09.05.2016

#58 rzuciłam studia.

Czasem warto pomyśleć o sobie, nie tylko o innych. Czas zrobić coś dobrego dla siebie, na przykład... rzucić studia!

RZUCIŁAM STUDIA!

a co Ty dobrego zrobiłeś dla siebie? 


No dobra, może nie do końca rzuciłam, a rzecz miała miejsce trzy lata temu, ale to historia, która zawsze jest na czasie i może komuś się do czegoś jeszcze przyda. W życiu podejmujemy wiele decyzji, czasem są one dobre, czasem gorszych wybrać nie mogliśmy, ale zwykle są to nasze decyzje. Ja postanowiłam w końcu podzielić się z Wami historią, która tygodniami spędzała mi sen z powiek, a niezdecydowanie sięgało zenitu. Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile nerwów mnie to kosztowało i ile łez wylałam. Dlaczego? No bo rzuciłam studia!

Kiedy zapisywałam się na studia byłam pełna obaw. Bałam się wszystkiego - kierunku, ludzi, że nie podołam z całością. W końcu studia to nie szkoła, tutaj nikt niczego nie podstawi nam pod nos, a raczej sami będziemy musieli za tym biegać. Nie miałam z kim porozmawiać, byłam pozostawiona sama sobie, a to nie było przyjemne uczucie. Nikt mi nie powiedział co mam zrobić i gdzie. Dokumenty składałam na trzy razy, bo pierwszego dnia moja teczka to była jakaś 1/4 wszystkich potrzebnych dokumentów, drugiego - było wszystko, ale zapomniałam dodać zdjęcia, no i trzeciego w końcu doniosłam te dwa zdjęcia, które w sumie do niczego mi się nie przydały, prócz legitymacji. Ale o tym później. Nie wiedziałam jak wygląda pierwszy dzień, czy muszę być na każdym spotkaniu informacyjnym, czy oficjalna inauguracja w Sosnowcu jest obowiązkowa. Nie znałam nikogo z tych czterdziestu pięciu osób, które zostały przyjęte. Nie wiedziałam czym jest kierunek, co na nim będzie i z czym to wszystko się je. Słowem: byłam zielona. I to tak mocno, jak trawa na wiosnę. Kompletnie zagubiona. Najprawdopodobniej wyglądałam jak pierwszoklasistka w szkole podstawowej - biedna i wystraszona, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. To nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać.

Z dnia na dzień zostałam rzucona na głęboką wodę, niczym pisklak z gniazda. Tylko on musi nauczyć się latać, by nie zginąć. Ja musiałam nauczyć się funkcjonować w nowym środowisku, by nie zwariować pierwszego dnia. Łatwo nie było, chociaż szybko poznałam kilka osób. Było nas mało, więc jakoś daliśmy radę. Studia nie zaczęły się od razu pierwszego października - pierwsze dwa tygodnie były wolne, ciągle jakieś rektorskie, ciągle dziekańskie, ciągle coś było odwołane, a jeśli nie - to każde z nich trwały po dziesięć do piętnastu minut. Jak zawsze, gdy zaczyna się nowy semestr. Dzień dobry, nazywam się XYZ, to przedmiot taki i taki, tutaj są warunki zaliczenia, lista lektur, lista podręczników. Są jakieś pytania? Nie? Do zobaczenia za tydzień. Mniej więcej 3/4 wykładowców właśnie w ten sposób rozpoczyna swoje zajęcia, dlatego też nienawidzę pierwszych tygodni. Piętnaście minut - okienko - piętnaście minut - okienko - pół godziny - okienko - ostatnie zajęcia w całości. Ktoś jeszcze ze studiujących ma wrażenie, że wykładowcy robią sobie żarty z takim podejściem? Zwłaszcza jeśli chodzi o ostatnie zajęcia, które prawie zawsze odbywają się w całości. Jeśli mam do piętnastej - jest to do przeżycia. Mój problem zwykle pojawia się, gdy mam zajęcia do osiemnastej, a wykładowca trzyma nas do samego końca, mimo iż wcześniej wszystkie ćwiczenia to była chwila moment i do domu. Niefajnie.

Filologia klasyczna była fajna - wyjątkowa i dziwna, ale fajna. Podobały mi się wszystkie zajęcia mające związek z kulturą i literaturą antyczną, z mitologią i wierzeniami, z antykiem. Trochę mniej dogadywałam się z gramatyką starogrecką i łacińską, ale jakoś dawałam radę. Pokochałam język włoski, który poznałam na tych studiach. Z czasem jednak z tej trzydziestoosobowej grupki sporo osób zaczęło się wykruszać, aż w końcu coraz częściej zdarzało się, że przychodziłam na poranny wykład i byłam tam sama, na ćwiczenia chodziłam sama, raz zdarzyło się nawet, że na egzamin również przyszłam tylko ja. Kiedy pozostało dziesięć osób zaczęłam się obawiać, że w końcu rozwiążą mi kierunek, a ja będę jakieś dwa lata w plecy, ewentualnie będę musiała dojeżdżać na studia na inną uczelnię. Zaczęłam myśleć o zmianie kierunku, nie uczelni.

Spędzałam dnie, a nawet tygodnie w stresie. Cały czas bałam się, że jednak popełniam duży błąd, że nie powinnam rezygnować, że może warto poczekać, jak rozwinie się sytuacja. Nie sypiałam po nocach, ciągle się denerwowałam, miałam wrażenie, że bez względu na to, jaką decyzję podejmę - będzie ona zła. W końcu jednak złożyłam rezygnację z kierunku, uprzednio zapisując się na kolejne studia i... nie było już odwrotu. Rzuciłam studia, by zacząć coś nowego, nową przygodę... Ale przede wszystkim po to, by uwolnić się od tego, co mnie męczyło i doprowadzało do bezsenności. Rzuciłam studia i stałam się szczęśliwszym człowiekiem. Byłam wolna!

Powiem Wam, że czasami trzeba rzucić studia, by stać się kimś innym. Ja zrezygnowałam ze studiowania filologii klasycznej, by zmienić kierunek na coś innego. Niektórzy rzucają studia, bo bez nich czują się szczęśliwsi, a szkoła wyższa zwyczajnie nie jest dla nich - tak czują i ja to rozumiem, bo w końcu każdy z nas woli co innego. Jedni nawet nie idą dalej, po skończeniu szkoły średniej. Dlaczego? Bo już teraz wiedzą, że to nie to, a dalsza nauka nie sprawi im radości, a jedynie zmarnuje najbliższe trzy czy pięć lat, a może jeszcze dłużej. Najpierw będą studia, które nie sprawiają radości, a potem będzie praca w zawodzie, który tylko nas męczy. Codzienne wstawanie rano będzie okraszone słowami: kurwa, znowu praca, a zamiast jakiejkolwiek chęci do roboty będzie kompletna niechęć, znudzenie... Aż w końcu będziemy szukać różnych wymówek, byle tylko nie przyjść do pracy. Będziemy gotowi złamać sobie nogę, by pójść na dłuższe L4, byle tylko nie musieć siedzieć w pracy, która jest nieudanym efektem nieprzemyślanych studiów. Czasem lepiej skończyć naukę na wykształceniu średnim i pobawić się na różnych kursach, zamiast iść na studia, których się nie lubi. Sporym problemem jest jednak rodzina i silny nacisk z jej strony. Musisz iść na studia, mówią. Bez studiów będziesz nikim, powtarzają. Pierwszy błąd to pójście na studia, bo tak trzeba. Drugi to pójście na kierunek, którego nie lubisz, a który wybrała Ci rodzina. Później się pojawiają lekarze, którzy nie widzą zawału serca na EKG bądź mówią, że nie są w stanie zrobić USG, bo pacjent jest za gruby, a w rzeczywistości po prostu NIE POTRAFIĄ wykonać porządnego badania. Porażka na całej linii, no nie? Są też lekarze, którzy są nieprzyjemni dla pacjentów, prawnicy, którzy nie znają się na swojej robocie albo nauczyciele, którzy minęli się z powołaniem, a do szkoły poszli tylko po to, by gnębić uczniów tak, jak w przeszłości ich gnębiono.

Rzuciłam studia i dobrze mi z tym. Teraz studiuję coś, co lubię, robię coś, co sprawia mi przyjemność. Jeśli więc chociaż trochę wahasz się czy jesteś w dobrym miejscu i chciałbyś to zmienić - zrób sobie listę za i przeciw, zastanów się, co sprawi Ci największą radość - to, że zostaniesz w miejscu czy to, że pójdziesz dalej, w kierunku czegoś, co jest dla Ciebie. Chyba lepiej po liceum czy technikum iść na jakiś kurs, by później móc robić to, co się lubi, niż wybrać się na medycynę czy prawo, a później być beznadziejnym w tym, co się robi. Prawda?

Nie wahaj się - już dzisiaj zrób coś dla siebie. Nie czekaj, aż będzie za późno.


Patrycja Kolibaj
Patrycja Kolibaj

Studentka filologii polskiej i sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Stuprocentowa humanistka, autorka bloga humanistka na obcasach, dziewczyna z mnóstwem pomysłów na sekundę. Początkująca pisarka i felietonistka, amatorka fotografii, pasjonatka kulinarii. ARTYSTYKA.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.