30.05.2016

#60 I że Cię nie opuszczę aż do ślubu...

Małe przemyślenia ślubne. W zeszłym roku nic nie napisałam, w tym roku okazji nie przepuszczę. Jeśli lubicie tematykę ślubną - to coś dla Was. Jeśli nie - zapraszam w czwartek! 


I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ AŻ DO ŚLUBU...

czyli co nieco o ślubnych przemyśleniach. 

Uwielbiam śluby. Może niekoniecznie lubię brać w nich czynny udział (tańczyć? ble), ale moment przygotowań, późniejsze obserwacje jak to tam wygląda i cała ślubna otoczka to moja bajka, coś co kocham, lubię i w ogóle chciałabym w tym siedzieć. Mam też nadzieję, że kiedyś to moje chciałabym zamieni się na tak, udało się, siedzę w tym. Póki co jednak pozostaję w sferze marzeń, bo brak mi finansów i czasu - dwa kierunki studiów i zajęcia dodatkowe są jednak nieco wyczerpujące, no i musiałabym wtedy z czegoś zrezygnować, a nie chciałabym, by padło na moje blogowanie. Dlatego też dzisiaj postanowiłam powiedzieć Wam co nieco o moich przemyśleniach na temat ślubu, na którym miałam ostatnio przyjemność być gościem. 


Po raz pierwszy i najprawdopodobniej ostatni, byłam na tak wielkim weselu. Było, jak udało mi się dowiedzieć, około 230 gości. Dużo, prawda? Dzięki temu miałam spore pole do obserwacji, do pochwał i małych minusów, do radości z faktu, że mogłam być na tym weselu i przede wszystkim, że mogłam uczestniczyć w tak ważnym wydarzeniu dla dwójki wspaniałych osób. Śluby są piękne.

Wiejskie wesela, ale te typowe, z prawdziwego zdarzenia, są niesamowicie piękne. Barwy, dźwięki, wszystko dopracowane do każdej sekundy i każdego milimetra. Każdy szczegół został idealnie wypielęgnowany, by w ten jeden dzień, najważniejszy w życiu, wszystko było zgodne z planem i założeniami. Perfekcyjne. Wiecie, ten moment, gdy widzicie coś takiego po raz pierwszy, a przynajmniej po raz pierwszy świadomie, jest wyjątkowy. Tym bardziej, jeśli świadkiem takiej uroczystości jest ktoś tak bardzo zakochany w weselach, jak ja. Zaufajcie mi - uśmiech nie schodził mi z twarzy, gdy byliśmy u Pana Młodego, gdy jechaliśmy do Panny Młodej, byliśmy w kościele, a później na sali weselnej. Uśmiech nie schodził mi z twarzy do momentu, gdy buty nie odmówiły posłuszeństwa, ale zawsze musi być coś nie tak. Niestety. A jak się ma takie nogi, jak moje, no to już po wszystkim - ból na całego. Brawo ja.

Naprawdę podobało mi się to, że Młodzi wszystko dopracowali kolorystycznie - od zaproszeń, które dostaliśmy, a które były w zielono-białej kolorystyce, z drobnymi elementami żółci, przez winietki i koronę, aż po tort weselny. Wszystko było w tej samej, zielonej w białe kropki, kolorystyce. Nawet prezenty dla gości - tych, którzy nie dostali magnesów na lodówkę - były biało-zielone. Idealne dopasowanie, bo majowe i wiosenne. Perfekcyjne.

Nie brakowało mi niczego, była piękna księga gości i spokojne miejsce, w którym można było się do niej wpisywać. Księga gości to fajna sprawa, zaufajcie mi i skorzystajcie z tego pomysłu, jeśli ślub jeszcze przed Wami. Fajny był też grill, ale z tego przywileju nie skorzystałam. Wiecie, ktoś mi niedawno powiedział, że zdarzają się wesela, na których może zabraknąć jedzenia. Ja twierdzę, że to jest wręcz niemożliwe. Widzieliście kiedyś wesele, na którym jest za mało jedzenia? Aż nie umiem w to uwierzyć, no ale nie wiem, może ja się nie znam, mało bywam na weselach, mnie tylko rajcuje ich organizacja. Wiadomo jednak, że jak jedzenie jest dobre to goście są zadowoleni. Tutaj goście byli wybitnie zadowoleni, bo pojawił się na sali swojski kącik, czyli miejsce z wędlinami wyrobu domowego - jeszcze nigdy nie widziałam takich tłumów przy jedzeniu. Momentami kolejka była dłuższa niż do dziekanatu w czasie sesji, a sądziłam, że to jest w życiu niemożliwe. Jak widać wszystko może mnie jeszcze zaskoczyć.

Było wszystko - były tańce, kamerzyści i fotograf. Był fajny zespół i niezły wodzirej, który potrafił każdego poderwać do zabawy. Był śmiech i radość, były prezenty dla gości i dla rodziców Pary Młodej. Była księga gości, korony i muzycy, towarzyszący gościom przez cały czas. Była piękna pogoda i rewia mody, jak na każdym weselu. Były dwie animatorki dla dzieci i bańki mydlane, które sprawiły mi największą radość. Pewnie nie uwierzycie, ale nic mi do tej pory nie sprawiło tyle szczęścia co te bańki - a raczej wielkie banie z mydła. Bajka! Dla mnie i dla dzieci, bo wiecie, we mnie cały czas czai się dziecko i od czasu do czasu nie uda mi się go upilnować. Więc biegałam z tymi kijkami po placu, robiłam bańki, a dzieci biegały za bańkami i wszystkie niszczyły. Ja miałam frajdę i one również. Chyba do północy bawiłam się tam, przy placu zabaw. Oj, było warto, było warto. Już teraz planuję własną zabawę z bańkami - jak mi się uda, dam Wam znać tutaj.

Najpiękniejszy moment ślubu i wesela? Gdy Para Młoda patrzyła na siebie nawzajem. Prawdziwie zakochani ludzie są naprawdę pięknym widokiem, a miłość widać we wszystkim - w każdym geście, spojrzeniu i uśmiechu. Prawdziwa miłość, nawet jeśli większość ludzi w nią nie wierzy, jest widoczna od razu, na pierwszy rzut oka. To trochę tak, jakby tym uczuciem ludzie zakochani promieniowali. Tutaj właśnie tak było.

Wiwat Młodej Parze, Wiwat Zakochanym!

Patrycja Kolibaj
Patrycja Kolibaj

Studentka filologii polskiej i sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Stuprocentowa humanistka, autorka bloga humanistka na obcasach, dziewczyna z mnóstwem pomysłów na sekundę. Początkująca pisarka i felietonistka, amatorka fotografii, pasjonatka kulinarii. ARTYSTYKA.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.