktoś mnie wybudził z wieloletniego letargu.

W tym proteście właśnie o to chodzi - by zdjąć ludziom klapki z oczu i wybudzić ich z takiego samego letargu, w jakim ja wcześniej byłam. Chodzi o walkę o własne prawa, o te, które próbuje się odebrać kobietom. Polska właśnie stara dokonać się niemożliwego - cofnąć się w czasie do Średniowiecza, gdzie kobiety nie miały żadnych praw. Ludzie od wieków starają się stworzyć wehikuł czasu, a polakom udało się za pomocą jednej ustawy. Moje gratulacje, myślałam, że człowiek podróżujący w czasie jest nie do osiągnięcia. Ba! Co tam jeden człowiek! Polska ustawa sprawiła, że miliony ludzi wrócą do czasów średniowiecznych i nie będzie to jednodniowa rekonstrukcja historyczna, a codzienna katorga poglądowa.

Mam niejasne wrażenie, że większość wojujących o zakaz aborcji nie ma zielonego pojęcia o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Nikt nie walczy o to, by aborcja stała się środkiem antykoncepcyjnym - wpadnę to usunę. Nie. My, kobiety, pragniemy wolności słowa i wyboru, chcemy móc decydować o sobie i swoim ciele, a nie, żeby ktokolwiek inny nam mówił co nam wolno, a czego nie. Wyobrażacie sobie, żeby ktoś decydował o Waszym życiu? Ja nie. Nie życzę sobie, by ktoś decydował o mojej macicy; o tym, czy mam urodzić dziecko, które nie ma prawa przeżyć; o tym, czy chcę oddać życie za ciążę, a przede wszystkim - czy w razie ewentualnego gwałtu gotowa będę urodzić dziecko czy jednak nie. To moje ciało i moje decyzje, ludziom nic do tego. A już na pewno nie mają prawa wypowiadać się ludzie, którzy nigdy nie zostaną postawieni przed taką sytuacją - mężczyźni, a przede wszystkim księża. To jest dla mnie niepojęte, że w XXI wieku musimy walczyć o swoje prawa, które próbują nam całkowicie odebrać.

Ludzie nie czytają ze zrozumieniem. Przede wszystkim chyba tego ludziom brakuje. Zrozumienia. Możemy mówić i pisać, rozmawiać ze sobą, oglądać telewizję, słuchać radia, czytać... Ale rozmowa nie oznacza słuchania. To wszystko nigdy nie oznacza zrozumienia. Masa pro-life'owców krzyczy, że chodzi o ochronę życia poczętego. Ja to rozumiem, w końcu powinniśmy brać odpowiedzialność za swoje czyny - skoro jesteś na tyle dorosły, by uprawiać seks, to bądź tak samo dorosłym, by ponieść ewentualne konsekwencje swoich czynów. Trzeba jednak pamiętać o paru bardzo ważnych sprawach, a przede wszystkim o tym, że gwałt to nie seks. Tam nie ma miejsca dla przyjemności, jest ból i upokorzenie. Jest cierpienie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Świadomość, że rozwija się w nas owoc gwałtu może jeszcze bardziej zniszczyć psychikę kobiety. To przecież jest nieważne, prawda? Dziecko poczęte trzeba chronić! Pierdolenie potłuczonych ludzi.

Parę dni temu rozmawiałam z koleżanką. Mówiła mi, że na religii ksiądz przyłapał ją na czytaniu ludzkiego inkubatora i wynikła z tego dyskusja. Wiecie co stwierdził ksiądz? Że każdy człowiek jest wolny i nawet jeśli dziewczyna zajdzie w ciążę z powodu gwałtu, to jest za to odpowiedzialna. Super! Życie poczęte życiem poczętym, ale nie oszukujmy się - gwałt nie jest winą ofiary. Litości! Żadna kobieta - czy ubrana w obcisłą mini spódniczkę, czy w za duży dres - nie jest winna temu, że ktoś ma w głowie gówno zamiast mózgu. Oczywiście to tyczy się w drugą stronę, a więc w ten mniejszy odsetek facetów zgwałconych przez kobiety, co również nie jest tematem do śmiechów, co niestety często się zdarza. Hi hi hi, jaki lamus, dał się zgwałcić, albo laska sama mu się pchała do łóżka, a on jeszcze narzeka, ale ciota! nie są na miejscu. Nie mówiąc o tym, że poziomem nie wychodzą z podstawówki.

Pewna pani posłanka stwierdziła, że na tym marszu na pewno nie będzie katolików i osób, dla których ważne jest ognisko domowe, albo coś w podobnym stylu, bo słów w pełni nie pamiętam. Cóż, w takim razie żaden ze mnie katolik, a ognisko domowe już dawno wygasło, bo zamierzam stawić się na marszu, ubrana na czarno i gotowa, by walczyć o swoje. Jestem naprawdę zdumiona, że kobiety, w które to bezpośrednio uderza, są w stanie bronić tej bestialskiej ustawy antyaborcyjnej. Facet kobietom to jeszcze, bo może czegoś w tym wszystkim nie rozumie, ale kobieta kobiecie? To się nie godzi, a fe!

W niedzielę, dzień przed protestem, pewien opat wygłosił w mojej parafii kazanie, wtrącając swoje trzy grosze, dotyczące całej sprawy. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak się cieszę, że mnie tam nie było - szlag by mnie trafił na miejscu. Otóż... pan opat wspomniał, że na świecie są zaledwie dwa miliardy katolików, podczas gdy muzułmanów jest dwa razy więcej, bo wspomnieni wyznawcy wiedzą, jak powinno być w życiu i nie godzą się na aborcję, a katolików jest coraz mniej, bo tejże aborcji dokonujemy. Także wiecie, od kościoła katolickiego ludzie nie odchodzą dlatego, że mierzi ich durne gadanie księży, a po prostu potencjalni wyznawcy katolicyzmu są poddawani aborcji. Każde tłumaczenie jest dobre, no nie?

Postanowili odebrać nam prawo do aborcji w wyjątkowych przypadkach, tym samym, świadomie bądź nie, wyrażają niemą zgodę na turystykę aborcyjną, a przede wszystkim na okropne, aborcyjne podziemie. Prawda jest taka, że jeśli czegoś nie można, ale bardzo się chce, to i tak znajdzie się sposób, by to zrobić. Wspomniane w ludzkim inkubatorze wieszaki staną się normą, a oprócz tego pojawią się jeszcze gorsze sposoby.

Teraz planują zabronić antykoncepcji, odebrać nam prawo do niej. Dla setek kobiet antykoncepcja jest jedynym sposobem leczenia chorób. To tak, jakby choremu odebrano prawo do leczenia, co w efekcie może spotęgować dwie rzeczy - bezpłodność i aborcję. Jedni będą cierpieć, bo nie mogą mieć dzieci. Drudzy będą cierpieć, bo ich nie chcą. Gdy początkowo miało chodzić jedynie o tabletkę dzień po, byłam w stanie zagryźć wargi, przełknąć ślinę i zwyczajnie się zamknąć. Teraz, gdy zamierzając całkowicie zabronić antykoncepcji, to aż mną trzepie ze złości.

Nie wolno usunąć ciąży, nie wolno się przed ciążą bronić. Czy w takim wypadku nie wolno uprawiać seksu? Może najlepiej zrezygnujmy z ewentualnych kontaktów damsko-męskich i wszyscy idźmy do zakonu, albo zostańmy homo. W końcu z jednego i drugiego nie można mieć dzieci, a to nie będzie prowadziło ani do aborcji ani do antykoncepcji. Tego chcemy?

My, kobiety, nie walczymy o to, by aborcja stała się nowym środkiem antykoncepcyjnym. Może się powtarzam, ale liczę, że to do ludzi w końcu dotrze - pragniemy wolności słowa i wyboru, chcemy móc o sobie decydować. Najpierw odmawiają nam aborcji w wyjątkowych przypadkach, później zamierzają odebrać antykoncepcję. Co będzie następne? Nie wiem, ale boję się o tym pomyśleć.

Mam 23 lata i nie sądziłam, że kiedykolwiek będę walczyć o prawo do aborcji. Kraj jednak mnie do tego zmusił, więc chcę zawalczyć o swoje dobro.

Moje ciało to mój wybór, więc zostawcie mnie w spokoju.





Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.