30.05.2016

#60 I że Cię nie opuszczę aż do ślubu...

Małe przemyślenia ślubne. W zeszłym roku nic nie napisałam, w tym roku okazji nie przepuszczę. Jeśli lubicie tematykę ślubną - to coś dla Was. Jeśli nie - zapraszam w czwartek! 


I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ AŻ DO ŚLUBU...

czyli co nieco o ślubnych przemyśleniach. 

Uwielbiam śluby. Może niekoniecznie lubię brać w nich czynny udział (tańczyć? ble), ale moment przygotowań, późniejsze obserwacje jak to tam wygląda i cała ślubna otoczka to moja bajka, coś co kocham, lubię i w ogóle chciałabym w tym siedzieć. Mam też nadzieję, że kiedyś to moje chciałabym zamieni się na tak, udało się, siedzę w tym. Póki co jednak pozostaję w sferze marzeń, bo brak mi finansów i czasu - dwa kierunki studiów i zajęcia dodatkowe są jednak nieco wyczerpujące, no i musiałabym wtedy z czegoś zrezygnować, a nie chciałabym, by padło na moje blogowanie. Dlatego też dzisiaj postanowiłam powiedzieć Wam co nieco o moich przemyśleniach na temat ślubu, na którym miałam ostatnio przyjemność być gościem. 


Po raz pierwszy i najprawdopodobniej ostatni, byłam na tak wielkim weselu. Było, jak udało mi się dowiedzieć, około 230 gości. Dużo, prawda? Dzięki temu miałam spore pole do obserwacji, do pochwał i małych minusów, do radości z faktu, że mogłam być na tym weselu i przede wszystkim, że mogłam uczestniczyć w tak ważnym wydarzeniu dla dwójki wspaniałych osób. Śluby są piękne.

Wiejskie wesela, ale te typowe, z prawdziwego zdarzenia, są niesamowicie piękne. Barwy, dźwięki, wszystko dopracowane do każdej sekundy i każdego milimetra. Każdy szczegół został idealnie wypielęgnowany, by w ten jeden dzień, najważniejszy w życiu, wszystko było zgodne z planem i założeniami. Perfekcyjne. Wiecie, ten moment, gdy widzicie coś takiego po raz pierwszy, a przynajmniej po raz pierwszy świadomie, jest wyjątkowy. Tym bardziej, jeśli świadkiem takiej uroczystości jest ktoś tak bardzo zakochany w weselach, jak ja. Zaufajcie mi - uśmiech nie schodził mi z twarzy, gdy byliśmy u Pana Młodego, gdy jechaliśmy do Panny Młodej, byliśmy w kościele, a później na sali weselnej. Uśmiech nie schodził mi z twarzy do momentu, gdy buty nie odmówiły posłuszeństwa, ale zawsze musi być coś nie tak. Niestety. A jak się ma takie nogi, jak moje, no to już po wszystkim - ból na całego. Brawo ja.

Naprawdę podobało mi się to, że Młodzi wszystko dopracowali kolorystycznie - od zaproszeń, które dostaliśmy, a które były w zielono-białej kolorystyce, z drobnymi elementami żółci, przez winietki i koronę, aż po tort weselny. Wszystko było w tej samej, zielonej w białe kropki, kolorystyce. Nawet prezenty dla gości - tych, którzy nie dostali magnesów na lodówkę - były biało-zielone. Idealne dopasowanie, bo majowe i wiosenne. Perfekcyjne.

Nie brakowało mi niczego, była piękna księga gości i spokojne miejsce, w którym można było się do niej wpisywać. Księga gości to fajna sprawa, zaufajcie mi i skorzystajcie z tego pomysłu, jeśli ślub jeszcze przed Wami. Fajny był też grill, ale z tego przywileju nie skorzystałam. Wiecie, ktoś mi niedawno powiedział, że zdarzają się wesela, na których może zabraknąć jedzenia. Ja twierdzę, że to jest wręcz niemożliwe. Widzieliście kiedyś wesele, na którym jest za mało jedzenia? Aż nie umiem w to uwierzyć, no ale nie wiem, może ja się nie znam, mało bywam na weselach, mnie tylko rajcuje ich organizacja. Wiadomo jednak, że jak jedzenie jest dobre to goście są zadowoleni. Tutaj goście byli wybitnie zadowoleni, bo pojawił się na sali swojski kącik, czyli miejsce z wędlinami wyrobu domowego - jeszcze nigdy nie widziałam takich tłumów przy jedzeniu. Momentami kolejka była dłuższa niż do dziekanatu w czasie sesji, a sądziłam, że to jest w życiu niemożliwe. Jak widać wszystko może mnie jeszcze zaskoczyć.

Było wszystko - były tańce, kamerzyści i fotograf. Był fajny zespół i niezły wodzirej, który potrafił każdego poderwać do zabawy. Był śmiech i radość, były prezenty dla gości i dla rodziców Pary Młodej. Była księga gości, korony i muzycy, towarzyszący gościom przez cały czas. Była piękna pogoda i rewia mody, jak na każdym weselu. Były dwie animatorki dla dzieci i bańki mydlane, które sprawiły mi największą radość. Pewnie nie uwierzycie, ale nic mi do tej pory nie sprawiło tyle szczęścia co te bańki - a raczej wielkie banie z mydła. Bajka! Dla mnie i dla dzieci, bo wiecie, we mnie cały czas czai się dziecko i od czasu do czasu nie uda mi się go upilnować. Więc biegałam z tymi kijkami po placu, robiłam bańki, a dzieci biegały za bańkami i wszystkie niszczyły. Ja miałam frajdę i one również. Chyba do północy bawiłam się tam, przy placu zabaw. Oj, było warto, było warto. Już teraz planuję własną zabawę z bańkami - jak mi się uda, dam Wam znać tutaj.

Najpiękniejszy moment ślubu i wesela? Gdy Para Młoda patrzyła na siebie nawzajem. Prawdziwie zakochani ludzie są naprawdę pięknym widokiem, a miłość widać we wszystkim - w każdym geście, spojrzeniu i uśmiechu. Prawdziwa miłość, nawet jeśli większość ludzi w nią nie wierzy, jest widoczna od razu, na pierwszy rzut oka. To trochę tak, jakby tym uczuciem ludzie zakochani promieniowali. Tutaj właśnie tak było.

Wiwat Młodej Parze, Wiwat Zakochanym!

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

26.05.2016

#59 Moi starzy są do bani!

Dzisiaj Dzień Matki, więc z tej okazji publikuję post, który ma być pewnego rodzaju postem edukacyjnym. Mam nadzieję, że do kogoś dotrze w taki sposób, w jaki powinien. A póki co: Wszystkiego najlepszego dla wszystkim mam!

MOI STARZY SĄ DO BANI,

bo nie dają mi kasy na nowe conversy, iPhone'a i McBooka Pro!

Normalnie koszmar! Co za bezsens, przecież jestem ich jedynym dzieckiem, powinni dbać o mój komfort i dawać mi wszystko czego chcę, a nie to, co uznają za stosowne. Bzdury! Przecież to JA wiem co jest dla mnie najlepsze. Oni się nie znają. Co oni mogą wiedzieć o dzisiejszym życiu? Są starzy, gówno wiedzą i na niczym się nie znają. Nienawidzę ich!


Zmieniły się czasy i podejście ludzi do pewnych spraw. Gdy moi rodzice byli dziećmi, nikt nie myślał o tym, by pyskować swoim rodzicom. Dlaczego? Bo ci mieli jakikolwiek autorytet i szacunek, a nie to, co teraz. Mamy XXI wiek, a młodzież zatraciła jakieś resztki dobrego wychowania - nie wiem tylko czy jest to wpływ ich znajomych, wszechogarniającej globalizacji czy może tego, że rodzice nie mają czasu, a czasem nawet i siły, by zająć się wychowaniem swoich pociech. W pogoni za czasem i pieniędzmi zabrakło jednego z najważniejszych elementów w życiu społecznym - kultury i wychowania, szacunku do ludzi, dzięki którym mamy dach nad głową, ubrania i jedzenie. 

Pozwólcie, że będę pisać o stereotypowym Kowalskim - średnia krajowa, mieszkanie własnościowe, pełna rodzina, a więc dwójka rodziców i jedno dziecko, pewnie jakiś kredyt na głowie, a przynajmniej jakieś raty do spłacenia - za cokolwiek, mogą być za średniej klasy samochód. Nie chcę pisać o rodzinie z jednym rodzicem czy tej, która ma pieniędzy jak lodu. Nie chcę też poruszać tematu rodzin patologicznych, bo nie o to tutaj chodzi. Chcę się skupić na tym, co najbardziej życiowe, najczęściej spotykane. I chcę otworzyć Wam oczy. 

Dzisiejszej młodzieży brakuje wielu rzeczy, ale przede wszystkim szacunku do innych i ogłady. Kwestia pieniędzy i modnych gadżetów to sprawa drugorzędna, a nawet i trzeciorzędna. Internet i telewizja doprowadziły nas do okropnego punktu, który do niczego nie prowadzi. Zostaliśmy zapędzeni w kozi róg, stoimy pod ścianą i nie mamy wyjścia. Co się stało, że świat stoczył się w złym kierunku? Gdzie ludzie popełnili błąd i co można zrobić, by go naprawić? 

Rocznikowo mam dwadzieścia trzy lata. Właściwie to za dziewięć dni. Nigdy jednak nie powiedziałam o moich rodzicach per starzy. Z szacunku i z faktu, że starzy po prostu źle brzmią. Nigdy też, nawet w trakcie typowego buntu nastolatka, nie powiedziałam o nich złego słowa, a już na pewno z moich ust nie padło stwierdzenie, że są beznadziejni czy, co gorsza, że ich nienawidzę. Właściwie to za co miałabym czuć nienawiść? Za miłość, którą mi dali? Za dach nad głową i wychowanie? Czy może za to, że byli (i dalej są!) zawsze, kiedy potrzebowałam ich pomocy i obecności. Nie mam powodu, by ich nienawidzić, nawet jeśli nie miałam imprezy na osiemnastkę godnej littlemooonster96, nie dostałam nowego samochodu czy najmodniejszych gadżetów od Apple'a. Dostałam za to coś więcej - dużo miłości i wspólnie spędzonego czasu. A to naprawdę dużo lepsze od nowego iPhone'a 6. 

Moi rodzice nie są idealni, ale ludzi idealnych nie ma. Popełniamy błędy, a zanim zostaniemy rodzicami to niemal zawsze powtarzamy te same, szumne i bezużyteczne formułki - nie będę krzyczeć na moje dziecko, nie będę niczego zabraniać mojemu dziecku, wszystko kupię mojemu dziecku, będę je wszędzie puszczać, nie będzie miało tylu zakazów i nakazów, nie będę się denerwować na moje dziecko, aż w końcu pada najgłupsze stwierdzenie świata: będę rodzicem idealnym! A potem wszystko się zmienia, gdy już to dziecko pojawia się na świecie. Nagle jest więcej zakazów i nakazów niż mogłoby nam się wydawać. Zaczynamy doceniać naszych rodziców i to, co chcieli nam przekazać czy przed czym nas bronili. Zauważamy, że ten iPhone 6, który został w sferze marzeń, nie trafił w nasze ręce nie dlatego, że rodzice mieli taki kaprys, ale dlatego, że ten kaprys miał wysoką cenę i byłby miesiącami wyrzeczeń. Zaczynamy zauważać, że to głupie: Nienawidzę Cię!, wykrzyczane w gniewie, było bezpodstawne i nieczułe. Było dziecinne. Dla nas było wtedy tekstem rzuconym w złości, ale rodzica mogło zaboleć. Nikt nie chce usłyszeć od własnego dziecka, że coś mu nie wyszło. 

W internecie często trafiam na głupie gadanie dzisiejszej młodzieży. Zawsze jest mi głupio za nich i żal mi ich rodziców. Te dzieciaki nie potrafią docenić tego, co mają. Używają słów, których znaczenie jest bardzo umniejszone, albo po prostu dla nic tego znaczenia nie ma: Nienawidzę moich starych!, Co zrobić, żeby starzy kupili mi nowego iPhone'a?, Chcę (tutaj wstaw drogie buty, których wysoka cena jest jedynie wynikiem znanej marki), a oni nie chcę mi ich kupić. Nienawidzę ich!, Matka nie chce mi dać kasy na nowe Conversy. Mam chodzić w jakichś chińskich podróbach? Jak ja jej nienawidzę!, Starzy powiedzieli, że kupią mi (wstaw cokolwiek, co jest naprawdę drogie), jak tylko posprzątam pokój/będę wychodzić z psem/umyję samochód. Czy oni ochujeli?! Mam to dostać ZA COŚ?! Nienawidzę ich!

Dzieciaku z roszczeniową postawą - zastanów się nad sobą! Być może rodzice za bardzo Cię rozpuścili i teraz, gdy chcieliby naprawić swój błąd, jest już za późno. Pracują po osiem bądź dziesięć godzin i zmęczeni wracają do domu. Zamiast miłego słowa od swojego dziecka dostają pretensje i wyrzuty albo widzą jedynie plecy swojej pociechy, zbyt zajętej telefonem czy komputerem, by chociaż chwilę porozmawiać z rodzicami. Skoro i tak siedzisz cały dzień z nosem w telefonie to odłóż go na moment i spróbuj jednak z nimi pogadać. Powiedz, jak minął Ci dzień, jak było w szkole, co robiłeś ciekawego. Wykaż się inwencją twórczą, zaskocz rodziców. Spróbuj spędzić z nimi jeden dzień, tylko po to, by porozmawiać. O czymkolwiek. A może obejrzycie jakiś film? Pójdziecie do restauracji? Wspólnie coś ugotujecie? Czasem naprawdę wystarczy po prostu posiedzieć razem, w jednym pokoju, by sprawić komuś przyjemność. Nie trzeba szaleć, wymyślać dziwnych rzeczy i na siłę starać się, by zapełnić każdą sekundę wspólnego czasu. Siedzenie razem też jest dobre.

Wiem, że mi nie uwierzycie, ale brak nowego telefonu, markowych ubrań czy laptopa z górnej półki to nie jest koniec świata. To nawet nie jest katastrofa czy góra lodowa. Nie jest to również tragedia. To po prostu pech, że nie można mieć wszystkiego, na co ma się ochotę. Są gorsze rzeczy w życiu. Są też rzeczy ważniejsze, na które powinniście zwracać uwagę - na bliskich przede wszystkim, bo czasem może być już za późno, by cokolwiek naprawić czy zmienić. Życie bywa przewrotne, nie pozwólcie, by chwila buntu zniszczyła to, co ważne w Waszym życiu. Rodziców ma się jednych i trzeba ich szanować, nawet jeśli czepiają się o głupoty, nie pozwalają późno wracać czy wydzwaniają co pół godziny, kiedy Ty bawisz się ze znajomymi na imprezie. Oni nie robią tego na złość - wszystko to robią z miłości, chociaż czasem objawia się w ten sposób ich nadopiekuńczość. Zamiast denerwować się i wyzywać, że mama czy tata dzwonią do Ciebie co chwilę, albo nie pozwalają Ci wracać o tej, o której chcesz... usiądź i porozmawiaj z nimi. Rozmowa dużo daje. 

Nie ma rodziców idealnych, bo nie ma ludzi idealnych. My, dzieci, często nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile bólu zadajemy naszym rodzicom - często robimy to nieświadomie, ale oni, nawet jeśli nie dadzą tego po sobie poznać, czują ten ból, jest im źle i przede wszystkim, pamiętają o tym, co było przykrego. Zanim następnym razem powiesz: Moi starzy są do bani, nienawidzę ich!, zastanów się czy na pewno są tacy źli, jak myślisz. Czy przypadkiem znowu nie wyolbrzymiasz. Póki możesz - postaraj się nadrobić stracony i zmarnowany czas. Posiedź z nimi, porozmawiaj, zaproponuj wyjście do kina bądź na spacer. Zobacz ile to może sprawić przyjemności. Nie bądź roszczeniowym dzieciakiem, szanuj rodziców i bliskich. Oni naprawdę się starają!



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

09.05.2016

#58 rzuciłam studia.

Czasem warto pomyśleć o sobie, nie tylko o innych. Czas zrobić coś dobrego dla siebie, na przykład... rzucić studia!

RZUCIŁAM STUDIA!

a co Ty dobrego zrobiłeś dla siebie? 


No dobra, może nie do końca rzuciłam, a rzecz miała miejsce trzy lata temu, ale to historia, która zawsze jest na czasie i może komuś się do czegoś jeszcze przyda. W życiu podejmujemy wiele decyzji, czasem są one dobre, czasem gorszych wybrać nie mogliśmy, ale zwykle są to nasze decyzje. Ja postanowiłam w końcu podzielić się z Wami historią, która tygodniami spędzała mi sen z powiek, a niezdecydowanie sięgało zenitu. Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile nerwów mnie to kosztowało i ile łez wylałam. Dlaczego? No bo rzuciłam studia!

Kiedy zapisywałam się na studia byłam pełna obaw. Bałam się wszystkiego - kierunku, ludzi, że nie podołam z całością. W końcu studia to nie szkoła, tutaj nikt niczego nie podstawi nam pod nos, a raczej sami będziemy musieli za tym biegać. Nie miałam z kim porozmawiać, byłam pozostawiona sama sobie, a to nie było przyjemne uczucie. Nikt mi nie powiedział co mam zrobić i gdzie. Dokumenty składałam na trzy razy, bo pierwszego dnia moja teczka to była jakaś 1/4 wszystkich potrzebnych dokumentów, drugiego - było wszystko, ale zapomniałam dodać zdjęcia, no i trzeciego w końcu doniosłam te dwa zdjęcia, które w sumie do niczego mi się nie przydały, prócz legitymacji. Ale o tym później. Nie wiedziałam jak wygląda pierwszy dzień, czy muszę być na każdym spotkaniu informacyjnym, czy oficjalna inauguracja w Sosnowcu jest obowiązkowa. Nie znałam nikogo z tych czterdziestu pięciu osób, które zostały przyjęte. Nie wiedziałam czym jest kierunek, co na nim będzie i z czym to wszystko się je. Słowem: byłam zielona. I to tak mocno, jak trawa na wiosnę. Kompletnie zagubiona. Najprawdopodobniej wyglądałam jak pierwszoklasistka w szkole podstawowej - biedna i wystraszona, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. To nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać.

Z dnia na dzień zostałam rzucona na głęboką wodę, niczym pisklak z gniazda. Tylko on musi nauczyć się latać, by nie zginąć. Ja musiałam nauczyć się funkcjonować w nowym środowisku, by nie zwariować pierwszego dnia. Łatwo nie było, chociaż szybko poznałam kilka osób. Było nas mało, więc jakoś daliśmy radę. Studia nie zaczęły się od razu pierwszego października - pierwsze dwa tygodnie były wolne, ciągle jakieś rektorskie, ciągle dziekańskie, ciągle coś było odwołane, a jeśli nie - to każde z nich trwały po dziesięć do piętnastu minut. Jak zawsze, gdy zaczyna się nowy semestr. Dzień dobry, nazywam się XYZ, to przedmiot taki i taki, tutaj są warunki zaliczenia, lista lektur, lista podręczników. Są jakieś pytania? Nie? Do zobaczenia za tydzień. Mniej więcej 3/4 wykładowców właśnie w ten sposób rozpoczyna swoje zajęcia, dlatego też nienawidzę pierwszych tygodni. Piętnaście minut - okienko - piętnaście minut - okienko - pół godziny - okienko - ostatnie zajęcia w całości. Ktoś jeszcze ze studiujących ma wrażenie, że wykładowcy robią sobie żarty z takim podejściem? Zwłaszcza jeśli chodzi o ostatnie zajęcia, które prawie zawsze odbywają się w całości. Jeśli mam do piętnastej - jest to do przeżycia. Mój problem zwykle pojawia się, gdy mam zajęcia do osiemnastej, a wykładowca trzyma nas do samego końca, mimo iż wcześniej wszystkie ćwiczenia to była chwila moment i do domu. Niefajnie.

Filologia klasyczna była fajna - wyjątkowa i dziwna, ale fajna. Podobały mi się wszystkie zajęcia mające związek z kulturą i literaturą antyczną, z mitologią i wierzeniami, z antykiem. Trochę mniej dogadywałam się z gramatyką starogrecką i łacińską, ale jakoś dawałam radę. Pokochałam język włoski, który poznałam na tych studiach. Z czasem jednak z tej trzydziestoosobowej grupki sporo osób zaczęło się wykruszać, aż w końcu coraz częściej zdarzało się, że przychodziłam na poranny wykład i byłam tam sama, na ćwiczenia chodziłam sama, raz zdarzyło się nawet, że na egzamin również przyszłam tylko ja. Kiedy pozostało dziesięć osób zaczęłam się obawiać, że w końcu rozwiążą mi kierunek, a ja będę jakieś dwa lata w plecy, ewentualnie będę musiała dojeżdżać na studia na inną uczelnię. Zaczęłam myśleć o zmianie kierunku, nie uczelni.

Spędzałam dnie, a nawet tygodnie w stresie. Cały czas bałam się, że jednak popełniam duży błąd, że nie powinnam rezygnować, że może warto poczekać, jak rozwinie się sytuacja. Nie sypiałam po nocach, ciągle się denerwowałam, miałam wrażenie, że bez względu na to, jaką decyzję podejmę - będzie ona zła. W końcu jednak złożyłam rezygnację z kierunku, uprzednio zapisując się na kolejne studia i... nie było już odwrotu. Rzuciłam studia, by zacząć coś nowego, nową przygodę... Ale przede wszystkim po to, by uwolnić się od tego, co mnie męczyło i doprowadzało do bezsenności. Rzuciłam studia i stałam się szczęśliwszym człowiekiem. Byłam wolna!

Powiem Wam, że czasami trzeba rzucić studia, by stać się kimś innym. Ja zrezygnowałam ze studiowania filologii klasycznej, by zmienić kierunek na coś innego. Niektórzy rzucają studia, bo bez nich czują się szczęśliwsi, a szkoła wyższa zwyczajnie nie jest dla nich - tak czują i ja to rozumiem, bo w końcu każdy z nas woli co innego. Jedni nawet nie idą dalej, po skończeniu szkoły średniej. Dlaczego? Bo już teraz wiedzą, że to nie to, a dalsza nauka nie sprawi im radości, a jedynie zmarnuje najbliższe trzy czy pięć lat, a może jeszcze dłużej. Najpierw będą studia, które nie sprawiają radości, a potem będzie praca w zawodzie, który tylko nas męczy. Codzienne wstawanie rano będzie okraszone słowami: kurwa, znowu praca, a zamiast jakiejkolwiek chęci do roboty będzie kompletna niechęć, znudzenie... Aż w końcu będziemy szukać różnych wymówek, byle tylko nie przyjść do pracy. Będziemy gotowi złamać sobie nogę, by pójść na dłuższe L4, byle tylko nie musieć siedzieć w pracy, która jest nieudanym efektem nieprzemyślanych studiów. Czasem lepiej skończyć naukę na wykształceniu średnim i pobawić się na różnych kursach, zamiast iść na studia, których się nie lubi. Sporym problemem jest jednak rodzina i silny nacisk z jej strony. Musisz iść na studia, mówią. Bez studiów będziesz nikim, powtarzają. Pierwszy błąd to pójście na studia, bo tak trzeba. Drugi to pójście na kierunek, którego nie lubisz, a który wybrała Ci rodzina. Później się pojawiają lekarze, którzy nie widzą zawału serca na EKG bądź mówią, że nie są w stanie zrobić USG, bo pacjent jest za gruby, a w rzeczywistości po prostu NIE POTRAFIĄ wykonać porządnego badania. Porażka na całej linii, no nie? Są też lekarze, którzy są nieprzyjemni dla pacjentów, prawnicy, którzy nie znają się na swojej robocie albo nauczyciele, którzy minęli się z powołaniem, a do szkoły poszli tylko po to, by gnębić uczniów tak, jak w przeszłości ich gnębiono.

Rzuciłam studia i dobrze mi z tym. Teraz studiuję coś, co lubię, robię coś, co sprawia mi przyjemność. Jeśli więc chociaż trochę wahasz się czy jesteś w dobrym miejscu i chciałbyś to zmienić - zrób sobie listę za i przeciw, zastanów się, co sprawi Ci największą radość - to, że zostaniesz w miejscu czy to, że pójdziesz dalej, w kierunku czegoś, co jest dla Ciebie. Chyba lepiej po liceum czy technikum iść na jakiś kurs, by później móc robić to, co się lubi, niż wybrać się na medycynę czy prawo, a później być beznadziejnym w tym, co się robi. Prawda?

Nie wahaj się - już dzisiaj zrób coś dla siebie. Nie czekaj, aż będzie za późno.


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

05.05.2016

#57 Czy istnieje życie poza Facebookiem?

Potraficie wyobrazić sobie, że nie ma Facebooka? Potraficie usunąć konto i żyć tak, jakby go nigdy nie było?

CZY ISTNIEJE ŻYCIE POZA FACEBOOKIEM?

czyli co by się stało, gdyby go nie było



Dawno temu Karolina stwierdziła, że jestem zbieraczem grup na Facebooku. Kossakowska miała Zbieracza Burz, internet ma Zbieracza Grup. Co kraj to obyczaj i tak dalej, i tak dalej... Nie będę spierać się z Karoliną, bo ma ona całkowitą rację - jestem chyba w każdej możliwej grupce, a jeśli nie - niedługo będę. Dlaczego? Bo interesuję się masą rzeczy, chcę reklamować swojego bloga i strony, lubię przeglądać nowości, no i inne takie przyziemne sprawy. Przy okazji wszystkie grupy są pewnego rodzaju żyłą złota dla blogera opiniotwórczego. Tam jest kopalnia pomysłów i tematów na nowe posty, a wszystko to za darmo. Wystarczy mieć tylko chwilę czasu, by przejrzeć posty na tablicy i nieco więcej, by stworzyć tekst na swoją stronę. Tak naprawdę nie trzeba nic robić - ludzie robią to za nas. 

Zastanawialiście się co by było, gdyby nagle szanowny Mark Zuckerberg stwierdził, że dorobił się już wystarczającego majątku na Facebooku, nudzi go prowadzenie tego portalu i ulepszanie, więc właściwie można by go było zamknąć, bo w końcu jest jeszcze Twitter, Instagram, Snapchat czy coś innego? Pewnie wyobrażacie sobie ten dzień, który stałby się Apokalipsą dla młodzieży w wieku gimnazjalnym i licealnym. Tragedia! Świat się wali, odcięli dostęp do świata, jak teraz umówić się ze znajomymi, jak dogadać się z innymi... Jak żyć, pani premier, jak żyć? 

Niestety. Funkcjonowanie na grupach nauczyło mnie jednego - największe internetowe gówno robią dorośli ludzie i niestety, zazwyczaj są to kobiety. Sorry, taki mamy klimat. Jestem na paru typowo kobiecych grupach i to tam jest największy burdel, nie mający niczego wspólnego ze złymi administratorkami czy zawodem pewnych pań. Nie. Niestety nie. Wszystko to jest związane z tym, że internet odebrał większości ludzi rozum. Nie mówię tu o błędach ortograficznych, interpunkcyjnych, składniowych czy logicznych, ale mówię o nieumiejętności funkcjonowania w życiu poza internetem. Ta świadomość aż we mnie uderza. I boli. 

Nie wiem jak wy, ale ja idąc do sklepu robię zakupy pod siebie. Wybieram ubrania pod siebie. Książki kupuję pod siebie. Nie robię zdjęcia wszystkiemu i wszystkim i nie wrzucam ich na grupy z pytaniem w stylu: Bo jestem teraz w sklepie, ale nie umiem wybrać. Sukienka pierwsza, druga, trzecia czy czwarta? Ale szybko, bo zaraz idę do kasy! No kurde! Nie mówię, że nie można napisać takiego postu, w końcu każdy ma prawo do zaćmienia, jak ja dzisiaj - poszłam do sklepu, wybrałam trzy zestawy książek, wiedziałam, że mogę maksymalnie dwa i... nie umiałam podjąć decyzji. Wysłałam trzy zdjęcia do znajomych, przy okazji informując ich, że są takie perełki do kupienia, no i z ich małą pomocą zakupiłam dwie - Małego Księcia z ilustracjami oraz książeczką z zadaniami (bo nie dla mnie) oraz ilustrowaną Alicję w Krainie Czarów i Alicję po Drugiej Stronie Lustra, z kolorowanką antystresową dla dorosłych. Myślałam jeszcze o Historyjkach Beatrix Potter albo Bajkach Fontaine'a, ale jednak zdecydowałam się na te dwie. W każdym razie - nie pisałam na grupie, napisałam do znajomych. Nie uśmiecha mi się, by wchodzić na grupę, w której jest prawie pięć tysięcy osób i połowa postów to pytania o to, które rzeczy kupić, co kto poleca oraz jaka stylówka będzie lepsza i czy ta bluzka pasuje do tych spodni, bo właśnie wybieram się na imprezę, ale nie jestem pewna. A te buty będą okej? Czy może lepiej te? Nie? To jeszcze jedne przymierzę...

Ej, ludzie! Kto Was ubierał, kiedy nie było Facebooka i grup? Jak robiliście zakupy? Jak wybieraliście ubrania dla siebie i dzieci? Wiecie, posty z prośbą o polecenie ciekawych tytułów książek czy filmów są spoko, ale wybieranie ubrań przez kompletnie obcych ludzie już nie jest spoko. Nie wiem jak Wy, ale ja wybieram to, w czym mi wygodnie. Czasem zapytam się kogoś czy jest okej albo co o tym myśli, ale tylko wtedy, kiedy ten ktoś jest ze mną na zakupach. No przecież nie będę pytać się paru tysięcy obcych ludzi czy pasuje mi ta sukienka czy powinnam szukać sobie innej. Proszę Was! Jak radziliście sobie wcześniej, gdy nie było Facebooka i grup?

Okej, odłóżmy na bok ubieranie się z pomocą obcych ludzi na grupach internetowych, a przejdźmy do tworzenia własnych tekstów, bo i z tym związanych jest sporo przeróżnych perełek. 


Niejednokrotnie widziałam na grupach związanych z blogowaniem posty z pytaniami: o czym mogę napisać? bądź podrzućcie mi pomysły, a ja napiszę notkę. Serio? Zaufaj mi - gdybym miała pomysł to na pewno nie podrzuciłabym go komuś obcemu tylko wykorzystałabym go tutaj, na moim własnym blogu. Zresztą... jeśli nie masz pomysłów to po co zabierasz się za pisanie? Nie mówię, czasem bywają chwilę zaćmienia. Czasem zapytam się znajomych, którzy nie blogują, o czym chcieliby przeczytać, ale nigdy nie proszę o pełen temat, a gdy mam chwilę zwątpienia - odstawiam blog na bok i czekam na chwilę weny.

Ostatnimi czasy Wattpad przewyższył swą popularnością blogosferę, a przynajmniej ja mam takie wrażenie, zwłaszcza jeśli chodzi o opowiadania. Jest kilka grup, do których oczywiście należę i powiem Wam, że tam dzieją się rzeczy kosmiczne. Właściwie to w każdej grupie dzieje się COŚ, co warto opisać na blogu. Wystarczy tylko mieć chwilę czasu.

Najpopularniejsze posty na grupach wattpadowych to pytania typu: Czy będziecie to czytać? i podane informacje na temat pomysłu danego autora. O ile informacjami można nazwać zlepek słów w stylu: Ona: szara myszka, nowa szkoła, przeprowadza się, nie umie się odnaleźć. On: bad boy, wszystkie laski na niego lecą, najpopularniejszy w szkole. Czy połączy ich miłość? Co się stanie, gdy... i tutaj zwykle pojawia się jakieś wydarzenie, które powinno zwalić z nóg czytelnika. Wiecie, uczniowie, którzy znęcają się nad naszą szarą myszką, a zły chłopiec bohatersko wstawia się za nią, ratuje ją z opresji i wybucha wielka miłość. Big love forever. Nie dość, że oklepany motyw to jeszcze człowiekowi się wszystkiego odechciewa, gdy co drugi post na grupie jest w podobnym stylu. Jakby ktoś wrzucił wzór wpisu na Czy będziecie to czytać? i ludzie według niego postanowili publikować każdy, nawet najbardziej nieprzemyślany pomysł. Och God, why?

Jestem dosyć wymagającym odbiorcą, więc to nie jest proste, by pokazać mi coś fajnego, co mnie wciągnie, a gdy już widzę setkę takich samych postów to mi się odechciewa. Brak oryginalności. Trochę jak z blogami modowymi - niby każdy inny, ale wszystkie są jednakowe. Czasem mam wrażenie, że nawet zdjęcia są identycznie robione tylko z różnymi modelkami i stylizacjami. Jeśli jednak chodzi o pisanie opowiadań... Cóż, przede wszystkim piszę dla siebie, chociaż publikuję dla innych - no bo gdybym nie chciała, by inni czytali to bym drukowała swoje teksty i wsadzała do szuflady i byłoby po zabawie. Chodzi jednak o to, że kiedy wpadam na jakiś pomysł to nie wrzucam go na grupie z pytaniem Czy będziecie to czytać?, a publikuję go i mam nadzieję, że w końcu ktoś się wciągnie w tekst. Dobra twórczość ponoć potrafi się obronić, więc po co pisać ludziom o czym człowiek chciałby napisać? Obawiałabym się, że ktoś podchwyci mój pomysł, o ile będzie on dobrze napisany. Ja nigdy nie zastanawiam się czy tekst będą czytały miliony czy początkowo tylko moi znajomi.

Wyobraźcie sobie, że np. taki Stephen King pisze na swojej stronie internetowej, że ma pomysł na taką i taką fabułę, ale właściwie to nie jest pewny, więc pyta się Was czy będziecie to czytać. Zabawne, nie? Autor nie mówi najpierw o czym będzie pisać - czytelnik raczej chciałby mieć niespodziankę, chciałby oczekiwać na kolejny rozdział i rozwój wydarzeń. Po co więc opis, który w większości przypadków zdradza najważniejsze wiadomości? Równie dobrze mogę poprosić ludzi o spojlery i darować sobie czytanie. Tak więc zamiast pytać czy ktoś będzie czytał taki tekst - dopracuj swój pomysł i zacznij go udostępniać. Jeśli jest dobry - naprawdę sam się obroni.

Internet to dziwne zjawisko, które zawładnęło całym społeczeństwem. Kiedyś dzieci biegały po placu i rodzice musieli wołać je na kolację, bo inaczej siedziałyby do nocy. Nikt po nikogo nie dzwonił - wołało się przez okno, na pół osiedla. Nie powiem, pod tym względem telefony jednak są ułatwieniem, ale dużo lepiej było kiedyś, na dworze. Teraz? Teraz wszyscy siedzą z nosem w telefonie czy laptopie, bez większej ochoty na wyjście na plac, na zabawę w chowanego, na grę w siatkówkę, koszykówkę czy piłkę nożną. Co większość osób robi po włączeniu komputera? Loguje się do fejsa. 

I co o tym myślicie?

Czy istnieje życie poza Facebookiem?


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.