29.01.2016

#42 Magda.doc

Cześć i czołem!

Styczeń już jutro się kończy. Za mną naprawdę trudny tydzień, więc padam dzisiaj z nóg, a tutaj dalej trzeba się uczyć - sesja nie jest łaskawa, ona nie przyjmuje żadnych wymówek. Jeśli chodzi o sprawy sprzed tygodnia - mają się dobrze. Znaczy moja sytuacja ma się dobrze, bo administratorzy for usunęli moje teksty. Na dwóch forach dziewczyna została zbanowana, w międzyczasie jednak wyszła sprawa z pracami, bo ukradła również rysunki i prace graficzne od trzech czy czterech osób. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się tego wszystkiego - ani tego, że ktoś mnie okradnie, ani tego, że to wszystko tak się rozprzestrzeni. I pomyśleć, że sprawa rozdmuchała się z powodu jednego linku, w który weszłam z ciekawości... Dzisiaj jednak nie o tym.

W przygotowaniu dziesięć innych postów, ale, że tak powiem, postanowiłam wrzucić mały "przerywnik", tym samym pokazując Wam, że recenzje nie są moją mocną stroną, ale mimo wszystko uwielbiam rozmawiać o książkach, więc i tak czasem jakaś recenzja trafi na blog. Mam nadzieję, że to Was nie przestraszy, w końcu to tylko kilka drobnych recenzji! Dzisiaj prezentuję Wam recenzję jednej z moich ulubionych książek, do której mam bardzo duży sentyment.

Magda.doc, Marta Fox.
 
TYTUŁ: Magda.doc
AUTOR: Marta Fox
LICZBA STRON: 216
WYDAWNICTWO: Siedmioróg
KATEGORIA: literatura młodzieżowa
ROK WYDANIA: 1996
JĘZYK ORYGINAŁU: polski
MOJA OCENA: 9/10

"Jestem spokojna, bo już nie mam siły być niespokojna. Jestem spokojna, bo wszystko wydaje mi się tak żałosne, że mój spokój w tym wszystkim jest najbardziej odpowiednim stanem."

Magda.doc to jedna z pierwszych książek autorstwa Marty Fox. Opowiada ona o życiu osiemnastoletniej Magdy, którą poznajemy w dosyć dramatycznym momencie, gdy wszystko wywraca się do góry nogami, a dziewczyna musi poradzić sobie ze wszystkimi przeciwieństwami losu, których w tamtej chwili jest pełno. Książka ta napisana jest w pierwszej osobie - Magda ze wszystkiego zwierza się Dżordżowi, swojemu komputerowi. Traktuje go niczym swojego powiernika i najlepszego przyjaciela, mimo iż jest to tylko komputer, a więc urządzenie techniczne, nie myślące, osiemnastolatka zwraca się do niego jak do żywej osoby. Dżordż jest dla Magdy najważniejszy.

Tytułowa Magda Szymaniuk jest dziewczyną uczęszczającą do czwartej klasy liceum ogólnokształcącego, a więc musi przygotowywać się do matury. Jest najlepszą uczennicą w szkole i prócz swojego najlepszego przyjaciela, Bartka, raczej z niewieloma osobami się dogaduje. Jej życie jednak zmienia się, gdy przed początkiem roku szkolnego ulega przystojnemu koledze z klasy, Łukaszowi, i razem idą do łóżka. Okazuje się jednak, że Magda była dużo dojrzalsza pod względem emocjonalnym niż osiemnastoletni Łukasz Madejski, dla którego pójście do łóżka z dziewczyną wcale nie było czymś głębszym, ważniejszym, a zwykłą zabawą.

Prócz problemów w domu - Magda nie zawsze dogaduje się ze swoją matką - dochodzi jeszcze jeden, znacznie poważniejszy problem, kiedy z wyników badań dziewczyna dowiaduje się, że zostanie matką. Jest to dla niej nieprzyjemne doświadczenie, zwłaszcza, że osiemnastolatka dopiero wkracza w dorosłe życie, w którym i tak nie ma w nikim wsparcia. Jak Magda poradzi sobie, gdy wszystko zwróci się przeciwko niej? Łukasz wcale nie czuje się odpowiedzialny do tego, by ustatkować się i związać z dziewczyną, by zostać ojcem. Magda jest jednak silna i pełna determinacji, bowiem zamierza stawić czoła wszystkim niepowodzeniom. Najbardziej w tym wszystkim pomaga jej Łukasz Madejski Senior, a więc ojciec Łukasza, ojca jej dziecka. Magda w swoich komputerowych rozmyślaniach nazywa ich Łukaszem Młodszym i Łukaszem Starszym, w ten sposób czytelnicy również bez problemu mogą rozdzielić jednego i drugiego, nie myląc się co chwilę. 

Pierwszą wiadomość do Dżordża Magda wklepuje 1 listopada 1994 roku. Jest to, jak dowiadujemy się trochę później, spory kawałek czasu od jej wakacyjnego spotkania, słodkiej przygody z Łukaszem Młodszym, bowiem do owego spotkania dochodzi, jak później wspomina dziewczyna, 24 sierpnia 1994 roku, z dokładnością do dnia tygodnia - w czwartek. Dziewczyna dosyć długo nie wspomina o tym, jak brutalnie musiała wejść w dorosłość - o tym, że w ten dzień, podczas swojego pierwszego razu, zaszła z chłopakiem w ciążę, a teraz musi stawić czoła rzeczywistości.
"Zdradzać się przed ludźmi oznacza głupotę. Zdradzać się przed samym sobą - słabość i niedostateczną dyscyplinę. Trzeba samemu być w pancerzu, żeby drugich w pancerze zakuć. Pewne myśli, uczucia i odruchy należy w sobie bezwzględnie i bezlitośnie zabijać. Trzeba być pewnym siebie jak precyzyjnego instrumentu."

Magda zawsze była najlepszą uczennicą - oceny celujące bądź bardzo dobre, zachowanie tylko wzorowe. Była wzorem do naśladowania, nigdy nikomu nie sprawiała problemów, chociaż jak mówiła o swojej Matce - Zawsze się jej bałam, bo mnie biła. W całej książce ani razu nie zostaje wymienione imię Matki, zawsze jest jednak ona pisana z dużej litery, niczym nazwa własna. Magda, pisząc swój komputerowy pamiętnik, posługuje się dosyć często wpisami rodzicielki z jej pamiętnika, z okresu, gdy ona sama była w ciąży, a więc również z czwartej klasy liceum. Magda niektóre fragmenty zna niemalże na pamięć i co raz do nich powraca.

Cała książka napisana została w sposób dosyć kolokwialny, prosty, językiem typowym dla młodzieży. Czas akcji powieści to przełom 1994 i 1995 roku, od pierwszego dodanego wpisu - 1 listopada 1994 - aż do ostatniego, który pojawia się 2 czerwca 1995, gdy dziewczyna napisała już maturę a także urodziła dziecko, swoje maleństwo i ukochaną córeczkę - Paulinkę. Dziewczyna rodzi się 26 maja 1995 roku i, jak pisze Szymaniuk, zrobiła jej prezent na Dzień Matki, mimo iż miała zrobić prezent sobie, na Dzień Dziecka.

W książce mamy do czynienia z dwiema postaciami negatywnymi - Matką Magdy i Łukaszem Młodszym, czyli ojcem dziecka. Wielką sympatię wśród czytelników powinien jednak wzbudzić Łukasz Starszy, dziadek małej Pauliny, który przez prawie cały okres ciąży Magdy otoczył ją opieką, jaką powinna zostać otoczona przez rodziców czy, jak w tym przypadku, przez Matkę. Przynosił jej owoce i warzywa, jedzenie, dowoził do szkoły, a także opiekował się nią, jak tylko mógł, a kiedy Magda nie miała gdzie się podziać, Łukasz Starszy sprezentował jej mieszkanie, by tam spokojnie mogła rozpocząć nowy etap w życiu i móc opiekować się swoją malutką córeczką, nie musząc kłócić z Matką. Drugą równie pozytywną postacią jest Bartek, najlepszy przyjaciel głównej bohaterki, który przez dłuższy czas się do niej zalecał, a kiedy dowiedział się o ciąży - nie opuścił jej. Co ważniejsze - był przy niej zawsze, gdy go potrzebowała.

Magda.doc może wzbudzać różne, momentami skrajne emocje. Dla niektórych będzie to najlepsza książka, dla innych coś, na co nie warto poświęcić czasu. Osobiście sądzę, że jest to książka, do której trzeba dorosnąć i którą trzeba zrozumieć. Również następne dwie części - Paulina.doc oraz Paulina w orbicie kotów, to książki do których trzeba wiedzieć jak podejść. Gdy czytałam Magdę.doc po raz pierwszy, kompletnie nie wiedziałam jak mam do niej podejść, więc nie do końca została przeze mnie zrozumiana. Później, gdy byłam trochę starsza, podeszłam do niej ponownie i zrozumiałam ją tak, jak zrozumieć powinnam. Autorka poruszyła tematy, które są powszechne, chociaż przez długi czas były raczej tematami tabu i mogły doprowadzać do wielu nieporozumień czy niepowodzeń. Teraz, niestety, temat młodych matek staje się zjawiskiem coraz częstszym wśród młodzieży w wieku Magdy czy, co gorsze, młodszych. Wszystkie trzy książki to utwory nie tylko o problemach, które towarzyszą nam w okresie dojrzewania, ale także o tym, jak sobie z nimi radzić, nie mając zbyt dużego wsparcia. 

Zawsze byłam pełna podziwu dla siły i determinacji Magdy, która, kiedy miała podrzucane kłody pod nogi, potrafiła stawić im czoła i przekroczyć je, nawet gdy mocno się potykała. Nie każdy jest w stanie być tak silnym, zwłaszcza w takiej chwili, takim nieciekawym momencie. Dla mnie ta książka jest czymś, do czego bardzo lubię wracać - jej tematyka, dosyć trudna i młodzieżowa, zahaczająca o tematy wciąż nazywane tematami tabu. Jest związana z problemami w życiu codziennym, towarzyszącą większości ludzi.

Magda.doc to książka, w której ukazane jest również życie przed erą internetu i telefonów komórkowych. Nie ma także silnie rozbudowanej technologii, życie wygląda inaczej. Większość osób nie wyobraża sobie życia w czasach, gdy nie było telefonów, internetu, gdy w głównej mierze pisano listy, te papierowe i spotykano się twarzą w twarz, zamiast pisać przez internet. A ja... chciałabym wrócić do tych czasów.

Czytaj dalej:
1 komentarz
Udostępnij:

24.01.2016

#41 złodziejom ręce pourywać.

Czasem do ostatniego momentu łudzimy się, że coś jest nieprawdą. Zastanawiamy się czy jest sens coś robić, czy nie lepiej po prostu poczekać, aż to wszystko przeminie. I właśnie dzisiaj tak myślałam. Cały dzień. Ten post miał się nie pojawić, broniłam się przed nim ponad dziesięć godzin, ale jednak czara goryczy się przelała, ze złości bielmo zasłania mi oczy i mam ochotę coś, a raczej kogoś, rozerwać. Nie mówiąc o tym, że najchętniej puściłabym tutaj największą wiązankę przekleństw, na jaką mogłabym trafić w internecie. 

OKRADLI MNIE!


W dodatku nie z rzeczy materialnych, a z wartości intelektualnej. Z moich postów, tych, które postanowiłam niedawno na nowo wrzucić na bloga. Rozumiecie to? Robię coś, można powiedzieć, że dla Was, a potem jeszcze dostaję prosto w twarz. Lewy sierpowy, leżę na ziemi i się nie ruszam. Mam ochotę wyzywać wszystko i wszystkich, wyć ze złości i bezsilności, bo dzisiaj właśnie tak się czuję. Kompletnie bezsilna. 

Czasem lubię wejść w statystyki. Dzisiaj postanowiłam je sprawdzić, bo Natalia wrzuciła u siebie post o blogowaniu, z odnośnikiem do mnie. Chciałam zerknąć czy ktoś się pojawił, a poza tym ostatnio lubię zaglądać po jakich słowach kluczowych do mnie wpadacie. Zaciekawił mnie jednak link, z którym wcześniej się nie spotkałam, a w ostatnim tygodniu było osiemnaście wejść z tamtej strony. Cóż, ciekawość to pierwszy stopień do piekła, więc kliknęłam w odnośnik i trafiłam na jakieś forum gamingowe. Widzę tytuł podobny do mojego, no ale tekst pod tytułem Jestem kobietą... mógł napisać każdy - chociażby dlatego, że Edyta Górniak kiedyś miała dosyć popularny utwór, w którym śpiewała Jestem kobietą wodą ogniem burzą perłą na dnie. Problem jednak polega na tym, że ten felieton był toczka w toczkę, jak na moim blogu. 

O ile rozumiem, że coś może się powtarzać - niechęć do sprzątania, nieumiejętność chodzenia w butach na obcasie, chodzenie w glanach, zanim to było modne, o tyle nie uwierzę, że dziewczynie, która, opisując siebie, napisała, że w wieku szesnastu lat wyprowadziła się do Anglii, a poza tym mieszkała w Świecie. To, po pierwsze, oznacza, że nie chodziła do liceum w Polsce, a po drugie, na pewno jej nauczyciel biologii nie powiedziałby tego:

Wiecie jak po Śląsku jest: Tak, oczywiście rozumiem Twoje zdanie, przyjmuję je do wiadomości, aczkolwiek zupełnie się z nim nie zgadzam? Nie wiecie? To ja Wam powiem: Ja, mhm.

Dlaczego? Bo Świecie jest w kujawsko-pomorskim, a Birmingham jest kupę kilometrów stąd. Poza tym nie sądzę, by każdy nauczyciel na Śląsku mówił takie rzeczy swoim uczniom. Mój biolog był wyjątkowy, a na zajęcia zawsze chodziłam z chęcią. Nawet wtedy, kiedy nie lubiłam pewnych tematów z biologii. Było warto, bo to był jeden z tych nauczycieli, którzy uczą z pasji i powołania, a nie dlatego, że nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić. 

Druga bardzo nieprawdziwa informacja pojawiła się kilka punktów niżej, gdzie ja wspomniałam o swoim prawie jazdy, który to dokument mam od prawie czterech lat (wtedy, teraz to już prawie pięć). Informacja ta nie została zmieniona na forum, a w końcu dziewczyna, która go opublikowała, na swoim profilu pisze, że ma lat dwadzieścia. Wiecie co to oznacza? Że prawo jazdy zdała, gdy miała lat szesnaście. Interesujące, nie sądzicie? Trzeci i ostatni był obrazek. Rozumiecie to? Nawet obrazek został skopiowany, jakby nie można było użyć innego. 

Na całe szczęście ktoś na tym forum czuwał i w komentarzu wrzucił link do mnie, informując tam, że to kopia z mojego bloga. Administracja nie zareagowała, jedynie zamknęła temat. Z ciekawości zajrzałam na forum dalej, bo w końcu prócz Jestem kobietą, więc... mógł pojawić się jakiś inny tekst. Znalazłam jeszcze dwa inne - Mam 13 lat i piszę bloga... oraz Moja, twoja, nasza przyszłość. Wszystkie opisane jako jej autorstwa. Do każdego z nich został dodany komentarz z linkiem do mnie, za co bardzo, bardzo dziękuję - Dziewczyny! Jeśli czytacie ten post to wiedzcie, że jestem Wam niesamowicie wdzięczna. Inaczej to wszystko nie wyszłoby na jaw.

Przeczytałam posty. Porównałam ze swoimi. W poście Mam 13 lat i piszę bloga zmieniła jedynie samą końcówkę, gdzie u mnie było Mam 21 lat i piszę bloga, a ona zmieniła wiek z 21 na 20. Najgłupsza zmiana jednak pojawiła się w tym ostatnim tekście. 

Moja, twoja, nasza przyszłość to tekst, który napisałam, by trochę wesprzeć gimnazjalistów i licealistów, którzy borykają się z problemem "co dalej?". W jednym z pięciu podpunktów opisałam swój problem i wahania - jak wiecie (albo i nie) przez rok studiowałam filologię klasyczną. Wszyscy dookoła mówili mi, że mam tam nie iść, że to głupi pomysł, że nie dam rady, etc. Byłam jednak uparta, więc na nie poszłam, ale potem postanowiłam zmienić studia. Wahałam się, bardzo długo, ale w końcu podjęłam decyzję. Fragment macie tutaj:
 
Ja na przykład nie słuchałam nikogo, kiedy mi mówili, że "filologia klasyczna jest trudna, lepiej wybierz coś innego, nie dasz sobie rady". Wybrałam, przesiedziałam tam rok, zmieniłam kierunek, bo okazało się, że ten po prostu nie jest dla mnie. Jest kilka przedmiotów, ciągle się powtarzających, które do mnie nie docierają. Ale nie żałuję tego "zmarnowanego" roku, który spędziłam na filologii klasycznej. Niby mogłabym być już na drugim roku jakichkolwiek studiów, ale inaczej nie poznałabym osób, które wiele zmieniły w moim życiu, dzięki którym jestem naprawdę szczęśliwa. Drugi wybrany kierunek, filologia polska, na której jestem od tego roku, była tym dobrym wyborem. I cieszę się, że poszłam teraz, bo poznałam kolejne osoby, których nie poznałabym, będąc rok wyżej.

Z kolei w "swoim" felietonie dziewczyna zamieniła jedynie filologię polską na medycynę. Jeśli naprawdę studiuje medycynę... cóż, będzie kradła przyrządy ze szpitala? Nie oszukujmy się - każda kradzież jest tak samo paskudna, bez względu na to, kto by to zrobił - student medycyny, prawa, kasjerka z Biedronki, licealistka, gimnazjalistka, pracownik fizyczny, czy ktokolwiek inny. Kradzież to kradzież, czy jest to batonik ze sklepu, telewizor czy tekst pisany przez jakiegoś blogera. 

Dziewczyna opublikowała posty pod nickiem Deneve. W świecie blogowym i tym z opowiadaniami, Den jest dosyć znana - pisze opowiadania, publikuje na Karnym Kaktusie. Ja opublikowałam prawie od razu post na swoim fanpage'u - miałam nadzieję, że rozwiążę sprawę polubownie, jak przystało na dorosłych. Bo wiecie, przejrzałam sobie całe to forum, profil tejże Deneve i doszłam do pewnych zatrważających wniosków - ja znam tę dziewczynę! Ba! Ja lubiłam czytać jej bloga, ja komentowałam jej posty, ja sama wysłałam ją na swojego bloga! Mało tego! To ona była przeciwna plagiatom, zawsze dzielnie komentowała różne analizy i burze o kradzieże, zawsze w centrum uwagi, więc to, co się stało jest dla wszystkich szokiem. 

Eris. Ja kojarzę ją z fandomu Harry'ego Pottera, a także z OTP week i 30 days OTP. To wszystko nawet do mnie nie dociera. Naprawdę. Przede wszystkim dlatego, że ktoś ukradł moje teksty, ale również dlatego, że ktoś ukradł pewne tożsamości - na forach i stronach podpisywała się jako Eris, później zmieniła na Deneve. Na niektórych jest również jako Leleth (a Leleth również funkcjonuje w blogosferze, jak Deneve). Istnieje przypuszczenie, że Eris ma jeszcze wiele tożsamości, może być na wielu forach, stronach, blogach. Moje teksty mogą być wszędzie, tak samo, jak teksty innych osób. Kto wie kogo jeszcze okradnie z wartości intelektualnych? 

Żeby jednak nie było, że rzucam oskarżeniami na prawo i lewo, a nie podaję dowodów, to łapcie ode mnie linki do moich tekstów i do tekstów na forach:


MOJA, TWOJA, NASZA PRZYSZŁOŚĆ


Mój, opublikowany na blogu dnia 19 marca 2014 roku (prawie dwa lata temu!):

Forum kuleczky.pl, opublikowany dnia 24 grudnia 2015 roku:

Forum unitedfrag.pl, opublikowany dnia 9 stycznia 2016 roku:

MAM 13 LAT I PISZĘ BLOGA...


Mój, opublikowany dnia 14 lipca 2014 roku (półtora roku temu!):
Forum kuleczky.pl, opublikowany dnia 2 stycznia 2016 roku:

#5 JESTEM KOBIETĄ, WIĘC...


Mój, opublikowany dnia 5 marca 2014:

Forum kuleczky.pl, opublikowany dnia 10 stycznia 2016 roku:
Na całe szczęście na forum unitedfrag.pl opublikowany został tylko jeden tekst, a na trzecim forum, do którego dotarłam - fragowcy.pl - administrator już zadziałał. Na chwilę obecną jedynie ukrył te teksty, by nie były dostępne dla nikogo spoza administracji. Gdy w końcu Eris się odezwie - zobaczymy co dalej. Na pozostałych dwóch forach wciąż nie uzyskałam żadnej informacji od administracji, mam jednak nadzieję, że w najbliższym czasie się to zmieni. 
Kiedy już zrozumiałam, że to na 100% jest Eris, TA Eris, wspólnie z dziewczynami podjęłam decyzję, że muszę coś z tym zrobić. Skoro wiem kto, to przecież mogę porozmawiać, na spokojnie to ustalić, wyjaśnić, jakoś ogarnąć. Zebrałam wszystkie możliwe informacje i napisałam do Eris wiadomość prywatną na facebooku - w końcu znałam jej konto. Wiadomość była następująca:

Cześć.
Nie będę ukrywać, że piszę wiadomość nie po to, by pogadać o pogodzie. Trafiłam, przez zupełny przypadek, na jedno z wielu internetowych for. Trafiłam na bardzo ciekawe felietony, w liczbie trzech. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że są one moje. Moje, ale wrzucone przez kogoś innego. Po przejrzeniu profilu tejże osoby... cóż, wszystko wskazuje na Ciebie, chociaż przez długi czas naprawdę nie chciało mi się w to wierzyć. Teksty są trzy:
1. MÓJ: http://humanistka-na-obcasach.blogspot.com/2014/03/moja-twoja-nasza-przyszosc.html KRADZIONY: http://www.kuleczky.pl/index.php/topic/58772-1-felieton-moja-twoja-nasza-przysz%C5%82o%C5%9B%C4%87-wybierz-m%C4%85drze/
2. MÓJ: http://humanistka-na-obcasach.blogspot.com/2014/07/mam-13-lat-i-pisze-bloga.html KRADZIONY: http://www.kuleczky.pl/index.php/topic/59545-3-felieton-mam-13-lat-i-pisz%C4%99-bloga/
3. MÓJ: http://humanistka-na-obcasach.blogspot.com/2015/03/jestem-kobieta-wiec.html KRADZIONY: http://www.kuleczky.pl/index.php/topic/60156-4-felieton-jestem-kobiet%C4%85-wi%C4%99c/
I chciałabym poznać Twoją stronę. Załatwić to prywatnie, z nadzieją, że ktoś po prostu zrobił sobie głupi dowcip kosztem moim, Twoim i prawdziwej Deneve. Nie chcę wywlekać całej sprawy w pełni publicznie, a wolę to załatwić tak, jak przystało na dorosłych ludzi.

I uznałam, że na spokojnie to załatwimy. Poczekałam dwie godziny i zerknęłam w wiadomości. Zdziwiło mnie, że przy imieniu już nie było zdjęcia. Tak nagle usunęła? Klikam w wiadomość, a tam informacja, że nie mogę odpisać na konwersację. Myślę sobie: no co jest? Zablokowała mnie? Piszę do dziewczyn, a one do mnie, że nie da się jej wyszukać. Usunęła konto. Nie sądzicie, że to było potwierdzenie tego, że to ona? Dla mnie sprawa jasna. Zresztą, nie tylko dla mnie, dla wszystkich, którzy o tym się dowiedzieli. 

Eris usunęła konto na facebooku, zablokowała swoje konto na googlach. Gdy napisałam do adminów wszystkich for - jeden z nich mi odpisał, że sprawę załatwią, ale muszę cierpliwie czekać, bo potrzebują informacji drugiej strony, a ona (Eris) jest obecnie w szpitalu. Aha. Mogę się mylić, ale ja bym się nie bawiła w szpitalu w usuwanie kont. Nie mówiąc o tym, że nie bardzo miałabym jak to robić - na telefonie? Naprawdę? Ale wiadomo, najprościej jest powiedzieć, że jest się chorym. Tego nikt nigdy nie sprawdzi. 

Miałam już kończyć, ale wrzucam Wam coś, co jeszcze znalazłam, przeglądając jedno z powyższych for: http://unitedfrag.pl/showthread.php?tid=94 (data opublikowania: 6 stycznia 2016 roku). 
Wiecie co to jest? To MOJA recenzja Gwiazd Naszych Wina, Johna Greena. Ta, którą wrzuciłam 8 października 2015 roku tutaj: http://humanistka-na-obcasach.blogspot.com/2015/10/31-recenzja-gwiazd-naszych-wina-john.html i była skopiowana stąd: http://wyznania-biblioholiczki.blogspot.com/2014/02/1-gwiazd-naszych-wina-john-green.html, gdzie opublikowałam ją 4 lutego 2014 roku.
Chyba przejrzę te fora jeszcze kilka razy, może znajdę jakiś kolejny post. Oby nie, ale kto to wie. Oprócz moich tekstów i tożsamości Deneve oraz Leleth, Eris ukradła również opis "siebie" od Deneve. Zmieniła jedynie Toruń na Birmingham (Świecie zostało) oraz dodała od siebie dwie linijki o imieniu i swoich pseudonimach. Pytanie brzmi: czy one na pewno są jej?
Szanujmy własność intelektualną. Jeśli widzicie kradzież - zgłaszajcie ją, ale nigdy nie przechodźcie obok niej obojętnie. Nikt nie lubi być okradany. 

Czytaj dalej:
16 komentarzy
Udostępnij:

17.01.2016

#40 reklama? nie, dziękuję.

Dzień dobry!

Dzisiaj wpadam z nieplanowanym postem, ale może ktoś z Was zwróci na niego uwagę. Pierwszy pomysł, by o tym napisać powstał w zeszły weekend, gdy chciałam odnowić listę czytelniczą - chyba nikogo nie zdziwi, jeśli powiem, że nie wyszło. Drugi raz zdarzył się w poniedziałek, gdy czytałam "dyskusję" na jednej z grup. Potem przez chwilę rozmawiałam z Natalią z Wypstrykanda i to utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę o tym napisać. 

REKLAMA? NIE, DZIĘKUJĘ. 

Reklamy, jakie by nie były, zalewają nas w stopniu masowym. Wszędzie. Bez względu na to co robimy i gdzie jesteśmy - Nie damy rady opędzić się od reklam. Są wszędzie: w telewizji, radio, gazetach, w całym internecie, ale nawet wtedy, gdy gdzieś jedziemy czy spacerujemy. Ulotki i billboardy, gazetki i bannery. Są nieznośne, często nas denerwują. Reklamy jednak są potrzebne. Nie dla nas, w których uderzają te reklamy, ale dla tych, którzy je tworzą. To najszybszy i najpopularniejszy sposób, by dotrzeć do ludzi, by nasza marka stała się słynna. Sami to robimy, więc dlaczego tak bardzo nas denerwują? 

Bo są bezmyślne.

No, przynajmniej w większości. Każdy z nas jednak to robi. W sposób mniejszy lub większy, publikując coś innego, ale to robi. W XXI wieku reklamujemy swoje blogi, strony, kanały na youtubie, konta na instagramie, twitterze, tumblery, photoblogi, snapchaty czy jeszcze inne internetowe cuda. Ja też to robię, chociaż mam nadzieję, że nie tak nachalnie, jak robią to niektórzy. Wiadomo - każdy chce, by jego miejsce w sieci było jak najczęściej odwiedzane, komentowane, subskrybowane. Nikomu się nie dziwię - w końcu ja również chcę, by moją twórczość (jaka by ona nie była) poznało jak najszersze grono odbiorców. Wszyscy chcemy, ale tylko niektórym z nas nie jest obojętne, jacy są nasi odbiorcy.

Jestem na bardzo wielu grupach dotyczących blogowania. Zwykle skupiają się one na różnego rodzaju reklamach. Czasem, chociaż bardzo rzadko, pojawiają się tam dyskusje. Bywa, że biorę w nich udział, zdarza się, że i ja opublikuję coś, co nie jest skupione na reklamowaniu bloga. Tak było i tym razem, a dzięki temu jednemu postowi - dzisiaj możecie czytać TEN tekst.

Niedawno zauważyłam, że moja lista czytelnicza jest długa, ale przede wszystkim mogę wymienić zaledwie pięć, może dziesięć blogów, które znajdują się na niej, a ja chętnie je odwiedzam, czytam i czasem komentuję. Postanowiłam, że ją odświeżę - może ktoś podrzuci mi coś, co mnie zainteresuje, będę mogła dodać do obserwowanych, a te, których już nie przeglądam, usunąć ze swojej listy. Naiwnie weszłam na facebooku na największą polską grupę dla blogerów, wstukałam krótki tekst, opublikowałam... i za chwilę miałam trzy komentarze. Super, nie? No właśnie nie bardzo. Na kilka linijek tekstu:

Postanowiłam odświeżyć moją listę czytelniczą, więc proszę Was o linki do blogów. Warunek: więcej tekstu niż zdjęć, najlepiej jakieś przemyślenia, może być DIY albo CIY, ewentualnie blogi w stylu #plussize, mogą być ciekawe opowiadania.
Na znak, że link nie został bezmyślnie wklejony - do linku w komentarzu dopisz swoją datę urodzenia, pełną. 

pierwsze komentarze były tylko pustymi linkami, w które nawet nie kliknęłam. Ten dopisek o dacie urodzenia nie został wrzucony tak sobie. Nie, chciałam wiedzieć, że ktokolwiek przeczytał mój post, a nie chce reklamować swojego bloga na siłę. Pomysł z datą też nie był przypadkowy - mogłam przecież poprosić o wszystko: o ulubiony kolor, tytuł piosenki, ostatnio przeczytanej książki, filmu, który wzruszył. Poprosiłam o datę urodzenia. W sumie jak tak teraz o tym myślę, to może mogłam poprosić jedynie o rok urodzenia, ale cóż, było minęło. Data jednak nie była moim głupim pomysłem - jeśli dostaję link z rokiem urodzenia autora danego bloga, mogę sobie obliczyć ile ma lat, a wiadomo, że czegoś innego będę wymagała od dwunastolatki, a czegoś innego od osiemnastolatki. To, przynajmniej dla mnie, logiczne.

Na dwadzieścia dwa komentarze, które dostałam, aż dziesięć było bez daty urodzenia. Prawie połowa. Tylko pod jednym z nich wywiązała się krótka dyskusja z jego autorką - cóż, okazało się, że i owszem, tekst został przeczytany, ale moja data urodzenia nie jest Ci do niczego potrzebna. Może coś w tym jest, ale zupełnie inaczej spojrzałabym na adres bloga i jakąkolwiek informację, że post przeczytany, ale daty nie będzie, niż na samotnie rzucony adres do postu, w dodatku najnowszego.

Dzień później przeglądałam inną grupę, w poszukiwaniu jakiegoś interesującego mnie bloga. Pod jedną z reklam zauważyłam, że komentuje Natalia, więc postanowiłam tam zajrzeć. Ktoś prosił o teksty dotyczące pisania, jego warunkiem były linki od razu do danego postu, nie do całości bloga. Cóż, nie dziwię się. To trochę tak, jakby ktoś poprosił o link do recenzji książki, a ja podesłałabym mu link do mojego bloga - niby spoko, ale ponad setka postów do przejrzenia może znudzić, zwłaszcza, jeśli szuka się tego jednego. Oczywiście pod tym postem również były linki wklejone "bo tak", więc Natalia każdy taki link odpowiednio skomentowała, a pod jednym z nich wywiązała się dyskusja.


Sama postanowiłam go skomentować, screenu nie zrobiłam, a kiedy chciałam to naprawić - komentarza dziewczyny już nie było. Z jednej strony szkoda, bo nie mogę go bezpośrednio dołączyć, a jedynie przytoczyć, z drugiej - może to właśnie ten krótki tekst ode mnie sprawił, że dziewczyna postanowiła go usunąć. Tak, wiem, że w tej chwili jestem naiwna, ale chyba chciałabym pozostać w tej błogiej niewiedzy i słodkiej naiwności. Chociaż raz. Nie mniej postaram się Wam przytoczyć mój komentarz i mam nadzieję, że dużo nie przekręcę.

"Mnie też denerwuje jak kogoś proszę i wrzuca sam link ale chciał to ma." Denerwuje, a jednak nic z tym nie robisz? Nie oczekuj, że ktoś przestanie robić coś, co Ci się nie podoba, jeśli sama robisz tak, jak nie lubisz. Chcesz, by przestali wrzucać sam link? To ty też tego nie rób. Żeby zmienić świat trzeba zacząć od siebie.

Jest wiele rzeczy, których nie lubię, ale udawanie głupiego jest w pierwszej piątce. Gadanie typu nie lubię, gdy ktoś kogoś obgaduje tylko po to, by pół godziny później obrabiać dupę wszystkim dookoła, ma taki sam sens, jak komentarze dziewczyny z powyższego screenu. Nie chodzi o to, by nigdy tego nie robić, ale robię to, bo on to robi jest okropnie dziecinnym zachowaniem. Jeśli ktoś podstawi Ci nogę, ty zrobisz mu to samo następnego dnia? Nie sądzę, raczej przymkniesz na to oko (ewentualnie opieprzysz go z góry na dół), bo zrobienie tego samego nie będzie miało najmniejszego sensu.

Reklamy są zawsze i wszędzie. Dotyczą wszystkiego. Musielibyśmy nie ruszać się z domu, nie słuchać radia, nie oglądać telewizji i nie zaglądać do internetu, by ich uniknąć. Jeśli coś nie ma reklamy to są dwa wyjścia - albo już ma wyrobioną markę (która została wcześniej jakoś wypromowana) albo wie o tym niewielka garstka osób. Wniosek jest jeden: bez reklamy ani rusz.

Większość blogerów ma to do siebie, że publikuje, by ludzie wchodzili, komentowali i obserwowali, ale niewiele daje od siebie, a jeśli już, to jest to wymiana obserwacji za obserwację czy komentarzy za komentarze, chociaż wszystko to dzieje się z naciskiem na to pierwsze - gdzie nie zerknąć tam pojawia się obs za obs albo obs/obs. Jaki to ma sens? Cóż, im więcej obserwacji i wyświetleń - tym więcej możliwości na jakieś głupie współprace.

Dzisiaj postanowiłam spróbować szczęścia. Znowu. W ciągu godziny dostałam trzynaście komentarzy. Z tego znowu siedem adresów zostało wrzuconych na zasadzie kopiuj-wklej. W dwóch, po moim upomnieniu, pojawiły się daty. Jeden miał nawet wyżej wspomniane obs/obs. Mogę tylko załamać ręce i liczyć na to, że kiedyś ci ludzie w końcu czegoś się nauczą. Czytanie ze zrozumieniem naprawdę nie boli, a czytanie pięciu linijek tym bardziej nie powinno.

Za bezmyślne reklamy wszystkim od razu podziękuję - nie kłopoczcie się. Jeśli Wy nie czytacie tego, co chcę Wam przekazać - nie liczcie na to, że ja będę czytać Was. Blogowanie powinno być na zasadzie wzajemnego szacunku - ja chcę, żeby ktoś mnie czytał, więc powinnam go czytać. Jeśli nie chcę komentarzy super blog, wpadnij do mnie - nie daję ich. Jaka reklama taki komentujący. Szanujmy się, bo inaczej nic nie zdziałamy.

Przemyślcie swoje reklamy i bezmyślne publikowanie linków do bloga wszędzie, gdzie się da. Poświęćcie pół minuty, by przeczytać to, o co ktoś prosi. Te kilka sekund Was nie zbawi, a sprawicie, że niektórym z nas wróci wiara w ludzkość. To chyba jest warte tych kilku sekund, prawda?



Czytaj dalej:
6 komentarzy
Udostępnij:

03.01.2016

#39 nowy rok, nowa ja.

Dzień dobry!

Kac po Sylwestrze na pewno już minął, pamięć powoli wraca, wstyd nie pozwala wyjść z domu, więc zostaje internet. Jako iż mój Sylwester był, jak zwykle, na spokojnie, to mogę w tym roku napisać kolejny post i nie muszę zastanawiać się co też robiłam za głupoty. Dzisiaj przybywam więc z trzecim postem z tej serii, kolejny taki już za rok! No, możliwe, że niecały rok.

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE 


Szumne teksty "nowy rok, nowa ja", postanowienia wielkie jak hotel w Dubaju, lista wyrzeczeń dłuższa niż ta, na której Święty Mikołaj sprawdza, kto był w tym roku grzeczny, szumne obietnice, jak na wiecach wyborczych i zmiany, które nigdy nie następują, jedynie co roku ktoś je bardziej modyfikuje. Nie patrzymy na nasze możliwości, raczej patrzymy na to, jak bardzo chcielibyśmy się zmienić. Co roku wierzymy, że postanowienia noworoczne cokolwiek nam dają. Znaczy nie mówię, że nie dają. Ale równie dobrze mogę siedemnastego kwietnia stwierdzić, że chcę się zmienić. Nie muszę czekać na nowy rok. Dlaczego więc co roku publikuję moje postanowienia noworoczne?

Bo chcę się sprawdzić. Z góry wiem, że nie ze wszystkim dam sobie radę, ale zawsze mam nadzieję, że jednak coś się uda, wyjdzie więcej plusów niż minusów, zacznę się bardziej skupiać sama na sobie i inne takie... pierdoły. Poza tym co roku świadomie bądź nie wymyślamy sobie nowe postanowienia. Nie zapisujemy ich, ale jakieś plany jednak nam zostają - wyjadę na super wakacje, będę mieć najlepszą imprezę urodzinową, znajdę faceta, urodzę dziecko, zdam sesję, przejdę do następnej klasy, etc, etc. Co roku coś sobie postanawiamy, jednak nie przyznajemy się do tego nikomu, bo zwyczajnie nie łączymy ze sobą tych faktów. W pewien sposób postanowienia są nieodłącznym elementem naszego życia. Tylko czasem po prostu potrzebujemy je zapisać. 

Tak, jak ja dzisiaj. Zapisuję je spokojnie, dla siebie i dla Was. Może ktoś znajdzie coś ciekawego dla siebie, wśród moich postanowień. A może to Wam uda się zainspirować mnie? Polecam zrobić taką listę każdemu z Was!

W 2016 roku:

1. Przeczytam 52 książki.
2. Opublikuję na blogu przynajmniej 52 posty.
3. Skończę pisać książkę. 
4. Na upartego: dobiję do 3000 zdjęć na instagramie
5. Powiększę moją biblioteczkę. 
6. Skupię się bardziej na książkach. Książki moja miłość. 
7. Więcej spotkań i rozmów ze znajomymi. 
8. Kino, przynajmniej jeden seans w miesiącu. 
9. Trochę więcej podróży. 
10. Spontaniczność nie będzie taka zła.
11. Nie zrezygnuję z marzeń. 
12. Zrobię kilka "sesji" zdjęciowych. 
13. Zrobię kurs. Albo dwa. 
14. Trochę zdrowszego odżywiania - cytryna!
15. Znowu zacznę robić drożdże. 
16. Powrócę do pisania wyidealizowanych.
17. Opublikuję przynajmniej 12 postów z serii a very potter... fanfick?
18. Odwiedzę Gdańsk.
19. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. 
20. Morfologia mnie nie pokona. 
21. Nie będę szukać wymówek z byle powodu.
22. Zajmę się trochę bardziej fanpage'em. Albo dwoma.
23. Wrócę do pisania listów. 
24. Zrobię remont w moim pokoju. 
25. Zafarbuję włosy na różowo (albo ich część).

Nie wypisuję tutaj postanowień w stylu schudnę, zacznę ćwiczyć, chodzić na spacery czy inne postanowienia w tym stylu. Niby to najpopularniejsze, ale prawda jest taka, że to one najczęściej nam nie wychodzą. Dlaczego? Bo na siłę próbujemy zmieniać coś, co do tej pory nam nie wychodziło. Nie oszukujmy się - jeśli przez ostatnie pięć lat nie udało nam się zrzucić wagi - nowy rok tego nie zmieni. To samo z ćwiczeniami i resztą takich postanowień. Owszem, można się ich trzymać. W końcu sama co roku robię listę postanowień, czasem dłuższą niż papier toaletowy. Zwykle staram się publikować jak najmniejszą część, by nie przerazić innych. Siebie również. Jak tylko pomyślę, że później muszę je podsumować... Bez szans. 

Jeśli chodzi o same postanowienia - mimo sporej ilości minusów, ja zawsze polecam je robić. Zapisywać, przyklejać na ścianę czy drzwi szafy, przyczepić magnesem do lodówki czy zapisać na pierwszej stronie kalendarza. Prawda jest jednak taka, że stworzenie ich w niczym nam nie pomoże - to tylko my i nasza psychika. Jeśli zapiszemy postanowienia, ale nie skupimy się na nich, albo wcale nie będziemy mieli na to ochoty, to nie mamy co liczyć, że nam się to uda.

Postanowienia to tylko słowa zapisane na kartce. Ich wykonanie to sprawka tylko naszego nastawienia. Jeśli nie ułożymy sobie w głowie - nie ułożymy w życiu. Dlatego też trzymajcie za mnie kciuki, bo może mi się uda w tym roku wykonać więcej postanowień.


Jeśli macie swoje - pochwalcie się.

Czytaj dalej:
7 komentarzy
Udostępnij:

01.01.2016

#38 Marta Fox.

Dzień dobry!

Nowy rok rozpoczynam tak, jak powinnam. Z pompą. Toteż dzisiejszy post należy do tych, które nie ważne jak są napisane, ważne jaką mają treść. Bo to właśnie taki post, w którym trochę odkrywam samą siebie, przed Wami. To moje osobiste wyznanie, z cichą nadzieją, że dotrze do osoby, o której jest on napisany. Gdy pierwszy raz postanowiłam napisać ten tekst, była połowa roku 2014, więc dawno, dawno temu. Początkowo publikacja miała nastąpić równy rok temu, jak widać - nie wyszło. Teraz jednak ładnie go poprawiam i publikuję, wciąż z taką samą nadzieją - że jakimś cudem dotrze tam, gdzie powinien. Miłego czytania (i Szczęśliwego Nowego Roku!).

Marta Fox


Pomysł na stworzenie właśnie tego postu powstał zupełnie przez przypadek, gdy przeglądałam stare zdjęcia z Targów Książki 2013 w Katowicach. To było pierwsze spotkanie z panią Martą, a ja, no cóż, brakło mi słów. Poprosiłam o autograf, zrobiłam kilka zdjęć, które później wysłałam na maila i to by było na tyle. Nie wiem czy brakło słów czy zwyczajnie odwagi. Rok później miałam nadzieję, że znowu będę miała okazję na rozmowę - niestety, wyszło inaczej. Dwa lata później (więc w 2015) zwyczajnie wcale nie poszłam na Targi Książki, bo gdybym szła to tylko dla kolejnego spotkania z panią Martą, a ona, niestety, była wtedy, kiedy ja miałam zajęcia na uczelni. Może 2016 rok będzie dla mnie dużo łaskawszy, przynajmniej jeśli chodzi o takie spotkanie.

Targi Książki w Katowicach, zdjęcie autorskie.
Wstyd się przyznać, ale do tej pory przeczytałam tylko trzy książki pani Marty. Tylko trzy, ale nie zmienia to faktu, że zawsze powtarzam każdemu, kto chce mnie słuchać, że uwielbiam jej twórczość. Może to dziwne, bo niektórzy uważają, że nie da się poznać pisarza, mając do czynienia zaledwie z trzema jego książkami. Ja jednak jestem zdania, że jeśli w pierwszej książce styl pisania nas nie zachwycił, to po dziesięciu książkach nic tego nie zmieni. Tu wystarczyła jedna książka, bym chciała mieć wszystkie w swojej kolekcji. Na chwilę obecną ze wszystkich książek, które napisała pani Marta, ja mam dopiero małą część, bo zaledwie jedenaście książek - Magda.doc, Paulina.doc, Paulina w orbicie kotów, Autoportret z Lisiczką, Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych, Zuzanna nie istnieje, Karolina XL, Niebo z widokiem na niebo, Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza, Do rana daleko, Czerwień raz jeszcze daje czerwień. To 1/4 całej kolekcji. Mało. Trzy z nich są prezentami bożonarodzeniowymi - Do rana daleko dostałam w zeszłym roku od Pauliny z Fussy Blood Art, jest to zresztą jedna z sześciu książek, które razem tworzą cykl minipowieści Pierwsza miłość. Kolejne dwie, czyli Czerwień raz jeszcze daje czerwień i Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza, dostałam od Izy na tegoroczne święta. Niedługo zabieram się za ich przeczytanie.

Pierwsze zetknięcie z książkami autorstwa pani Marty Fox miałam jeszcze w podstawówce, gdzie fragmentami czytałam Niebo z widokiem na niebo, jednak pierwszą książką przeczytaną od A do Z jest Magda.doc i to do niej najchętniej wracam. Może trochę z sentymentu, ale na pewno z wielkiej miłości. To książka, która zawsze będzie na mojej półce, wraz z pozostałymi dwiema, które się z nią łączą - Pauliną.doc i Pauliną w orbicie kotów. Głupio się przyznać, ale o ile pierwszą z nich przeczytałam, o tyle drugą kupiłam, odłożyłam na półkę i do tej pory nie sięgnęłam po nią. Sama nie wiem dlaczego. Na pewno nie była to kwestia braku czasu czy chęci, dlatego też zabiorę się za nią tuż po sesji. A może w jej trakcie? Nie do końca rozumiem z jakiego powodu nie przeczytałam tej książki. Przecież Magda.doc jest moją ulubioną młodzieżową książką, może dlatego, że jest napisana w prosty sposób, ale prawdziwy i życiowy. Paulina.doc również mnie wciągnęła, a skoro Paulina w orbicie kotów jest powiązana z pozostałymi dwiema, to przecież powinnam jak najszybciej po nią sięgnąć. A jednak! W międzyczasie przeczytałam sporo innych książek, o których już zdążyłam zapomnieć, a po tą jedną nie sięgnęłam. Obiecuję poprawę i w 2016 na pewno przeczytam wszystkie utwory pani Marty, a przynajmniej wszystkie te, które mam na swojej półce. Mam też plan zakupić przynajmniej kilka nowych pozycji, a wśród nich reszta książek z serii Pierwsza miłość i książki o Izie - Iza Buntowniczka i Iza Anoreczka. Marzy mi się również autograf, na pierwszej stronie każdej z czterdziestu książek.

Targi Książki Katowice 2013. Pierwsze spotkanie z panią Martą Fox.

Przez bardzo długi czas myślałam, że moje uwielbienie do pisania i chęć wydania własnej książki to wpływ Harry'ego Pottera i J.K. Rowling. Najprawdopodobniej stwierdziłam tak dlatego, że pierwsza historia, którą opublikowałam w internecie, była fanfiction opartym na całej serii opowieści o młodym czarodzieju. Tak długo żyłam w przekonaniu, że to świat Rowling natchnął mnie do pisania, że całkowicie "zafiksowałam" się na tym punkcie, że nawet poszłam na studia, na ten sam kierunek co wyżej wymieniona autorka - na filologię klasyczną. Pomyślałam wtedy, że może tam znajdę coś, co natchnie mnie do napisania książki. Niestety, okazało się, że to nie do końca to, kierunek zaczął się sypać, a ja postanowiłam go zmienić. Chęć do pisania była jednak dalej, w dodatku coraz bardziej się nasilała, aż w końcu, gdy sięgnęłam po kolejną książkę pani Marty, zrozumiałam wszystko. To właśnie Magda.doc sprawiła, że chciałam pisać. To właśnie ta krótka, młodzieżowa powieść była moim natchnieniem do pisania. To dzięki niej przyszedł mi do głowy pomysł, by wydać swoją książkę. A przecież byłam wtedy dopiero w podstawówce! Ten pomysł jednak towarzyszy mi aż do dnia dzisiejszego, od ponad dwunastu lat. To książki pani Marty Fox sprawiły, że chciałam coś zmienić, stworzyć, wydać. Nigdy nie chodziło mi o światowy bestseller, na podstawie którego można by było nakręcić filmy, a właśnie o zwykłą młodzieżówkę.

Dlaczego? Bo młodzieżówki są spychane w tył przez fantastykę, a jeśli nie, to i tak coraz mniej czytelników skupia się na tekstach polskich autorów. Szkoda, bo dla mnie właśnie te utwory mają pewną wartość sentymentalną i chętnie do nich wracam, zwłaszcza gdy jest mi smutno. Uwielbiam historię Magdy, mimo iż nie należy ona do pozytywnych, a przynajmniej nie od początku do końca. Ale kończy się cudownym, nawet szczęśliwym zakończeniem. To jest najpiękniejsze. Dlaczego? Bo pozwala czytelnikowi myśleć, że i ja będę miała swoje szczęśliwe zakończenie. Myślę, że każdy kto przeczyta tę (i każdą inną) książkę, znajdzie coś dla siebie. Wystarczy tylko czytać ją pod siebie.

Gdy sięgałam po książki pani Marty Fox byłam dzieckiem, w końcu miałam koło dziesięciu, może jedenastu lat. Mimo to trafiła we mnie Magda.doc, która przez bardzo długi czas była moją ulubioną książką. Z czasem to się zmieniało, ale jednak zawsze będę miała do niej spory sentyment. Z czasem do wszystkiego nabieramy sentymentu i podchodzimy zupełnie inaczej niż kilka lat wcześniej. Kwestia czasu. Mam jednak nadzieję, że literatura obyczajowa i młodzieżowa (i polska!) wróci do łask tak, jak teraz na pierwszym miejscu jest literatura fantastyczna. Ja jednak dzielnie i wiernie trwam przy tym, co mnie ukształtowało, a więc przy literaturze młodzieżowej, obyczajowej, typowo życiowe i tych utworach, które wyszły spod pióra pani Marty Fox. Może to właśnie one w jakiś sposób mnie ukształtowały, moje spojrzenie na życie i plany na przyszłość.

A wszystko to dzięki pani Marcie Fox.

Targi Książki Katowice 2013. Pierwsze spotkanie z panią Martą Fox.

Tak długo czekałam na opublikowanie tego postu, ale nie bez powodu już dawno wybrałam datę, kiedy miał on ujrzeć światło dziennie - 1 stycznia. Dlaczego? Bo właśnie dzisiaj pani Marta ma urodziny, a ja z tej okazji chciałabym móc złożyć jej najserdeczniejsze życzenia.

Zdrowia, szczęścia i pomyślności, ale przede wszystkim radości z rodziny i spełnienia w pisarstwie. Kolejnych książek, które wzbudzają różne emocje i pomysłów, które nigdy się nie skończą. Życzliwych ludzi, którzy zawsze będą obok. Uśmiechu na twarzy, bo przecież życie potrafi być piękne. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, pani Marto!





można mnie także znaleźć tutaj:

Czytaj dalej:
4 komentarze
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.