17.03.2016

#53 nigdy nie...

Są takie słowa, których używamy zdecydowanie za często. Są też rzeczy, które odkładamy na później, ale to później nigdy nie nadchodzi. 

NIGDY NIE...

lista rzeczy, których nie robimy, bo mamy jeszcze czas


Jakiś czas temu zauważyłam, że w naszym życiu za często pojawia się słowo nigdy - nigdy nie piłem, nie paliłem, nie uprawiałem seksu. Nigdy nie oglądałem Kevina i nie czytałem Harry'ego Pottera. Nigdy, nigdy, nigdy. To dało mi do myślenia i nasunęło pewien wniosek - marnujemy za dużo czasu na głupoty, nie zauważając, że życie przecieka nam między palcami. Jest wiele rzeczy, które są odkładane na potem, ale to "potem" nigdy nie przychodzi, ewentualnie jest już za późno...

Macie takie swoje nigdy? Takie jeszcze nie teraz? Osobiste jeszcze nie ten moment? Na pewno. W życiu mamy dużo takich rzeczy. Skąd one się biorą? Cóż, z tego, że wydaje nam się, że na wszystko jeszcze jest czas. Niestety, życie weryfikuje nam nasze wyobrażenie, że czas jest z gumy i prędzej czy później coś może być nie tak. Zaczynając od banalnego stwierdzenia, że to jeszcze nie ten moment, by ubrać tę nową sukienkę, a kończąc na brutalnej prozie życia, jak jeszcze mam czas, by powiedzieć, że kocham. Czasem otwieramy oczy, gdy jest już za późno. Chcielibyśmy wrócić do tego okresu sprzed tygodnia, miesiąca, sprzed trzech lat. Orientujemy się, że przegapiliśmy coś fajnego bądź niesamowicie ważnego. Bo uważaliśmy, że jeszcze mamy czas.


LISTA RZECZY BANALNYCH:


nigdy nie oglądałam...

Czegokolwiek. Harry'ego Pottera, Kevina, Titanica. Filmów niesamowicie popularnych, uważanych za obowiązkowe do obejrzenia. Mogą też być niszowe filmy, albo takie z danego gatunku. Filmów ulubionego reżysera albo z ulubionym aktorem. Banał, prawda? Ja jednak wychodzę z założenia, że zamiast powtarzać co jakiś czas: nie, nigdy nie oglądałam, jakoś się nie złożyło, wolę w końcu poświęcić te dwie czy trzy godziny na jeden film i obejrzeć. W nocy, kiedy nie umiem spać, albo w weekend, kiedy mam chwilę czasu, by odpocząć od zgiełku i codziennego życia. Co innego jeśli ktoś namawia mnie do filmu, który próbowałam obejrzeć już trzy razy, a mój rekord to pół godziny, bo ciągle mnie pokonywał i szłam spać. W takim przypadku nie ma co się zmuszać.

nigdy nie czytałam...

Jakiejkolwiek książki. Wspomnianego wyżej Harry'ego Pottera, trylogii Tolkiena, któregokolwiek z dzieł Szekspira. Fanów zwykle dziwi takie stwierdzenie, że ktoś mógł nie czytać danego utworu. Ja zwykle zadaję pytanie: to gdzie się uchowałeś/uchowałaś, że tego nie znasz?, co powiedziane jest dla żartów i większość znajomych potrafi to wyczuć. Cóż, kiedy ktoś mówi, że nie przeczytał Harry'ego, bo tak się nie złożyło, to śmieję się, że jak to jest możliwe - jedna z najsłynniejszych książek dla dzieci i młodzieży, bestseller, wszystko kręci się wokół świata magii, można uznać, że Potter to nowa marka, a ktoś tego nie przeczytał. No cóż, ja nigdy nie przeczytałam Tolkiena, bo Hobbit mnie znudził i nie miałam siły, by sięgnąć po trylogię. To z kolei dziwi fanów Władcy Pierścieni. Dlaczego? Bo dla fana to jest nie do pomyślenia, że coś tak cudownego może zostać pominięte. Nie warto jednak marnować czasu - nie czytałeś czegoś, bo nie było okazji? Znajdź ją! Gdy jedziesz na uczelnię bądź do pracy, gdy wyjeżdżasz na wakacje, gdy leżysz chory w domu. Sięgnij po książkę, ściągnij PDF, pójdź do biblioteki. Skorzystaj i przeczytaj, może będziesz kolejnym fanem?

nigdy nie jadłam...

Najczęstsza rzecz, którą powtarzam. Naprawdę. Jakoś tak wyszło, że nigdy nie miałam okazji zjeść owoców morza, a sushi jadłam tylko raz, w dodatku z byłym chłopakiem. Do niedawna nie znałam również smaku tofu czy kaszy jaglanej, a o roślinnym mleku, innym niż ryżowe czy sojowe, to dowiedziałam się dopiero kilka miesięcy temu (nie mylić mleka kokosowego z kartonu, z mlekiem kokosowym z puszki, którego często używam). I to nie jest tak, że nie jadłam, bo nie było chęci, ale tutaj wyjątkowo się nie złożyło. W domu nikt nie ma ochoty jeść owoców morza, więc nie ma sensu, bym kupowała, jak dla wszystkich, a potem sama zjadała obiad dla czterech osób. Kiedyś spróbuję, jak nauczę się, jak robić krewetki.

nigdy nie leciałam samolotem...

I nie wsiądę do samolotu, jeśli nie będę miała z kim lecieć. Była kiedyś osoba, która obiecała, że poleci ze mną samolotem. Gdzieś blisko, ale żebym przełamała swój lęk i spróbowała, bo samolot jest dużo lepszy od jazdy autokarem. Spoko. Niestety osoba się zmyła, no i lot samolotem... cóż, odleciał. Spora część moich znajomych dziwi się, że jeszcze nigdy nie leciałam samolotem, a wszędzie jeżdżę autokarem, samochodem bądź pociągiem. Myślę, że do tej niechęci, by lecieć samolotem, bardzo przyczynia się mój lęk wysokości (a może to bardziej lęk przestrzenny?).

nigdy nie jeździłam...

... na nartach, snowboardzie, na motorze. Zawsze, kiedy wspominałam, że chciałabym pojeździć na nartach czy właśnie snowboardzie, to tata patrzył na mnie tak, że od razu rezygnowałam. W sumie wcale mu się nie dziwię - skoro kiedyś wykręcałam sobie kostkę przynajmniej raz w miesiącu, porządniej raz w roku, to wszelakie sporty zimowe są beznadziejnym pomysłem. Na motorze zawsze chciałam jeździć, nawet chciałam robić prawo jazdy na motor. Kiedyś. Teraz chyba dojrzałam, motocykle dalej mi się podobają, ale nic poza tym. Już nie chcę samodzielnie jeździć, ale marzenie, by się przejechać... Kurcze, dalej chcę, by ktoś mnie zabrał na przejażdżkę...


LISTA RZECZY WAŻNYCH:


nigdy nie mówię kocham cię...

I nie chodzi tylko o miłość swojego życia, ale przede wszystkim o osoby dla nas najważniejsze. Dlaczego chłopakowi czy dziewczynie, narzeczonemu bądź narzeczonej, mężowi lub żonie, powtarzamy, że ich kochamy, a zapominamy o tym, gdy chodzi o rodzinę? Czy ktoś z Was przynajmniej raz w tygodniu powtarza swoim rodzicom, jak bardzo ich kocha? Swojej mamie, swojemu tacie? Zapominamy o słowach kocham cię, bo wydaje nam się, że to oczywiste. Bo skoro to rodzina to przecież jest równoznaczne z miłością do drugiej osoby. Ale czasem te dwa słowa są nam potrzebne, by poczuć się lepiej. Czasem tak bardzo potrzebujemy potwierdzenia rzeczy oczywistej, że to aż boli, a nie ma kto nam tego powiedzieć, bo już dawno zapomnieliśmy o tych dwóch słowach. Warto od czasu do czasu przypomnieć drugiej osobie, że się ją kocha - nie pokazywać tego, a po prostu powiedzieć. Nie zawsze wystarczy przytulić taką osobę do siebie czy zrobić dla niej coś miłego. Czasami naprawdę potrzebujemy usłyszeć od kogoś, że jesteśmy kochani.


... i tak naprawdę to pierwszy i najważniejszy punkt, przynajmniej jak dla mnie. Lista błahostek i lista rzeczy ważnych mogłaby się ciągnąć w nieskończoność. Dlaczego? Bo każdy coś innego wpisuje na tych dwóch listach, a poza tym - można wrzucić dużo więcej wyrazów, można być bardziej dokładnym w tworzeniu takiej listy. Ja wybrałam tylko kilka punktów, które wpadły mi do głowy jako pierwsze.

Nigdy nie... nigdy nie powtarzaj tego zwrotu. Zacznij działać, jeśli masz ku temu okazje. Nie widziałeś filmu? Poświęć dwie godziny, które wykorzystałbyś na siedzenie w sieci. Jeśli jest taka możliwość - zaciągnij do oglądania filmu całą rodzinę, by móc spędzić z nią trochę więcej czasu. Masz książkę, której nie czytałeś? Jak gdziekolwiek jedziesz komunikacją miejską, to zamiast siedzieć z nosem w telefonie - siedź z nosem w książce, którą znają wszyscy tylko ty mnie miałeś takiej okazji. Działaj. Nie powstrzymuj się i nie szukaj wymówek. I nie marnuj czasu, bo kiedyś może go braknąć.



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

14.03.2016

#52 człowiek gorszego sortu.

Nigdy nie sądziłam, że tak bardzo ucieszy mnie powrót na uczelnię, do zajęć, do zadań domowych, kolokwiów, nauki i mnóstwa tekstów do przeczytania. A jednak stało się to nie bez powodu...

CZŁOWIEK GORSZEGO SORTU



Zdarzył się wypadek. Mnie się zdarzył. W sumie nic nowego, nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Znów byłam jak skoczek, bez telemarku i ze złym wyjściem z progu. Dosłownie. Zdarza się każdemu, ale nie każdy trafia później na izbę powypadkową i na sześć tygodni zostaje uziemiony w domu, w pełni zależny od rodziny - bo o kulach niczego sobie nie przyniosę, bo w sumie zawadzam i marnie idzie mi poruszanie się po domu, bo odbijam się od ścian i tracę równowagę. Słowem: koszmar! I kiedy już poczułam się żałośnie, bo sobie nie radzę, bo sama nigdzie się nie ruszę i potrzebuję pomocy... pojawiły się one. Spojrzenia. 

Poszłam do przychodni. Ten kawałek drogi z domu do lekarza, który zwykle zajmuje mi pięć minut, tym razem zajął mi ponad dwadzieścia. Musiałam pokonać czterdzieści pięć schodów w moim bloku, zrobić drogę naokoło i podejść pod przychodnię, gdzie czekało mnie kolejne trzydzieści schodów. W ortezie i o kulach to naprawdę męczące - nie tylko dla nóg, ale przede wszystkim dla rąk. Stwierdziłam, że nie ma mowy i podeszłam do windy, którą parę lat temu zamontowali z boku przychodni, właśnie dla osób, które mają problem z poruszaniem się. Nie da się ukryć - do takich osób na chwilę obecną należę. Zadzwoniłam po pielęgniarkę, chwilę poczekałam, wjechałam do góry, a potem poszłam do mojej pani doktor. Spoko, wizyta jak każda inna. A przynajmniej tak było do momentu, kiedy nie wyszłam od lekarki i nie postanowiłam wyjść z przychodni. Poprosiłam pielęgniarkę, żeby ze mną zjechała na dół - samemu nie wolno. I kiedy tak na nią czekałam, stojąc przy windzie, to dwie starsze panie, z czego jedna była o lasce, spojrzały na mnie tak, że odechciało mi się wszystkiego. Naprawdę spojrzenie może wiele pokazać człowiekowi, słowa są nieważne.

Czułam się żałośnie, a ich spojrzenia tylko mnie w tej żałosności utwierdziły - poczułam, że nie wolno mi, młodej dziewczynie, mieć problemu z nogą, chodzić o kulach, jeździć windą, przeznaczoną dla niepełnosprawnych. Po prostu mi nie wolno i jakim prawem robię coś, czego nie mogę? A jednak, zamiast udawać, że wszystko jest w porządku i męczyć się na schodach, z ortezą i kulami, postanowiłam przeciwstawić się temu, że młody = zdrowy i poprosiłam o pomoc. Trochę schowałam dumę do kieszeni, bo zwykle dzielnie odpowiadam, że nic mi nie jest, wszystko w porządku, radzę sobie dobrze i nie, nie potrzebuję pomocy, a potem chce mi się przeklinać i płakać, tylko nie wiem czy w tej samej kolejności. Bo tak długo próbowałam być dzielna, że w końcu zawsze muszę sobie radzić sama. Bo sama do tego doprowadziłam.

Prosto z przychodni wstąpiłam do sklepu. Tam też spotkałam się z czymś, co mnie... no sama nie wiem, przeraziło?, może zasmuciło. Pomijając fakt, że nikt się nie przesunie czy nie ustąpi miejsca, zdarzyło się jeszcze, że jakaś starsza pani (sic! znowu ktoś starszy!) najpierw potraciła moją kulę torbą, a potem kolejna babka, która przechodziła obok, wjechała w jedną z moich kul, kiedy stałam przy półkach z książkami na promocji. No kurde! Naprawdę nie da się uważać na osobę niepełnosprawną? I nie, to nie był przypadek. Stałam z boku, zajmując jak najmniej miejsca przy przejściu, spokojnie można było przejść obok mnie i nie zahaczyć. Ale nie, bo po co. Zahaczyła wózkiem i jeszcze się odwróciła i spojrzała na mnie tak, że naprawdę wszystkiego mi się odechciało.

Jeden dzień. Wystarczył jeden dzień, by odechciało mi się wszystkiego, a zwłaszcza wychodzenia z domu w obecnym stanie. Przynajmniej w domu nikt nie patrzył na mnie wilkiem, bo jednak wszyscy rozumieli, że stało się, skręciłam kostkę, uszkodziłam więzadło i potrzeba mi gipsu. Całe szczęście gips szybko zamienił się w dużo wygodniejszą ortezę, no ale sześć tygodni pewnego unieruchomienia to jednak... jakieś pięć tygodni za dużo. Gdy kilka razy jechałam autobusem to były to bardzo pouczające podróże, nawet jeśli na maksymalnie pięć przystanków. Dlaczego? Ano dlatego, że ludzie zwykle nie ustępują miejsca osobie w jakimś stopniu niepełnosprawnej, a poza tym albo odwracają głowę i udają, że nic nie widzą, albo po prostu patrzą wilkiem.

Nie wiemy, jak to jest, dopóki sami tego nie doświadczymy. To tyczy się wielu spraw, nie tylko takiej niepełnosprawności, której zresztą nikomu nie życzę. Codziennie każdy z nas boryka się z jakimiś problemami, mniejszymi lub większymi, ale to zawsze będą problemy. Kiedy jedziemy autobusem po całym dniu w pracy czy na uczelni, chcemy odpocząć na miejscu siedzącym. Wiem o tym, bo ja też wchodzę do autobusu i szukam takiego miejsca dla siebie. Gdy siedzę na uczelni od ósmej do osiemnastej to, nawet jeśli siedzę w ławce przez te dziesięć godzin, to i tak jestem zmęczona. Nie fizycznie, a psychicznie. Chcę odpocząć. Ale wiem, że kiedy do autobusu wsiada osoba o lasce czy o kulach to moim obowiązkiem jest ustąpić mu miejsce. Z zasady i dobrego wychowania. A dlaczego? Bo kiedy autobus szarpnie, to takiej osobie, już i tak osłabionej, bo opierającej całą siłę ciężkości swojego ciała na jednej nodze, jest dużo trudniej się złapać czy utrzymać równowagę. Wiem, bo sama tego doświadczam. Nie mogę stać na nogach i o kulach, nie trzymając się, a kiedy kierowca szarpnie, to mogę nie dać rady utrzymać się tej jednej rurki. Właśnie przez takie szarpnięcie wylądowałam w gipsie, a nie z opatrunkiem - bo wracając z uczelni, ledwo stąpając na nogę, nie miałam miejsca siedzącego, a kiedy kierowca szarpnął - szarpnęło również tą nogą i tylko coś w niej strzeliło. Mój błąd, bo mogłam poprosić kogoś o ustąpienie miejsca. Ale czy na pewno? Kto ustąpi miejsce dwudziestolatce, w dodatku w zatłoczonym autobusie, w godzinach szczytu?

Chodziłam o kulach tylko, a może i aż, sześć tygodni. Nabrałam pokory i chociaż wcześniej zawsze ustępowałam miejsca osobom niepełnosprawnym, zawsze starałam się traktować ich z szacunkiem, ale teraz... Cóż, nabrałam jeszcze większego szacunku. Ja musiałam sobie radzić sześć tygodni, w dodatku wychodząc z domu tylko od czasu do czasu. Większość z nich musi radzić sobie na co dzień, w normalnym życiu - idąc do szkoły czy pracy, w autobusie, sklepie i innych miejscach publicznych. Teraz to nie tylko szacunek, ale również podziw - mimo przeciwności losu, radzić sobie z tym, z czym wiele pełnosprawnych osób ma problem.

Kochani, jeśli widzicie osobę niepełnosprawną w autobusie, tramwaju czy innym środku komunikacji miejskiej, a macie taką możliwość - ustąpcie miejsca. Często tacy ludzie nie podejdą i nie poproszą o miejsce, które im się należy. Rozejrzyjcie się i wstańcie, by taka osoba mogła usiąść. Ty masz dużo siły - ona może się nie utrzymać podczas gwałtowniejszych manewrów kierowcy czy maszynisty. A jeśli jesteście gdzieś i jest przed wami osoba niepełnosprawna - czy to o kulach, czy na wózku - nie klnijcie, że wam się śpieszy, a ona zajmuje pół drogi. Taka osoba chce funkcjonować normalnie, a nie zamknięta w czterech ścianach, bo coś jej się stało.

Czasem trzeba spojrzeć na sytuację z dwóch stron. A osoby niepełnosprawne to osoby normalne, często mające więcej siły i samozaparcia niż inni. I nie zapominajcie, że nie ma ludzi gorszego sortu. Wszyscy jesteśmy równi.


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

11.03.2016

#51 policyjna obława, czyli: plotka rodzi plotkę.

Plotki rozchodzą się z prędkością światła, prawda? A wiecie jak fajnie się ich słucha, gdy zna się jakąś część prawdy? 

POLICYJNA OBŁAWA

czyli PLOTKA RODZI PLOTKĘ



No i stało się. Znacie te wszystkie pościgi z amerykańskich filmów akcji? Policja goni samochód z zamaskowanymi bandytami, dochodzi do strzelaniny, giną (albo i nie) niewinni ludzie, policja dojeżdża do pewnego momentu, robi obławę i... oczywiście łapie bandytów! Znacie? Na pewno, w końcu tyle tych filmów już było. Też znam, lubię zresztą amerykańskie kino akcji. Nigdy jednak nie sądziłam, że ta Ameryka będzie się działa pod moim blokiem. Chociaż nie przesadzajmy - Ameryka by była, gdyby policja była nieco skuteczniejsza. 

Poniedziałek, 22 lutego, godzina czwarta rano. Każdy normalny, szanujący się człowiek na zwolnieniu lekarskim jeszcze śpi. Przynajmniej przez kolejne trzy do pięciu godzin. Każdy normalny człowiek jednak budzi się, gdy tuż pod jego blokiem dochodzi do osiemnastu strzałów z broni palnej. Prawda? Tak, to by potwierdzało teorię normalności i fakt, że do takiej osoby dużo mi brakuje, bo gdy w nocy z niedzieli na poniedziałek coś takiego miało miejsce z dziesięć to piętnastu metrów od mojego domu, ja sobie grzecznie spałam, jeszcze przez następne dwie godziny. Kto by się przejmował strzałami i policją na sygnale. W sumie dzień jak co dzień, nawet jeśli nie możesz wyjechać ze swojego osiedla, nie mówiąc już o tym, że nie możesz wjechać na swoje osiedle, bo spory odcinek drogi blokuje z dziesięć radiowozów, a przynajmniej pięć do siedmiu. I dwie kamery, tego jestem pewna. Na pewno bardziej pewna tego niż faktu, że już nic mnie nie zdziwi - okazało się, że z dnia na dzień coś może mnie zadziwić. To samo w sobie jest niesamowite. 

Zaskakująca jest również plotka. To zjawisko, które potrafi przerazić. Dlaczego? Bo rozprzestrzenia się z prędkością światła. Do godziny jedenastej znałam już kilka wersji:
pierwsza: było trzydzieści strzałów, jak z karabinu maszynowego;
druga: było osiemnaście strzałów, to była wymiana ognia;
trzecia: zostały zniszczone trzy samochody plus radiowóz;
czwarta: zostały zniszczone dwa samochody plus radiowóz;
piąta: to byli złodzieje samochodów, uciekali kradzionym volkswagenem golfem;
szósta: samochód wcale nie był kradziony;
siódma: samochody na parkingu zostały zniszczone przez kule z pistoletu złodziei;
ósma: to wszystko działo się w niedzielę!

Plus jeszcze kilka innych się pojawiło. Niestety, nie wszystkie mogę potwierdzić i nie znam wszystkiego - po pierwsze, spałam, a po drugie, z kulami ciężko było lecieć rano i oglądać. No i pół dnia spędziłam w przychodni, ale nie dowiedziałam się niczego nowego, bo orteza jak była tak jest. I jeszcze trochę, niestety, pozostanie. Się chciało - się ma. 

Najbardziej chyba rozbawiła mnie wypowiedź mężczyzny, który stwierdził, że wszystko to działo się wczoraj i była wielka strzelanina na całej ulicy. Równie zabawny był fragment artykułu na jednej ze stron internetowych, gdzie przyrównali ten cały pościg, obławę, strzelaninę czy jak to tam inaczej nazywają w internecie, do gangsterskich porachunków rodem z Ameryki. Tak, tylko tam na pewno pojawiłby się Tomy Lee Jones i złapałby bandytę raz dwa, nie pozwalając im uciec, a już na pewno nie tłumacząc się, że nie powinno się ścigać za wszelką cenę. A za jaką, przepraszam? Strzeliliśmy (i trafiliśmy w oponę przypadkowego, grzecznie stojącego na parkingu samochodu), ale nie trafiliśmy w tego, w którego powinniśmy, więc w sumie skończmy pościg, bo i tak nie damy rady złapać samochodu. Nie żeby coś, ale tak to trochę wygląda. A szkoda.

Chodzi mi jednak o zjawisko plotki. Ktoś coś usłyszał - strzały i policję - a potem zaczęło to krążyć, zmieniając swoją formę. To jak z zabawą w głuchy telefon - pierwsza osoba podaje informację na ucho drugiej, druga trzeciej, trzecia czwartej... I jak w końcu ta ostatnia na głos mówi to, co usłyszała - ale to już nie jest pierwotna informacja, bo powtórzona kilkanaście razy traci na wartości i przede wszystkim na sensie. Jestem prawie pewna, że każdy z Was przynajmniej raz spotkał się z czymś takim, albo chociaż raz grał w głuchy telefon.

Nawet radio, telewizja i internet zawiódł - każda strona podawała inną informację. Najzabawniejszy był jednak opis rodem z filmów akcji, z gangsterskim pościgiem. Wszystko fajnie, ale niestety - wciąż jesteśmy w Polsce i raczej się z niej nie ruszamy. Złodzieje (a może i nie) raczej też nie, nawet jeśli mieli zagraniczne blachy (co poddane jest sporej wątpliwości).

A co z plotką? Prawdę wiedzą tylko Ci, których to dotyczy - dokładniej to ludzi, którzy uciekali samochodem i policji, która ich goniła. Cała reszta - osoby, które ewentualnie to widziały, ci, którzy to słyszeli, a także ci, którym samochody zniszczyli - nie jest w stanie poznać całej prawdy. Bo z plotką już tak bywa, zawsze i wszędzie. Tylko ci, których plotka dotyczy, wiedzą jaka jest prawda. Cała reszta działa tylko na domysłach, na ewentualnych wspomnieniach, na słowach wyrwanych z kontekstu. Czasem mam wrażenie, że ludzi nie interesuje prawda. To trochę na zasadzie nie ważne co, ważne, że gadają - taki naród, co poradzić.

Plotkują wszyscy - ja, Ty, ta pani, która pracuje w kiosku. Plotkują babcie na targu i ekspedientki w sklepie. Plotkują pielęgniarki w przychodni i lekarze w szpitalu. Plotkuje cały świat, nawet Ci, którzy uważają, że się tym brzydzą. Każdemu z nas przynajmniej raz w życiu zdarzyło się podać dalej jakąś niesprawdzoną informację, czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Dlaczego? Bo taka jest nasza natura, ludzie lubią opowiadać dalej, nawet jeśli to, co mówią, nie jest prawdziwe. Tacy już jesteśmy, możemy tylko z tym walczyć, ale nigdy się tego nie wypleni ze społeczeństwa. Nie ma takiej możliwości.

Plotka bywa kapryśną przyjaciółką i trzeba się z nią pogodzić. Ja, niestety, nie bardzo umiem. A ty?


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

07.03.2016

#50 Siewca wiatru.

I kolejna recenzja za mną. Tym razem nieco polskiej fantastyki. Czy pisałam już, że ja i recenzje to nie ta bajka?

RECENZJA KSIĄŻKI: SIEWCA WIATRU



Nie jestem mistrzem w recenzowaniu i nie jestem wielkim fanem fantastyki, jakiejkolwiek. Mam jednak kilka swoich perełek, które czytać lubię i w wolnym czasie wyszukuję nowych, w podobnym stylu. Siewca Wiatru to książka, na którą trafiłam kiedyś, dawno temu. Pokochałam ją od razu, więc ta recenzja może nie być zbyt obiektywna. Mimo wszystko ją łapcie, może nie jest tak źle, jak uważam. Może ktoś, tak jak ja, polubi tę książkę. 

Siewca Wiatru, Maja Lidia Kossakowska.


TYTUŁ: Siewca Wiatru
AUTOR: Maja Lidia Kossakowska
LICZBA STRON: 560
WYDAWNICTWO: Fabryka Słów
KATEGORIA: fantastyka
ROK WYDANIA: 2004
JĘZYK ORYGINAŁU: polski
MOJA OCENA: 10/10


 "Cień jest w każdym z nas. I wszędzie, na każdym kroku, zawsze, gdy stajemy przed jakimś wyborem, musimy go zabić."


Już na okładce zaistniał opis, który mnie naprawdę zaintrygował. To właśnie on sprawił, że postanowiłam sięgnąć po powieść pani Kossakowskiej, mimo iż mało która fantastyka do mnie trafia. Tutaj jednak, za sprawą opisu na okładce i słów przyjaciółki, sięgnęłam po książkę i już od pierwszych słów najzwyczajniej w świecie się zakochałam. Siewca Wiatru to nie jest kolejna słodka opowieść o miłych, dobrych i uczynnych aniołach, które chętnie niosą ludziom pomoc. Nie. To powieść, w której pojawiają się zdegenerowane, przeklinające anioły, są nałogowcami i oszustami. Tutaj anioły są nad wyraz ludzkie - piją, palą, klną na potęgę. Na okładce widnieje opis:


"Bóg umarł - stwierdził filozof.
A może odszedł? - zapytała Kossakowska.
I postawiła BezPańskie anielskie zastępy w obliczu Armagedonu"


Maja Lidia Kossakowska nie szczędzi słów w swojej powieści. Nie próbuje zatuszować przekleństw, nie robi z Siewcy Wiatru książki, którą przeczytać mogą również dzieci. Tutaj jest pełna szczerość, przekleństwa i wyzwiska. Nie mamy do czynienia z lekką lekturą, która nikogo nie odrzuca. To utwór, który na pewno nie każdemu przypadnie do gustu ze względu na swoją szczerość i brutalność. Kossakowska nie stwarza żadnych pozorów, tworzy natomiast realistyczne sceny batalistyczne pełne brutalności i krwi, z masą dosadnych opisów poległych. Anioły i demony autorki zdecydowanie odbiegają od jakiegokolwiek kanonu biblijnego, gdzie chóry i zastępy anielskie są słodkie, białe i grzeczne, śpiewające mdłe pieśni. Ludzkość przez wieki je wyidealizowała, popychając w skrajne granice dobra i zła, natomiast sama pisarka zmieszała je z błotem wszystkiego co ludzkie i najgorsze. Nie ma w tej książce również dobrej wizji Królestwa Niebieskiego czy Wszechświata, bo, jak się okazuje, wszystko to jest po prostu jedną wielką machiną, nadzorowaną przez anioły, a my, ludzie, po prostu nie potrafimy zrozumieć jej działania. Niebo, wbrew temu co nam się wydawało, nie jest zwyczajne i proste, nie jest prawą i szczęśliwą krainą. W niebie jest aż siedem poziomów, które zasadniczo dzielą niebiańską społeczność na klasy społeczne i pokazują, że nawet w Królestwie Niebieskim nie ma czegoś takiego jak równość.

Anioły, te które powinny być bliżej Boga, okazują się być zwyczajnie ludzkie, z rozterkami moralnymi, z knuciem spisków, morderstwami i miłością. Mają wady, jak każdy człowiek i słabostki, a jednak to ludzkie problemy doskwierają im najbardziej. Z aparycji, z wyjątkiem tych wielkich skrzydeł, wydają się być identyczne jak ludzie. Poza skrzydłami nie wyróżniają się niczym szczególnym - wzrostem, mięśniami, nadzwyczajną urodą. Wszystko jest takie... zwyczajne. W chwilach ostatecznych, podczas poszukiwania Boga, posługują się sposobem najbardziej ludzkim - wiarą.

Powieść opowiada o zastępach niebieskich, które pewnego dnia zdają sobie sprawę, że Pan ich opuścił. Pozostawione na pastwę losu, zmuszone są radzić sobie same. Królestwo Niebieskie, którego głównymi zarządcami są archaniołowie, skupiało się do tej pory wokół Jasności. To właśnie ona była motorem ich poczynań i to jej zawdzięczali wszystko. Zajęci sobą i swoimi problemami, nie dostrzegli, że pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, zostali ogołoceni z najdroższego skarbu. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że nikt nie ma nawet najmniejszego pojęcia o tym, co jest przyczyną takiego obrotu spraw. To sytuacja trudna dla wszystkich aniołów, zwłaszcza, że wszystko powoli idzie w kierunku buntu. Czy osieroceni aniołowie i archaniołowie będą na tyle silni, by mimo wszystko stawić czoła ciemności? Złu, które gotowe jest zaatakować w każdej chwili i zniszczyć to, co najpiękniejsze?

 
"- Honor -powiedział. - Lojalność. Obowiązek. Wy, skrzydlaci, lubujecie się w dylematach moralnych, ale nie wiecie, jak się posługiwać prostymi terminami. Widzisz, Lampka jest moim przyjacielem. Jedynym. Nie dbam, czy mi wierzysz, czy nie, bo prawda i tak pozostaje prawdą. Nie obchodzi mnie Głębia. Obchodzą mnie jednostki, a Lampka jest jednostką, na której mi zależy. Zrozumiałeś?"


Głównymi bohaterami są archaniołowie, w składzie: Gabriel (Regent Królestwa), Razjel, Rafael i Michał. Poza nimi są również panowie z Głębin, bądź, jak kto woli, z Piekła - Lucyfer i Asmodeusz. Jest również wiele innych postaci, pojawiających się w różnych wątkach i momentach powieści, no i, oczywiście, jest także słynny Daimon Frey, postać z okładki, zwany Abbaddonem, Burzycielem Starego Porządku, Tańczącym na Zgliszczach czy Aniołem z Kluczem do Czeluści. Każdy bohater posiada indywidualny charakter, zależny nie tylko od osobowości, ale także od piastowanego stanowiska. Zamiast podniebnych świętych aniołów, gotowych śpiewać jedynie mdłe pieśni uwielbienia, mamy niesamowicie ludzkich bohaterów. Mimo iż są światłością Pana, nie mają zahamowań by grzeszyć, kłócić się, wszczynać burdy i kląć. Nie stronią od zwykłych, ludzkich używek, nie boją zakochiwać się z ludzki sposób, nie przejmują się tym, jak mogą zostać postrzegane. Korzystają z burdelów, są charakterne, nie sposób o nich zapomnieć.

Cała powieść napisana jest lekkim, ale jednocześnie bardzo obrazowym językiem. Autorka nie oszczędzała licznych opisów do wykreowanego przez nią świata. Momentami możemy poczuć się tak, jakbyśmy sami byli jednym z jego mieszkańców. Sporą uwagę przykłada do wyglądu bohaterów - od opisów strojów, przez twarze, aż do koloru tęczówek, które zresztą należą do najbardziej charakterystycznych cech zewnętrznych każdego z bohaterów. Powieść jest wielowątkowa, gdzie głównym motywem fabuły jest walka dobra ze złem. Jako poboczne wątki autorka przygotowała wiele przygód, dzięki czemu zawsze coś się dzieje, zawsze coś wciąga czytelnika.

Książka nie jest przykładem powieści dla ludzi o słabych nerwach. Nie jest również odpowiednia dla dzieci. Niejednokrotnie czytamy o scenach batalistycznych, pełnych krwi i brutalności, zwłaszcza wśród aniołów. Czytamy mnóstwo przekleństw, widzimy wiele krwi. Nie każdy ma na to nerwy, ale jednak jako powieść fantastyczną zdecydowanie mogę polecić Siewcę Wiatru. Sama sięgnęłam po nią głównie dlatego, że poleciła mi ją przyjaciółka, a chęć przeczytania jej podsycała, podrzucając co ciekawsze fragmenty. W końcu sięgnęłam po książkę i... zakochałam się w Daimonie Freyu. 

Polecam sięgnąć po nią wszystkim, których interesuje lekko brutalna fantastyka.


"Pani, jesteś naczyniem mądrości. Trudno mi uwierzyć, że cała zawartość gdzieś się wylała."


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

04.03.2016

#49 muffinki marchewkowe

Dawno nie było żadnego przepisu, więc najwyższa pora nieco to nadrobić. Dzisiaj deser - słodkie muffinki. 

MARCHEWKOWE MUFFINKI



Przepis na te muffinki dostałam trzy lata temu od mojej najlepszej przyjaciółki, Angeliki. Wtedy też po raz pierwszy opublikowałam go na tym blogu, później zaginął, teraz znowu wrócił. Osobiście zakochałam się w tych muffinkach - są słodkie, ale przy okazji bardzo pożywne. Wystarczy jedna muffinka, by poczuć się sytym. Nie są za słodkie - dodatek kwaśnej cytryny nieco przełamuje słodkość. Sam przepis wypróbowałam prawie od razu, jak do mnie trafił. Jak dla mnie - jest fantastyczny, przez dłuższy czas był moim ulubionym przepisem. 

Łapcie go, a jak wypróbujecie - dajcie znać w komentarzach jak smakowało!

Marchewkowe muffinki, przepis na 12 sztuk.


Składniki:

220 g mąki pszennej
120 g cukru
170 ml oleju słonecznikowego (ja użyłam zwykłego rzepakowego)
2 duże jajka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka mielonego kardamonu
2 średnie marchewki
starta skórka z cytryny
szczypta soli
garść rodzynek (niekoniecznie)
sok z cytryny

Polewa:

300 g serka naturalnego
150 g cukru pudru
1 łyżeczka soku z cytryny

Przygotowanie:

Zaczynamy od końca - najpierw robimy polewę, dopiero później babeczki. Dlaczego? Ponieważ polewa musi zastygnąć w lodówce. Do jej zrobienia potrzebna będzie nam miska, w której zmieszamy serek naturalny, cukier puder i sok z cytryny. Robi się ją szybko i nie potrzeba miksera - wystarczy łyżka i ręka. Po dokładnym wymieszaniu wkładamy ją do lodówki na jakieś pół godziny, do godziny czasu. Później zabieramy się za ciasto. 

Do miski dodajemy dwa jajka i cukier, mieszamy to razem mikserem. Następnie dodajemy mąkę, proszek do pieczenia, kardamon i cynamon, a także olej. Na końcu dodajemy startą skórkę z cytryny i dwie marchewki. Jeśli lubimy, możemy dodać również garść rodzynek. Całość mieszamy już tylko łyżką, nie mikserem, a formę do babeczek wykładamy papierowymi foremkami, po czym rozdzielamy ciasto na dwanaście, w miarę równych części. Formę wkładamy na 20 minut do piekarnika, nagrzanego do 200 stopni.

Upieczone muffinki wyciągamy z piekarnika i zostawiamy, by całkowicie ostygły. Następnie polewamy je już lekko zastygniętą polewą. Muffiny w polewie możemy jeszcze dodatkowo ozdobić słodką posypką bądź kawałkami czekolady. Idealne na lekką przekąskę bądź szybki deser do kawy. Ozdabiać można według własnej inwencji twórczej.

Smakowały? Dajcie znać!


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.