29.02.2016

#48 wyzwanie książkowe 2016.

Fakt, że zaraz zaczyna się marzec w niczym mi nie przeszkadza - publikuję wyzwanie książkowe, które stworzyłam jakiś czas temu, ale nie złożyło się, bym mogła je opublikować. Nadrabiam to teraz!

WYZWANIE KSIĄŻKOWE 2016

50 książek w 52 tygodnie


W internecie krążą setki różnych wyzwań książkowych. W zeszłym roku próbowałam brać w nich udział, w tym roku postanowiłam stworzyć swoje własne, jedno, ale za to bardzo duże. Jeśli chcecie - weźcie udział, będzie mi bardzo miło. Możecie też podesłać wyzwanie dalej - będzie mi jeszcze milej. Jeśli nie - dajcie po prostu znać co o nim myślicie.


Wyzwanie książkowe:


1. Książka mająca przynajmniej 800 stron. 
2. Książka wydana w 2016 roku.
3. Pierwsza książka autorstwa Twojego ulubionego pisarza. 
4. Książka mająca przynajmniej 100 lat.
5. Książka z zieloną okładką. 
6. Książka mająca kolor w tytule.
7. Książka autorstwa osoby, która ma takie same inicjały jak Ty.
8. Książka, którą dostałeś w prezencie. 
9. Kryminał.
10. Biografia.
11. Książka, której akcja rozgrywa się podczas wojny.
12. Książka, której akcja rozgrywa się w miejscu, które chcesz odwiedzić.
13. Książka znajdująca się na liście 100 książek BBC.
14. Książka z liczbą w tytule.
15. Książka polecona Ci przez kogoś. 
16. Książka napisana na podstawie filmu. 
17. Książka, na której podstawie nakręcono ekranizację bądź adaptację filmową. 
18. Książka wydana w roku Twoich narodzin.
19. Książka z wątkiem uzależnienia.
20. Ulubiona książka z dzieciństwa. 
21. Główny bohater książki ma tak samo na imię, jak ty, lub jego imię jest możliwie jak najbardziej zbliżone do Twojego.
22. Romans z różnicą wieku.
23. Książka, napisana przez autora, który nie ukończył dwudziestu lat w momencie jej wydania. 
24. Książka, której akcja rozgrywa się w święta.
25. Książka, której nie skończyłeś czytać.  
26. Najpopularniejsza seria książek.
27. Książka, która miała więcej negatywnych opinii od pozytywnych na jakimkolwiek portalu. 
28. Książka z filmową okładką. 
29. Książka znajdująca się w TOP 10 2015 najlepiej sprzedawanych książek empik.com.
30. Książka o jednowyrazowym tytule.
31. Książka napisana w formie pamiętnika.
32. Powieść epistolarna.
33. Książka, która oryginalnie została napisana w języku francuskim.
34. Książka napisana z perspektywy dziecka.
35. Książka zawierająca wątek homoseksualny. 
36. Książka, której główny bohater jest nauczycielem.
37. Książka, której akcja dzieje się w liceum.
38. Książka napisana przez więcej niż jednego autora.
39. Książka będąca zbiorem opowiadań lub esejów.
40. Reportaż.
41. Bajka lub zbiór bajek.
42. Książka rozgrywająca się w mieście, w którym mieszkasz, lub w jego okolicy.
43. Książka, której bohater cierpi na zaburzenia psychiczne. 
44. Książka psychologiczna. 
45. Książka oparta na prawdziwej historii.
46. Książka fantasy.
47. Dramat.
48. Książka, której tytuł jako pierwszy rzuci Ci się w oczy na dowolnym blogu lub portalu recenzenckim. 
49. Książka, której autor ma na imię tak, jak Twoja pierwsza miłość. 
50. Książka, której tytuł zobaczysz u kogoś nieznajomego (w autobusie, pociągu, poczekalni u lekarza).


Kilka punktów wyzwania sprawiło mi pewien kłopot, ale myślę, że jak na pierwszy raz to wyszło całkiem okej. Przy odrobinie szczęścia można jeszcze zdążyć z wypełnieniem wyzwania do końca tego roku. Dlaczego? Bo zostało dziesięć miesięcy, co daje nam jakieś czterdzieści siedem bądź czterdzieści osiem tygodni. To całkiem sporo. Ktoś z Was planuje podjąć się tego wyzwania? Ja spróbuję, zaczynając od dzisiaj, kiedy to postanowiłam w końcu przeczytać Wszechświaty Leonarda Patrignaniego, co pasuje do punktu ósmego - książkę tę dostałam w prezencie od Pawła i zaczęłam się zastanawiać dlaczego moi znajomi tak bardzo lubią tego autora. Ja nie wiem, jego książka do mnie nie przemawia. 

Czy wiecie, że można dobrze się bawić, tworząc takie wyzwanie, a później próbować je wypełnić? Pomijając punkt pierwszy to zawsze wszystkie kolejne mogą być krótką formą opowieści. W końcu nawet seria książek Pierwsza miłość Marty Fox jest zbiorem krótkich, zaledwie sześćdziesięciostronicowych opowieści. A jednak każda z nich jest osobną książką i można je podpiąć do sześciu różnych punktów. To też zabawa - tylko w nieco zmienionej formie. 

Podejmijcie się ze mną wyzwania i wpadajcie na grupę: Książkowe wyzwania. Będzie fajnie, słowo!


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

23.02.2016

#47 magia powraca?

No i stało się. Harry Potter powraca, "ósma" część ogłoszona, fani... no właśnie, co na to fani? 

HARRY POTTER I PRZEKLĘTE DZIECKO

dlaczego magia powraca po dziewięciu latach?



Gdy w 2007 roku do księgarni weszła ostatnia, angielska wersja Harry'ego Pottera, fani poczuli zawód, że to już koniec. Jeszcze w zeszłym roku niejednokrotnie spotykałam się z informacjami, że fani bardzo chcieliby kolejną część. Ja o tej części przestałam marzyć gdzieś w 2009, może 2010 roku i nie chodziło o to, że przeszła mi fascynacja Potterem, a po prostu pojawiło się logiczne myślenie, w którym co roku Rowling utwierdzała mnie jeszcze bardziej, publikując dodatkowe informacje gdzie się da. 

To nie tak, że z biegiem czasu przestałam lubić Pottera. Nie. Historia o młodym czarodzieju to historia z mojego dzieciństwa. Wychowałam się na tych książkach, filmach i grach. Dorastałam, gdy dorastali bohaterowie. Przez lata uważałam, że lepszej książki czy serii nie będzie, no bo nie i koniec kropka. Ale w końcu historia się zakończyła, Rowling twardo i stanowczo powiedziała, że już nie powróci do przygód młodego czarodzieja, a ja dorosłam, tak jak jego bohaterowie. Dorosłam i dojrzałam, a co za tym idzie - przestałam uważać tę serię za ósmy cud świata, zaczęłam zauważać błędy logiczne i pomyłki Rowling. W pełni pogodziłam się, że seria się zakończyła, po czym nagle mum Jo zaczęła obdarowywać fanów nowymi informacjami i historiami, które w pełni popsuły świat fanfiction. No bo wyobraźcie sobie, że piszecie opowiadanie oparte na danej historii, wszystkie wiadomości gdzieś tam sobie dopisujecie, wymyślacie, wszystko jest pięknie i ładnie utworzone, po czym... nagle okazuje się, że to, co sobie zapisaliście jest nic nie warte, bo autorowi coś odwaliło i jednak po kilku latach postanowił napisać coś więcej. Wkurzające, nie?

Dlatego też kiedy media zaczęły huczeć, że nadchodzi ósma część Pottera, większość fanów się zbuntowała. No bo jak to tak? Po tylu latach, ciągłych powtórzeniach, że nigdy w życiu nie będzie kolejnej części ona nagle się pojawia? Internet i telewizję zalała fala wiadomości, że Harry Potter powraca, a do księgarni wejdzie najprawdopodobniej 31 lipca 2016 roku - w trzydzieste szóste urodziny głównego bohatera (a także w urodziny Rowling). Dlaczego więc Harry Potter i Przeklęte Dziecko sprawiło, że fani się zbuntowali?

To proste - bo tego tekstu nie napisała Rowling. Jest to scenariusz sztuki teatralnej, którą można oglądać w Londynie. Tak, to ta sama sztuka, przy której pojawił się bunt, jeśli chodzi o wybór aktorki, która zagra główną rolę żeńską - Hermionę Weasley, kiedyś Granger. Dlaczego? Bo nagle okazało się, że Hermiona jest ciemnoskóra, chociaż przez wszystkie osiem części filmów grała ją Emma Watson, a ta - jak wszyscy wiemy - karnację ma bardzo jasną. Tak, Rowling stwierdziła, że nigdzie w książce nie zostało napisane jaki kolor skóry ma panna Granger. Może i nie zostało, ale gdyby miała być ciemnoskóra - wtedy przecież Rowling nie powinna się zgodzić na taką aktorkę, a od razu poszukać kogoś o innej karnacji. Fani nie buntują się dlatego, że Hermiona mogła okazać się czarnoskóra - buntują się, bo to pojawiło się nagle, po tylu latach od zakończenia książek i ostatniej części filmu. To tak, jakby nagle ktoś powiedział, że Harry Potter tak naprawdę był blondynem, a jego oczy nie były zielone tylko brązowe. I w dzieciństwie wcale nie miał zderzenia z Oplem tylko Mercedesem. Bez różnicy, nie? To przecież TYLKO kolor oczu, TYLKO kolor włosów albo TYLKO znak na czole. No nie do końca i fani dobrze zdają sobie z tego sprawę.

Niejednokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że już niedługo będziemy mogli poczytać ósmą część. Super! Tylko jak może być ósmą częścią, jeśli nie wyszła spod pióra autorki pozostałych siedmiu? Jest tylko jej pomysłem, nie tworem. Mimo to - gdzie się nie spojrzy tam nagłówki, że będzie ósma część Pottera. Nowy Potter!, krzyczą nagłówki, które znowu dzielą fandom Pottera na dwie części. Dlaczego? Bo są zwolennicy, radujący się, że ich ukochana seria powraca, a także przeciwnicy, którzy wieszają psy na J.K. Rowling. Do której części ja należę? Cóż, niestety do tej drugiej.

Przeczytam. Naprawdę, jak wyjdzie Harry Potter i Przeklęte Dziecko, to pójdę do księgarni, zakupię i przeczytam, by móc w pełni wyrazić swoją opinię o tej książce. Na chwilę obecną wyrażam opinię o tym, co się dzieje wokół niej: o tym hałasie, o wmawianiu fanom, że to kolejny tom, o kolejnych ciekawostkach, które nikomu nie są potrzebne do szczęścia. Tak, większość super nowinek, które podsyła nam Rowling jest nam, fanom do szczęścia potrzebna tak bardzo, jak kotu piżama. Zwłaszcza tym fanom, którzy, tak jak ja, piszą opowiadania na podstawie świata, który wykreowała Jo.

Nie chcę kolejnej porcji magii. Nie chcę kolejnej części przygód młodego czarodzieja, nawet jeśli taki młody już nie jest. Nie chcę kolejnych informacji typu: kiedy urodził się James Syriusz Potter, do jakiego domu trafiła Rose Weasley, w kim kochał się Draco Malfoy i jakie błędy popełniła Rowling i co by zrobiła, gdyby mogła napisać Pottera od nowa. Serio. Mimo iż nie umiem polubić postaci Ronalda Weasleya, to jednak stwierdzenie, że w sumie wcale nie powinien być z Hermioną (zgadzam się!), bo Hermiona powinna być z Harrym (to jeszcze gorszy pomysł!) była wiadomością bez ładu, składu i sensu. Co to daje fanom, dla których i tak nic to nie zmienia? Książki są wydrukowane, miliony ludzi na świecie je przeczytało i nawet jeśli fani tworzą alternatywną historię, opisują to zupełnie inaczej, to jednak zostawmy kanon w spokoju! Jest jaki jest, niech Rowling nie pisze, że w sumie mogłoby być inaczej. Halo, mamo Jo, zostaw to fanom! Niech fani zmieniają historię w swoich opowiadaniach, niech zmieniają pairingi, niech cały świat fanfiction wygląda inaczej. Bo to fani i ich wyobraźnia. Nie nakręcaj tego, Jo. Nie warto.



Korzystając z okazji nowego postu wspomnę o tym, że biorę udział w konkursie na #blog roku. Będę wdzięczna za każdy głos, który od Was dostanę - wystarczy wysłać SMS o treści F11298 na numer 7124. Koszt takiego SMS-a to 1,23, zebrane pieniądze zostaną przekazane na Fundację Dziecięca Fantazja - fundację, pomagającą niepełnosprawnym dzieciom w spełnianiu swoich marzeń. Każdy może dołożyć swoją cegiełkę, głosując  na wybrany blog. Więcej informacji o moim blogu TUTAJ.

Czytaj dalej:
1 komentarz
Udostępnij:

19.02.2016

#46 lista książek BBC.

Naszło mnie na typowo książkowe posty. Ten miałam opublikować już jakiś czas temu, ale niestety nie wyszło, więc robię to teraz. Książek nigdy mało, mówi to wam Humanistka na obcasach. 

LISTA KSIĄŻEK BBC

100 najpopularniejszych książek



Lista stu najpopularniejszych książek według BBC ukazała się na łamach Newsweeka w 2009 roku. Gdy przeczytałam ją po raz pierwszy doszłam do wniosku, że moja znajomość jej pozycji leży i kwiczy i muszę ją w końcu nadrobić. Oczywiście od tego czasu minęło już kilkanaście tygodni, a nawet miesięcy, a lista dalej leży nieruszona, ale myślę, że szybciej ją ruszę, gdy będzie gdzieś opublikowana, niż gdy będzie wisiała na drzwiach szafy. Kto listy jeszcze nie widział, ma okazję zrobić to teraz: 

1. Duma i uprzedzenie, Jane Austen.
2. Władca Pierścieni, J.R.R. Tolkien.
3. Jane Eyre, Charlotte Bronte.
4. Harry Potter, J.K. Rowling.
5. Zabić drozda, Harper Lee.
6. Biblia.
7. Wichrowe Wzgórza, Emily Bronte.
8. Rok 1984, George Orwell.
9. Mroczne materie, Phillip Pullman.
10. Wielkie nadzieje, Charles Dickens.
11. Małe kobietki, Louisa M. Alcott.
12. Tessa D'Urberville, Thomas Hardy.
13. Paragraf 22, Joseph Heller.
14. Dzieła zebrane Szekspira.
15. Rebeka, Daphne Du Maurier.
16. Hobbit, J.R.R Tolkien.
17. Birdsong, Sebastian Faulks.
18. Buszujący w zbożu, J.D. Salinger.
19. Żona podróżnika w czasie, Audrey Niffenegger.
20. Miasteczko Middlemarch, George Eliot.
21. Przeminęło z wiatrem, Margaret Mitchell.
22. Wielki Gatsby, Scott Fitzgerald.
23. Samotnia/Pustkowie - Charles Dickens.
24. Wojna i pokój, Lew Tołstoj.
25. Autostopem przez Galaktykę, Douglas Adams. 
26. Znowu w Brideshead, Evelyn Waugh.
27. Zbrodnia i kara, Fiodor Dostojewski.
28. Grona gniewu, John Steinbeck.
29. Alicja w Krainie Czarów, Lewis Carroll.
30. O czym szumią wierzby, Kenneth Grahame.
31. Anna Karenina, Lew Tołstoj. 
32. David Copperfield, Charles Dickens.
33. Opowieści z Narnii, C.S. Lewis.
34. Emma, Jane Austen.
35. Lew, Czarownica i Stara Szafa, C.S. Lewis.
36. Perswazje, Jane Austen.
37. Chłopiec z Latawcem, Khaled Hosseini.
38. Kapitan Corelli, Louis De Bernieres.
39. Wyznania Gejszy, Arthur Golden.
40. Kubuś Puchatek, A.A. Milne.
41. Folwark Zwierzęcy, George Orwell.
42. Kod da Vinci, Dan Brown.
43. Sto lat samotności, Gabriel Garcia Marquez.
44. Modlitwa za Owena, John Irving.
45. Kobieta w bieli, Wilkie Collins.
46. Ania z Zielonego Wzgórza, L.M. Montgomery.
47. Z dala od zgiełku, Thomas Hardy.
48. Opowieść podręcznej, Margaret Atwood.
49. Władca much, William Golding.
50. Pokuta, Ian McEwan.
51. Życie Pi, Yann Martel.
52. Diuna, Frank Herbert.
53. Cold Comfort Farm, Stella Gibbons.
54. Rozważna i romantyczna, Jane Austen.
55. Pretendent do ręki, Vikram Seth.
56. Cień wiatru, Carlos Ruiz Zafon.
57. Opowieść o dwóch miastach, Charles Dickens.
58. Nowy wspaniały świat, Aldous Huxley.
59. Dziwny przypadek psa nocną porą, Mark Haddon.
60. Miłość w czasach zarazy, Gabriel Garcia Marquez.
61. Myszy i ludzie, John Steinbeck.
62. Lolita, Vladimir Nabokov.
63. Tajemna historia, Donna Tartt.
64. Nostalgia anioła, Alice Sebold.
65. Hrabia Monte Christo, Alexander Dumas.
66. W drodze, Jack Kerouac.
67. Juda nieznany, Thomas Hardy.
68. Dziennik Bridget Jones, Helen Fielding.
69. Dzieci północy, Salman Rushdie.
70. Moby Dick, Herman Melville.
71. Oliver Twist, Charles Dickens.
72. Dracula, Bram Stoker.
73. Tajemniczy ogród, Frances Hodgson Burnett.
74. Zapiski z małej wyspy, Bill Bryson.
75. Ulisses, James Joyce.
76. Szklany klosz, Sylvia Plath.
77. Jaskółki i Amazonki, Arthur Ransome.
78. Germinal, Emile Zola.
79. Targowisko próżności, William Makepeace Thackeray.
80. Opętanie, A.S. Byatt.
81. Opowieść wigilijna, Charles Dickens.
82. Atlas chmur, David Mitchell.
83. Kolor purpury, Alice Walker.
84. Okruchy dnia, Kazuo Ishiguro.
85. Pani Bovary, Gustave Flaubert.
86. A fine balance, Rohinton Mistry.
87. Pajęczyna Szarloty, E.B. White.
88. Pięć osób, które spotykamy w niebie, Mitch Albom.
89. Przygody Sherlocka Holmesa, Sir Arthur Conan Doyle.
90. The faraway tree collection, Enid Blyton.
91. Jądro ciemności, Joseph Conrad.
92. Mały książę, Antoine de Saint-Exupery. 
93. Fabryka os, Iain Banks.
94. Wodnikowe Wzgórze, Richard Adams.
95. Sprzysiężenie głupców, John Kennedy Toole.
96. Miasteczko jak Alice Springs, Nevil Shute.
97. Trzej muszkieterowie, Alexander Dumas.
98. Hamlet, William Shakespeare.
99. Charlie i fabryka czekolady, Roald Dahl.
100. Nędznicy, Victor Hugo.

Cóż, moim zdaniem ta lista jest niekompletna i taka... no, taka sobie. Kilka pozycji na pewno bym usunęła, więc istnieje szansa, że po prostu ich nie przeczytam, za to dodałabym do niej kilka innych. Oczywiście każdy ma gust, z tym kłócić się nie będę. Nie do końca jednak zrozumiałam logikę pisania tej listy. Dlaczego najpierw są "dzieła wybrane Szekspira" a później pojawia się kilka jego utworów wypisanych? Albo Opowieści z Narnii i zaraz potem tytuł pierwszej części? To naprawdę nie ma sensu, a na miejsce tych rzeczy spokojnie można by było wstawić jakieś inne, ciekawe pozycje. Wśród moich pozycji znalazłby się na pewno Frankenstein Mary Shelley, Szkarłatna litera Nathaniela Hawthorne, Wiersze wybrane Emily Dickinson, Dama Kameliowa Alexandra Dumasa, Faust Johanna Wolfganga Goethego. To tak na szybko, chociaż na pewno znalazłoby się jeszcze kilka, może kilkanaście innych lektur.

W trochę późniejszym czasie będę powoli pogrubiać te książki, które zostały przeze mnie przeczytane.Na chwilę obecną jest ich niewiele, ale mam nadzieję, że za rok czy dwa w końcu się to zmieni. Może ktoś z Was będzie chętny, by mnie przypilnować? Obiecuję dzielnie uzupełniać i zmieniać stan książek, które już przeczytałam. Tak.. raz na pół roku, bo mogę.

stan na dzień 19.02.2016: 12/100
stan na dzień 19.08.2016:  /100
stan na dzień 19.02.2017:  /100

Trzymajcie kciuki. Może ktoś z Was chce się dołączyć ze mną do wyzwania książkowego listy BBC? W większej grupie zawsze raźniej!


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

15.02.2016

#45 w czym na wesele?

Tym oto postem rozpoczynam nową kategorię na blogu, tak bliską memu sercu. Zaczynam pisać o ŚLUBACH i WESELACH, a dzisiaj w roli głównej strój na wesele.

BIEL CZY CZERŃ?

A MOŻE COŚ INNEGO?



Jakiś czas temu zauważyłam, że spora część kobiet ma problem z wyborem koloru sukienki na wesele. Zwykle dotyczy to sukienki w kolorze czarnym. Zawsze pada pytanie: czy wypada? No cóż, zobaczymy czy wypada.

CZARNA SUKIENKA - CO Z NIĄ NIE TAK?

Przyjęło się, że czarny kolor symbolizuje żałobę, tak ubieramy się tylko na pogrzeb, a wesele to, jak sama nazwa wskazuje, bardzo wesoła impreza i czarny nie pasuje. Obecnie powoli odchodzi się od takiego twierdzenia, ale część osób ma z tym jeszcze spory problem. Tylko co jest nie tak z klasyczną małą czarną? Wystarczy dodać do niej różne dodatki, wprowadzić kolor. Czarna sukienka? Super, do tego kolorowe buty, biżuteria, coś, co przełamie czerń. Dla mnie super kolorem byłaby czerwień, może róż, beż, fiolet albo niebieski, bardziej w stronę kobaltu niż błękitu. Poza tym ta mała czarna sprawdza się też we wszystkich innych sytuacjach - jest uniwersalna. Można ją ubrać na wesele, na ważny egzamin, spotkanie ze znajomymi czy randkę. Ja właśnie postanowiłam zaryzykować i kupiłam czarną sukienkę na wesele - jest cała z koronki. Mam nadzieję, że jak do mnie przyjdzie to będę z niej jeszcze bardziej zadowolona niż w tej chwili, gdy dopiero kliknęłam zamawiam i płacę. Planuję do tego tylko czerwone dodatki, w tym pasek lub wstążkę, by móc podkreślić talię. W takiej sukience będę mogła iść na każdy egzamin, obronę licencjatu czy nawet rozmowę o pracę.

CO Z TĄ BIELĄ? 

Niesamowicie drażni mnie każde wspomnienie gościa, który zamierza przyjść w białej sukience na wesele. Nie ma tutaj znaczenia czy jest to długa suknia, zwiewna sukienka czy mała biała. Biel to biel i powinna być zarezerwowana tylko dla Panny Młodej. Nie wyobrażam sobie, żeby którakolwiek zaproszona dziewczyna czy kobieta na moje wesele mogła przyjść w białej sukience. W tej kwestii jestem prawdziwą tradycjonalistką. Nie przemawiają do mnie argumenty, gdzie mówi się, że suknia Panny Młodej jest na tyle wyjątkowa, że nikt nie zwróci uwagi na gościa w bieli, albo takie, gdzie dana osoba uważa, że jak na sto pięćdziesiąt osób jedna ubierze białą sukienkę to nikt tego nie zauważy. Błąd! Większość ludzi naprawdę zwraca na to uwagę. Nie mówi się tego na głos, ale swoje się myśli. Zresztą - jest tyle pięknych sukienek w tak wielu kolorach... dlaczego akurat w ten dzień musi być coś białego? Zakupiłam ostatnio piękną, białą sukienkę. Długą. Nawet przez sekundę nie pomyślałam, że mogłabym w niej iść na weselu, nawet dodając do tego kolorowe dodatki. Nie, po prostu nie. I nie ważne czy jesteś świadkową, najbliższą rodziną Państwa Młodych czy po prostu znajomym - biały nie wypada na wesele i tyle. Wyjątkiem jest, gdy Panna Młoda o to poprosi najbliższych gości - ale to już jest sytuacja wyjątkowa. Tak więc jeśli tylko zastanawiasz się nad białą sukienką na wesele - mówię głośne i stanowcze: NIE. Nie, to nie jest dobry pomysł. Nie, kolorowe dodatki niczego nie zmienią. Nie, nie możesz ubrać białej sukienki. Jest mnóstwo innych kolorów, rozejrzyj się.

KRWISTA CZERWIEŃ PRZYĆMIEWA? 

Usłyszałam kiedyś, że na wesele nie powinno ubierać się sukienki białej, czarnej i właśnie w kolorze krwistej czerwieni. O ile biel jest w pełni zrozumiała, a czerń również ma jakieś ważne argumenty, o tyle czerwień, która rzekomo przyćmiewa suknię Panny Młodej... kompletnie do mnie nie przemawia. Chyba, że gość założy długą i balową sukienkę w takim kolorze, bo ewidentnie chce konkurować z Panną Młodą na jej własnym weselu, ale tak? Skromna, czerwona sukienka koktajlowa nie będzie się aż tak wyróżniać, a jeśli chcemy ją stonować - wystarczy dodać kilka delikatnych dodatków w jasnym kolorze, takim jak biel i jej odcienie, ecru, beż i odcienie pastelowe. One delikatnie załagodzą odcień intensywnej czerwieni. Jeśli jednak wahasz się czy ten kolor jest odpowiedni - może zdecyduj się na inny odcień? Na przykład jasny czerwony albo ładny bordowy? Równie piękne, ale przynajmniej nie musisz się wahać czy nie jest za ostry.
Nie tak dawno przeczytałam również, że kiedyś była taka tradycja, że po północy Panna Młoda przebierała się z białej sukni na czerwoną sukienkę. Pierwszy raz się z tym spotkałam, więc jestem prawie pewna, że tradycja ta w końcu zanikła. Gdyby jednak była aktualna - wtedy obawy przed czerwienią miałyby prawo bytu. Na chwilę obecną - śmiało można kupić czerwoną sukienkę.

KOMBINEZON I SPODNIE - NOWA MODA ŚLUBNA?

Jeszcze na początku zeszłego roku byłam święcie przekonana, że na wesele wypada iść tylko w sukience, obojętnie czy długiej czy krótkiej, ale sukience. Sporym zdziwieniem było dla mnie, gdy poszłam w lipcu na wesele, a w drugi dzień w kombinezonach przyszło z pięć czy sześć kobiet. Jest to niesamowicie wygodne rozwiązanie. Nie lubisz sukienek? Nie chcesz pokazywać nóg? Przecież nikt nie ma prawa Cię do tego zmusić. Wiadomo, nie ubierzesz w ten dzień spranych jeansów czy rurek i tuniki z młodzieżowym napisem, ale eleganckie spodnie, dobrze dobrana koszula bądź bawełniana bluzka i możesz wyglądać niesamowicie pięknie, bez konieczności wciskania się w sukienkę. Na polskim rynku zaczyna pojawiać się coraz więcej pięknych, eleganckich kombinezonów, które aż krzyczą, by ktoś je kupił. Ja sama poluję na coś ładnego i eleganckiego, ale takiego, bym mogła w tym wyjść również na co dzień, nie tylko od święta. Dlaczego więc zmuszać się do sukienek, bo tak wypada, skoro można wybrać alternatywę? Na kombinezony nie patrzy się źle na weselu - raczej jest to coś pięknego, wartego uwagi, nietypowego i zdecydowanie przyciągającego wzrok.

DŁUGA CZY KRÓTKA?

No właśnie, jaka długość jest najbardziej odpowiednia? Cóż, długa sukienka może być, ale najlepiej żeby nie była balowa i w stylu princessy, a raczej luźna i zwiewna. Myślę jednak, że najlepszym typem sukienki jest krótka koktajlowa, sięgająca do kolana, lub nieco za kolano. Oczywiście do kolana oznacza kilka centymetrów NAD kolanem, a nie początek uda. Wesele to nie impreza w klubie, tutaj trzeba uważać, by przy obrotach w tańcu przypadkiem nie pokazać swojej bielizny. Jeśli już sukienka musi być krótka i sięgać do połowy uda, to powinna być przynajmniej przylegająca do ciała. Uwierzcie, że oglądanie czyiś majtek nie należy do przyjemnych rzeczy, a i na weselu mogą być osoby, które naprawdę poczują się zgorszone czy zniesmaczone. Warto pomyśleć też o innych, nie tylko o sobie i tym, by sukienka przyciągała wzrok. To Panna Młoda ma być gwiazdą wieczoru, nie ty. Optymalna długość sukienki powinna więc kończyć się minimalnie dziesięć centymetrów ponad kolanem. Maksymalnie? Ile chcecie, ale trzeba pamiętać o tym, by się o nią nie potknąć. I o tym, by pasowała do figury. Strój powinien zakrywać ewentualne mankamenty urody, a nie je uwydatniać.

Z DODATKAMI CZY BEZ?

Jak wszyscy wiedzą, strój na wesele to nie tylko sukienka, ale także buty, torebka czy biżuteria. Nawet dla mnie jest to dużo zachodu i niepotrzebnej roboty, ale jednak powoli kompletuję strój, bo maj już niedługo - zostały trzy miesiące i sześć dni, więc nie tak dużo, jakby się mogło wydawać. Warto pamiętać o tym, by dodatki pasowały do stroju. Może w tej kwestii jestem nieco konserwatywna, ale różowy z czerwonym zawsze się gryzie, tak samo jak czerwony czy różowy z zielonym też mi nie pasują. Różowy z pomarańczowym? Gwałt na oczach i estetyce. I nikt mnie nie przekona do tego, że jest inaczej. Pastele najchętniej podkreślałabym ich przeciwieństwem, czymś ostrym. Mogą być też dodatki srebrne, złote czy brokatowe. Warto jednak zachować umiar i konsekwencję - jeśli buty są złote, to złota powinna być biżuteria. Jeśli kolczyki są srebrne - biżuteria w całości powinna być srebrna. Ponoć odchodzi się od tego, by torebka i buty były w jednym kolorze. Ja jednak dalej pozostaję by tym, by jednak to do siebie pasowało. Ale to tylko ja i moje osobiste odczucia. Jeśli chodzi o stroje i kolory - jestem raczej konserwatywna. Co do samych dodatków - nie należy przedobrzyć. To wszystko ma wyglądać elegancko, a nie jak bożonarodzeniowa choinka.

KOTURNY, SZPILKI, A MOŻE BALERINY?

Wiadomo, że najlepiej do sukienki wyglądają szpilki czy inne obcasy. Przede wszystkim dlatego, że szpilka wydłuża i wysmukla nogi, ale również całą sylwetkę. To super rozwiązanie, o ile potrafimy w nich chodzić i nie męczymy się po godzinie. Nigdzie jednak nie jest powiedziane, by dziewczyna do sukienki musiała mieć obcasy, nigdzie też podana nie została ich wysokość. W związku z czym mamy pełną dowolność butów, ale, nie oszukujmy się, wszystko z umiarem - w końcu nie ubierzesz do eleganckiej sukienki sportowych butów, nawet jeśli taki jest twój styl. Zaufaj mi, za kilka lat będziesz tego żałować, wracając wspomnieniami do zdjęć, gdzie na weselu bawiłaś się w koronkowej sukience i nowych conversach. Może teraz wydaje ci się to być najlepszym rozwiązaniem, ale niestety za kilka miesięcy czy lat będziesz tego żałować. Zamiast tego warto rozejrzeć się za jakimiś wygodnymi balerinami, które przynajmniej pasują do sukienki. Sportowe buty na koturnie również nie są dobre, nawet jeśli są na koturnie. Na wesele, w zależności od sukienki, wypada założyć baleriny, koturny, obcasy bądź szpilki. W niektórych przypadkach pasować będą również botki. W żadnym wypadku nie polecam ubierać butów sportowych czy glanów, nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy pojawia wam się myśl, że to dobrze wygląda. Zaufajcie mi, nie jest tak.

CO WYPADA MĘŻCZYŹNIE? 

Mężczyznę jednak zdecydowanie łatwiej ubrać niż kobietę, bo każdy z nich ma przynajmniej jeden garnitur w swojej szafie, do tego również buty wyjściowe. Jedyne, co trzeba zakupić, to koszula i ewentualny krawat, chociaż i to nie zawsze. Główną zasadą jest to, że gość weselny nie powinien pojawić się we fraku bądź smokingu, by nie wyglądać bardziej elegancko od Pana Młodego. Mówi się również, że tylko Pan Młody może ubrać muchę, z kolei goście powinni mieć krawaty. Jedną z zasad savoir-vivre jest to, że żadnemu z gości nie wypada ubrać do garnituru koszuli z krótkim rękawem, już lepiej długi rękaw móc podwinąć. Ja nie do końca zgadzam się z tą zasadą, zwłaszcza w przypadku upałów. Bardzo często mężczyźni, wybierający się na wesele, dobierają sobie krawat pod kolor partnerki - jak wytłumaczyła mi to przyjaciółka, w tym wszystkim chodzi o to, aby ludzie wiedzieli kto z kim przyszedł. Jak dla mnie - BOMBA! Tak więc pamiętajcie, panowie, że na ślub to tylko w garniturze i najlepiej z krawatem pod kolor sukienki swojej partnerki. I nie zapomnijcie o wygodnych butach, pasujących do garnituru - w końcu musicie dać radę przetańczyć na parkiecie całą noc!


Jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości - dajcie znać. Może razem coś poradzimy.
Dla wszystkich, którzy wybierają się na jakieś wesele - udanej zabawy!

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

12.02.2016

#44 walentynki-srynki, ale co z moim latte?

Post w pełni subiektywny. Bardzo proszę o traktowanie go tak, jak został napisany - z przymrużeniem oka. Jeśli komuś brakuje dystansu - proszę się nie wysilać, nie zmuszam do czytania.


WALENTYNKI-SRYNKI,

ale co z moim latte?



O tym, że nie przepadam za Walentynkami to raczej wiedzą już wszyscy moi znajomi. Nie przepadam za nimi, a wręcz ich nie lubię. Nie dlatego, że jestem sama, a dlatego, że jest to dla mnie tak komercyjne święto, że czerwone i różowe serduszka wychodzą mi uszami. Rzygam miłością i te sprawy, ponoć zrozumiałe tylko dla zgorzkniałych singli, których nikt nie chce. Cóż, nie wszyscy zdają sobie sprawę, że może istnieć coś takiego, jak singiel z wyboru - większość uważa, że tylko miłość ma prawo bytu. No cóż. Mam dość problemów ze sobą (w końcu kto normalny ląduje w gipsie, bo nie potrafi wyjść z budynku?), by jeszcze przejmować się tym czy to, co robię jest na tyle poprawne, by nie urazić mojej drugiej połówki. Zawsze zamiast tej drugiej połówki mogę mieć 0,7 w lodówce - jak jej zabraknie to dokupię nową.

To nie jest tak, że nienawidzę Walentynek i ich idei - wielkie święto dla zakochanych par. Każdy ma prawo do swojego święta. Mnie jedynie drażni atmosfera, która wytworzyła się wokół tego święta i jest tak samo sztuczna, jak biust Pameli Anderson. Nie mam nic do okazywania sobie miłości, ale przecież można to robić codziennie, nie tylko od święta. Niestety, większość ludzi w pogoni za pieniędzmi zapomniała o tym, by czasem przystanąć i spędzić dzień z najbliższymi. Zamiast siedzieć z nosem w telefonie czy laptopie, może czas spędzić go u boku tych, których kochamy? Raz w tygodniu możemy znaleźć czas, by wyjść na spacer, by wspólnie obejrzeć film, zjeść posiłek, albo po prostu posiedzieć. Nie powinniśmy potrzebować do tego specjalnej okazji, jaką podobno jest Dzień Zakochanych.

Walentynki już tuż-tuż, a nas zaczyna atakować wszystko, co z nimi związane. Z każdej strony, drzwiami i oknami, walą do nas reklamy pełne miłości, radości i serc. Pluszowe misie, koce w serduszka, plakaty czy nawet słodycze w specjalnej odsłonie. Zatraciliśmy prawdziwe znaczenie tego dnia, na rzecz komercyjnych pierdół, które można kupić w każdym kiosku czy sklepie. Gdzie się nie obejrzymy - możemy kupić coś dla tej ukochanej osoby. Super. Ale dlaczego mam kupować mojej drugiej połówce pluszowego misia z sercem czy biżuterię dla dwojga (zawieszki, łańcuszki, bransoletki bądź breloczki do kluczy) akurat w ten jeden dzień? O ile jeszcze breloczki do kluczy mogą się przydać, o tyle jestem niemal pewna, że żaden facet nie ucieszyłby się z pluszowego misia. jakiegokolwiek i z czymkolwiek.

Nie lubię Walentynek, chociażby dlatego, że są świętem tak bardzo komercyjnym, jak Boże Narodzenie. I tutaj i tutaj zapominamy o głównej idei, podążając za prezentami, ślepo wierząc we wszystkie reklamy. Nie powiem, sama lubię korzystać z promocji w tym okresie, jestem też głupio zapatrzona w niektóre walentynkowe drobiazgi, których kompletnie nie potrzebuję, a i tak zdarza mi się je kupić, pod warunkiem, że nie ogranicza mnie w tym czasie budżet. Lubię skorzystać z 25% zniżki na zakupy w sklepie internetowym H&M czy na promocje w internetowych sklepach z obuwiem. Najprawdopodobniej ciągnie mnie do tego dlatego, że odzywa się we mnie typowa kobieta, której mózg przestawia się na cztery rzeczy, które całkowicie się ze sobą łączą - zakupy, ubrania, buty i kosmetyki. W chwilach słabości włącza się piąta, najpopularniejsza opcja, która brzmi: słodycze i jest najgorszą z możliwych. Na całe szczęście w ostatnim czasie jest bardzo mocno uśpiona, mam nadzieję, że jeszcze trochę to potrwa. Kochana słabości, śpij jak najdłużej.

To, co denerwuje mnie w równie dużym stopniu, co rzeczy wspomniane wyżej, to fakt, że w ten dzień nigdzie nie mogę wyjść - na ulicach sami zakochani, a w moich ulubionych kawiarniach ruch wzmożony niczym na dworcu centralnym w godzinach szczytu. Co za tym wszystkim idzie - o wolnym miejscu mogę sobie jedynie pomarzyć, nie mówiąc o tym, że większość znajomych ma sceptyczny stosunek do spotkań w ten dzień - a to nie wypada, bo to w końcu Dzień Zakochanych, więc co inni powiedzą, gdyby ewentualnie nas spotkali, a to nie możemy się spotkać, bo przecież w ten dzień trzeba się spotkać z ukochanym, bo co to będzie, jeśli go oleję w Walentynki... No cóż, może mój mózg któregoś dnia też się poprzestawia i na informację, że czternasty lutego jest za chwilę, ja również oszaleję jak ci, na których sama kręcę teraz głową. Nie mniej jednego jestem pewna - nigdy nie będę jedną z tych, które kłócą się ze swoim facetem przez jakieś 360 dni w ciągu roku, wyzywają się nawzajem, wszyscy widzą ich wzajemną niechęć do siebie, a kiedy w końcu nadchodzi TEN dzień, to oni najbardziej srają sercami. Naprawdę? To zakrawa o taką hipokryzję, że aż boli - na co dzień bije od nich niechęć i nienawiść do siebie, a tego jednego jedynego dnia mogliby się od siebie nie odrywać. Koszmar.

I tak sobie tylko myślę, że za dwa dni będzie już po Walentynkach, z witryn stracą się wszystkie serduszka, różowe i czerwone dekoracje, małe kupidyny i pluszowe misie, a ludzie znowu będą zachowywać się tak, jak wcześniej. W wazonach znowu zabraknie kwiatów, czułe słówka będą musiały czekać znowu cały rok, aż ktoś postanowi je znowu wypowiedzieć. I na co to wszystko? Na co pogoń za tym, by ten jeden dzień był idealny, jeśli pozostałe 364/365 dni nie będzie się niczym wyróżniać?

Na co komu miłość, kiedy można dostać latte.



Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

09.02.2016

#43 blogowanie? przecież to nic trudnego!

Cześć i czołem!

No i mamy luty. Ja, oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym była cała, więc od czwartku leżę z nogą na poduszce i odliczam dni do końca. Znaczy odliczałam dni do dzisiaj, bo dzisiaj minęło i sięgam po nowy kalendarz. W czwartek miałam dosyć nieudane wyjście z progu na uczelni, które skończyło się na izbie powypadkowej, z nogą w szynie gipsowej. Tyle razy już coś sobie skręciłam, a jednak po raz pierwszy dostałam obciążenie na nogę i muszę śmigać o kulach. Plus jest taki, że idzie mi coraz lepiej. Minus - że czekają mnie jeszcze przynajmniej trzy tygodnie obciążenia. Drugi plus jest taki, że na dzisiejszej kontroli zdjęli mi szynę gipsową i założyli ortezę - takie to fajne, że przynajmniej od czasu do czasu mogę stawać na tej nodze, no i mogę to ściągnąć, by na spokojnie się wykąpać - w szynie gipsowej był to nie lada wyczyn.

Dzisiaj jednak nie o tym. Mam temat z nieco innej kategorii, a pomysł na niego pojawił się jakiś czas temu podczas pewnej... dyskusji ze znajomymi. Mniej więcej w połowie wymiany zdań stwierdziłam, że muszę o tym napisać. Myślę, że część blogerów chociaż raz spotkała się z tym, o czym dzisiaj będę pisać. Jeśli tak - opowiedzcie o tym w komentarzach. Może znajdziemy wspólną historię?

BLOGOWANIE? PRZECIEŻ TO NIC TRUDNEGO!

 

O tym czy blogowanie jest łatwe czy nie, wiedzą tylko ci, którzy się tym zajmują - osoba, która napisała trzy posty na blogu i porzuciła go, bo się znudziła, raczej nie będzie w stanie określić poziomu trudności blogowania. Tak samo, jak osoba, która nigdy niczego nie tworzyła. To w sumie jak ze wszystkim, ale ja jednak skupię się na tym, co mi bliskie - na byciu blogerem.

Nie tak dawno usłyszałam, że prowadzenie bloga bądź vloga jest banalnie łatwe i niesprawiedliwe, że ktoś z nich zarabia więcej niż osoba ciężko pracująca fizycznie. Pytanie tylko czy osobie pracującej fizycznie ktoś zabronił zarabiać w inny sposób? Przecież założyć blog może każdy, kto tylko ma dostęp do internetu. Trochę inaczej jednak jest z jego prowadzeniem, przynajmniej tym regularnym. Dlaczego? Zaraz spróbuję Wam to wyjaśnić.

ZDJĘCIA

Spory odsetek blogerów w swoich postach ma więcej zdjęć niż tekstu. Nie raz się przekonałam już, że nie wystarczy mieć zwykłego telefonu komórkowego, żeby wrzucać fotki na bloga. Jeśli zamierzamy zająć się tą zabawą na poważnie, przydałoby się jednak trochę zainwestować - nie mówię o kupowaniu lustrzanki z górnej półki, ale o zwykłej cyfrówce, która ma więcej niż pięć mega pixeli. Dobre zdjęcia naprawdę bardzo dużo dają, zdecydowanie przyjemniej się patrzy na takie posty, gdzie zdjęcia przyciągają wzrok, a nie odpychają, są staranne, dobrze zrobione, często również obrobione. Może Wam się wydawać to zabawne, ale zrobienie odpowiedniego zdjęcia, które można opublikować gdziekolwiek, zajmuje czasami naprawdę dużo czasu. To nie jest pstryknięcie aparatem i gotowe. Czasem zdjęcia do jednego postu to godziny pracy nad fotografiami.

TEMAT

Czasem wybór tematu zajmuje bardzo dużo czasu. Bywa, że pomysłów pojawia się pełno, ale różnie to później bywa z realizacją. Jeśli chodzi o mnie - zdarza się, że wymyślam tematy w drodze na uczelnię bądź z uczelni, niestety nie zawsze mam możliwość, by gdzieś je zapisać. Kiedy jestem poza domem, zazwyczaj tracę cały pomysł, a przynajmniej jakąś jego wartościową część. Dlatego też staram się zawsze mieć przy sobie jakiś zeszyt albo luźne kartki, żeby nie stracić pomysłów. Czasem wymyślenie tematu zajmuje chwilę. Inaczej jest z realizacją.

PISANIE

To chyba najważniejszy punkt blogowania. Pisanie postów to nie tylko wystukiwanie literek na klawiaturze - to cały proces tworzenia. Oczywiście nie mówię tutaj o "blogerach", którzy piszą trzy zdania i na tym kończy się treść ich bloga. Nie, chodzi mi raczej o dłuższe posty, z przewagą treści nad zdjęciami. Tworzenie jednego postu potrafi zająć nawet pół dnia - średnio od godziny czy dwóch, do kilku, a w skrajnych przypadkach - do kilkunastu. W końcu nie wystarczy tylko napisać byle czego, byle by było. Staram się jak mogę, by każdy post dopracować, znaleźć bądź zrobić odpowiednie zdjęcie, zaciekawić tematem, no i przede wszystkim pisać o tym, co sobie wymyśliłam, a nie pisać, by pisać. Takie tworzenie piszę, bo muszę jest okropne - nie sprawia przyjemności ani autorowi ani czytelnikom.

REKLAMA

Ostatni punkt, ale wcale nie mniej ważny od pozostałych. Każdy bloger, który dopiero zaczyna, ewentualnie jest gdzieś w połowie swojej drogi, potrzebuje zareklamować swoje nowe posty. Myślę, że to właśnie reklama zajmuje najwięcej czasu - chodzenie po grupach, pisanie zachęcającego tekstu, wrzucanie go. Reklama nie powinna być bezmyślna i wrzucana wszędzie gdzie się da. Ona również powinna być przemyślana i stworzona ze smakiem - główną zasadą dobrego PR-u jest to, że reklama ma zachęcać, nie odrzucać. Niestety spora część blogerów o tym nie pamięta - wkleja swój link gdzie popadnie, byle tylko ludzie zwrócili uwagę, odwiedzili i nabili wyświetleń. Niestety - to tak nie działa. Ja omijam reklamy wrzucone na siłę i będące tylko bezmyślnie wklejonym linkiem. Wiem jednak i cieszy mnie to niezmiernie, że coraz więcej osób staje się bardziej świadomymi blogerami. Idziemy naprzód, nie cofamy się.


Nie twierdzę, że blogowanie jest tak trudne, że można je przyrównać do pracy fizycznej. Wiem, że gdybym tak twierdziła, byłabym głupia. Chcę jednak uświadomić, że blogowanie nie jest również banałem - pięć minut i po krzyku. Jeśli chcemy, by nasz blog był znany i na poziomie - powinniśmy się przyłożyć do jego prowadzenia. Narzekanie, że blogerzy dużo zarabiają jest beznadziejne. Dlaczego bywamy zazdrośni o to, że innym się udaje? Nam też by mogło. Wystarczy coś robić, a nie siedzieć w domu, przeglądać blogi i vlogi i narzekać, że innym się powodzi i coś udaje się w życiu.

Blogowanie to nie tylko zabawa. Ja robię to, bo mam pasję - lubię pisać i tworzyć. Część osób zakłada blogi, by czerpać korzyści majątkowe - ja prowadzę go, by czerpać korzyść intelektualną. Rozwijam się twórczo, nawet jeśli bywają gorsze momenty w pisaniu, jak w ciągu ostatnich miesięcy. Brak weny i chęci do napisania, brak pomysłów, wrażenie, że wszystko, co piszę jest beznadziejne. Bycie blogerem nie jest takie proste. Nie jest również bardzo trudne. Jest pomiędzy.

Tak naprawdę każdy może zostać blogerem - wystarczy tylko chcieć i mieć pomysł na siebie. Nie wystarczy narzekać - trzeba działać, by coś mieć.

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.