31.12.2016

#76 366 dni w słowach i liczbach. Podsumowanie minionego roku


Z końcem dwutysięcznego piętnastego roku miałam, jak zawsze, mnóstwo planów, założeń i postanowień. Jak co roku marzyło mi się, że wcielę w życie głupie słowa nowy rok, nowa ja, chociaż od samego początku wiedziałam, że jak zawsze coś spieprzę. Znaczy no, liczyłam, że wezmę się w garść i jednak uda mi się wypełnić przynajmniej 3/4 postanowień, no ale różnie to bywa, a nie da się ukryć, że rok dwutysięczny szesnasty to mnie w żaden sposób nie oszczędzał. Wiem, nie mnie jedną, no ale u mnie wyszło to tak, jak wyszło - a to znaczy, że z postanowieniami zadziała się jedna wielka kicha. No cóż, mea culpa, za rok postaram się lepiej. 

Oprócz tego, że rozliczam się sama ze sobą, to - przede wszystkim - chcę się rozliczyć z Wami. A może chodzi bardziej o to, żeby ktoś mnie zbeształ, że jestem leniwą bułą, bo nie wykonałam tego, na czym mi zależało? Niedługo znowu będę obiecywać zmiany i pewnie znowu nic z tego nie wyjdzie. Chociaż... Kto wie, kto wie... 


W 2016 roku miałam plany, jakbym chciała podbić cały świat:


1. Przeczytam 52 książki. 

Pierwsza klapa, ale za to jaka wielka! Jakby mnie ktoś zrzucił ze schodów w Pałacu Kultury - z góry na dół spadłam, że aż mnie zabolało. Dlaczego? Bo w tym roku przeczytałam tak mało książek, że aż mi wstyd przed samą sobą. W oczy sobie spojrzeć nie mogę, bo czytelnik ze mnie w tym roku był żaden, za to książkowy zakupoholik mógłby dostać szóstkę z plusem, gdyby taka ocena gdzieś się pojawiła. Za to postanowienie powinnam dostać po dupie. I to porządnie! Nie wyszło

2. Opublikuję na blogu przynajmniej 52 posty.

Właśnie opublikowałam 39 post, więc i tutaj poniosłam pewną klęskę, którą wyraźnie było widać od sierpnia, aż do teraz. Przeżywałam kryzys blogera, a pojawił się on... zaraz po See Bloggers. Potrzebowałam odpoczynku, czasu, by sobie wszystko przemyśleć i zadecydować czy chcę pisać dalej, zmienić bloga, całkowicie to rzucić. Przemyślałam i wróciłam, a do wykonania tego postanowienia zabrakło mi jedynie trzynastu postów. Uważam, że zadanie wykonane pół na pół

3. Skończę pisać książkę.

Ha. Haha. Hahahahahaha. Przede wszystkim to żeby coś skończyć to najpierw trzeba to zacząć, a w tym roku kompletnie odpuściłam sobie pisanie, chociaż muszę przyznać, że dawno nie stworzyłam tak wielu planów wydarzeń, map myśli i innych tworów potrzebnych do pisania całości. W dwutysięcznym siedemnastym spróbuję ją chociaż zacząć, więc w tym roku - mimo tego, że sporo stworzyłam wokół całości - muszę przyznać, że to postanowienie również nie wyszło.

4. Na upartego: dobiję do 3000 zdjęć na instagramie.

Starałam się jak mogłam, ale opublikowanie ponad 1300 zdjęć byłoby beznadziejnym pomysłem. Na chwilę obecną dodałam 601 zdjęć (w tym roku) i nie ma szans, bym dobiła chociaż do połowy z tego, co planowałam. Właściwie mogłabym powiedzieć, że mi nie wyszło, ale jednak dla mnie to takie bardziej pół na pół, a nawet i udało się. Dlaczego? Bo zrozumiałam, że czas iść na jakość, a nie ilość. Trochę mi to zajęło, ale lepiej późno niż wcale.

5. Powiększę moją biblioteczkę. 

Mamy zwycięzcę! W tym roku do mojej biblioteczki dołączyło ponad sto książek, w przyszłym roku powinnam to ograniczyć, ale jednego jestem pewna - w tym roku to postanowienie wyszło na 100%, a nawet i na 150%. I chyba odrobinę przesadziłam, ale wciąż jest tak wiele książek, tak mało miejsca...

6. Skupię się bardziej na książkach. Książki moja miłość. 

Kompletnie nie mam pojęcia o co mi chodziło w tym postanowieniu, więc nawet nie wiem czy wyszło, nie wyszło czy co z nim... Jeśli chodzi o kupno - poszło idealnie. Jeśli o czytanie - poszło beznadziejnie. Jeśli o pisanie własnej... hahaha. Pomińmy.  

7. Więcej spotkań i rozmów ze znajomymi. 

Kolejne postanowienie, którego nie umiem do końca rozplanować. Nie wiem czym było to więcej, nie wiem też w jakich kategoriach powinnam to liczyć. Na pewno mogłam się nieco bardziej postarać, spotkania z kilkoma osobami niestety nie wypaliły, z innymi widziałam się dużo więcej niż do tej pory. Ten rok był szalony, ale myślę, że śmiało mogę stwierdzić, że to postanowienie się udało.

8. Kino, przynajmniej jeden seans w miesiącu. 

Kompletna klapa. Serio. W roku dwutysięcznym szesnastym w kinie pojawiłam się raz, na Nocy Jokerów i to by było na tyle. Niby trzy filmy, ale traktuję to jako jedność, w końcu nie wychodziłam z kina. Ech, ech. W kolejnym roku wrócę z tym postanowieniem i tym razem wezmę się w garść. No ale na chwilę obecną postanowienie nie wyszło.

9. Trochę więcej podróży. 

Byłam w sierpniu w Krakowie, w lipcu odwiedziłam Trójmiasto, a w maju na moment przekroczyłam granicę województwa Świętokrzyskiego. Planowałam odwiedzić jeszcze trzy inne miasta, ale niestety nie w tym roku, bo nie był on łaskawy. Mimo wszystko uważam, że tych podróży było trochę więcej niż rok wcześniej (gdzie najdalszą podróż miałam chyba do Tarnowskich Gór), więc po krótkim zastanowieniu - kolejne postanowienie dało radę.

10. Spontaniczność nie będzie taka zła.

Właściwie to wiem o co mi chodziło, ale nie wiem czy cokolwiek mi z tego wyszło. Czy ja byłam spontaniczna? Hm... Spontanicznie wysłałam zgłoszenie na See Bloggers, ale sam wyjazd był już zaplanowany. Spontanicznie wysłałam kilka wiadomości, z czego jedna zadziałała... Hm, hm. Powiedziałabym, że wyszło pół na pół, bo wciąż coś mnie blokuje.

11. Nie zrezygnuję z marzeń. 

Tylko o które marzenia chodziło? ._. Z żadnych nie zrezygnowałam, chyba, że o jakimś zapomniałam, więc śmiało mogę powiedzieć, że tym razem coś wyszło.

12. Zrobię kilka "sesji" zdjęciowych.

Zrobiłam jedną! Oczywiście sesją zdjęciową nazwać tego nie można, ale "sesja" to dobrze powiedziana. Jeśli planowałam kilka, wyszła jedna... Czy mogę uznać to za pół na pół? W końcu się starałam i poczyniłam krok do przodu.

13. Zrobię kurs. Albo dwa.

Zrobiłam jeden, na początku roku - i całe szczęście, że zdążyłam, bo później zachciało mi się wylądować w gipsie, no i brakło czasu na cokolwiek. Ale zrobiłam jeden, a więc mam za sobą już trzy kursy, śmigam do przodu niczym błyskawica! Udało się.

14. Trochę zdrowszego odżywiania - cytryna!

Klapa! Gdzieś na początku roku walczyłam z cytryną, ale później wyleciało mi to z głowy. Kilka razy starałam się do tego wrócić, ale teraz olałam to całkowicie... No cóż, może następnym razem się uda, bo tym razem kompletnie nie wyszło.

15. Znowu zacznę robić drożdże.

A czy drożdże mogą równać się nasionom chia? Jeśli tak to wyszło, jeśli nie - wiadomo, klapa.

16. Powrócę do pisania wyidealizowanych.

Opublikowałam sześć rozdziałów na wattpadzie, siódmy napisałam w połowie, a później brakło mi czasu, by normalnie funkcjonować. Od przyszłego roku wezmę się w garść, ale na chwilę obecną uważam, że to postanowienie, mimo wszystko nie wyszło.

17. Opublikuję przynajmniej 12 postów z serii a very potter... fanfick?

Opublikowałam aż jeden, więc to chyba oznacza, że się nie udało, prawda?

18. Odwiedzę Gdańsk.

Tak, tak, tak! Chociaż pisałam to postanowienie z myślą pojadę, choćby się waliło i paliło, to późniejsze wydarzenia sprawiły, że do Gdańska dotarłam z Natalią i spędziłyśmy tam naprawdę fajny tydzień, w międzyczasie odwiedzając również See Bloggers i Molo w Sopocie, a ja miałam okazję ponownie spotkać moją ukochaną Angelikę, po raz pierwszy porozmawiać na żywo z Karoliną i... zrobić sobie selfie z prezydentem Biedroniem ;). To postanowienie wyszło na 100%.

19. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia.

Może nie zrobiłam w tym roku tak wielu zdjęć, jakbym chciała, ale przez dosyć duży okres nie miałam możliwości, by fotografować, a później aparat wymagał czyszczenia matrycy, no więc z przyczyn niezależnych ode mnie - musiałam zredukować plany fotograficzne. Mimo wszystko zrobiłam ich na tyle dużo, że jestem zadowolona, a gdybym miała wybrać jedno ulubione, to chyba wolałabym popełnić harakiri. Tak więc... wyszło.

20. Morfologia mnie nie pokona.

Może gdybym się przyłożyła, może gdybym chodziła na wykłady, może gdybym nie skręciła kostki... Może, może i może. Wyszło jak wyszło, a że nie wyszło... No to nie wyszło.

21. Nie będę szukać wymówek z byle powodu.

Nie ma co się oszukiwać - w dalszym ciągu szukam wymówek, aż mi czasem wstyd przed samą sobą, głupio mi się robi, że coś obiecałam, znalazłam wymówkę, więc nie zrobiłam, a potem mam wyrzuty sumienia... Ech, no nie wyszło, czas nad tym popracować.

22. Zajmę się trochę bardziej fanpage'em. Albo dwoma.

Coś tam niby przy nim robiłam, ostatnio nawet popracowałam nad profilowym (tymczasowe logo), coś udostępniłam, coś napisałam, lajki pozbierałam... Ale wszystko to robiłam, jak mi się przypomniało, że najwyższa pora coś zrobić. Tak więc ponownie: pół na pół.

23. Wrócę do pisania listów.

Miałam wielkie plany, że w końcu znowu zacznę pisać listy, znajdę sobie korespondentów... Później skręciłam kostkę, zostałam uziemiona, więc nawet gdybym coś napisała - nie miał kto wysłać. Potem zapomniałam, aż w końcu dałam sobie z tym wszystkim spokój. No i nie wyszło.

24. Zrobię remont w moim pokoju.

Kupiłam farbę, ale jakąś słabą, bo sama nie chce się pomalować na ścianach... Nie wyszło.

25. Zafarbuję włosy na różowo (albo ich część). 

W tym roku część włosów miałam już zafarbowaną na niebiesko, granatowo, częściowo na zielono, czerwono, fioletowo i różowo, więc z całą pewnością mogę przyznać, że znowu coś mi wyszło.


Jak widać - klapa. Nie wyszło mi aż jedenaście postanowień, pięć postanowień udało się w połowie, osiem wyszło, a przy jednym się waham. Prawda jest jednak taka, że gdybym zamierzała trzymać się moich wytycznych tak dokładnie, jak wtedy, gdy postanowienia tworzyłam, to może ze trzy by mi się naprawdę udały, cała reszta byłaby fiaskiem. Czasem jednak warto być elastycznym, nawet dla samego siebie. Może w tym roku będzie lepiej, może też zabiorę się za postanowienia nieco inaczej. Właściwie rok się kończy i powinnam powiedzieć, że nowy rok, stara ja, ale to byłoby kłamstwem. Może i nie udało mi się wykonać wszystkich postanowień (a nawet połowy), ale sporo rzeczy się zmieniło, wyjaśniło, zamknęło. 


Humanistka w słowach i liczbach:


Rok dwutysięczny piętnasty kończyłam mając na blogu 45556 wyświetleń, 713 komentarzy, 184 obserwatorów na blogu i 69 na Google+, 111 opublikowanych postów oraz 29 wersji roboczych. To był dla mnie całkiem dobry wynik, chociaż i tak wiedziałam, że był to słabszy rok i mogłabym się bardziej postarać. Teraz chciałam się rozwinąć, w końcu rozłożyć skrzydła, skupić się na wielu rzeczach...

Wiadomo, znowu pluję sobie w brodę, bo coś mi nie wyszło tak, jakbym tego chciała. Wyświetleń mam zaledwie połowę więcej niż rok temu - 92194. Komentarzy nie liczę, bo przerzuciłam się na disqusa, którego nie do końca ogarniam - wiem, że gdy na niego przechodziłam to blogger naliczył mi ich ponad 800. Przybyło również 19 obserwatorów na blogu i 10 na Google+. Obecnie mam 153 opublikowane posty i 27 wersji roboczych. Muszę przyznać, że wyniki wcale nie są takie złe, jak wydawało mi się na początku.

Największy sukces osiągnęłam na fanpage'u, bo chociaż jest tam zaledwie 408 polubień, to przecież ten rok zaczynałam z liczbą 187, więc o 221 polubień więcej niż te 366 dni temu. Może nie jest to jakiś rekordowy wynik i szału tam nie ma, ale ta moja garstka obserwatorów dużo dla mnie znaczy, a każde kolejne polubienie sprawia, że chce mi się tam wchodzić, pisać i publikować. Moją blogową społeczność tworzycie WY, bo bez Was tak naprawdę nie byłoby tego wszystkiego. Dziękuję, że jesteście!

Ostatnią rzeczą w liczbach jest mój instagram, bez którego - w dalszym ciągu - nie wyobrażam sobie żadnego tygodnia, a właściwie to żadnego dnia. W 2015 roku udostępniłam 758 zdjęć, a rok kończyłam mając ich łącznie 1705. Mój profil obserwowało 371 osób, a według strony 2015bestnine zdobyłam aż 21 535 serduszek, w co sama nie wierzyłam. W tym roku zmieniło się tylko kilka rzeczy, ale podstawową jest to, co zepsułam - 2016bestnine stworzyłam na początku roku, a nie wtedy, kiedy powinnam - nie dzisiaj. Niestety czasu już nie cofnę, ale według moich własnych obliczeń do tej pory opublikowałam 602 zdjęcia, za to zdobyłam, mniej więcej, ponad 24 000 serduszek. Mniej zdjęć - więcej serc. Cudowne uczucie! Przybyło również obserwatorów - obecnie jest ich 566, więc prawie dwieście osób więcej. DZIĘ-KU-JĘ!

Ten rok to zaledwie pięć, może pięć i pół na dziesięć możliwych punktów ale wierzę, że w przyszłym roku będzie lepiej. Może i narzekałam, że było beznadziejnie, że dużo zepsułam, że ten rok w żaden sposób mnie nie oszczędzał (chociaż wiem, że ludzie mają gorzej), ale jednak nie mogę zapominać o tym, jak wiele dobrego mnie spotkało!

Odwiedziłam przecudowny Gdańsk, spotkałam Angelikę i Karolinę, dostałam się na See Bloggers, wygrałam The Wattys w kategorii Trailbrazers, miałam przyjemność spotkać prezydenta Roberta Biedronia oraz dwie cudowne polskie pisarki - Sylwię Chutnik i Martę Fox. Widziałam Grahama Mastertona i Katarzynę Bondę, kilka moich zdjęć zostało na instagramie zrepostowane przez takie profile, jak śląskie inspiruje (1, 2, 3) czy pocztówka z polski (1). Po raz kolejny zostałam ciocią, a dodatkowo matką chrzestną...

Wspominam tylko to, co dobre, bo to, co złe, to najlepiej jak najszybciej zapomnieć.

W Nowym Roku - wszystkiego co najlepsze.
Do siego roku!


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

29.12.2016

#75 Być kierowcą to nie tylko posiadać dokument


Tuż po świętach dostała, delikatnie mówiąc, po dupie. Tak po prostu. Przez jeden moment całe życie przeleciało mi przed oczami, a strach ścisnął gardło i zwyczajnie sparaliżował. To była chwila na przejściu dla pieszych. Cud, dzięki któremu uniknęłam wypadku i wciąż mogę nadawać do Was ze Śląska. 

Wyszłam na zakupy do sklepu, który znajduje się po drugiej stronie ulicy. Czekałam aż światła zmienią się korzystnie dla mnie - gdy będę mogła przejść na zielonym, jak przystało na przepisowego obywatela. Traf chciał, że akurat to skrzyżowanie ma jakąś wadę, a przynajmniej jego sygnalizacja świetlna jest coś "nie tego". Dlaczego? Bo jednocześnie zielone światło mają ci, którzy przechodzą przez pasy, a w tym samym czasie samochody mogą wyjechać z osiedla... wprost na pasy. Generalnie zanim ktoś dobrze się rozpędzi to już musi się zatrzymać, więc właściwie przejście powinno być bezpieczne. Powinno, ale nie jest. Parę lat temu - może z dziesięć, gdy światła inaczej działały - czerwony, sportowy samochód o mało mnie nie zmiótł z drogi. Na całe szczęście zdążyłam się zatrzymać, ale nieprzyjemne wspomnienie pozostało. Później - ze cztery lata temu - jakiś samochód zmiótł mężczyznę nie z ulicy, a z chodnika, gdy ten czekał na zielone światło. To była chwila, która kosztowała człowieka życie. 

I teraz ta jedna, chociaż szczęśliwie zakończona sytuacja, gdy wracałam ze sklepu, przechodziłam przez pasy, przez połowę już przeszłam i... znowu to samo! Znowu czerwony samochód przejechał tuż przede mną, właściwie poczułam, jak otarł się o mój łokieć. W pierwszej chwili nawet nie zrozumiałam co się stało, w drugiej wciąż do mnie nic nie docierało, nawet kiedy kierowca tłumaczył mojemu tacie, że nas nie widział, bo miał zaparowane szyby. Co za wymówka, pogratulować! Przepraszam, zabiłem człowieka, bo szyby mi zaparowały. Gdyby jednak zahaczył, gdyby coś mi się stało... Co wtedy by tłumaczył? Też powiedziałby, że nie chciał, ale szyby były zaparowane? Wymówka, jak u czterolatka. Dlaczego ruszył mimo zaparowanych szyb? Dlaczego nie poczekał, nie jechał wolniej, nie spróbował pozbyć się pary w inny sposób? Dlaczego ruszył, chociaż mogło się to naprawdę źle skończyć?

Kiedy pierwszy szok minął pojawił się strach, bo dopiero zaczęło do mnie docierać co się stało, a raczej co mogło się stać. Nie spałam prawie całą noc, bo przecież wszystkie trupy wychodzą z szafy nocami. Zaczęłam się zastanawiać, ale przede wszystkim ciągle nie umiałam przestać myśleć, a nocami to najgorsze, co można sobie zrobić. Tym razem jednak nocne przemyślenia doprowadziły mnie tutaj, do napisania całości. 

być kierowcą to nie tylko posiadać dokument


W sierpniu dwutysięcznego jedenastego roku zdałam prawo jazdy, w dodatku za pierwszym razem. To już ponad pięć lat posiadania dokumentu uprawniającego do kierowania pojazdami, bo - chcąc czy też nie chcąc - kierowcą nazwać się nie mogę, nawet gdybym bardzo chciała. Dlaczego? Bo nie jeżdżę. Za każdym razem wybieram komunikację miejską, bo jest dla mnie wygodniejsza - nie muszę martwić się o szukanie miejsca parkingowego, nie muszę zastanawiać się czy stanę w korku. Jestem kierowcą od święta i to dosłownie, więc na pewno nie wypuszczałabym się na ulicę w nocy, gdy pada deszcz. To jakbym planowała samobójstwo i morderstwo w jednym. 

Wiecie skąd bierze się najwięcej wypadków samochodowych? Stąd, że ludziom brakuje rozwagi i wyobraźni. Wchodzimy na przejście dla pieszych i już się nie rozglądamy, chociaż powinniśmy. Jedziemy samochodem i nie dostosowujemy prędkości do warunków pogodowych. Wyprzedzamy za wszelką cenę, by być te dziesięć minut szybciej w domu, a ostatecznie kończymy na zderzeniu czołowym albo w rowie, razem z innym samochodem, który przez naszą głupotę zepchnęliśmy na bok. Wpadamy w poślizg, mamy niesprawny samochód. Wierzymy w cuda, wierzymy, że przecież nic nam się nie stanie. Nam może i nie, ale na drodze nie jesteśmy sami - są inni nierozważni ludzie.

Kierowca powinien być uważny. Powinien zachować ostrożność, zwłaszcza wtedy, kiedy ludzie mogą władować się prosto pod koła, bo - nie oszukujmy się! - piesi często zachowują się niczym święte krowy i to oni są główną przyczyną wypadku. Przecież tu były pasy, nie muszę się rozglądać, bo to moje miejsce! No nie, to tak nie działa. Nawet jeśli są pasy - weź się rozglądaj, to nie boli. Nie wchodź na przejście, jeśli widzisz, że jakiś samochód jedzie, jest blisko i nie zamierza się zatrzymać - nawet jeśli to jego obowiązek, by cię przepuścił, a on nie zamierza tego zrobić - nie rób sobie na złość. Wejdziesz prosto pod koła i co ci to da? W najlepszym przypadku lekko się potłuczesz, w najgorszym stracisz życie albo doprowadzisz do stałego kalectwa. Wózek? Łóżko? A co z rodziną? Co z kierowcą, który przez twoją nieuwagę (a może złośliwość?) także został poszkodowany? 

Trauma to potwór, który siedzi w naszej psychice. Może spotkać każdego, a jeśli już się pojawi to warto z nim walczyć. Warto jednak zadbać, by ten potwór nie przyszedł. Jak? Cóż, na pewno myśląc.

Pomyśl, nim wsiądziesz za kierownicę. 


Zastanów się czy nie jesteś zbyt zmęczony, czy na pewno czujesz się na siłach, czy jesteś całkowicie trzeźwy. 
Nie rozpraszaj się, gdy prowadzisz. 
Nie korzystaj z telefonu, ewentualnie zainwestuj w słuchawkę bluetooth lub zestaw głośnomówiący
Miej oczy dookoła głowy. 
Mierz siły na zamiary.  
Bądź rozważny.

Nie rób z siebie świętej krowy.


Nie korzystaj z telefonu, gdy przechodzisz przez jezdnię. 
Miej oczy dookoła głowy. 
Rozglądaj się nim przejdziesz. 
Nie rozpraszaj się. 
Uważaj na samochody.  
Myśl.


Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika patrycja kolibaj. (@sonsdanoite)

Czasem jedna chwila może zmienić czyjeś życie. Jeden zły ruch może sprawić, że czyjaś linia życia stanie się linią prostą. Mamy tylko jedno życie, nie pozwólmy, by zostało przedwcześnie zakończone. Kierowco! Pamiętaj, że bez względu na wszystko to pieszy jest bezbronny - w zderzeniu z samochodem nie ma żadnych szans, to wiele setek kilogramów, które zmiażdżą wszystko, co stanie na ich drodze.

Bądź rozważny, jeździj bezpiecznie, uważaj na siebie i innych.

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

24.12.2016

#74 Święta albo czas oddalenia*


Święta.

Wigilia, Boże Narodzenie, czas wolny. Za moment Sylwester i Nowy Rok, ale zanim to nastąpi większość ludzi będzie mogła nacieszyć się dużą ilością wolnego czasu. Żyć nie umierać, prawda? Tylko żeby jeszcze w sklepach było mniej ludzi, a więcej promocji... 

Zapominamy.

Tak bardzo skupiamy się na tych kilku wolnych dniach, na kupnie najbardziej wypasionych prezentów, na zrobieniu najpyszniejszych potraw i najpiękniejszych zdjęć, którymi później możemy pochwalić się na instagramie czy też snapchacie, że zapominamy o tym, co najważniejsze. Boże Narodzenie to nie są tylko dni wolne, ale przede wszystkim to bardzo ważne święto chrześcijańskie, o czym, mam wrażenie, pamięta coraz mniej osób. Zanika tradycja kulturowa, na rzecz komercji i materializmu. Tu już nie chodzi o to, że przeszło dwa tysiące lat temu Jezus przyszedł na świat w stajence, a pojawił się, by móc zbawiać ludzi. Nie. W dzisiejszych czasach chodzi jedynie o to, kto więcej pieniędzy wydał na święta. Bo przecież trzeba się pokazać.
Ignorujemy. 

Ostatnie dni spędziliśmy na przedświątecznej gonitwie - biegaliśmy za prezentami, szukaliśmy największych promocji w sklepach, robiliśmy wielkie zakupy, bo w końcu za moment będą aż dwa dni wolne od handlu. DWA DNI! To oczywiste, że trzeba było zrobić takie zakupy, jakby nadchodziła apokalipsa zombie i społeczeństwo miało zostać odcięte od świata co najmniej na miesiąc czasu, nie dwa dni. Za to we wtorek zacznie się wyrzucanie dobrego, hermetycznie zapakowanego jedzenia bo to było na święta, teraz tego nie potrzebuję, ewentualnie takiego, które zostało zakupione specjalnie na Boże Narodzenie i teraz zdążyło się zepsuć czy też nigdy nie będzie wykorzystane, jednak zamiast komuś to dać czy przekazać - wolą wyrzucić. No jasne, po co komuś coś pomóc, kogoś wesprzeć jedzeniem. Ignorujemy prawdziwego ducha świąt, czas spokoju, odpoczynku, czas przemyśleń, ale przede wszystkim święta to czas spędzany wśród bliskich, krótki moment, by zwolnić i chociaż przez chwilę posiedzieć z najbliższymi, bo o tym zwykle zapominamy. Ważniejsze są: zakupy, porządki, jedzenie i prezenty. Nic poza tym. A gdzie bliscy, gdzie radość, gdzie wiara, która powinna być najważniejsza, a jako pierwsza została zepchnięta na dalszy plan? 
Because we love Christmas...

Często słyszę, jak moi znajomi powtarzają kocham święta ewentualnie już nie mogę doczekać się świąt i zawsze zastanawiam się, co się za tym kryje. Kochasz, bo prezenty? Bo dekoracje? Czy może jesteś wśród nielicznych, którzy nie zapomnieli o prawdziwym duchu świąt? Ebenezer Scrooge zapomniał czym były święta i swoje musiał przecierpieć. Grinch również nienawidził tego okresu, mniej więcej tak samo, jak ja. Tylko ja, w przeciwieństwie do nich, nikomu nie zamierzam psuć Bożego Narodzenia, a zwyczajnie chcę się przez nie prześlizgnąć bez kłótni i zgrzytów, jak to bywa przy wigilijnym stole. Chociaż ja, w przeciwieństwie do wyżej wymienionej dwójki, chciałabym móc kiedyś powiedzieć kocham święta. Kto wie, może...

Święta albo czas oddalenia.

Jerzy Pilch popełnił kiedyś książkę Zuza albo czas oddalenia, więc ja pożyczam część tytułu i popełniam swój własny, dotyczący świąt. Dla jednych to czas spokoju, dla innych wręcz przeciwnie. Boże Narodzenie powinno ludzi łączyć, ale, niestety, bardzo często nas od siebie oddala, gdy nie potrafimy ze sobą rozmawiać, bo każdy ma inne priorytety, każdy wolałby zrobić coś innego - jedni nie wyobrażają sobie świąt bez mieszkania wysprzątanego na błysk, inni aż tak się tym nie przejmują, pod warunkiem, że na wigilijnym stole pojawi się dwanaście potraw, niczym dwunastu apostołów zasiadających do Ostatniej Wieczerzy. Co jednak, jeśli w jednym domu są osoby o odmiennych priorytetach? Jeśli dla jednej z nich musi być perfekcyjny porządek, dla drugiej dwanaście potraw, a trzecia chciałaby w tym wszystkim jedynie świętego spokoju? Co jeśli nie ma osoby, która mogłaby ulec, spróbować nieco nagiąć swoje priorytety, a jedynie pragnie, by to właśnie jej było na wierzchu? Tak, właśnie wtedy pozostaje czas oddalenia, a cały sens świąt zwyczajnie mija się z celem


W tym roku zapewne zasiadacie do kolacji wigilijnej po całym dniu krzątaniny, a może nawet po ośmiu czy dwunastu godzinach pracy. Zasiadacie po zrobieniu dwunastu potraw, albo chociaż usmażeniu kilkunastu kawałków karpia czy ulepieniu setki pierogów. Po zrobieniu całego garnka barszczu i dużego dzbanka kompotu z suszonych owoców. Zasiadacie zmęczeniu po kolejnym umyciu podłogi albo wyczyszczeniu garnków po niedawno gotowanych potrawach na wigilijny stolik. Ledwo trzymacie się na nogach i marzycie tylko o tym, by kolacja się skończyła, nim jeszcze się zaczęła. W myślach przeklinacie na ducha świąt i brak atmosfery, bo po kolejnej kłótni o źle wyprasowaną sukienkę, macie dosyć świąt i całej nieprzyjemnej otoczki z nimi związanej. 

I tak co roku, jakby ktoś zapętlił film w odtwarzaczu, a Ty jedynie marzysz, że w przyszłym roku coś się zmieni, bo przecież miałeś postanowienia noworoczne, z których znowu nic nie wyjdzie... 


Chociaż raz usiądźcie do stołu w spokoju, rozmawiając ze sobą bez żalu i pretensji, a więc tak, jak naprawdę powinny wyglądać święta. Rodzinnie, w ciszy i spokoju, bez zbędnych narzekań. A jeśli to nie wyjdzie to o 20:05 na Polsacie leci Kevin sam w domu - nawet jeśli znacie go na pamięć to warto obejrzeć go ponownie - choćby dlatego, że od czasu do czasu trzeba sobie przypomnieć kwestie, które już od dawna znamy na pamięć. A jeśli nie - zawsze możecie puścić sobie Kocham Karpia czyli kolędę według Mai Koman. Ja uwielbiam, może Wy też ją polubicie.



WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

02.11.2016

#73 Wszystkich świętych czy dzień wolny?

Spóźniona, przepraszam. Zaczął się listopad, post miał być, wyjątkowo, wczoraj. Nie wyszło, przepraszam. Jest dzisiaj i jest pełen przemyśleń odnośnie dnia wczorajszego - Wszystkich Świętych. Byłam na cmentarzach, obserwowałam ludzi i ich zachowania. Tak powstał ten tekst. Zapraszam do czytania.


 WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH,

wciąż święto czy tylko dzień wolny?




Wszystkich Świętych, jedyny taki dzień w roku, gdy nagle wszyscy ludzie przypominają sobie o zmarłych - przyjaciołach, rodzinie, o samotnych pochowanych. Na cmentarzach jest wysyp ludzi, aż trudno przejść uliczkami, by na kogoś nie wpaść. Groby uginają się pod ciężarem zniczy, dąbków, wieńców. Paradoksalnie - w dzień Wszystkich Świętych cmentarz tętni życiem. Całe rodziny spotykają się nad grobami, zapalają znicze, kładą czwarty dąbek i trzeci wieniec, na siłę wciskają dziesiąty bukiet kwiatów do tego małego wazonu. Wszyscy chcą się pokazać, jednak zapominają, że ta płyta nie jest z gumy, tam nie zmieści się tysiąc rzeczy. 

Zapominamy. Zapominamy, że na cmentarz powinno się chodzić minimum raz w miesiącu, a nie tylko raz do roku. Nie pamiętamy o tym, że to ważne święto, ale święto, które w głównej mierze powinniśmy przeżywać w sobie, a nie na pokaz. Powinniśmy iść na cmentarz nie po to, by wszyscy dookoła zobaczyli, że Kryśka w końcu przyszła do męża, zobacz jak się bździągwa ubrała!, ale po to, by odwiedzić bliskich, którzy odeszli z tego świata - by odwiedzić ojca, za którym tęsknimy, by porozmawiać z dziadkami, których nigdy nie poznaliśmy, albo po to, by opowiedzieć ukochanemu, przedwcześnie zmarłemu dziecku, jak piękny jest świat, ale jak bardzo za nim tęsknimy. Zapominamy, jak naprawdę powinien wyglądać ten dzień i jak my powinniśmy się zachowywać. Nie powinniśmy patrzeć na innych, a na siebie. Inni nie powinni nas obchodzić, ani teraz, ani nigdy. 

Lata temu, gdy pierwszego listopada zdarzały się minusowe temperatury (a czasem nawet śnieg!) na cmentarzach była istna rewia mody. Kobiety ubierały futra, wysokie kozaki, ubrania typowo odświętne, ale takie, by każdy się za nimi obejrzał, a później mógł obgadać przez najbliższy miesiąc. Dzień wcześniej szalały u fryzjera, by mieć uczesanie niczym na arystokratyczne wesele. Makijaże, manicure, pedicure, roboty więcej niż przed własnym ślubem. Mężczyźni zakładali garnitury i najlepsze buty, drogie kurtki. Społeczeństwo stroiło się niczym szczur na otwarcie kanałów, ale... po co? Jaki to ma sens? Zmarły dziadek Janek, babcia Honorata czy ciocia Aniela na pewno nie skomentują Waszego wyglądu. Zakładając, że życie po życiu istnieje to wszyscy, do których przyszliście na groby, mogą jedynie skomentować waszą próżność i pustotę, nic więcej. Nie przychodzisz się pokazać, przychodzisz się pomodlić i odwiedzić zmarłych, nic więcej!

Błądząc po różnych grupach na Facebooku natknęłam się na komentarze typu: wczoraj byłem na grobach, dzisiaj mogę odpocząć albo wczoraj zrobiłem objazd po cmentarzach, dzisiaj mam wolne, idę na grzyby i tak sobie myślę, że gdzieś się w tym wszystkim zagubiliśmy. Zapomnieliśmy o tym, jak powinien wyglądać ten dzień i jaki jest jego cel, jakie ma, a przynajmniej powinien mieć, dla nas znaczenie. To nie ma być kolejny dzień wolny, a dzień dla przemyśleń. Nie musisz być wierzącym, by iść na groby - nie musisz się przecież modlić do Boga. Przecież to dzień, który powinno się spędzić na odwiedzinach tych, których już nie ma. Nie na modlitwie, na odwiedzinach. Zapominamy o tym, co ważne, a przede wszystkim zapominamy też o tym, jak trzeba się zachowywać na cmentarzu. Mam wrażenie, że niektórym kultura została w domu. 

Przykład z dnia wczorajszego - poszliśmy z rodzicami na cmentarz do dziadków. Gdy już z niego wychodziliśmy, lawirując między grupami ludzi, którzy stali na chodnikach i rozmawiali ze sobą, no bo przez cały rok spotkać się nie potrafią, a jak już pojawią się te magiczne słowa - to niesamowite, że się tutaj dzisiaj spotkaliśmy! - to zamiast wyjść razem z tego cmentarza, iść na jakąś kawę czy cokolwiek - bo mamy dzisiaj dużo czasu! - to stoją na tym wąskim chodniku, przeszkadzają innym i plotkują o wszystkim. Ale kiedy już udało się wyminąć jednych i nie wpaść na drugich, moją uwagę przykuła rozmowa babci z wnuczkiem, którzy czytali na głos nazwiska na grobach i... śmiali się. O ile, powiedzmy, mogłabym zrozumieć dziecko - chłopiec miał jakieś sześć, może siedem lat, o tyle babci nie potrafię zrozumieć ni cholery. Kobieta, na oko, po sześćdziesiątce, idzie po cmentarzu i śmieje się z nazwisk zmarłych - he he, Mortka, widziałeś? he he, Mortka, he he. No ludzie, litości!

Idąc na drugi cmentarz, do dziadka, miałam wrażenie, że idę na odpust, bo mijali mnie ludzie z watą cukrową na patykach, torebkami pełnymi słodkich makaroników, pierniczków i gumowych węży. Pod bramą cmentarza, oprócz stoisk z dąbkami i zniczami dla ludzi, którzy nie mieli czasu bądź chęci, by kilka dni wcześniej pojeździć po sklepach, by zrobić zakupy, stały jeszcze dwa stoiska - jeden z kolorową watą cukrową, przy którym była duża kolejka i drugi, z odpustowymi słodkościami, przy którym ciągle ktoś był. Nie przy wieńcach i zniczach, ale przy słodkościach. Pod cmentarzem. Nie rozumiem tego. A może nie chcę zrozumieć? 

Kiedyś Dzień Wszystkich Świętych miał jakich sens, jakiś cel, jakieś znaczenie. Teraz, takie odnoszę wrażenie, jest to po prostu kolejny dzień wolny od pracy i szkoły, a także dzień, w którym można się pokazać. Zapominamy o rzeczach ważnych, ale czas w końcu sobie o nich przypomnieć

Dla siebie. Bo kiedyś to nad Twoim grobem ludzie będą śmiać się z powodu innego nazwiska, albo będą obgadywać Kryśkę z naprzeciwka, albo tego Ryśka z piątego piętra. Będzie tak, jak Ty sam sobie stworzyłeś. Nie pozwól na to, zacznij zmianę już dziś. Zacznij zmianę od siebie. 


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

17.10.2016

#72 ŚKUPcie się na tym...

Nasze miasta i województwa mają to do siebie, że od czasu do czasu lubią wymyślić coś nowego, co ma nam pomóc, przyciągnąć ludzi, ułatwić życie. Tyle, że to ułatwić czasem zamienia się w utrudnić.

ŚKUP,

czyli Śląska Karta Utrudniająca Podróże



Aglomeracja Śląska wpadła na kolejny genialny pomysł. Po co nam papierowe bilety, lepiej będzie zrobić kolejną plastikową kartę. Wszyscy lubimy nosić tonę kart - dowód osobisty, prawo jazdy, karta do biblioteki, legitymacja studencka, karta do bankomatu, karta zdrowotna (no bo to kolejny śląski pomysł), pierdyliard innych kart, aż w końcu taka zamiast papierowego biletu. Jeszcze bardziej nie mogłam doczekać się chwili, w której przy każdym wejściu do autobusu i wyjściu z niego, zwłaszcza w godzinach szczytu, będę zmuszona przykładać kartę do czytnika. W ostatnich latach parę razy z trudem zdążyłam się przecisnąć przez tłum ludzi, by wysiąść, a co dopiero teraz, kiedy muszę klikać jakąś głupią kartą w jeszcze głupszy czytnik...

ŚKUP to Śląska Karta Usług Publicznych, chociaż ja (i pewnie wiele innych osób) chętnie zmienilibyśmy rozwinięcie tej nazwy na Śląska Karta Utrudniająca Podróże bądź Śląska Karta Utrudnień (w) Podróży. Już nie chodzi o to, że musisz ją odklikać za każdym razem, gdy wchodzisz i wychodzisz z pojazdu, który posiada czytnik tych nieszczęsnych kart. Nie. To chodzi o sam pomysł, jakbyśmy mieli za mało kart - dowód osobisty, prawo jazdy, karta do bankomatu, karta zdrowia, karta do biblioteki, karta miejska, karta taka, taka i taka. Ostatnio liczyłam, że w moim portfelu jest siedemnaście kart, z czego na co dzień używam może dwóch, teraz już trzech. A portfel rośnie i ledwo zipie...

Co miesiąc (albo co trzy) trzeba kartę doładować. Jest imienna albo bezimienna. Są bilety tańsze i droższe, z promocją i bez promocji. Odbijając kartę za pierwszym razem musisz wybrać bilet, którego zamierzasz używać (o ile masz ich więcej na karcie), no i musisz pamiętać, żeby odbić bilet za każdym razem, gdy wchodzisz i wychodzisz z autobusu. Początkowo na samą myśl o tym robiło mi się słabo, no bo jak to tak? Przez ostatnie dziesięć lat korzystałam z biletów kwartalnych i miesięcznych. Kupowałam taki, wypisywałam, chowałam do torby i przypominałam sobie o nim przy ewentualnej kontroli. Teraz nie będzie tak łatwo, bo ciągle muszę mieć bilet przy sobie. Pytanie: po co?! 

Jeśli rozmawiam na temat tej karty ze znajomymi spoza aglomeracji śląskiej to zawsze jest to samo - przy wejściu to spoko, ale po co przy wyjściu?! - a ja zawsze przyznaję im rację, bo o ile potrafię zrozumieć, że przy wejściu mam "skasować" bilet (ale po co mam kasować miesięczny bez limitu przejazdów?!) o tyle przy wyjściu? Co ja mam tam zaznaczyć? "Odkasowanie"? Jak to w ogóle brzmi?

Używam karty ŚKUP od dwóch tygodni - od początku nowego roku akademickiego, ale muszę przyznać, że teraz każda podróż jest dla mnie STRESUJĄCA! Serio. Zawsze boję się, że zapomnę odkliknąć przy wejściu bądź wyjściu, albo że zgubię kartę gdzieś po drodze - wyciągając czy chowając ją do kieszeni, że wypadnie, że nie wezmę jej z domu, że coś tam.Czasem zastanawiam się czy warto otwierać książkę w autobusie, bo może coś znowu zgubię, o czymś zapomnę, zagapię się i wystartuję z autobusu, tym samym zapominając o kolejnym odbiciu karty przy wyjściu. Niby ŚKUP miał być naszym ułatwieniem, ale na chwilę obecną muszę przyznać, że nie znam osoby, która wyrażałaby się o niej w samych superlatywach. Raczej wszyscy psioczą, a ja wcale im się nie dziwię, bo... sama do nich należę! Serio. Denerwuje mnie ta karta i to, że mimo iż jest imienna i bez limitu to ja i tak muszę ją cały czas przykładać do czytników, które często nie działają! Można się wściec.

Samo załatwienie karty graniczyło z cudem. Nie wiem, jak to było w listopadzie, gdy karty wchodziły. Wiem jednak, jak wyglądało to z końcem maja i początkiem czerwca, gdy musiałam załatwić sobie kartę. Kolejki do punktów były trochę jak w czasach PRL-u - nie do ogarnięcia. Trzeba było stać po dwie, trzy godziny, czasem nawet dłużej. Schody jednak zaczynały się, gdy do tego okienka się dotarło. 

 Imię i nazwisko, cztery cyfry PIN-u, sześć cyfr do czegoś tam, proszę pamiętać cyfry, proszę je teraz wbić, proszę powtórzyć, proszę pamiętać... Doładowujemy teraz? Nie? To proszę przyjść później doładować. Można w punkcie, można przez internet, można w automacie. Pytania? Wszystko jest na stronie. Następny! 

I o ile ja sobie poradziłam, PIN szybko wymyśliłam, hasło również, wbiłam, powtórzyłam i po zabawie, o tyle czekałam całe wieki, aż w końcu będzie moja kolej, bo mimo iż przyszłam w połowie tygodnia i byłam piąta w kolejce, to czekanie trwało wieki. Dlaczego? Bo przede mną byli ludzie starsi - a to mieli problem z hasłem, a to z wbiciem pinu, a to z jego powtórzeniem, doładowaniem, z masą pytań. Kiedy tak siedziałam i czekałam na swoją kolej to pomyślałam sobie o tym, co by było, gdyby taką kartę musiała wyrobić sobie moja babcia.

Nie ma szans, żeby tak się stało. Nie. No po prostu nie!

Młodzi jakoś sobie radzą, w końcu są skomputeryzowani, ciągle używają telefonów, w sklepach płacą kartami, wbijają PIN-y, płacą zbliżeniowo, generalnie mniej lub bardziej poradzili sobie z nowością, którą wprowadziła śląska aglomeracja. Problem pojawia się, gdy właśnie w te nowości wepchnięci zostają starsi ludzie, którzy raczej nie korzystają z telefonów, gotówkę mają zawsze przy sobie, a o wypłacenie pieniędzy z banku proszą dzieci czy wnuków. I co w takim przypadku ma zrobić starsza osoba, która potrzebuje biletów, bo gdzieś codziennie jeździ? Nie ważne gdzie - do wnuków, na zakupy, do lekarza. Ważne, że również musi się przemieszczać, w dodatku za pomocą komunikacji miejskiej. Koszmar.

Zostawmy jednak osoby starsze i przejdźmy dalej - matki z dziećmi? Osoby niepełnosprawne? Nie wiem jak wy, ale ja sobie nie wyobrażam, by ponownie mieć nogę w gipsie, chodzić o kulach i jeszcze musieć przy wejściu spowolnić cały ruch w autobusie, bo muszę odbić kartę! Tak jest! A kierowca będzie mieć to wszystko w nosie i nie zaczeka aż sobie z tym poradzę i usiądę na jakimkolwiek wolnym miejscu, więc on ruszy, ja nie utrzymam równowagi, znowu upadnę i jeszcze bardziej się poturbuję? Hm, super pomysł, dzięki, na pewno nie skorzystam z propozycji! Matka z małym dzieckiem pewnie też nie - właduj wózek, zajmij miejsce, odbij kartę, zrób milion innych spraw. Super! Wszyscy jesteśmy mega wdzięczni, dziękujemy!

Chcieli dobrze, a wyszło... jak zwykle.

Nie powiem, bo pewnie zamysł był dobry, jedynie wykonanie, jak zwykle, zwyczajnie nie wypaliło. Miało być ułatwienie - zamiast pierdyliarda biletów i kart, miała pojawić się jedna jedyna. Może byłoby to dobre, ale nie w każdym przypadku ma to sens. Dlaczego posiadacz biletu bez limitu przejazdów musi odbijać kartę? Skoro nie mam limitów to znaczy, że co przystanek mogę zmieniać autobus, a nikomu nic do tego. No chyba, że odbijanie karty za każdym razem ma jeden jedyny cel, który nie jest niczym pozytywnym - wszyscy chcą nas sprawdzać.

Nie wiem dokąd zmierza świat, ale chętnie bym to zatrzymała. Autorzy karty, proszę Was, ŚKUPcie się na niej i w końcu doprowadźcie do tego, by ludzie zaczęli podchodzić do niej na luzie, a nie ze wściekłością wypisaną na twarzach. Tylko najpierw trzeba się skupić.

No właśnie, trzeba się skupić...


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

06.10.2016

#71 Nie rób w hostelu co Tobie niemiłe...

Jak pewnie wiecie z poprzednich postów (albo skądkolwiek, bo wszędzie o tym hałasowałam), w lipcu byłam w Gdańsku. Właściwie to byłyśmy, bo razem ze mną pojechała Natalia z wypstrykando. Jak przystało na biedne studentki - zaklepałyśmy miejsca w hostelu i cieszyłyśmy się, że nie dość, że to takie tanie to jeszcze w doskonałym miejscu - może nie było blisko plaży, ale właściwie w samym centrum miasta, wszędzie blisko, żyć nie umierać! 

Zajechałyśmy na miejsce, wtaszczyłyśmy walizki po schodach (prawie pięćdziesiąt stopni!), rozlokowałyśmy się w pokoju i rozkoszowałyśmy tym, że mamy nasz prywatny pokój, nie dla dwunastu osób, a zwyczajnie dla dwóch. Ogólnie hostel malutki - osiem pokoi, dwie łazienki, aneks kuchenny na korytarzu, a w nim mała lodówka, kuchenka elektryczna, kilka garnków i talerzy, kuchenka mikrofalowa. Na wakacyjny wyjazd to przecież idealne, nie potrzebujemy willi z basenem i kuchni większej niż moje mieszkanie. Myślałam, że będzie super, raczej spokojni goście, bo przez pierwsze kilka dni nikt nie imprezował, my też byłyśmy raczej cicho, jednak było kilka rzeczy, które naprawdę mogą zdenerwować człowieka. No i my miałyśmy już dosyć. NAPRAWDĘ dosyć. Czas więc, byście i Wy dowiedzieli się, czego naprawdę nie wolno robić w hostelu, wśród ludzi.

NIE RÓB W HOSTELU CO TOBIE NIE MIŁE

kilka zasad, by wakacyjne życie wśród ludzi było znośne



po pierwsze: Hostel to NIE JEST Twój dom,

a co za tym idzie - nie zachowuj się tak, jakbyś był Panem na włościach. Jesteś, prawdę mówiąc, gościem. GOŚCIEM. Wiesz co to znaczy? To znaczy, że nie ma tutaj równych i równiejszych, wszyscy jesteśmy jednakowi i mamy identyczne prawa - do łazienki, do aneksu kuchennego i do ciszy nocnej. Nie ważne co robisz w swoim domu - chodzisz w samej bieliźnie (albo i bez!), spędzasz godziny w łazience, wyżerasz wszystko z lodówki, puszczasz głośną muzykę przez całą noc... Teraz nie jesteś w swoim domu! Nie rób tak, to nieładne.

po drugie: Mów dzień dobry, to nie boli.

Kultura nakazuje nam, byśmy mówili/odpowiadali na powitanie innych ludzi - obojętnie czy jest to dzień dobry czy dobry wieczór i nieważne czy dana osoba ma szesnaście czy sześćdziesiąt lat. Nie musimy się uśmiechać do drugiej osoby, ale wystarczy się przywitać, żeby przypadkiem druga osoba nie musiała na wstępie zauważać, jak wielkim gburem i prostakiem jesteś. Mieszkasz w hostelu, jak inni. Nie czuj się lepszy od innych mieszkańców, bo nie jesteś.

po trzecie: Pukaj do drzwi!

Ja wiem, że we własnym domu raczej się nie puka, ale kultura nakazuje, by jednak tak robić. Prawie codziennie, gdy brałam prysznic, do drzwi łazienki dobijali się ludzie, po cztery czy pięć razy. Chociaż stwierdzenie dobijali jest nieco nie na miejscu. Tutaj nikt nie pukał, tutaj próbowali wyważyć drzwi, od razu łapiąc za klamkę i napierając na nie z całej siły, szarpiąc się, jakby od tego zależało ich życie. Jeśli drzwi nie chcą się otworzyć to znaczy, że ktoś tam jest, a nie, że się zacięły. Nie walcz z nimi, ktoś za moment wyjdzie. A jeśli już ktoś wyjdzie to nie morduj go wzrokiem - on ma takie samo prawo do korzystania z łazienki, jak ty.

po czwarte: Ubierz się!

Powiem szczerze, że nigdy nie sądziłam, że do tego dojdzie, by trzeba było ludziom tłumaczyć, że w miejscach publicznych nie chodzimy w negliżu. A jednak! W lipcu, gdy byłyśmy w hostelu, było tam pewne starsze małżeństwo. Kobieta notorycznie chodziła bez bluzki, w samym staniku. I nie było to związane z przechodzeniem z pokoju do łazienki. Nie! Ona potrafiła ludziom otworzyć drzwi w takich częściowym negliżu,zawsze z tym samym uśmiechem. Och, proszę... Wiek tutaj nie ma nic do znaczenia - bo może i miała sześćdziesiątkę na karku, ale gdyby miała szesnaście to dla mnie niczego by to nie zmieniało. To wciąż miejsce publiczne.

po piąte: Nie wyjadaj!

Zapamiętaj sobie, że wspólna lodówka =/= wspólne jedzenie. Jeśli we wspólnej lodówce znajdziesz coś do jedzenia, co nie należy do Ciebie, to pamiętaj, że nie wolno Ci tego dotknąć. Nie kupiłeś, więc nie masz do tego prawa. Podkradanie jedzenia innym ludziom jest nie na miejscu. Ktoś to kupił, by później zjeść, więc dlaczego to zabierasz? Twoje? Nie? No właśnie. Jeśli nie Twoje to nie dotykaj, a jeśli ktoś dotknął Twoje to... znieś to z honorem i nie tykaj cudzych.

po szóste: Cisza nocna obowiązuje!

Rozumiem, jesteś na wakacjach, chcesz się wyszaleć, a nie musieć wracać do domu najpóźniej o dwudziestej drugiej. Nic dziwnego, ja też jestem na wakacjach i staram się być na nich na swoich zasadach. Ale skoro nie wynajmujesz domku, a zwyczajny pokój w hostelu to zrozum, że nie jesteś sam, więc bycie słoniem w środku nocy jest bardzo, bardzo złe. Ja wracam o której chcę, ty też, ale ludzie w pokoju obok mogą chodzić wcześnie spać, mogą mieć małe dziecko, mogą być zmęczeni po ciężkim dniu. Uszanuj to! Ja szanuję i nawet wtedy, kiedy wracam po północy to staram się chodzić jak najciszej. Ty też spróbuj, to nie boli!

po siódme: Łazienka jest wspólna!
A co za tym idzie - nie idziemy do łazienki na pół dnia, a staramy się ogarnąć jak najszybciej. W czasie naszego pobytu w gdańskim hostelu próbowałam się dopchać do łazienki przez jakieś pół godziny, a nawet dłużej. I co? I nic, bo cały czas siedziała tam jedna dziewczyna, z całym arsenałem kosmetyków do makijażu. Nie byłoby w tym nic denerwującego, gdyby nie fakt, że w hostelu były dwie łazienki - jedna znajdowała się w jednym pomieszczeniu, to znaczy, że zarówno prysznic, jak i toaleta z umywalką i lustrem były z jednymi drzwiami, więc jeśli tam ktoś wchodził - nikt nie mógł skorzystać. Druga natomiast była dzielona - osobno umywalka z lustrem, osobno prysznic, osobno toaleta, więc w jednej chwili skorzystać mogły trzy osoby. Stąd moja złość - dziewczyna spokojnie mogła skorzystać z tamtej, gdzie nikomu nie wadziła, zamiast zajmować tą lepszą, bo większą.


Nie rób w hostelu co Tobie niemiłe - jeśli czegoś nie lubię to jasne jest, że tego nie robię. Najgorsze jest jednak wtedy, kiedy ktoś czegoś nie lubi, ale złośliwie robi to dla innych. Pamiętaj więc, że jeśli wybierasz się na wakacje do hostelu, gdzie warunki są takie, a nie inne, to warto pamiętać o tym, bez czego ciężko się obejść - o kulturze. I zwróć uwagę na to, że karma lubi wracać, a tego chyba nikt z nas nie lubi





Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

03.10.2016

#70 Po dwóch stronach barykady

Właściwie to myślałam, że już więcej nie będę musiała poruszać tego tematu. Ba! Miałam taką nadzieję, bo naprawdę nie lubię babrać się w polityce, ale niestety, społeczeństwo zadecydowało inaczej, a ja wracam z tematem ABORCJI. Dzień!, bo dobrym nazwać go nie mogę.

NIE CHCESZ ABORCJI?

To jej sobie nie rób!


Kiedy w kwietniu tego roku pisałam o ludzkim inkubatorze sądziłam, że to wystarczy, że wyczerpałam temat, społeczeństwo ma czas, przemyśli sprawę, posłowie cofną swoją ustawę antyaborcyjną i będziemy żyć spokojnie. AHA! Taki wał. Gdy dotarła do mnie informacja, że z tych dwóch ustaw, które trafiły do Sejmu, klepnięta została tylko jedna, właśnie ta bestialsko traktująca kobiety, miałam wrażenie, że to jakiś głupi, bardzo nieśmieszny żart. Odrzucono projekt Ratujmy kobiety, by posłać dalej Stop Aborcji. Słuchałam tej informacji w telewizji, czytałam w internecie i widziałam, jak kartony pełne podpisów pod projektem - w tym również mój podpis, złożony w Gdańsku! - zostają wyrzucone. Miesiące ciężkiej pracy zostały zmarnowane, bo ktoś postanowił wtrącić swoje trzy grosze w całą sprawę.

W internecie zawrzało, we mnie też.

Rozumiem, że są przeciwnicy aborcji - spoko, ja też nie popieram aborcji jako swojego widzi-mi-się. Będąc w gimnazjum, a nawet potem w liceum, byłam człowiekiem, który swoimi poglądami chciał zbawiać świat. Młoda, głupia i niedouczona, uważałam, że aborcja powinna być zakazana, zawsze i wszędzie, w każdym przypadku. W końcu jeśli nie chcesz dzieci to się zabezpiecz, jest tyle sposobów! Później jednak, gdy odkryłam, że swoimi poglądami świata nie zbawię, postanowiłam zagłębić się w ten temat jeszcze bardziej, chociaż nie powiem, by czytanie o aborcji było dobrą lekturą na dobranoc. Zaczęłam jednak patrzeć na ten temat dużo szerzej, a nie w jeden punkt, jakbym była koniem z klapkami na oczach. Nie pamiętam kiedy, ale wiem, że było to parę ładnych lat temu, otworzyłam szerzej oczy i wszystko we mnie uderzyło ze zdwojoną siłą. To było dziwne uczucie, bo poczułam się trochę tak, jakby ktoś mnie wybudził z wieloletniego letargu.

W tym proteście właśnie o to chodzi - by zdjąć ludziom klapki z oczu i wybudzić ich z takiego samego letargu, w jakim ja wcześniej byłam. Chodzi o walkę o własne prawa, o te, które próbuje się odebrać kobietom. Polska właśnie stara dokonać się niemożliwego - cofnąć się w czasie do Średniowiecza, gdzie kobiety nie miały żadnych praw. Ludzie od wieków starają się stworzyć wehikuł czasu, a polakom udało się za pomocą jednej ustawy. Moje gratulacje, myślałam, że człowiek podróżujący w czasie jest nie do osiągnięcia. Ba! Co tam jeden człowiek! Polska ustawa sprawiła, że miliony ludzi wrócą do czasów średniowiecznych i nie będzie to jednodniowa rekonstrukcja historyczna, a codzienna katorga poglądowa.

Mam niejasne wrażenie, że większość wojujących o zakaz aborcji nie ma zielonego pojęcia o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Nikt nie walczy o to, by aborcja stała się środkiem antykoncepcyjnym - wpadnę to usunę. Nie. My, kobiety, pragniemy wolności słowa i wyboru, chcemy móc decydować o sobie i swoim ciele, a nie, żeby ktokolwiek inny nam mówił co nam wolno, a czego nie. Wyobrażacie sobie, żeby ktoś decydował o Waszym życiu? Ja nie. Nie życzę sobie, by ktoś decydował o mojej macicy; o tym, czy mam urodzić dziecko, które nie ma prawa przeżyć; o tym, czy chcę oddać życie za ciążę, a przede wszystkim - czy w razie ewentualnego gwałtu gotowa będę urodzić dziecko czy jednak nie. To moje ciało i moje decyzje, ludziom nic do tego. A już na pewno nie mają prawa wypowiadać się ludzie, którzy nigdy nie zostaną postawieni przed taką sytuacją - mężczyźni, a przede wszystkim księża. To jest dla mnie niepojęte, że w XXI wieku musimy walczyć o swoje prawa, które próbują nam całkowicie odebrać.

Ludzie nie czytają ze zrozumieniem. Przede wszystkim chyba tego ludziom brakuje. Zrozumienia. Możemy mówić i pisać, rozmawiać ze sobą, oglądać telewizję, słuchać radia, czytać... Ale rozmowa nie oznacza słuchania. To wszystko nigdy nie oznacza zrozumienia. Masa pro-life'owców krzyczy, że chodzi o ochronę życia poczętego. Ja to rozumiem, w końcu powinniśmy brać odpowiedzialność za swoje czyny - skoro jesteś na tyle dorosły, by uprawiać seks, to bądź tak samo dorosłym, by ponieść ewentualne konsekwencje swoich czynów. Trzeba jednak pamiętać o paru bardzo ważnych sprawach, a przede wszystkim o tym, że gwałt to nie seks. Tam nie ma miejsca dla przyjemności, jest ból i upokorzenie. Jest cierpienie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Świadomość, że rozwija się w nas owoc gwałtu może jeszcze bardziej zniszczyć psychikę kobiety. To przecież jest nieważne, prawda? Dziecko poczęte trzeba chronić! Pierdolenie potłuczonych ludzi.

Parę dni temu rozmawiałam z koleżanką. Mówiła mi, że na religii ksiądz przyłapał ją na czytaniu ludzkiego inkubatora i wynikła z tego dyskusja. Wiecie co stwierdził ksiądz? Że każdy człowiek jest wolny i nawet jeśli dziewczyna zajdzie w ciążę z powodu gwałtu, to jest za to odpowiedzialna. Super! Życie poczęte życiem poczętym, ale nie oszukujmy się - gwałt nie jest winą ofiary. Litości! Żadna kobieta - czy ubrana w obcisłą mini spódniczkę, czy w za duży dres - nie jest winna temu, że ktoś ma w głowie gówno zamiast mózgu. Oczywiście to tyczy się w drugą stronę, a więc w ten mniejszy odsetek facetów zgwałconych przez kobiety, co również nie jest tematem do śmiechów, co niestety często się zdarza. Hi hi hi, jaki lamus, dał się zgwałcić, albo laska sama mu się pchała do łóżka, a on jeszcze narzeka, ale ciota! nie są na miejscu. Nie mówiąc o tym, że poziomem nie wychodzą z podstawówki.

Pewna pani posłanka stwierdziła, że na tym marszu na pewno nie będzie katolików i osób, dla których ważne jest ognisko domowe, albo coś w podobnym stylu, bo słów w pełni nie pamiętam. Cóż, w takim razie żaden ze mnie katolik, a ognisko domowe już dawno wygasło, bo zamierzam stawić się na marszu, ubrana na czarno i gotowa, by walczyć o swoje. Jestem naprawdę zdumiona, że kobiety, w które to bezpośrednio uderza, są w stanie bronić tej bestialskiej ustawy antyaborcyjnej. Facet kobietom to jeszcze, bo może czegoś w tym wszystkim nie rozumie, ale kobieta kobiecie? To się nie godzi, a fe!

W niedzielę, dzień przed protestem, pewien opat wygłosił w mojej parafii kazanie, wtrącając swoje trzy grosze, dotyczące całej sprawy. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak się cieszę, że mnie tam nie było - szlag by mnie trafił na miejscu. Otóż... pan opat wspomniał, że na świecie są zaledwie dwa miliardy katolików, podczas gdy muzułmanów jest dwa razy więcej, bo wspomnieni wyznawcy wiedzą, jak powinno być w życiu i nie godzą się na aborcję, a katolików jest coraz mniej, bo tejże aborcji dokonujemy. Także wiecie, od kościoła katolickiego ludzie nie odchodzą dlatego, że mierzi ich durne gadanie księży, a po prostu potencjalni wyznawcy katolicyzmu są poddawani aborcji. Każde tłumaczenie jest dobre, no nie?

Postanowili odebrać nam prawo do aborcji w wyjątkowych przypadkach, tym samym, świadomie bądź nie, wyrażają niemą zgodę na turystykę aborcyjną, a przede wszystkim na okropne, aborcyjne podziemie. Prawda jest taka, że jeśli czegoś nie można, ale bardzo się chce, to i tak znajdzie się sposób, by to zrobić. Wspomniane w ludzkim inkubatorze wieszaki staną się normą, a oprócz tego pojawią się jeszcze gorsze sposoby.

Teraz planują zabronić antykoncepcji, odebrać nam prawo do niej. Dla setek kobiet antykoncepcja jest jedynym sposobem leczenia chorób. To tak, jakby choremu odebrano prawo do leczenia, co w efekcie może spotęgować dwie rzeczy - bezpłodność i aborcję. Jedni będą cierpieć, bo nie mogą mieć dzieci. Drudzy będą cierpieć, bo ich nie chcą. Gdy początkowo miało chodzić jedynie o tabletkę dzień po, byłam w stanie zagryźć wargi, przełknąć ślinę i zwyczajnie się zamknąć. Teraz, gdy zamierzając całkowicie zabronić antykoncepcji, to aż mną trzepie ze złości.

Nie wolno usunąć ciąży, nie wolno się przed ciążą bronić. Czy w takim wypadku nie wolno uprawiać seksu? Może najlepiej zrezygnujmy z ewentualnych kontaktów damsko-męskich i wszyscy idźmy do zakonu, albo zostańmy homo. W końcu z jednego i drugiego nie można mieć dzieci, a to nie będzie prowadziło ani do aborcji ani do antykoncepcji. Tego chcemy?

My, kobiety, nie walczymy o to, by aborcja stała się nowym środkiem antykoncepcyjnym. Może się powtarzam, ale liczę, że to do ludzi w końcu dotrze - pragniemy wolności słowa i wyboru, chcemy móc o sobie decydować. Najpierw odmawiają nam aborcji w wyjątkowych przypadkach, później zamierzają odebrać antykoncepcję. Co będzie następne? Nie wiem, ale boję się o tym pomyśleć.

Mam 23 lata i nie sądziłam, że kiedykolwiek będę walczyć o prawo do aborcji. Kraj jednak mnie do tego zmusił, więc chcę zawalczyć o swoje dobro.

Moje ciało to mój wybór, więc zostawcie mnie w spokoju.





Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

23.09.2016

#69 To nie żarty, See Bloggers po raz czwarty, dzień drugi

Okropnie długo zajęło mi napisanie relacji z pierwszego dnia See Bloggers, dlatego też za dzień drugi zabrałam się od razu, zdając sobie sprawę, że i tym razem potrwa to nieco dłużej. Znowu miałam rację. Minęły DWA MIESIĄCE odkąd byłam na See Bloggers. No cóż, post jest jaki jest, ale tym razem postaram się skupić jednak na czymś innym - powiem co nieco o warsztatach, na których byłam, ale skupię się na... blogerach!


DZIEŃ DRUGI SEE BLOGGER,

trzeciego nie było, alleluja, całe szczęście!


Kompletnie zdemotywowana imprezą wieczorną nie miałam ochoty zwlekać się z łóżka, ale skoro powiedziało się A i poszło na pierwszy dzień, to teraz trzeba było wykrzyczeć B i ruszyć na podbój kolejnego dnia. Nie nastawiałam się na cuda, bo nie chciałam się zawieźć. Patrząc na rozpiskę, którą wydrukowałam sobie przed wyjazdem, czekały na mnie trzy wykłady, jedne warsztaty oraz jeden panel dyskusyjny, który zapowiadał się naprawdę intrygująco, chociażby przez wzgląd na uczestników. Uzbrojona w zeszyt, długopis i aparat fotograficzny ruszyłam, wraz z Natalią, na podbój kolejnego dnia. Niewiele po godzinie dziesiątej siedziałyśmy w Sali C, którą najbardziej oblegałyśmy przez te dwa dni. Widać było jednak, że impreza wieczorna zebrała swoje żniwa - przez bardzo długi czas było niewielu słuchaczy, pewnie większość odsypiała. My nie. I nie żałujemy.

Czekałyśmy na wybicie godziny jedenastej, czekałyśmy na rozpoczęcie zabawy.



Pierwszy wykład przeprowadził Piotr Bucki. Jego Jak nie być debilem i nie rozprzestrzeniać głupot w sieci. Błędy poznawcze i ich konsekwencje było super, ale przede wszystkim było szczere - Piotr nie bawił się w grzeczne słówka i hiperpoprawność językową. Ta prelekcja mnie rozbudziła i zachęciła do dalszego działania, ale również sprowadziła na ziemię, pokazując, że sama bywam debilem w sieci, chociaż robię to w pełni nieświadomie. To był wykład, który otwierał oczy i próbował poruszyć człowieka, trochę tak, jakby Piotr złapał każdego uczestnika za ramiona, potrząsnął nim i powiedział masz jeszcze szansę, nie rezygnuj z niej, zrób coś ze sobą i swoją internetową działalnością! Na pewno dasz radę!, a ja wierzę, że miał rację. Dam radę, dlaczego miałoby być inaczej? Muszę po prostu trochę bardziej zwracać uwagę na to, co publikuję. Przecież to żaden problem, ja i tak staram się to robić.

Po wykładzie Piotra była krótka przerwa i kolejna prelekcja, znów poprowadzona przez Wojciecha Wawrzaka z bloga PRAkreacja. Tym razem tematem było Od przedszkola do blogera roku, czyli o sile blogowania eksperckiego. Pozytywnie nastawiona po poprzednim dniu i fantastycznym wykładzie dotyczącym prawa autorskiego, czekałam na to, co ciekawego usłyszę tym razem. Powiem Wam jedno - gdybym miała bloga eksperckiego to na pewno słuchałabym z większym zaciekawieniem. Niestety, mój blog daleki jest od takiego, więc pewne rady (a właściwie większość z nich), nijak ma się do humanistki. Wykład był fajny i z całą pewnością miał wiele cennych rad, które jednak nie mogły zostać zaadresowane do mnie. Chociaż kto wie, może niedługo to się zmieni?


Po tych dwóch wykładach w końcu pojawił się gwóźdź programu, na który czekałam, odkąd dostałam harmonogram konferencji - panel dyskusyjny na temat Od zera do blogera, czyli co mówią o Tobie Twoje lajki. I chociaż na samym początku nic nie mówiły mi nazwiska większości uczestników - Joanna Pachla, Maciej Dąbrowski, Magdalena Mikołajczyk, Magdalena Kostyszyn, a jedynie Robert Biedroń był mi znany, tak później okazało się, że jedyną osobą, do tej pory mi nieznaną, jest Magdalena Mikołajczyk, szerzej znana jako Matko Jedyna. Pozostałymi osobami, jak się okazało, była Joanna czyli Wyrwane z kontekstu, Maciej - youtuber Z dupy oraz Magdalena, a więc Chujowa Pani Domu. Jeśli jednak chodzi o sam panel dyskusyjny, to powiem Wam, że dawno się tyle nie uśmiałam.

Zarówno goście, jak i prowadząca panel to niesamowite osobowości, które same w sobie dają radę, a gdy zostały skumulowane w jednym pomieszczeniu... Dla mnie naprawdę epicki klimat, za który bardzo dziękuję, bo panel ten pokazał, że to nie tylko medialni ludzie, ale zwyczajnie... ludzie! W dodatku tacy, którym zdarza się popełnić błąd czy dwa, palnąć gafę za gafą, ale kompletnie się tego nie wstydzą, tak samo, jak nie wstydzą się swoich poglądów. Od dawna mam takie wrażenie, że społeczeństwo traktuje osoby medialne trochę jak roboty bez serca, mechanizmy bez uczuć - wyzwę go, przecież jego to nie obchodzi!, kompletnie nie zwracając uwagi na to, że ktoś sławny tak naprawdę niczym się od nas nie różni - tak samo czuje, reaguje, odbiera. To, że ktoś usuwa komentarze ze swojego profilu to wcale nie znaczy, że nie potrafi przyjąć krytyki. Tak naprawdę musimy rozróżnić czy krytykujemy czy jednak hejtujemy, bo to, jeśli ktoś jeszcze nie wie, jest naprawdę spora różnica. A dodatkowe obrażanie rodziny jest ciosem poniżej pasa - i przede wszystkim zagraniem rodem z podstawówki. Żarty w stylu twoja stara jest tak stara, że wisi piątaka Mojżeszowi były modne, kiedy chodziłam do podstawówki. A skończyłam ją dziesięć lat temu.

Ale dosyć, o różnicy między hejtami, a krytyką będzie później. Łapcie za to moje zdjęcie z najlepszym prezydentem świata - Robertem Biedroniem:

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika patrycja kolibaj. (@sonsdanoite)

Po najlepszym panelu dyskusyjnym świata miałyśmy nieco dłuższą przerwę, po której odbyło się losowanie, w którym wygrać można było hybrydę Switch Alpha 12. Nie mogłam być tam do końca, bo zaczynały się moje warsztaty, na które czekałam - kulinarne! Historyczna rekonstrukcja kulinarna, prowadzona przez Macieja Nowickiego okazała się kolejnym strzałem w dziesiątkę, przynajmniej dla mnie - uwielbiam siedzieć w kuchni i próbować nowych przepisów, więc teraz miałam nadzieję, że znowu wyniosę z nich coś interesującego. Nie zawiodłam się! Zarówno pierwsze danie, jak i deser, okazały się być niesamowicie dobre i w następnym roku na pewno powtórzę ten przepis w domu, gdy będę mieć wszystkie sezonowe składniki - rabarbar, agrest, bób.

Ponadto, prócz niesamowitej zabawy związanej z gotowaniem, wielką radość sprawiły mi same warsztaty. Pan Maciej, prowadzący, okazał się być typowym pasjonatem. Myślę, że gdyby zrobić dwudniową konferencję dotyczącą rekonstrukcji kulinarnych, to i tak czasu byłoby za mało, by mógł nam wszystko opowiedzieć - o tym, jak na przestrzeni wieków zmieniały się warzywa i owoce, ich wygląd, smak i konsystencja, które są z nami od dawna, a które dopiero niedawno powstały, które są hybrydą czego. To był niesamowicie pouczający warsztat i chciałabym jeszcze i jeszcze... To chyba zajęcia, które skończyły się najszybciej. Szkoda, ale ważne, że przepisy pozostały!

Łapcie zdjęcia deseru (pierwsze) i głównego dania (drugie):

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika patrycja kolibaj. (@sonsdanoite)


NADESZŁA PORA NA MINUSY!


A dokładniej przyszła chwila, bym wspomniała o tym, co zwyczajnie mnie zniesmaczyło i nieco odrzuciło. Coś, co nie było zależne od organizatorów, a dotyczyło tylko i wyłącznie uczestników konferencji. Wiecie, ja rozumiem wiele - blogerzy też ludzie, popełniają błędy, mają swoje za uszami, ale jednak to, co działo się podczas See Bloggers...

Po panelu dyskusyjnym Joanny Pachli, rozpoczął się, w tym samym miejscu, kolejny panel, a zaraz po nim losowanie Switcha. Wiadomo, wielu blogerów wzięło w tym udział, dorzucając swoje wizytówki do puli. Gdybym miała swoją - również bym ją dorzuciła, jako że nie zdążyłam ich zrobić, pozostało mi trzymanie kciuków za Natalię z wypstrykando. Zanim jednak doszło do losowania, musiał skończyć się poprzedni panel, a do Sali głównej napłynęła masa blogerów, którzy kłębili się przy wejściu i rozmawiali ze sobą tak głośno, że nie wiem czy uczestnicy panelu słyszeli siebie nawzajem. Aż mi było głupio i najchętniej wstałabym i na nich nawrzeszczała, ale skoro nikt nie zwracał uwagi... No cóż, nie moja piaskownica, nie moje zabawki. Muszę jednak przyznać, że czułam się tym wszystkim okropnie zniesmaczona, wrzało jak w ulu, a ja miałam wrażenie, że obok mnie nie stoją ludzie, a wpadłam prosto w gniazdo rozsierdzonych os. Czy tak powinien wyglądać kwiat polskiej blogosfery?


Wracając do domu po długim, drugim dniu, natknęłyśmy się na tę oto szklankę. Niby nic wielkiego, szklanka na słupku w centrum miasta. Niestety, jest to szklanka, najprawdopodobniej, z imprezy wieczornej, która była poprzedniego dnia i odbywała się w budynku, widocznym w prawym górnym rogu zdjęcia. Chociaż tutaj nie widać tej odległości, to muszę Wam wyznać, że był to kawałek drogi. Rozumiem, że ktoś wyszedł z imprezy z drinkiem w ręce i zapomniał odnieść, przypomniało mu się w tamtym miejscu i nie chciał wracać - okej, zdarza się, my też siedzieliśmy poza miejscem wyznaczonym - bo tam przynajmniej było gdzie siedzieć, ale każdy z nas szklanki odnosił. Jeśli już zdarzyło się komuś zapomnieć o tej szklance... cóż, chyba lepiej byłoby zabrać ją ze sobą do domu, niczym pamiątkę z wakacji. I wcale nie chodzi mi o to, że polaczki-cebulaczki muszą wziąć ze sobą pamiątki ze wszystkiego, ale o sam fakt, że zamiast dokładać pracy ekipie sprzątającej można było to ułatwić - albo cofnąć się i odnieść, albo udać, że jedna szklanka zniknęła. Może nikt by nie zauważył.


Mogłabym wymienić jeszcze kilka rzeczy, ale nie chcę Was zanudzać (niewielkie wspominki mieliście w tym i poprzednim poście). Wystarczy, że musieliście się pomęczyć z dwoma relacjami z jednego wyjazdu. Długo czekaliście, ale to się więcej nie powtórzy - relacja do dwóch tygodni albo całkowicie zapominamy o temacie. Obiecuję! Zanim jednak zacznę obiecywać więcej - przejdźmy do zakończenia, czyli:

PODSUMOWANIE


See Bloggers było dla mnie, tak naprawdę, niesamowitą wymówką, by w końcu pojechać do Gdańska. Mimo paru minusów, które gdzieś tam zapadły mi w pamięć, nie mogę powiedzieć, żebym żałowała tego wyjazdu i tych dwóch dni warsztatów czy wykładów. Mogę jednak śmiało stwierdzić, że zdecydowanie liczyłam na więcej, a zamiast rozwinięcia tematu dostałam tylko jego liźnięcie, właściwie w każdej możliwej dziedzinie. Może i nikt mi w życiu nie powie wprost co mam robić, by mi się udało, ale chociaż drobne wsparcie czy nakierowanie byłoby miłe. Bo wiecie... kiedy ktoś mi mówi mając sto tysięcy wejść unikalnych użytkowników dziennie, możemy mówić o... to ja mam ochotę wrzasnąć jak będę mieć sto tysięcy wejść dziennie to nie będę potrzebować pomocy! Nikt jednak nie chce mi powiedzieć JAK mam to zrobić i przede wszystkim CO mam zrobić, by tylu czytelników do siebie przyciągnąć. Wszyscy mówili co robić, gdy będę ich mieć, ale nikt nie zamierzał wspomnieć co zrobić BY ich mieć. I właśnie tego brakowało mi najbardziej.

Wiem, wiem. Konferencje są dla tych zaawansowanych. Dla tych, którzy siedzą w tym od dawna i są rozpoznawalni, żeby można było pomachać plakietką, a wszyscy zaczną szeptać między sobą: ej, widzisz ją? To ta humanistka na obcasach! Chodź, zagadajmy do niej! Ale niestety, nikt nie krzyczy, że to ta humanistka, nikt też nie próbuje zagadać. Siedziałyśmy z Natalią, ona bardziej rozpoznawalna ode mnie, ale obie właściwie niewidoczne dla społeczeństwa blogerów i zastanawiałyśmy się czy to wszystko kiedyś się zmieni, a jeśli tak, to jak temu czemuś pomóc.

Czy żałuję tego wyjazdu? Mimo wszystko nie. Właściwie to jeśli się uda, to w przyszłym roku zamierzam ponownie tam pojechać, a przynajmniej spróbuję się zgłosić - by zobaczyć, jak będzie wyglądać kolejna edycja, a także, by znowu spróbować coś zmienić. Jeśli będziecie kiedyś mieli okazję pojechać na taką konferencję - nie wahajcie się. To wszystko trzeba poznać na swojej skórze. I wiecie co? Warto, zawsze warto. 


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.