12.02.2016

#44 walentynki-srynki, ale co z moim latte?

Post w pełni subiektywny. Bardzo proszę o traktowanie go tak, jak został napisany - z przymrużeniem oka. Jeśli komuś brakuje dystansu - proszę się nie wysilać, nie zmuszam do czytania.


WALENTYNKI-SRYNKI,

ale co z moim latte?



O tym, że nie przepadam za Walentynkami to raczej wiedzą już wszyscy moi znajomi. Nie przepadam za nimi, a wręcz ich nie lubię. Nie dlatego, że jestem sama, a dlatego, że jest to dla mnie tak komercyjne święto, że czerwone i różowe serduszka wychodzą mi uszami. Rzygam miłością i te sprawy, ponoć zrozumiałe tylko dla zgorzkniałych singli, których nikt nie chce. Cóż, nie wszyscy zdają sobie sprawę, że może istnieć coś takiego, jak singiel z wyboru - większość uważa, że tylko miłość ma prawo bytu. No cóż. Mam dość problemów ze sobą (w końcu kto normalny ląduje w gipsie, bo nie potrafi wyjść z budynku?), by jeszcze przejmować się tym czy to, co robię jest na tyle poprawne, by nie urazić mojej drugiej połówki. Zawsze zamiast tej drugiej połówki mogę mieć 0,7 w lodówce - jak jej zabraknie to dokupię nową.

To nie jest tak, że nienawidzę Walentynek i ich idei - wielkie święto dla zakochanych par. Każdy ma prawo do swojego święta. Mnie jedynie drażni atmosfera, która wytworzyła się wokół tego święta i jest tak samo sztuczna, jak biust Pameli Anderson. Nie mam nic do okazywania sobie miłości, ale przecież można to robić codziennie, nie tylko od święta. Niestety, większość ludzi w pogoni za pieniędzmi zapomniała o tym, by czasem przystanąć i spędzić dzień z najbliższymi. Zamiast siedzieć z nosem w telefonie czy laptopie, może czas spędzić go u boku tych, których kochamy? Raz w tygodniu możemy znaleźć czas, by wyjść na spacer, by wspólnie obejrzeć film, zjeść posiłek, albo po prostu posiedzieć. Nie powinniśmy potrzebować do tego specjalnej okazji, jaką podobno jest Dzień Zakochanych.

Walentynki już tuż-tuż, a nas zaczyna atakować wszystko, co z nimi związane. Z każdej strony, drzwiami i oknami, walą do nas reklamy pełne miłości, radości i serc. Pluszowe misie, koce w serduszka, plakaty czy nawet słodycze w specjalnej odsłonie. Zatraciliśmy prawdziwe znaczenie tego dnia, na rzecz komercyjnych pierdół, które można kupić w każdym kiosku czy sklepie. Gdzie się nie obejrzymy - możemy kupić coś dla tej ukochanej osoby. Super. Ale dlaczego mam kupować mojej drugiej połówce pluszowego misia z sercem czy biżuterię dla dwojga (zawieszki, łańcuszki, bransoletki bądź breloczki do kluczy) akurat w ten jeden dzień? O ile jeszcze breloczki do kluczy mogą się przydać, o tyle jestem niemal pewna, że żaden facet nie ucieszyłby się z pluszowego misia. jakiegokolwiek i z czymkolwiek.

Nie lubię Walentynek, chociażby dlatego, że są świętem tak bardzo komercyjnym, jak Boże Narodzenie. I tutaj i tutaj zapominamy o głównej idei, podążając za prezentami, ślepo wierząc we wszystkie reklamy. Nie powiem, sama lubię korzystać z promocji w tym okresie, jestem też głupio zapatrzona w niektóre walentynkowe drobiazgi, których kompletnie nie potrzebuję, a i tak zdarza mi się je kupić, pod warunkiem, że nie ogranicza mnie w tym czasie budżet. Lubię skorzystać z 25% zniżki na zakupy w sklepie internetowym H&M czy na promocje w internetowych sklepach z obuwiem. Najprawdopodobniej ciągnie mnie do tego dlatego, że odzywa się we mnie typowa kobieta, której mózg przestawia się na cztery rzeczy, które całkowicie się ze sobą łączą - zakupy, ubrania, buty i kosmetyki. W chwilach słabości włącza się piąta, najpopularniejsza opcja, która brzmi: słodycze i jest najgorszą z możliwych. Na całe szczęście w ostatnim czasie jest bardzo mocno uśpiona, mam nadzieję, że jeszcze trochę to potrwa. Kochana słabości, śpij jak najdłużej.

To, co denerwuje mnie w równie dużym stopniu, co rzeczy wspomniane wyżej, to fakt, że w ten dzień nigdzie nie mogę wyjść - na ulicach sami zakochani, a w moich ulubionych kawiarniach ruch wzmożony niczym na dworcu centralnym w godzinach szczytu. Co za tym wszystkim idzie - o wolnym miejscu mogę sobie jedynie pomarzyć, nie mówiąc o tym, że większość znajomych ma sceptyczny stosunek do spotkań w ten dzień - a to nie wypada, bo to w końcu Dzień Zakochanych, więc co inni powiedzą, gdyby ewentualnie nas spotkali, a to nie możemy się spotkać, bo przecież w ten dzień trzeba się spotkać z ukochanym, bo co to będzie, jeśli go oleję w Walentynki... No cóż, może mój mózg któregoś dnia też się poprzestawia i na informację, że czternasty lutego jest za chwilę, ja również oszaleję jak ci, na których sama kręcę teraz głową. Nie mniej jednego jestem pewna - nigdy nie będę jedną z tych, które kłócą się ze swoim facetem przez jakieś 360 dni w ciągu roku, wyzywają się nawzajem, wszyscy widzą ich wzajemną niechęć do siebie, a kiedy w końcu nadchodzi TEN dzień, to oni najbardziej srają sercami. Naprawdę? To zakrawa o taką hipokryzję, że aż boli - na co dzień bije od nich niechęć i nienawiść do siebie, a tego jednego jedynego dnia mogliby się od siebie nie odrywać. Koszmar.

I tak sobie tylko myślę, że za dwa dni będzie już po Walentynkach, z witryn stracą się wszystkie serduszka, różowe i czerwone dekoracje, małe kupidyny i pluszowe misie, a ludzie znowu będą zachowywać się tak, jak wcześniej. W wazonach znowu zabraknie kwiatów, czułe słówka będą musiały czekać znowu cały rok, aż ktoś postanowi je znowu wypowiedzieć. I na co to wszystko? Na co pogoń za tym, by ten jeden dzień był idealny, jeśli pozostałe 364/365 dni nie będzie się niczym wyróżniać?

Na co komu miłość, kiedy można dostać latte.



Patrycja Kolibaj
Patrycja Kolibaj

Studentka filologii polskiej i sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Stuprocentowa humanistka, autorka bloga humanistka na obcasach, dziewczyna z mnóstwem pomysłów na sekundę. Początkująca pisarka i felietonistka, amatorka fotografii, pasjonatka kulinarii. ARTYSTYKA.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.