23.08.2016

#68 Dziórawy Kocioł w Krakowie - odrobina magii w mugolskim świecie

Od paru ładnych miesięcy widywałam na różnych, facebookowych grupach zdjęcia z krakowskiej knajpy Dziórawy Kocioł, która to przyciąga magią rodem z Harry'ego Pottera. W końcu i ja postanowiłam tam zawitać, a teraz przychodzę do Was z recenzją.

DZIÓRAWY KOCIOŁ W KRAKOWIE

- znajdź odrobinę magii tam, gdzie jej nie ma


Dzień przed wyjazdem do Krakowa postanowiłam w końcu poszukać więcej informacji o tym słynnym Dziórawym Kotle, o którym w internecie pisze połowa fanów Harry'ego Pottera - w końcu to jedyne znane mi miejsce w Polsce, które w jakiś sposób jest związane ze światem magii wykreowanym przez Rowling. Czytając same superlatywy wiedziałam, że muszę tam być. W końcu kto z nas, fanów, nie pragnął spróbować Kremowego piwa? Kto nie chciał sięgnąć po Sok dyniowy? Ja chciałam jedno i drugie, więc wracając z długiego spaceru po Krakowie postanowiłam zajść na Grodzką 50/1 i posiedzieć w magicznym lokalu.

I tu zaczęły się schody. Dosłownie.


Dziórawy Kocioł to miejsce nie dla mugoli. Dosłownie! Jak zapewne wiecie, wszystko to, co miało związek z magią, w świecie wykreowanym przez Rowling było niedostępne dla oczu ludzi niemagicznych. W ten sposób Zamek Hogwart był widziany jako zniszczone ruiny zamku z napisem Uwaga, wstęp wzbroniony. To samo dotyczyło Szpitala świętego Munga, który dla osób niemagicznych był budynkiem w ciągłym remoncie. No i w końcu Dziurawy Kocioł, tak obskurny, że ludzie woleli omijać go z daleka, zamiast zajrzeć do środka. Londyński było widać, ale nikogo nie interesował, z kolei ten krakowski interesuje, ale jest wręcz niedostępny - schowany w bramie nie przyciąga wzroku, więc gdyby nie fakt, że go szukałam - przeszłabym obok, nie zauważając niewielkiego szyldu. Sporym utrudnieniem jest również to, że budynek jest w remoncie, więc widząc rusztowanie, stale unoszący się dym i robotników, człowiek ma wrażenie, że knajpa jest nieczynna, więc zwyczajnie ją omija. I to jest błąd, bo knajpa jest cały czas otwarta - wystarczy przedostać się przez remont, skręcić w lewo i zejść do piwnicy.

Schodów nie liczyłam, ale było ich dosyć sporo. Nie powiem, ale przez moment wahałam się czy aby na pewno chcę tam wchodzić. Dlaczego? Bo nim zeszłam po tych kilku stopniach do drzwi wejściowych, te otworzyły się i wyszły stamtąd trzy dziewczyny, na oko w wieku późnego gimnazjum, ze słowami: Ale tutaj fajnie zimno!. Wtedy właśnie po raz pierwszy pomyślałam sobie, że nie bardzo mam ochotę wchodzić z upału do jeszcze większego upału, ale w końcu podjęłam decyzję, że skoro już jestem w Krakowie to muszę tam wejść, by zobaczyć czym się ludzie zachwycają. Przekroczyłam próg i... miałam ochotę się wycofać. Uderzyło we mnie gorąco, wręcz duchota. Lepkie powietrze, od którego nie dało się uciec. Po lewej stronie dziewczyna (właścicielka? barmanka? nie pytałam) zapalała kolejne świeczki, chyba żelowe. Kilka stopni niżej stała kukła, zrobiona na wzór dementora, a wszędzie wystawione były świeczki. Większe, w szklanych słoikach i mniejsze, podgrzewacze, w metalowych latarenkach. Po pokonaniu wszystkich schodów wychodzi się prosto na drewniany bar z widoczną fototapetą biblioteczki, a dziewczyna stojąca za ladą z uśmiechem podała nam menu, w dodatku dosyć efekciarskie - drewniane okładki, lekko postarzane kartki schowane w foliach, na jednej z nich widoczna była Mapa Ancymonów - czyli jak dostać się do Dziórawego Kotła. W samej karcie aż takiego szału nie było, więc zamówiłyśmy dwa Lodowe Piwa Kremowe i czekałyśmy. 


Dwadzieścia minut. Tyle czekałyśmy na dwa mrożone piwa kremowe. Patrząc na to, że jest to zmrożone to zastanawiam się co trzeba robić, by tyle trwało zrobienie dwóch napojów. Wszystko wszystkim, ale aż takich tłumów nie było, a zresztą - jeśli klient ma długo czekać to powinno się go o tym wcześniej poinformować, bo ma on prawo zrezygnować z zakupu, jeśli musi tyle czekać. Już miałam się zbierać, by zapytać co z moim zamówieniem, ale stał się cud - kelner przyszedł, postawił przed nami słoiki i życzył Smacznego.

Zrobiłam zdjęcie, bo to w końcu ja, i spróbowałam tego słynnego piwa kremowego z tym, że w wersji mrożonej. I znowu to samo - czekałam na fajerwerki, a dostałam kompletny niewypał. Spodziewałam się czegoś nietypowego, jakiegoś nieznanego mi dotąd smaku, albo chociaż tego, który krąży po internecie w oryginalnej, ciepłej postaci. Niestety. To piwo kremowe było z drobinkami czekolady i smakowało trochę tak, jak napój kawowy, który dawno temu kupiłam sobie w Starbucksie czy też Coffee Heaven, znanym teraz jako Costa Coffee. Było za to bardzo słodkie i z dużą ilością bitej śmietany. Nie takiego smaku się spodziewałam, serio. I jeszcze te drobinki czekolady... tylko mnie to drażniło, a wcale nie dodało smaku. W menu jest ono opisane jako orzeźwiające, karmelowe, lekko owocowe z magicznym akcentem, a ja się zastanawiam gdzie tam był karmel, gdzie były owoce i gdzie to miało być orzeźwiające. Rozumiem, że magiczny akcent to te kawałki czekolady, no ale widocznie się nie znam, bo dla mnie to nie miało takiego smaku, jakiego się spodziewałam i przede wszystkim to nie było takie dobre, jak mi to ludzie zachwalali.

Nie kupiłam nic więcej prócz tego piwa kremowego. Wprawdzie myślałam jeszcze o jakimś deserze, ale bałam się, że skoro na napój lodowy musiałam czekać ponad dwadzieścia minut to co by było, gdybym zamówiła deser. Wyszłabym stamtąd jeszcze tego samego dnia?


Podsumowując - knajpa ma delikatnie magiczny klimat rodem z powieści Rowling. Ma dwie sale, niestety byłam tylko w jednej i nie jestem w stanie ocenić drugiej (tam były dzieci, głośne dzieci! Nie lubię głośnych dzieci...), ale z tego co zauważyłam to jest w niej dużo ciemniej niż w tej, w której siedziałam. Skupię się więc na niej.

Przy każdym stoliku wisi portret czarodzieja - to fajnie, bo w końcu knajpa jest rodem z Harry'ego Pottera. Minusem w moich oczach jest to, że są to różni czarodzieje, to znaczy z różnych historii. Widziałam Severusa Snape'a, Lorda Voldemorta i Bellatrix Lestrange, ale także Diabolinę czyli tytułową Czarownicę z filmu z Angeliną Jolie, widziałam również Sarumana z Władcy Pierścieni, a sama siedziałam obok Merlina. Nic do tego nie mam, ale skoro jest to knajpa związana z Harrym Potterem i nawet nazwę ma z niego wyciągniętą (chociaż ortograficznie zmodyfikowaną) to dlaczego z portretów nie patrzą na nas czarodzieje występujący tylko w tej serii? Było ich dużo, na pewno starczyłoby na tyle stolików, a nawet na jeszcze więcej.

W tle gra cicha, nienachalna muzyka - niby jest jakiś podkład, ale nie przeszkadza on w rozmowach, co dla mnie jest na duży plus. Szkoda tylko, że miałam wrażenie zapętlenia trzech najpopularniejszych utworów z pierwszej części Harry'ego. Obecnie jednak nie jestem w stanie podrzucić Wam tytułów, bo nie chcę Was okłamać. Uwielbiam jednak cały soundtrack z serii filmów o młodym czarodzieju, więc ucieszyło mnie, że puszczają akurat taką muzykę. Ode mnie łapcie playlistę 174 soundtracków z Harry'ego Pottera. Miłego słuchania (słuchajcie - ja też to właśnie robię!)

Z samych minusów widzę jeszcze wspomniany wcześniej upał i duchotę w pomieszczeniu, co w lato wcale nie sprzyja długiemu siedzeniu w knajpie. Zastanawia mnie jednak czy, przy kamiennych ścianach, w zimie dalej będzie tak ciepło (co wtedy stanie się przyjemne) czy wręcz przeciwnie - będzie można zgubić zęby z zimna. Chętnie się o tym przekonam. W zimie. Kolejnym minusem są dla mnie krzesła - niby duże i dosyć miękkie, ale do tego klimatu bardziej pasowałyby mi takie drewniane i postarzane, w identyczny sposób, jak stoły. Chociaż na krzesła można przymknąć oko, bo to tylko nieznaczny dodatek, to ja jednak wolałabym prawdziwie klimatyczną knajpkę, jak niegdyś Rudy Goblin w Katowicach - miało swoją magię. Liczę jednak na to, że kiedy następnym razem będę w Krakowie i wpadnę do Dziórawego Kotła to przywitają mnie pozytywne zmiany.

Brakowało mi fajerwerków, jeśli chodzi o Lodowe Piwo Kremowe, które w smaku przypominało mrożoną kawę czekoladową. Zdecydowanie czas oczekiwania mnie trochę przeraził, może nawet zniechęcił, ale przede wszystkim zabrakło mi stuprocentowej magii z Harry'ego Pottera, do czego przyczyniły się wcześniej wspomniane plakaty różnych czarodziejów, nie tylko z tej serii; ale cała ta magia znika, gdy ktoś chce iść do łazienki - plastikowe kosze na śmieci z londyńskim nadrukiem, a na ścianie plakat jakiegoś klubu żużlowego czy czegoś w podobnym klimacie. Trochę tak, jakbym schodząc do łazienki wchodziła do innego wymiaru.

Żeby jednak nie było, że widzę tylko minusy - obsługa jest niesamowicie miła i uśmiechnięta. Naprawdę! Dziewczyna, która przyjmowała ode mnie zamówienie, obdarzyła mnie takim uśmiechem, że nie sposób było go nie odwzajemnić. Zarażała pozytywną energią i niesamowitym optymizmem, a uwierzcie mi, że to naprawdę ważne - niejednokrotnie wchodziłam do knajp, z których miałam ochotę uciekać od razu, bo personel miał miny, jak Narcyza Malfoy w Czarze Ognia, a to, nie oszukujmy się, odrzuca potencjalnego klienta.

Gdybym miała wystawiać punktację to myślę, że dałabym jakieś sześć punktów na dziesięć możliwych - nie jest źle, ale mogłoby być dużo lepiej. Jeśli kiedyś traficie do Krakowa to wpadnijcie na Grodzką 50/1 - warto zajrzeć i wystawić własną opinię. Kto wie, może znajdziecie swoją ulubioną kawiarnię, do której będziecie wracać za każdym razem?

Gdyby tylko ten Dziórawy Kocioł był ortograficznie poprawny...



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

16.08.2016

#67 To nie żarty, See Bloggers po raz czwarty, dzień pierwszy

Mój krótki wakacyjny wypad szybko się skończył, tak samo, jak moja pierwsza konferencja blogerów - minęło tak, jakby ktoś pstryknął palcami. Jest pstryk nie ma. Długo zbierałam się, by coś tutaj stworzyć, ale w końcu się udało. Bez owijania w bawełnę, bez zbędnych ceregieli i bez wazeliny. Oto i ona, relacja z konferencji. Miłego czytania!

SEE BLOGGERS,

czyli dwóch introwertyków na imprezie dla ekstrawertyków


Zgłosiłam się na See Bloggers. W maju, gdy akurat miałam laptop na uczelni, Natalia opowiedziała mi, że zgłosiła się na konferencję blogerów, która odbywa się w wakacje w Gdyni i zgłosić mogą się wszyscy. Nie trzeba było mnie namawiać, bo wystarczyła informacja, że to Trójmiasto, a nocleg możemy załatwić w moim ukochanym Gdańsku. Wypisałam zgłoszenie, kliknęłam Wyślij i stwierdziłam, że niech się dzieje wola nieba. Później już tylko wymieniałyśmy się co chwilę jakimikolwiek informacjami na temat konferencji, a przede wszystkim na temat tego, czy któraś z nas już dostała informację czy dostała się czy nie. Długo czekałyśmy, bo ponad dwa tygodnie. Ale się udało! Dostałyśmy maile potwierdzające udział na konferencji i wystarczyło czekać na lipiec. Oczywiście zanim się to udało to Natalia zarezerwowała nam pokoje w hostelu (o hostelu słów kilka niebawem), ja zabukowałam dwa bilety w Polskim Busie, no i mogłyśmy jedynie wyczekiwać jakichkolwiek informacji dotyczących logowania na poszczególne warsztaty. No i harmonogramu.

I czekałyśmy, naprawdę długo czekałyśmy.

W momencie, gdy do wyjazdu zostało nam półtorej tygodnia, a my dalej bez informacji - zaczęłam się nieco martwić i zastanawiać czy czegoś nie przegapiłam. Natalia zaczynała mieć takie same odczucia, więc trochę wyluzowałam, bo to znaczyło, że nic nie przegapiłyśmy. Po prostu organizatorzy nic nie piszą, nic nie udostępniają. No kiedyś w końcu to zrobią, dałyśmy spokój. Pojawił się w końcu motyw przewodni imprezy wieczornej: boho, a my miałyśmy takie same myśli. Myśli, których lepiej nie przelewać na papier, bo trzeba by je było ocenzurować, ale o imprezie (i motywie) wspomnę nieco później. Zresztą, po przesłaniu informacji na temat motywu przewodniego, zaczęły pojawiać się kolejne, poszło lawinowo - harmonogram, zapisy, właściwie wszystko. Trzy dni i puf!, po wszystkim. Zapisy za nami, pakowanie za nami, wystarczy tylko pojechać nad morze i nie zapomnieć, że trzeba odwiedzić Pomorski Park Naukowo-Technologiczny w nadchodzący weekend.

O samym wyjeździe innym razem, teraz czas na See Bloggers.

W sobotę dotarłyśmy do Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego gdzieś koło wpół do dziewiątej rano, chociaż pierwsze wykłady zaczynały się o dziesiątej. Byłyśmy jedne z pierwszych i poszło to całkiem sprawnie. Całe szczęście, bo niecałą godzinę później były już ogromne kolejki, przez które niektórzy nie zdążyli na pierwsze wykłady - tutaj wygrało nasze chodźmy wcześniej, bo możemy się zgubić. Inaczej nie załapałabym się na oficjalne otwarcie See Bloggers i bardzo fajny wykład poprowadzony przez cudowną Kasię Ogórek, autorkę bloga Twoje DIY. O warsztatach jednak opowiem za chwilę, róbmy wszystko po kolei!


Przy rejestracji na See Bloggers każdy uczestnik dostawał dwie torby i identyfikator - w jednej torbie znajdywały się dwie półtora litrowe butelki Coca-Coli i Coca-Coli Zero, na etykietach których można było napisać kilka słów od siebie, zachęcających do wspólnego biesiadowania. Najlepsze zdjęcia (teksty?) miały zostać nagrodzone, z tego co pamiętam, koszami piknikowymi, ufundowanymi przez firmę. W drugiej torbie były różne dodatki związane z samą konferencją i Miastem Gdynia - między innymi mapy i ulotki. Była także plakietka See Bloggers i rozkład pomieszczeń w Centrum Naukowym Experyment. Każdy uczestnik dostał również identyfikator ze swoim imieniem i nazwiskiem oraz nazwą bloga, a do tego piękną, granatową smycz z napisem Gdynia. Dzięki temu, że byłyśmy wcześniej, miałyśmy okazję, by zwiedzić cały obiekt i odnaleźć wszystkie interesujące nas punkty, a przed godziną dziesiątą mogłyśmy zająć jak najlepsze miejsca w Sali Głównej. Teraz pozostało czekać na godzinę. Przyszła pierwsza ekscytacja konferencją. Ekscytacja, która dzień wcześniej z nas wyparowała, a na See Bloggers szłyśmy trochę tak, jak na skazanie - Nie chcę, ale wiem, że będę żałować, jeśli jednak nie pójdę. To była myśl, która nam przyświecała przez całe dwa dni, serio.

Wybiła godzina zero, zaczęła się zabawa.


W pierwszy dzień zaczęłyśmy od wspomnianego wcześniej wykładu Kasi Ogórek z bloga Twoje DIY. Kasia poprowadziła prelekcję Od zera do blogera - sam znajdź czytelników, na której wspomniała, jakie są podstawowe zasady w znalezieniu czytelników. Dowiedziałam się kilku nowych rzeczy, ale przede wszystkim usłyszałam to, z czego już dawałam sobie sprawę - że ważna jest systematyczność, ciężka praca i kontakt z czytelnikiem. Pamiętaj blogerze: Szanuj czytelnika swego - zawsze możesz mieć gorszego! Nie wiem jednak, która z rad Kasi była najważniejsza - ciężka praca, bez której nie ma bloga i dobrych postów, a jeśli nie ma dobrej treści to nie ma czytelników; systematyczność, dzięki której ludzie będą zaglądać na Twojego bloga, na zasadzie: aha, Humanistka publikuje w poniedziałki i czwartki, zobaczymy co nowego na jej blogu; czy może właśnie kontakt z czytelnikiem, bo kiedy czytasz jakiegoś bloga, a jego autor potrafi odpowiedzieć na Twoje komentarze to od razu chętniej tam wracasz - bo wiesz, że nie jesteś kolejną cyferką dla danego blogera - jesteś częścią jego społeczeństwa, w dodatku częścią, która ma dla niego znaczenie. I wszystko fajnie, tylko ta systematyczność...

Następny był wykład Damiana Winkowskiego z firmy Nokaut, który opowiadał o tym, Jak zarobić 30 tysięcy na blogu (miesięcznie)? O monetyzacji słów kilka, ale z całym szacunkiem dla prowadzącego - wykład kompletnie mnie nie porwał. Ba! nie wyniosłam z tego nic nowego i nic, co mogłoby mi pomóc. Później chciałam iść na bitwę blogerów, ale miałam wybór - albo bitwa blogerów i głodówka do wieczora, albo lunch sponsorowany przez Barillę. W końcu zdecydowałam się na lunch, więc zebrałam się i wyszłam. Znalazłam odpowiedni budynek i... okazało się, że organizatorzy się pomylili i jedzenie będzie od dwunastej trzydzieści, więc pół godziny dłużej. Niby nic takiego, ale wiedząc, że właściwie w tym samym czasie zaczynam inne warsztaty, zdawałam sobie sprawę, że byłoby ciężko zdążyć. Rezygnacja z kolejnego wykładu zwyczajnie nie wchodziła w grę. Z każdego, ale nie z tego jednego.

Trzeba było sobie darować i na kolejny wykład pójść na głodniaka.


Jeden z najlepszych wykładów podczas pierwszego dnia See Bloggers. Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o Alabasterfox i jej Efekt #instagram to dowiedziałam się naprawdę wielu interesujących rzeczy. Czy wiedzieliście, że nie warto używać najpopularniejszych hasztagów, bo Wasze zdjęcia będą ginąć w setkach, a nawet tysiącach zdjęć dodawanych na sekundę. Warto też trzymać się jednej godziny, jeśli chodzi o dodawanie zdjęć - i widzicie? Znowu pojawia się ta regularność dodawania. Systematyczność to podstawa każdego blogera czy vlogera, a już na pewno jest to bardzo ważne na początku danej działalności. Teraz postaram się do tego bardziej przykładać, zobaczymy co mi z tego wyjdzie. Nie mniej - jeśli ktoś z Was był na See Bloggers i nie poszedł na Efekt #instagram to... niech żałuje, bo oprócz pouczającego wykładu warto było tak po prostu posłuchać Aleksandry - to niesamowicie pozytywna osoba, której mogłabym słuchać, słuchać i słuchać. Ot tak, po prostu.

Po wykładzie Aleksandry była krótka przerwa, a następnie mogłyśmy posłuchać wykładu Łukasza Smolińskiego i Natalii Sitarskiej z bloga tasteaway. Przez czterdzieści pięć minut prowadzili warsztat o zachęcającym tytule: Blog, marka, biznes - czy łączenie bloga z prowadzeniem biznesu jest możliwe? i chociaż temat mnie do siebie przyciągnął, to jednak wykład mnie nie zachęcił. Miałam niejasne wrażenie, że to jeden z tych wykładów, podczas których prowadzący chce się pochwalić czego on nie widział, czego nie dokonał, zamiast podpowiedzieć jak tego wszystkiego dokonać. Nie bardzo wiem czy łączenie bloga z prowadzeniem biznesu jest możliwe, ale za to dowiedziałam się, że całkiem nieźle prosperuje ich cukiernia, ale odkąd ją prowadzą to nie recenzują innych kawiarni. Niestety, mimo pasji, z którą opowiadali, ja z pewną ulgą dowiedziałam się, że to już koniec. Na ten dzień to był koniec wykładów w Sali Wykładowej C. Pozostałe dwa czekały na nas w Sali Kinowej, ale dopiero po półgodzinnej przerwie. Uff! Trzydzieści minut odpoczynku!

Cały dzień czekałyśmy na te dwa ostatnie warsztaty - w końcu były na nie zapisy.


Ja naprawdę czekałam na ten wykład niczym na jakieś zbawienie. Basia Piasek i jej Can You hear me? Czyli o sztuce komunikacji z czytelnikiem okazało się dla mnie jednak największym fiaskiem pierwszego dnia. Chociaż miało być o sztuce komunikacji z czytelnikiem to kompletnie nie wyniosłam z tego nic poza z tym współpracowałam, z tym współpracowałam, a ta firma chce ze mną jeszcze współpracować. To był wykład, który mnie osobiście zmęczył i okazał się zmarnowanym czasem. Liczyłam na fajerwerki, a dostałam niewypał. Właściwie nie byłam pewna czy czekać na koniec czy może zwinąć się przed czasem. Wytrzymałyśmy jednak do końca, bo czekałyśmy na ostatni już wykład, licząc, że tutaj te fajerwerki w końcu wystrzelą. 

Wojciech Wawrzak z bloga PRAkreacja odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Jego warsztaty - Prawo dla blogera w pytaniach i odpowiedziach były naprawdę fajne, dlatego też żałuję, że nie byłyśmy w stanie wysiedzieć do końca. Przeciągnęły się, a my niechętnie zawlokłyśmy się na SKM-kę, by zdążyć na imprezę wieczorną. Wracając jednak do warsztatów - Wojciech naprawdę porządnie przygotował się do tematu, o którym opowiadał z prawdziwą pasją. Widać, że prawo nie jest przykrym obowiązkiem - jest dla niego pasją, zabawą. To ważne, by opowiadać z pasją, a nie z przymusem. I było naprawdę ciekawie, chociaż chwilą przydługie, zwłaszcza, gdy uczestnicy zaczęli zadawać pytania, na które trudno było odpowiedzieć, nie parskając śmiechem. Na przykład... hm, no cóż, Co się stanie, jeśli dostanę zgodę na wykorzystanie danego zdjęcia czy tekstu, ale spłonie mi dom, a wraz z nim zgoda?. Naprawdę ktoś zakłada taki scenariusz? Mimo to Wojciech fajnie z tego wybrnął. Co działo się później - nie wiem. Byłyśmy w drodze na SKM-kę, bo w końcu niedługo impreza wieczorna.


No i dochodzimy do punktu kulminacyjnego czyli imprezy wieczornej, do której od początku miałam mieszane uczucia. Cóż, nie dość, że motyw - boho - był kompletnie nie w moim stylu, to jeszcze fakt, że w jednym miejscu miało się spotkać ponad tysiąc blogerów. Po wymianie zdań i wtrącaniu nie chce mi się tam iść do każdego z nich, wzięłyśmy się w garść i pojechałyśmy do Gdyni. Wygrał argument jak nie pojedziemy to pożałujemy. Później okazało się, że dużo więcej frajdy sprawiłoby nam chodzenie po Długiej w Gdańsku i robienie zdjęć, niż siedzenie na tej imprezie. Była bardzo głośna muzyka, przy której nie dało się rozmawiać, mnóstwo osób, ciepły Desperados i brak miejsc siedzących. Z drinkami wychodziłyśmy poza ogrodzenie, by usiąść na ławkach. Tam było w miarę daleko od hałasu i dzięki temu można było pogadać. Impreza miała trwać od dwudziestej pierwszej do drugiej w nocy. Nie wiem, o której się skończyła - ze znudzenia samą imprezą, zmęczenia i faktu, że mamy pół godziny drogi do hostelu, pojechałyśmy SKM-ką już po północy. W końcu za kilka godzin czekał nas kolejny, jakże długi dzień na See Bloggers.


I tak oto dochodzimy do końca dnia pierwszego, drugi już niebawem, a wraz z nim pełne podsumowanie plusów i minusów. Do przeczytania niebawem!


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.