25.04.2016

#56 świat u stóp.

Znowu katuję Was pseudo-recenzją. Przepraszam, staram się!

RECENZJA KSIĄŻKI: Świat u stóp



Wciąż staram się podszkolić w pisaniu recenzji, ale przede mną jeszcze długa, bardzo długa droga. Mam jednak nadzieję, że tą krótką recenzją Was nie odstraszę. Dzisiaj Lesley Lokko i jedyna jej książka, którą do tej pory przeczytałam - Świat u stóp. Czytałam ją dwa razy, za pierwszym razem nie miałam stuprocentowej pewności co do tego, jakie mam odczucia względem niej. Za drugim razem chyba byłam nieco starsza i dlatego ją polubiłam. Zapraszam więc na krótką recenzję - może komuś z Was również się spodoba!


Świat u stóp, Lesley Lokko


TYTUŁ: Świat u stóp
ORYGINALNY TYTUŁ: Sundowners
AUTOR: Lesley Lokko
LICZBA STRON: 592
WYDAWNICTWO: Świat Książki
KATEGORIA: Obyczajowa
WYDANIE: 2007
JĘZYK ORYGINAŁU: Angielski
MOJA OCENA: 8/10


"Nie miała racji: miłość nie jest tylko przeżywaną w życiu chwilą. To szczególny stan, który dla nich trwał będzie wiecznie. Wszystko i nic. Uśmiecha się i bierze ją za rękę."


Lesley Lokko to autorka literatury typowo kobiecej. Usłyszałam o niej kiedyś, podczas rozmowy ze znajomą, która zresztą podrzuciła mi Świat u stóp. Dopiero niedawno przyjrzałam się lepiej biografii autorki i dowiedziałam się, że Lokko jest Afroamerykanką, a jej ojciec pochodził z Ghany. Stąd również nawiązania kulturowe i społeczne między Europejczykami i Afrykanami, występujące w jej książkach. W tej, o której dzisiaj mowa, również to wszystko występuje.

Świat u stóp to powieść o prawdziwej przyjaźni. Opowiada o losach czterech dziewczyn, których znajomość rozpoczyna się w internacie - Rianne, Gabby, Nathalie i Charmaine. Każda z nich jest inna, każda pochodzi z innego środowiska. Rianne pojawia się wśród nich jako ostatnia i trochę trudno jest jej się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Mimo to dosyć szybko udaje jej się nawiązać w miarę dobry kontakt z pozostałymi współlokatorkami, aż w końcu zostają najlepszymi przyjaciółkami. Nie jest to jednak kolejna prosta opowieść o licealnej przyjaźni. Nie, książka opowiada o przeróżnych perypetiach, jakie spotkały je w życiu na przestrzeni około 20 lat. Elementem łączącym ich odmienne losy była silna przyjaźń, którą bardzo trudno zniszczyć. Wszystkie cztery dziewczyny były w stanie zrobić dla siebie praktycznie wszystko.


"Tego nauczył się od ojca: jeśli masz wątpliwości, nie śpiesz się, poczekaj; nic nie rób, nie podejmuj żadnych działań. Przynajmniej przez jakiś czas."


Sięgając po lekturę kompletnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Słyszałam jedynie, że warto ją przeczytać. Nie zawiodłam się jednak, a czas spędzony na jej czytaniu na pewno nie był czasem zmarnowanym. Świat u stóp okazał się być zaskakujący, nieprzewidywalny, wzruszający, ale również optymistyczny. Te cztery wątki obyczajowe są idealnie ze sobą połączone. Mają jednak dwojaki wydźwięk, a człowiek tak naprawdę do samego końca nie zdaje sobie sprawy z tego, jak te cztery historie się zakończą. Z jednej strony stanowią one piękną opowieść o przyjaźni na całe życie, która budzi w czytelniku pozytywne emocje i przykuwa jego uwagę do całości tekstu. Te cztery bohaterki - Rianne, Gabby, Nathalie i Charmaine - mają cztery różne historie i bardzo odmienne charaktery. Ich losy są pełne niespodziewanych zwrotów akcji, wzruszają i bawią, ale uczą o tym, że największym skarbem w życiu człowieka jest przyjaciel. Z drugiej strony jednak niektóre momenty wydają się być nierealne. Wszystkie cztery dziewczyny mają bogate i wygodne życie, nie muszą się martwić o to, czy wystarczy im pieniędzy na życie, nie wspominając już o różnych zachciankach i niesamowicie drogich zakupach. Także nastawienie dziewczyn do życia codziennego jest bardzo niedojrzałe, zwłaszcza w przypadku Rianne. Niektóre z ich decyzji wydają się momentami wręcz nieprawdopodobne.

Lektura dosyć łatwa, raczej lekka. Niewiele jest momentów, w których trzeba naprawdę skupić się na tekście, by go zrozumieć. Chwilami jest poważnie, czasem zabawnie. Historia przedstawiona nam przez Lesley Lokko nie jest zwykłą historyjką, o której szybko można zapomnieć i niczego nie wnosi. Pojawiają się fakty historyczne, co najbardziej widać w kwestiach związanych z rasizmem oraz całą sytuacją czarnoskórych mieszkańców Republiki Południowej Afryki w latach 70., 80. i 90. XX wieku. Wszystko to zostało jednak zgrabnie wplecione w fabułę i czytelnik ani się orientuje, kiedy już czyta o tym, z czym zmierzyć musieli się mieszkańcy RPA. Dzięki temu możemy przekonać się, że różnice kulturowe nie zawsze muszą stać na przeszkodzie w kontaktach międzyludzkich, czasem są zwyczajnie nieistotne.

Gdybym miała sięgnąć po kolejną książkę Lesley Lokko - nie zawahałabym się. Świat u stóp zapewnił mi taką rozrywkę, na jakiej mi zależało. Lektura nie dłużyła się, fabuła pochłonęła bez reszty. Chwilami spokojnie możemy utożsamiać się z głównymi bohaterami, gdy przeżywamy ich historie, doświadczamy kalejdoskopu uczuć, uczymy się na ich błędach oraz zaprzyjaźniamy się z nimi, jak z realnymi ludźmi. Są emocje, a więc jest wszystko to, co być powinno. Polecam sięgnąć po tę lekturę, a myślę, że się nie zawiedziecie. ;)


"Leżała obok, włosy rozrzucone na jego ramieniu falowały w rytm uspokajającego się oddechu. Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. Jesteś moim największym skarbem. Nie wiedział, czy powiedział to głośno."



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

18.04.2016

#55 nienawidzę littlemooonster96.

Mogłabym w sumie zacząć pisać serię postów o zachowaniu młodzieży, nienawiści w sieci i innych takich, ale kompletnie nie mam pojęcia na to, jak by można było tę serię nazwać. Więc macie takie coś, a zarazem takie nic. Dzisiaj na pierwszy rzut idzie... nienawiść. 

NIENAWIDZĘ LITTLEMOOONSTER96

bo niby kim ona jest? nikim!


O nie! To znowu ona. Czy ona musi być wszędzie? Znowu dodała zdjęcie z kimś sławnym. Ale się chwali! Jeszcze jakby miała czym... Fuj, jest okropna! Kto to widział? Niby czemu jest sławna? Gówno robi, marna vlogerka. Phi, wybiła się na tatuażach. Ani to ładne ani mądre. Zazdroszczę? Niby czego? Przecież nikt jej w sieci nie lubi. Co ona w życiu osiągnęła? Sława? Jaka sława? Głupia małolata! A ta jej osiemnastka? Matko Boska, ale dno! 

Hejted: littlemooonster96


Może po prostu zacznijmy od podstawy, a więc od pytania kim jest littlemooonster96 i skąd wzięła się w mediach społecznościowych, bo myślę, że sporo osób jest w tym temacie zorientowana tak samo, jak moja babcia (i ja do niedawna).

littlemooonster96 czyli Angelika Mucha, to osiemnastoletnia vlogerka, której udało się wybić w sieci i stała się kimś naprawdę medialnym. Prócz swojego kanału na youtubie (461 884 subskrybentów) prowadzi również bloga (3221 obserwatorów), instagram (544 tysiące obserwujących), fanpage na facebooku (178 106 polubień) oraz snapchat (pierwsze miejsce w rankingu pod względem ilości oglądających). Nie da się ukryć - to naprawdę imponujące liczby, do których większość blogerów dochodzi latami, o ile w ogóle udaje im się to zrobić (patrząc na mnie - szanse są poniżej zera, ale zawsze warto się starać). Jedno jest pewna - lm96 jest popularna w internecie. Temu nie można zaprzeczyć. Co więc jest nie tak? 

Zazdrość!


Jestem niemal pewna tego, że w większości przypadków chodzi o zazdrość. Piszę to zupełnie szczerze, bo myślę, że większość ludzi jest bardzo zazdrosna o to, że jej się udało, a oni w dalszym ciągu siedzą znerwicowani przed komputerami w domu i nic im w życiu tak dobrze nie wychodzi, jak włosy i hejtowanie w sieci. Tymi niemiłymi komentarzami ludzie wylewają swoją frustrację. Nic nie robią, nic nie mają, nic im się nie udaje, ale w sumie nic nie robią, by coś w tym kierunku zmienić. Po co starać się zmienić swoje życie, skoro można zwyczajnie na nie ponarzekać, a jeśli tego jest za mało to zawsze można trochę pohejtować w sieci kogoś, komu się udało - a tak, dla zabawy. Nie wiem, sprawia Wam to jakąś frajdę?

Z tego co mi wiadomo (a mogę być w błędzie), gdy Angelika zaczynała nagrywać swoje video-blogi, miała lat piętnaście, albo coś koło tego, więc była kompletnym dzieciakiem i nagrywała to, co wydawało jej się wtedy fajne - między innymi mega popularny (a także główny punkt zaczepienia hejterów) filmik o tatuażach, które rysuje sobie czarnym długopisem żelowym i co chwilę je poprawia, by się nie zmyły. Ot, takie zachowanie gimnazjalisty. Spoko, też pisałam po rękach, za co nawet oberwało nam się - mnie i mojej ówczesnej przyjaciółce - od naszego nauczyciela fizyki. Bo zamiast go słuchać pisała mi po rękach. Nie ważne. Chodzi o to, że przez całe życie popełniamy jakieś błędy i gafy, mniejsze lub większe. Wystawiamy się na pośmiewisko, często zupełnie nieświadomie. Tutaj jednak sprawa wygląda nieco inaczej - najprawdopodobniej to właśnie ten filmik, o tych tatuażach, był momentem zmiany, gdy coś zaskoczyło i ludzie zaczęli ją częściej obserwować, oglądać jej filmy, śledzić ją w sieci. Może początkowo chodziło o oglądanie, by móc się pośmiać. Wynik... cóż, jest nieco inny, ale dalej widoczne są hejty. Dużo hejtów. 

littlemooonster96 się sprzedała!


Zawsze bawią mnie komentarze, w których ktoś oskarża kogoś o sprzedanie się. Super, już widzę, jak ktoś z Was, drodzy hejterzy, dostaje propozycję współpracy (za kosmetyki, telefon, ubrania, cokolwiek innego) i odrzuca ją, bo nie chce się sprzedawać. Serio? Bylibyście pierwsi w kolejce po darmowe dodatki. Machalibyście łapami krzycząc: ja! ja! mnie wybierz! mnie! i nie przyjmowalibyście do wiadomości, że coś może się nie udać. A kiedy już coś dostalibyście do przetestowania to pewnie, bez względu na własne odczucia, wystawilibyście najwyższą opinię, by dostać jeszcze. Jestem pewna, że wrzucilibyście do sieci recenzję z tekstami w stylu: kupujcie, bo są mega! albo kupujcie, bo warto! albo jeszcze coś innego, nawet gdyby było to kompletne gówno, którego nie warto polecić nawet największemu wrogowi.

Mam wrażenie, że zawsze, kiedy padają słowa: xyz się sprzedał/a, od razu wyczuwam zazdrość w każdej literce. Zazdrość, że komuś się powodzi, a mnie nie. Ktoś się zajął swoim życiem, a ja dalej siedzę na dupie i nawet nie próbuję, ewentualnie chodzę na imprezy za kasę rodziców i nie myślę o tym, by cokolwiek zmienić. Faktycznie, lepiej włączyć laptop, poszukać najsłynniejszej młodej vlogerki i trochę ją shejtować komentarzami poniżej wszelakiego poziomu. Bo to takie, kurwa, zabawne.

Nie powiem - są momenty, w których Angelika nieco się podkłada swoim antyfanom. Są też chwile, gdy fani sprawiają, że człowiek nie potrafi nie skomentować ich gadania. Ale taka chyba domena fana - chcesz zrobić dobrze, a robisz jeszcze gorzej, podkładając siebie i wystawiając idola na pośmiewisko. Niby myślisz, że to co teraz mówisz pokaże Twojego idola w lepszym świetle, ale jednak kicha - zamiast ustawić go w słońcu to przykrywasz go cieniem. Mnie też się to zdarzyło, a każda późniejsza próba naprawienia swojego błędu kończy się jeszcze większym fiaskiem, pogrążając ulubieńca w ciemności i dając innym powody do żartów. Niestety - littlemooonster96 również ma fanów, którzy chcąc zrobić dobrze - robią jeszcze gorzej. Przykład sprzed dwóch tygodni: mieliśmy na uczelni debatę między uczniami różnych szkół licealnych. Tematem debaty było stwierdzenie, że kultura popularna deprecjonuje Śląsk. Wiadomo, były dwie strony - propozycja (zgadzająca się z tym stwierdzeniem) i opozycja (na logikę - będący przeciwko tej tezie). Drużyna opozycji strzeliła sobie w kolano, ale tym strzałem sprawiła, że postanowiłam w końcu skończyć ten post, używając ich nietrafionych argumentów. Dlaczego nietrafionych?

Już śpieszę z wytłumaczeniem! Cztery panny z jednej ze szkół na Śląsku stwierdziły, że littlemooonster96 promuje Śląsk w swoich vlogach, postach na blogu, zdjęciach na instagramie i na snapchacie. Z całym szacunkiem - nope. Potrzebowałam wielu tygodni, by dowiedzieć się, że właściwie to jesteśmy z jednego miasta. To, że na swoim blogu publikuje zdjęcia z sesji zdjęciowych wykonywanych w Katowicach, najczęściej pod nowym gmachem Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, to nie dzieje się nic więcej. Nie wspomina o Śląsku, nie próbuje go pokazać w żadnym świetle. Zwyczajnie o nim nie wspomina, tak więc nie można powiedzieć, że promuje Śląsk. Ona, tak właściwie, nic z tym Śląskiem nie robi. Po prostu tutaj mieszka, nic poza tym. Niestety - był to bardzo, bardzo nietrafiony argument, a zarazem powód do żartu - kilka osób to rozbawiło, w tym mnie.

littlemooonster96 jest spoko!


Bo w sumie dlaczego miałoby być inaczej? Osobiście nie znam, vlogów raczej nie oglądam (ale obejrzałam, by wiedzieć o co chodzi, zanim zacznę pisać), na snapy czasem zerkam, oglądam ładne zdjęcia na instagramie, bo mi się podobają. Nie wydaje się być zła - może nie jest idealna, ale ideałów nie ma. Dziecinna? Ma osiemnaście lat, więc ma do tego prawo. Głupie filmiki? Cóż, nagraj coś lepszego - wtedy pogadamy. Ja nie nagrywam, bo wiem, że się do tego nie nadaję, a skoro Angelika ma subskrybentów i obserwatorów liczonych w tysiącach, to znaczy, że jednak się do tego nadaje. Przecież nie obserwujemy kogoś dlatego, że go nie lubimy, nie? No, przynajmniej ja tego nie robię. Omijam, jeśli coś mi się nie podoba i nie wyśmiewam, by ukryć zazdrość. Serio, dowcipy typu: jest mi zimno, nie mam swetra, moje czoło ma pół metra, są na poziomie podstawówki i mam nadzieję, że spływają po niej jak po kaczce. Dlaczego? Bo jak ktoś jest kozakiem w necie, to pewnie i dupą w świecie, a hejtuje po to, by się komuś przypodobać. W rzeczywistości jest pewnie w pierwszej dziesiątce fanów, którzy ustawiają się z Angeliką do zdjęcia.

Co też ta zazdrość robi z ludźmi. Ta zawiść i nienawiść, ta chęć bycia lepszym od innych...
Hejterze - weź się w garść, jeszcze możesz osiągnąć to, co ona.

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

04.04.2016

#54 ludzki inkubator.

Dawno temu obiecałam sobie, że w polityczne posty pakować się nie będę, jednak w chwili, w której dzieją się takie rzeczy... Cóż, jestem kobietą, muszę reagować na to, co dotyczy mnie i innych kobiet.

LUDZKI INKUBATOR

ródź dzieci, nawet jeśli nie chcesz


Cofnęliśmy się do Średniowiecza. Serio. Od piątku internet powoli zalewa fala uzasadnionego hejtu na kolejne postanowienia naszych kochanych ministrów i księży (sic!), którzy nawet nie powinni kiwnąć palcem w tym temacie, bo kompletnie nie powinno ich to interesować. Mężczyźni w czarnych kieckach, którzy nigdy nie będą w ciąży, więc powinni się przymknąć, gdy nie znają się na temacie, o którym mówią. Gdyby jednak sprawa dotyczyła jedynie Komunikatu Prezydium Konferencji Episkopatu Polski - czyli głupiego gadania księży, co to gówno wiedzą, ale zawsze muszą się wypowiedzieć - ludzie jakoś by to przełknęli i kompletnie olali. Jak zwykle zresztą. Kiedy jednak sprawy poszły o krok, albo i dwa, za daleko - w tym przypadku zmieniając ustawę o ochronie życia - polskie kobiety postanowiły działać i nie dać się stłamsić. 

Wyobraźcie sobie, że kobieta zachodzi w ciążę, ale dochodzi do różnych powikłań - dziecko może urodzić się naprawdę chore, może umrzeć zaraz po porodzie, może zagrażać życiu matki. Najlepszym wyjściem z sytuacji, niestety, jest aborcja. By ulżyć matce i jeszcze nienarodzonemu dziecku. Bo kiedy dziecko urodzi się martwe albo umrze w krótkim czasie po narodzinach - wtedy cierpi nie tylko matka, ale wszyscy dookoła - z dzieckiem włącznie. Bo chore rodzi się w bólach i zwykle ono cierpi najbardziej, a kobieta która je urodziła nie może mu pomóc w tym cierpieniu. Może jedynie patrzeć. Wiedząc, że jej dziecię i tak nie przeżyje, niejednokrotnie matki decydują się na ten ostateczny krok - na aborcję. Tego właśnie prawo polskie zabroniło. 

Już nie chodzi o aborcję z głupiego widzi-mi-się, bo zaszła w nieplanowaną ciążę, więc usunie, by nic jej życia nie zepsuło. Chodzi o skrajne przypadki - gwałt, komplikacje, zagrożenie życiu i zdrowiu. Kobieta już nie może decydować o sobie, swoim zdrowiu i życiu, bo państwo robi to za nią. Odbiera się nam, kobietom, prawo do własnego zdania. W oczach rządu i episkopatu stajemy się chodzącymi inkubatorami. Nie możemy podejmować decyzji o sobie, swoim życiu i swoim ciele. Ktoś inny robi to za nas.

Według nowej ustawy o ochronie życia czy też ustawy antyaborcyjnej, okazuje się, że dzieckiem jest płód, zarodek, ledwo połączone ze sobą komórki rozrodcze żeńskie i męskie. Coś, co dla jednych nie istnieje i czym nie można tego nazwać, w świetle prawa i najnowszej ustawy jest już dzieckiem:

Art. 2. W ustawie z dnia 6 czerwca 1997 r. Kodeks karny (Dz. U. Nr 88, poz. 553 ze zm.) wprowadza się następujące zmiany:
1) w art. 115 po § 23 dodaje się § 24 w brzmieniu:
"§ 24. Dzieckiem poczętym jest człowiek w prenatalnym okresie rozwoju, od chwili połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej.";
2) art. 152 otrzymuje brzmienie:
"Art. 152. § 1. Kto powoduje śmierć dziecka poczętego, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 działa nieumyślnie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. 
§ 3. Odpowiada w granicach zagrożenia przewidzianego za sprawstwo czynu określonego w § 1 także ten, kto udziela pomocy w jego popełnieniu lub do jego popełnienia nakłania.
§ 4. Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2, lekarz, jeżeli śmierć dziecka poczętego jest następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia matki dziecka poczętego. 
§ 5. Jeżeli sprawcą czynu określonego w § 1 jest matka dziecka poczętego, sąd może zastosować wobec niej nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia. 
§ 6. Nie podlega karze matka dziecka poczętego, która dopuszcza się czynu określonego w § 2.";

3) art. 153 otrzymuje brzmienie:
"Art. 153. Kto stosując przemoc wobec matki dziecka poczętego powoduje śmierć dziecka poczętego lub przemocą, groźbą bezprawną albo podstępem doprowadza matkę dziecka poczętego do pozbawienia życia tego dziecka, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.".

4) art. 154 otrzymuje brzmienie:
"Art. 154. § 1. Jeżeli następstwem czynu, o którym mowa w art. 152 § 1, jest śmierć matki dziecka poczętego, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.
§ 2. Jeżeli następstwem czynu określonego w art. 153 jest śmierć matki dziecka poczętego, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12.";

5) art. 157a otrzymuje brzmienie:
"Art. 157a. § 1. Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 2. Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 działa nieumyślnie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§ 3. Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2 lekarz, jeżeli uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia dziecka poczętego są następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu matki dziecka poczętego albo dziecka poczętego.
§ 4. Jeżeli sprawcą czynu określonego w § 1 jest matka dziecka poczętego, sąd może zastosować wobec niej nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia. 
§ 5. Nie podlega karze matka dziecka poczętego, która dopuszcza się czynu określonego w § 2.".
 
Ta ustawa to strzał w kolano. Z jednej strony rząd daje nam 500+ i namawia, by rodzić dzieci. Z drugiej strony odmawia kobietom aborcji, nawet w skrajnych przypadkach. Niejednokrotnie doprowadzi tym do faktu, że kobiety będą bały się zachodzenia w ciążę. Dlaczego? Bo co jeśli z ciążą coś będzie nie tak? I tak nic nie będzie można z nią zrobić. 
 
Czternastoletnia Ania, która ma urodzić dziecko z kazirodczego związku, nie może usunąć ciąży. W szkole i na ulicy będą ją wytykać palcami, bo ludzie widzą tylko brzuch, do którego dorabiają sobie historię, tak różną od tej prawdziwej. Będą mówić, że Ania jest kurwą i ma za swoje, bo się puściła. Rząd wydał na to zgodę, zabraniając Ani usunąć ciąży wynikającej z molestowania seksualnego i gwałtu w rodzinie. Ania sama jest dzieckiem, ale rząd się nie interesuje tymi sprawami - wydali wyrok na czternastoletnie dziecko i żaden lekarz nie podejmie ryzyka.

Dziewiętnastoletnia Julia zostanie samotną matką, nienawidzącą dziecka od samego poczęcia. Ciąża jest wynikiem gwałtu, do którego doszło, gdy Julia wracała do domu z uczelni. Nie znała oprawcy, ale pamięć po nim pozostanie z nią do końca - w formie dziecka, które obecnie rozwija się pod jej sercem, a już niedługo pojawi się na świecie. Julia nie czeka na jego przyjście i wie, że gdyby mogła, to na pewno pozbyłaby się problemu, ale rząd zabronił i żaden lekarz nie podejmie ryzyka. 

Dwudziestopięcioletnia Marta od paru miesięcy stała się z mężem o dziecko. Gdy na teście pojawiły się dwie kreski - była wniebowzięta. Cała radość jednak pękła, jak bańka mydlana, gdy lekarz wydał wyrok - ciąża pozamaciczna. Marta nic nie może z nią zrobić, bo rząd zabronił aborcji. Marta nie dożyje porodu, bo ta ciąża na pewno ją zabije, więc jedynym wyjściem jest aborcja - ale żaden lekarz nie podejmie ryzyka. 

Trzydziestoletnia Wiktoria długo nie mogła zajść w ciążę z powodów zdrowotnych. Radość, gdy lekarz w końcu potwierdził ciążę, była niesamowita. Ta sama radość trwała jednak zbyt krótko, bo szybko okazało się, że dziecko Wiktorii jest zdeformowane, urodzi się martwe, albo przeżyje zaledwie kilka godzin, może parę dni. Cierpienie Wiktorii było ogromne, gdy dowiedziała się o tej tragedii. Będzie jednak jeszcze większe, gdy będzie musiała urodzić to dziecko i od razu pochować - rząd zabronił aborcji, więc żaden lekarz nie podejmie ryzyka. 

W strachu przed konsekwencjami żaden lekarz nie podejmie ryzyka. Nie dokona aborcji, by nie stracić możliwości wykonywania zawodu. To już nie jest klauzula sumienia, to przekreślenie całego życia wielu kobietom, które na to nie zasłużyły. Kobiety powinny mieć prawo do decydowania o sobie i swoim ciele, o tym czy chcą urodzić dziecko czy wolą się go pozbyć. To powinno zależeć od sumienia każdej kobiety, a nie rządu i episkopatu. Bo episkopat swoje również ma za uszami, o czym jawnie wspomina w Komunikacie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski, który to trafił do wszystkich księży, by przeczytali to w trakcie ogłoszeń parafialnych w dniu 3 kwietnia 2016 roku - a więc na wczoraj. Treść Komunikatu Prezydium KEP w sprawie pełnej ochrony życia człowieka brzmi następująco:

Życie każdego człowieka jest chronione piątym przykazaniem Dekalogu: "Nie zabijaj!". Dlatego stanowisko katolików w tym względzie jest jasne i niezmienne: należy chronić od poczęcia do naturalnej śmierci życie każdego człowieka.

W kwestii ochrony życia nienarodzonych nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję. Stąd w roku Jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, do osób wierzących i niewierzących, aby podjęli działania mające na celu pełną prawną ochronę życia nienarodzonych. Prosimy parlamentarzystów i rządzących, aby podjęli inicjatywy ustawodawcze oraz uruchomili programy, które zapewniłyby konkretną pomoc dla rodziców dzieci chorych, niepełnosprawnych i poczętych w wyniku gwałtu. Wszystkich Polaków prosimy o modlitwę w intencji pełnej ochrony życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci zarówno w naszej Ojczyźnie, jak i poza jej granicami.

Abp Stanisław Gądecki
Metropolita Poznański
Przewodniczący KEP

Abp Marek Jędraszewski
Metropolita Łódzki
Zastępca Przewodniczącego KEP

Bp Artur G. Miziński
Sekretarz Generalny KEP

Warszawa, 30 marca 2016 r.

Tekst ten dostępny jest również TUTAJ, a w powyższej treści Komunikatu jest zachowana pisownia oryginalna.

Normalnie napisałabym, że Szanowny Panie/Szanowni Panowie, ale żeby tak napisać to trzeba by ten szacunek mieć, a do ludzi, którzy tak bardzo wtrącają się w nie swoje sprawy... No cóż, nie potrafię. Panie przewodniczący, panie zastępco, panie sekretarzu generalny... Panowie, zajmijcie się może bałaganem w Waszych szeregach, a dopiero później wpychajcie nos w sprawy ludzi. Naprawdę dziwicie się jeszcze, że ludzie uciekają z kościoła katolickiego niczym szczury z tonącego statku? Ja się nie dziwię, ja ich w pełni popieram. Jak można chodzić tam, gdzie szerzy się hipokryzja? Bądźmy mili i uczynni dla innych, ALE niech kobieta rodzi dziecko, które zostało poczęte w akcie gwałtu czy ma urodzić się zdeformowane, bez szans na przeżycie najbliższych kilku godzin. Niech cierpi w imię zasad kościoła, nie?

Nie chodzi o to, że każda ciąża wynikająca z gwałtu czy związku kazirodczego ma być z automatu usuwana. Nie. Chodzi o to, żeby każda z kobiet mogła decydować o sobie i swoim ciele. Zawsze byłam przeciwko aborcji, co niejednokrotnie doprowadziło do kłótni ze znajomymi, którzy za tą aborcją zawsze byli. Teraz jednak jestem przeciwko ustawie antyaborcyjnej i aż mną trzepie, gdy słyszę co wypowiadają księża i cały rząd. Jacyś faceci w czarnych kieckach i rząd, który na wszystko może sobie pozwolić, ma decydować o tym czy urodzę dziecko czy też nie. Dzieci z gwałtów, dzieci ze związków kazirodczych, ciąże pozamaciczne, ciąże zagrażające życiu matki albo z góry skazane na śmierć. Dzieci zdeformowane, bez szans na życie. Gdzie tu jest logika? My, kobiety, nie jesteśmy inkubatorami.

Wczoraj w całej Polsce odbyły się marsze protestacyjne kobiet. Po co? Żeby zwrócić uwagę rządu i szanownej pani Premier, która zgodziła się na to wszystko. Kobieta kobietom próbuje zgotować taki los. Porażające, prawda? Na Facebooku pojawiają się wydarzenia, w których zachęcają do wysyłania pani Premier wieszaków. Skąd te wieszaki? Cóż, to właśnie wieszakiem, drutem lub podobnym narzędziem kobiety pozbywają się niechcianych ciąż, zazwyczaj ze szkodą dla swojego życia i zdrowia. To co obecnie dzieje się w naszym kraju nie może zostać przemilczane czy zapomniane, bo lada moment nasze prawa zostaną ograniczone do minimum z minimum, a kobiety naprawdę zostaną potraktowane jak inkubatory, do czego rząd w tej chwili dąży. Problem polega na tym, że ta chęć zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej jest dla nas realnym zagrożeniem, a już niedługo może dojść do sytuacji, w której kobiety będą rodzić dzieci z gwałtu, z nieuleczalnymi wadami, zdeformowane, a także będą musiały rodzić wtedy, gdy ciąża grozi śmiercią matki.

Jest XXI wiek, jest rok 2016. Jesteśmy, rzekomo, ludźmi wykształconymi, otwartymi, tolerancyjnymi. Coraz częściej akceptujemy odmienności, otwieramy się na nowości. Wszystko wydaje się być na dobrej drodze do oświecenia społeczeństwa. I co? I nagle pojawia się jakaś głupia ustawa antyaborcyjna, mająca być jakąś ochroną życia poczętego, ale okazuje się, że zamiast oświecenia wpadamy do ciemnogrodu. Znowu. Dotarliśmy do momentu, w którym ja, jako kobieta, boję się zakładać rodzinę i rodzić dzieci. Co się stanie, jeśli zajdę w ciążę i coś będzie nie tak? Zawali mi się świat, bo rząd i episkopat postanowili działać w moim imieniu? Będę musiała urodzić dziecko zdeformowane, dziecko Chazana? A może zabije mnie ciąża pozamaciczna, albo ktoś zamknie w więzieniu, bo poroniłam nie ze swojej winy?

Proszę, nie majstrujcie przy ustawie. Obecna brzmi całkiem znośnie, niech taka zostanie. Są ważniejsze sprawy, którymi trzeba by się zająć. Po co zmieniać ustawę, która jest w porządku? W jej zmianach natomiast nie ma nic dobrego - ani jednego słowa, które miałoby sens i mogłoby być pozytywnie rozpatrzone przez społeczeństwo.

Zastanawia mnie tylko co dzieje się obecnie w domach tych polityków. Gdyby ktoś z mojej rodziny mówił takie głupoty... noga, ręka, mózg na ścianie. Pytanie tylko gdzie ten mózg?

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.