24.10.2015

#34 nie chce mi się!

Cześć i czołem!

Przybywam z kolejnym, trzecim już postem w październiku (co oznacza, że chyba wracam do formy) i tak się zastanawiam ile jeszcze bełkotu pojawi się na tym blogu, zanim w końcu się ogarnę. Bo ostatnio mam z tym niemały problem, ale jakoś nie umiem wziąć się w garść, żeby coś z tym zrobić. 

Mieliście kiedyś takie wrażenie, że trzeba coś zrobić, ale Wam się nie chce? Nie chodzi tu o sprzątanie pokoju, wyjście z psem czy wstanie rano, by wybrać się do szkoły/pracy. Raczej o takie... niecodzienne rzeczy, jak - dla przykładu - prowadzenie bloga, robienie zdjęć, napisanie krótkiego opowiadania, skontaktowanie się z kimś, na kim Wam zależy, dodanie czegoś gdzieś, zrobienie czegoś, czego nikt od Was nie wymaga. Kojarzycie to? Część z Was na pewno. Bywa, że w naszym życiu przychodzi taka chwila, gdy kompletnie nic nam się nie chce. Zwykle pojawia się, gdy nadchodzi przesilenie jesienne bądź wiosenne (przynajmniej w moim przypadku), ale czasem pojawia się również w innych momentach. 

Ja mam tak teraz. 

Nie, jeszcze nie wiem dlaczego. Może po prostu nastąpiła wielka kumulacja złych emocji i uczuć, może pokonało mnie przeziębienie, które nie daje mi spokoju od ponad tygodnia, mimo iż dopiero tydzień temu w pełni się rozwinęło. Może to też kwestia naprawdę ponurej pogody za oknem, a jeśli to nie to, to... może za dużo wolnego czasu? Tak, za dużo wolności również może wprowadzić nas w stan otępienia. Mamy tak dużo wolnego czasu, tyle możemy zrobić, tak wiele wykonać...

No właśnie. Ostatnio mam wrażenie, że trafiłam na ogromną karuzelę i nie mogę z niej wyjść. Gdy zwalnia i już myślę, że to koniec - ona nagle nabiera tempa. Rozpędza się, a ja boję się z niej wyskoczyć, by za mocno się nie potłuc. Tkwię tam, gdzie czuję się być kompletnie wyobcowana. Kosmita, który nie wie gdzie, jak i dlaczego się znalazł. Jak wczoraj, gdy trafiłam na spotkanie integracyjne. Prócz faktu, że funkcjonuję na grupie - nikt mnie nie znał. Nikt nie wiedział kim jestem i skąd się tam wzięłam. Pierwsza godzina, gdy kręciliśmy się po mieście, szukając miejsca, które przygarnie dosyć dużą grupę studentów, rozmawiałam tylko z dwiema osobami. Może wiecie jak to jest, gdy pojawicie się gdzieś, wszyscy już się jakoś znają, a Wy, niczym przybysz z innej planety, wpadacie prosto w to środowisko zamknięte. Koszmar, co nie? Ty patrzysz na nich, bo nie wiesz jak się zachować, a oni na Ciebie, bo nie mają pojęcia co Ty tutaj, do cholery, robisz. Halo, to przecież impreza zamknięta! I nagle nie wiesz jak się zachować, bo każdy coś, każdy z kimś, a Ty jeden sam.

Nie było tak źle, jak myślałam na samym początku. Gdy już trafiliśmy na miejsce, czyli do Akantu, i zagościliśmy się w sali a'la burdel - tak przynajmniej kojarzą mi się ciemne pomieszczenia i czerwone światła - powoli zaczęło dochodzić do jakiejś integracji. To zabawne, ale po raz drugi byłam na integracji Sztuki Pisania i po raz drugi trafiliśmy do Akantu. Interesujące. Czyżby to było miejsce dla ludzi takich, jak my? Było miło, było fajnie, było interesująco. Dopóki nie rozmawiali o serialach, bo ja, niestety, jestem takim typem człowieka, który nie pasjonuje się serialami. To znaczy... Mogę obejrzeć serial, mogę oglądać go z wielkim zainteresowaniem, może mnie wciągnąć, ale odcinek się kończy i wracam do życia. Nie emocjonuję się nim dalej. Dlatego też nie umiem później o nim rozmawiać z taką pasją, jak większość ludzi, którzy nazywają sami siebie serialomaniakami. Zawsze zastanawiałam się czy coś jest ze mną nie tak, skoro ja jedna nie umiem się wciągnąć - na integracji poznałam jeszcze jedną osobę, która ma DOKŁADNIE TAK JAK JA. W końcu nie czuję się inna, super!

Ostatnio mam wrażenie, że trafiłam do innego wymiaru. Kosmicznie. Przechorowałam cały poprzedni tydzień, więc w tym nie umiałam się odnaleźć na zajęciach. Raz nie poszłam na morfologię historyczną i już nie wiedziałam co robię i gdzie jestem. Koszmar. Gorzej, bo jak kiedyś prawie wcale nie potrzebowałam snu, tak teraz - mogłabym przesypiać całe dnie. Wracam do domu, nie mam czasu, by włączyć laptop, kładę się koło dwudziestej pierwszej i o dwudziestej drugiej zazwyczaj już śpię, a rano mam problem obudzić się między szóstą, a ósmą rano. W tamtą niedzielę przespałam dwanaście godzin, co ostatni raz zdarzyło mi się, mniej więcej, w podstawówce. Odsypiam chyba całe swoje życie i, przyznam, że mam już tego dosyć. Co nie zrobię, o której nie wstanę - ciągle chce mi się spać. A kiedyś było tak fajnie, bez snu... Moja bezsenność chyba na jakiś czas zrobiła sobie wolne (nie, żebym za nią tęskniła, bo tak nie jest).

Zawsze myślałam, że im więcej się robi - tym szybciej człowiekowi chce się spać. Tymczasem u mnie jest jakoś inaczej - im więcej robię tym mniej chce mi się spać i mniej odczuwam zmęczenia. Teraz, chyba przez tę jesienną chandrę, nie wiem co ze sobą zrobić. Nie do końca wiem też gdzie jestem, jakby mnie ktoś oderwał od rzeczywistości. Chcę robić zdjęcia, ale nie mam na to siły. Chcę napisać tekst, ale nie mam na to czasu. Chciałabym spotkać się ze znajomymi, ale nie mam na to siły (a oni czasu, więc w sumie można wykreślić to zdanie). Chciałabym w końcu ruszyć z licencjatem, ale wciąż nie jestem pewna tematu. I to chyba mój największy problem. Niby byłam pewna o czym chcę pisać, ale wciąż po głowie chodzi mi inny temat - i jak tu żyć?

Jedno jest pewne - jesienna chandra sprawiła, że chętniej siedzę w kuchni i wymyślam nowości (dzisiaj stworzyłam sernik na zimno, z ananasem i granatem), a w zeszłym tygodniu nie ruszałam się z kuchni przez prawie cały weekend. Teraz, powoli, kombinuję nad prezentami dla znajomych (bo zamierzam w większości zrobić je własnoręcznie) i wymyślam jakiś tort na urodziny taty, bo w tym roku chcę naprawdę zaszaleć - w tym przypadku również z dekoracją z jakiejś masy plastycznej, aczkolwiek jeszcze nic nie wymyśliłam - masa marcepanowa czy cukrowa? Tort okrągły czy prostokątny? Czekoladowy, śmietankowy, z alkoholem a może bez? Kompletna pustka. Przydałby mi się jakiś szalony tort, z przytupem. Jeszcze miesiąc czasu niby mam, ale ten czas szybko ucieknie, zobaczycie. Jesień dała mi również czas na zastanowienie się.

Jestem przygnieciona rzeczywistością. POMOCY!


Czytaj dalej:
5 komentarzy
Udostępnij:

18.10.2015

#33 rozgrzewająca dynia.

Jesień to okres obfitujący w dynie. Uwielbiam przeróżne przetwory z dyni, ale w ostatnim czasie nie umiałam w sklepie dostać żadnej porządnej, by móc z niej zrobić cokolwiek. Gdy więc rodzice przywieźli mi wczoraj pięciokilogramową dynię prowansalską - od razu wiedziałam co z nią zrobię. Kombinując trochę z dostępnymi przyprawami, zdecydowana wkroczyłam dzisiaj do kuchni, z chęcią zrobienia zupy krem - najlepszej z najlepszych! Jako iż pięciokilogramowa dynia to zdecydowanie za dużo, postanowiłam ją przeciąć na pół. Obiadu zostało jeszcze na jutro, ale dzięki temu - mogę wrzucić Wam przepis. ;)

ROZGRZEWAJĄCA DYNIA

Składniki (ok. 4 porcje):


1 kg dyni
1 puszka mleka kokosowego
0,5 litra bulionu warzywnego
3 centymetry świeżego imbiru
przyprawy (papryczka chili, słodka, curry, imbir suszony)

Dynię kroimy na pół, wydrążamy ją. Nie wyrzucamy "wnętrza" dyni, możemy je włożyć do jakiejś miseczki. Tym zajmiemy się później. Kroimy dynię na szerokie paski, wykładamy na blachę do pieczenia i posypujemy ją przyprawami. Łódki z dyni wkładamy do piekarnika, nagrzanego do 200 stopni, na jakieś 15, może 20 minut. Gdy się podpiecze, wyciągamy blachę z piekarnika i obieramy dynię ze skóry - podpieczona schodzi bez żadnego problemu, a ponadto można wybrać miąższ łyżką, zamiast bawić się nożem. Wszystko wrzucamy do dużego garnka i odstawiamy na chwilę, by wystygło. Gdy już się to stanie, wyciągamy blender i zaczynamy naszą dynię miksować, dolewając bulionu oraz mleka kokosowego. Miksujemy na gładką, płynną masę. W międzyczasie ścieramy imbir  i dodajemy go do zupy. Mieszamy i dodajemy przyprawy, według własnego uznania (powiedzenie "na oko" byłoby tutaj nie na miejscu).
Już doprawioną zupę ponownie stawiamy na ogniu, dopóki się nie zagotuje. Od czasu do czasu możemy zamieszać dużą, drewnianą łyżką. Gotową zupę nakładamy na talerz. Możemy go ozdobić prażonymi płatkami migdałowymi, pestkami z dyni, grzankami czy, tak jak w moim przypadku, obranymi pestkami słonecznika. Ja dodatkowo posypałam je słodką papryką.
Dlaczego ta dynia jest rozgrzewająca? Bo nic nie grzeje tak dobrze, jak imbir. Jest ostry, ale również idealny, gdy jest nam zimno, bądź łapie nas choroba. I nic nie jest tak dobre, jak kremowa zupa dyniowa. Gładka, wręcz aksamitna konsystencja zmiksowanych warzyw i mleka kokosowego, które dodatkowo zagęszcza nasz obiad. 

Wiecie, dynię to bym mogła jeść cały czas! Niestety, w tym roku po raz pierwszy mam tę okazję i boję się, że po raz ostatni. A szkoda. Upiekłabym babeczki...

SMACZNEGO!

PS. Zdjęcia przerobione pod zbliżające się Halloween. (;


Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

14.10.2015

#32 bóg mrugnął i nie otworzył oczu.

Dzień dobry!

Za oknem okropna, mało jesienna pogoda. Taka plucha powinna pojawić się dopiero w połowie listopada, a nie na samym początku października. Teraz powinnam biegać z aparatem po mieście i robić piękne, jesienne zdjęcia. Różnokolorowe. A tutaj co? Budzę się w poniedziałek i za oknem biało. BIAŁO! Kto to widział, żeby śnieg pojawił się dwunastego października? Świat kompletnie oszalał. Liczę jednak na to, że za tydzień czy dwa pogoda się poprawi. Muszę w końcu zrobić jakieś jesienne zdjęcia, bo ta mała sesyjka sprzed dwóch tygodni to było takie nic. 

Dzisiaj jednak, jako iż jestem chora i kuruję się w domu pod kocem w kratkę (kocham ten koc!), postanowiłam odświeżyć nieco post sprzed dwóch lat, ale wciąż będący na czasie. Będzie krótko, bo nie chcę się rozwlekać. Ostatnio zresztą przyjaciółka zadała mi pytanie, dotyczące mojej wiary w istnienie Boga. Nie chciałam wtedy odpowiadać, bo przerabiałam ten temat już kilka razy. Teraz jednak postanowiłam, by trochę go zaktualizować i opublikować. Może komuś, zwłaszcza w trudnych chwilach, przyda się jego obecność. Mam nadzieję na jakikolwiek odzew z Waszej strony!

BÓG MRUGNĄŁ I NIE OTWORZYŁ OCZU


Macie czasem takie wrażenie, że Bóg (o ile w niego wierzycie) w chwili Waszych narodzin mrugnął i przegapił je, przez co teraz się Wami nie interesuje i pozwala na różne krzywdy, mniejsze lub większe, które Wam się dzieją? Odnosicie takie wrażenie, że Bóg tak naprawdę nie istnieje, a nawet jeśli, to cała krzywda, jaka Was kiedykolwiek w życiu spotkała, jest tylko i wyłącznie jego winą? Czujecie, że nie jesteście w stanie zawalczyć o swoje życie, że nie jesteście panami oraz paniami własnego losu? Macie dosyć? Uważacie, że macie najgorzej w życiu? Że nikt nie może mieć od Was lepiej? Że wszystko, co złe na świecie, spotyka właśnie Was?

Otóż... mylicie się. 

Okej, każdy w życiu miał chwilę zwątpienia, mniejszą lub większą, ale była. Ja również mam czasem wrażenie, że spadło na mnie wszystko co najgorsze i na pewno nikt inny nie może mieć gorzej, że każdemu jest lepiej, łatwiej, prościej. Każdy tak ma. Bywa, że to są krótkie chwile, ale czasem to nie tylko dni, również miesiące, gdy mamy wszystkiego serdecznie dosyć, wydaje nam się, że jest okropnie, życie nas w pełni skopało i na pewno nikt nie ma gorzej od nas. Wydaje nam się. Zawsze może znaleźć się osoba, która NAPRAWDĘ ma gorzej i oddałaby wszystko, by mieć nasze problemy. Gdy stwierdziłam, że 

w dniu moich urodzin Bóg mrugnął, a później zapomniał, by otworzyć oczy
koleżanka mnie wyśmiała. Wtedy wcale mnie to nie śmieszyło, teraz jest inaczej. Wydaje mi się jednak, że kiedy mam gorsze dni, ta myśl wydaje mi się być najbardziej odpowiednią. Wiem, że nie powinnam narzekać na to, co mam. W końcu gorsze dni dopadają każdego, ale prócz chandry - mam wszystko, czego na chwilę obecną potrzebuję. Mam kochających rodziców, dach nad głową i własny pokój. Mam co jeść. Nie jestem śmiertelnie chora, nie mam raka, nie grozi mi amputacja żadnej kończyny, mogę chodzić, biegać i skakać. Może nie jestem w pełni zdrowa, ale mimo wszystko nie mam na co narzekać. Walczę sama ze sobą, by całkowicie wyzbyć się marudzenia i narzekania na to, co mnie otacza, skoro wokół mnie tyle dobrego. 
To dziwne, ale wszystko zaczęłam inaczej postrzegać, gdy przeczytałam Gwiazd naszych wina - książkę, która otworzyła mi oczy na moje dotychczasowe życie. Na mnie. Odwróciła mój niepoukładany świat do góry nogami, sprawiła, że zaczęłam na wszystko patrzeć zupełnie inaczej, podchodzić do wielu spraw dużo pewniej niż wcześniej bądź dużo ostrożniej niż do tej pory. Niby zwykła książka dla młodzieży, a jednak sprawiła, że nic nie będzie takie samo. JA nie będę taka sama, wiedząc, że moje problemy nieraz są naprawdę bardzo błahe, nawet nie nadają się do mówienia o nich. Są zbyt banalne, są niemoralne, są nienormalne. 

Czasem świat może się każdemu zawalić. Na swój sposób. Dla każdego co innego jest ważne. Maturzysta najbardziej będzie pragnął dobrych wyników maturalnych i dostania się na wymarzone kierunki. Jego świat się posypie, gdy któraś z tych rzeczy nie wyjdzie - zły temat na maturze, złe odpowiedzi, za dużo nerwów, za mało punktów, złe wyniki, a ostatecznie - za mało czegokolwiek, by dostać się na wymarzony kierunek. Dla takiej osoby, dla takiego niedoszłego studenta, w tamtej chwili jest to najgorsza wiadomość. Pojawia się uczucie, że gorzej być nie może i w tej chwili tylko nam jest tak źle. Po pewnym czasie przychodzi jednak myśl, że przecież nie jest aż tak źle - maturę można poprawić, na studia dokumenty można złożyć również za rok, w międzyczasie można zrobić coś innego, na przykład pójść na jakieś kursy, do pracy, do szkoły policealnej. Pouczyć się na własną rękę, by w następnym roku wyniki były takie, jakich oczekujemy. To wcale nie zamyka drzwi do kariery i wymarzonej przyszłości. Po prostu nieco oddala ją w czasie. Tak samo jest z pracą - jak nie ta, to zawsze jest następna.

Jest wiele sposobów na to, by obejść nieszczęśliwe zdarzenie i iść dalej wyznaczoną przez siebie drogą. Szkoła, praca czy rzeczy bardziej materialne - to nie jest koniec świata. Gorzej od niezdanej matury mają osoby, które, na przykład, dowiadują się o poważnej chorobie czy okazuje się, że coś, czego się naprawdę pragnie, wcale nie jest na wyciągnięcie ręki. Jak kobieta, której największym marzeniem jest założenie rodziny, a jedna wiadomość sprawia, że plany mogą legnąć w gruzach - gdy lekarz informuje ją o bezpłodności. Z tym ciężko sobie poradzić, zwłaszcza wtedy, kiedy wiązało się przyszłość z pełną, szczęśliwą rodziną, a Twój obecny wiek sprawia, że nagle wszyscy dookoła zadają jedno pytanie: Kiedy dziecko, ślub, rodzina? Co w takim wypadku taka kobieta powinna zrobić? Co powiedzieć? Jak się zachować? Przez pierwsze dni, tygodnie, miesiące, a czasem nawet i lata, takie pytanie może być dla niej ciosem, a pojawiające się dookoła ciężarne kobiety - obce czy też nie - sprawiają, że kobieta nie wie co ma ze sobą zrobić, gdzie się podziać, jak się zachować. Czy powinna powiedzieć w jakiej sytuacji się znajduje?

Cóż, to na pewno sprawiłoby, że ludzie przestaliby zadawać to głupie pytanie, ale wywołałoby jeszcze większą burzę i jeszcze gorszą sytuację - litość i współczucie. Nie wiem jak inne kobiety, ale ja na pewno nie chciałabym, żeby ludzie mi współczuli w takiej sytuacji. To gorsze niż sama bezpłodność czy przekreślenie marzeń. Skakanie dookoła takiej osoby i wypytywanie, przy każdej możliwej okazji, jak się czuje, jak sobie z tym radzi, czy daje sobie radę, gdy widzi kobietę w ciąży. A przecież to, mimo wszystko, nie przekreśla szczęśliwego życia! W domach dziecka znajdują się setki, a nawet tysiące niechcianych czy niekochanych dzieci. Setki małych istot, które tylko czekają właśnie na taką rodzinę, która nie może mieć własnego potomka.

Prawie każdą sytuację można naprawić. Maturę można poprawić, tak samo każdy przedmiot na studiach. Pracę można znaleźć inną. Dzieci można adoptować. Nawet jeśli uważamy, że życie wyjątkowo nas skopało - musimy pamiętać, że wokół nas są ludzie, którzy naprawdę mają dużo gorzej. Mogą mieć gorzej. My tylko musimy zdjąć czarne okulary i stawić czoła złym chwilom. Musimy naprowadzić życie na odpowiedni tor - nasz tor.

Nie przesadzaj. Świat się nie kończy. To tylko turbulencje. Samolot jest bezpieczny. Ma dobrego pilota. Siedzisz na właściwym miejscu. Trafiłeś po prostu na powietrzny wir. Poczekaj. To minie. 

Kojarzycie książkę Reginy Brett - Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu? To właśnie cytat, który w niej znajdziecie. Ja mam ją w kolejce do przeczytania, ale jakoś nie umiem się ostatnio zmusić. Chcę jednak wiedzieć co ciekawego może mi zaproponować pani Brett. Może któraś z tych pięćdziesięciu lekcji na trudniejsze chwile w życiu pomoże mi spojrzeć jeszcze inaczej na sprawę zamkniętych oczu Boga. Póki co jednak wierzę, a przynajmniej staram się, że moje turbulencje niedługo przeminą.

W końcu aż tyle trwać nie mogą, prawda? 

pierwotny post powstał: 15.02.2014 roku.

____________________
* recenzja oraz przemyślenia na temat Gwiazd naszych wina znajduje się TUTAJ.

Czytaj dalej:
1 komentarz
Udostępnij:

08.10.2015

#31 recenzja: gwiazd naszych wina, john green.

Dzień dobry!

Październik zaczął się dosyć kulawo, więc nawet nie miałam siły sięgnąć po laptop i cokolwiek napisać. Zdecydowałam się jednak, o czym wspominałam już kiedyś, by zacząć wrzucać tutaj recenzje książek. Przynajmniej jedną w miesiącu, bo chociaż już próbowałam kiedyś prowadzić bloga z recenzjami to wiem, że nieco brakuje mi w tym systematyczności. Tutaj jednak, jak przystało na HUMANISTKĘ, znajdzie się miejsce, by otworzyć specjalną kategorię - recenzyjną. Mam nadzieję, że przyjmie się tak samo, jak a very potter... fanfick? Jako studentka filologii polskiej przeczytałam już naprawdę dużo książek. Różnych, chociaż nie powiem, bym wielbiła lektury. Taka już jestem - jak się mnie przymusi do czegoś, to idzie mi to naprawdę opornie. Dzisiaj jednak postanowiłam wrzucić recenzję książki, którą przeczytałam dwa lata temu. Mam nadzieję, że coś z tego będzie.

Gwiazd naszych wina, John Green


TYTUŁ: Gwiazd naszych wina
ORYGINALNY TYTUŁ: The Fault in Our Stars
AUTOR: John Green
LICZBA STRON: 312
WYDAWNICTWO: Bukowy Las
KATEGORIA: literatura obyczajowa
WYDANIE POLSKIE: 6 lutego 2013
WYDANIE ORYGINALNE: 2012
JĘZYK ORYGINAŁU: angielski
MOJA OCENA: 10/10


"- Okay - powiedział, gdy minęła cała wieczność.
- Może "okay" będzie naszym "zawsze".
- Okay - zgodziłam się."


John Green jest pisarzem, autorem bestsellerów z listy "New York Timesa". Zadebiutował znakomitą powieścią Szukając Alaski, następnie opublikował kilka powieści, z których ostatnia, Gwiazd naszych wina przyniosła mu ogromną popularność i splendor. Otrzymał wiele nagród literackich, m.in.: Printz Medal, Printz Honor i Edgar Award. Mieszka z żoną i synem w Indianapolis. Wraz z bratem Hankiem prowadzi Vlogbrothers, jeden z najpopularniejszych projektów wideo w sieci. Obecnie ma ponad 1,3 miliona fanów na Twitterze.
Tekst pochodzi z opisu książki.


"Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza niż umieranie na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera."


Hazel Grace Lancaster, główna bohaterka, jest szesnastoletnią dziewczyną, u której trzy lata temu wykryto raka i od tamtej pory nie chodzi do szkoły, całe swoje dnie spędzając na oglądaniu American's Next Top Model oraz na czytaniu książek, gdzie jej ulubionym utworem jest Cios udręki, do którego Hazel wraca raz za razem. Nieodłącznym elementem jej życia jest aparat tlenowy o imieniu Philip, bez którego dziewczyna nie jest w stanie zbyt wiele wytrzymać, bowiem rak zaatakował jej płuca, które już nie działają tak, jak powinny. Jakiś czas temu zdarzył się Cud, dzięki któremu Hazel przeżyła. Po podaniu Phanlaxiforu, eksperymentalnego leku, płuca Hazel powiększają się, pozwalając jej przeżyć jeszcze jakiś czas. Oczywiście dziewczyna dobrze zdaje sobie sprawę, że udało jej się tylko "kupić" kilka kolejnych tygodni, może nawet miesięcy, ale stara się mimo wszystko nie poddawać chorobie. 

Jej życie zmienia się o 180 stopni, kiedy do jej grupy wsparcia w Dosłownym Sercu Jezusa przychodzi Augustus Waters. Chłopak również przeżył raka, kostniakomięśniaka, który zaatakował jego nogę. Strata nogi jest jednak dużo lepsza niż strata życia, a Gus potrafi cieszyć się z tego życia, które uzyskał. Hazel na początku znajomości podchodzi do tego z dystansem, bo, jak sama mówi, jest granatem i nie chce nikogo skrzywdzić. Gus jest jednak pierwszą osobą w jej życiu, która dogłębnie potrafi do niej dotrzeć, z którą może rozmawiać o filmach, książkach i o śmierci, która ich czeka. Augustus nie powtarza jej w kółko, że wszystko będzie dobrze, że wyzdrowieje, że pozbędzie się raka. Nie mówi tego, bo sam wie jak to jest żyć z rakiem, a nawet już po pozbyciu się go, gdy człowiek nie wie, czy następnego dnia nie okaże się, że ponownie wrócił do swojego koszmaru, do choroby, która może zaatakować każdą tkankę naszego ciała. Hazel i Augustusa łączy coraz więcej, z dnia na dzień znajdują nowe tematy rozmów, więcej wspólnych zainteresowań. Chłopak dokonuje niemożliwego - postanawia spełnić największe marzenie dziewczyny. Czeka ich niesamowita podróż, pełna uczuć i niespodzianek.


"W miarę jak czytał, zakochiwałam się w nim tak, jakbym zapadała w sen: najpierw powoli, a potem nagle i całkowicie."


Jak zwykle broniłam się przed książką, nie dlatego, że mogłaby mnie nie wciągnąć, ale dlatego, że wszyscy zaczęli ją czytać. Nie lubię robić tego, co wszyscy, ale po wielu rozmowach z przyjaciółką, bo jej emocjach nie mogłam się powstrzymać przed sięgnięciem po Gwiazd naszych wina. Kupiłam ją przez internet, odebrałam w sklepie i... zaczęłam czytać. Po raz pierwszy jakaś książka aż tak mnie pochłonęła, że nawet nie zauważyłam, gdy w ciągu kilku godzin, nawet nie sześciu, przeczytałam całe 312 stron, przy okazji płacząc przez ostatnie pięć rozdziałów jak głupia. Jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie tyle skrajnych emocji co właśnie najnowsza powieść Johna Greena. Dopóki nie zaczęłam jej czytać, nie miałam pojęcia co się w niej dzieje i jaki będzie dla mnie koniec.

Wciągnęła mnie bez reszty, wryła się w mózg, w każdy jego zwój. Nie sądziłam, że kiedykolwiek trafię na taką książkę, która wzbudza tak silne i skrajne emocje - od radości, śmiechu i euforii aż do rozpaczy. Upłakałam się na niej jak dziecko, mimo iż niemal od początku wiedziałam co może się wydarzyć na samym końcu, a więc powinnam być przygotowana na wiele. Gwiazd naszych wina należy do tego przedziału książek, o których chcielibyśmy powiedzieć jak najwięcej, ale zdajemy sobie sprawę, że żadne nasze słowo nie odda w pełni tego, jakie emocje i uczucia wywołała w nas dana książka, a nikt nie chce zostać źle zrozumiany. Nie potrafię nawet ułożyć jednego sensownego zdania, które chociaż trochę ukazałoby moje uczucia do tej książki, bym mogła jakkolwiek przekazać co ten utwór ze mną zrobił. A zrobił wiele.

Augustus i Hazel to postacie, które ukazują, że w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze, a jednak najważniejsze jest to, by się w żaden sposób nie poddawać, nawet kiedy życie rzuca nam kłody pod nogi. Nie jest to jednak kolejna ckliwa historia o nieszczęśliwej miłości chłopaka i dziewczyny, osób chorych na raka, w dodatku gdzie na samym końcu dochodzi do tragedii, po której druga połówka załamuje się i nie chce dalej żyć. Nie. Książka ta nie jest również przykładem tego, że główny bohater jest niesamowicie twardy, nie przejmuje się nieuchronną śmiercią, walczy do samego końca i ostatecznie wygrywa wielkim happy endem. Nie, autor nawet nie zamierzał wzbudzać litości w czytelnikach oraz, jak sam mówił, nie miała to być kolejna książka o raku, ponieważ książki o raku to lipa. Książka ta jest przemyślana, każde słowo odpowiednio wyważone, każdy bohater mocno przemyślany. Po głównych bohaterach, Hazel i Gusie, nie da się odczuć, że są chorzy na raka i wisi nad nimi widmo śmierci. Podoba mi się to, jak bardzo są silni - nie walczą ze śmiercią tak, jakby wszyscy się tego spodziewali. Oni zamierzają godnie przeżyć ten czas, który im pozostał być w pełni szczęśliwymi do samego końca. Cieszę się tym, co mają, cieszą się sobą nawzajem, czasem, który jeszcze dostali, marzeniami, które mogą spełnić. Nie walczą z chorobą - godnie ją znoszą. W życiu Hazel pojawienie się Gusa jest niczym objawienie - dawniej nie chciała nawet wyjść z domu, nie mówiąc o tym, że przestała rozmawiać z ludźmi. On na nowo obudził w niej chęć do życia, działania. Pokazał, że mimo raka można żyć i być szczęśliwym, nie myśląc przez cały czas o tym, co się zagnieździło w naszym ciele. Nie pozwolił, by rak, który zagnieździł się w płucach dziewczyny, zagnieździł się również w jej umyśle - by przejął kontrolę nad nią i codziennym życiem.


"Czasami trafiasz na książkę, która przepełnia cię dziwną ewangeliczną gorliwością oraz niezachwianą pewnością, że roztrzaskany na kawałki świat nigdy już nie będzie stanowił całości, dopóki wszyscy żyjący ludzie jej nie przeczytają. Ale są też dzieła takie jak to, o których możesz opowiadać innym, książki tak rzadkie i wyjątkowe, i twoje, że dzielenie się nimi wydaje się niemalże zdradą."


Każdy z nas ma takie książki, które uwielbia, ale nie chce się nimi dzielić. Dla Hazel był to Cios udręki - ukochana książka, którą poleciła Gusowi, po czym zaczęła żałować, że ktoś jeszcze może zakochać się w tych postaciach, z którymi ona się utożsamiała. Ja właśnie za taką książkę mogę uważać Gwiazd naszych wina - niby chciałabym porozmawiać z ludźmi na temat swoich odczuć, ale z drugiej strony pojawia się możliwość, że ktoś jeszcze może utożsamić się z Hazel Grace, zakochać w Gusie, zaprzyjaźnić z Isaaciem, wściekać się na Petera, poczuć sympatię do rodziców Gusa i Hazel. Z jednej strony człowiek chce, by ktoś jeszcze pokochał tę książkę tak, jak on sam, ale z drugiej strony pojawia się nienormalne uczucie zazdrości, że właśnie te postacie nie są już tylko nasz, nie tylko my je znamy, kochamy, uwielbiamy czy nienawidzimy. To zmienia nasz światopogląd. W Hazel Grace pojawiła się pewna wojna - z jednej strony postacie z jej ulubionej książki miały być tylko i wyłącznie jej, z drugiej jednak chciała, by Gus poznał tę książkę, by mogli rozmawiać o swoich odczuciach co do niej. No i, co najważniejsze, gdyby Augustus nie przeczytał książki - Hazel nigdy nie spełniłaby swojego największego marzenia, a więc nigdy nie poznałaby Petera von Houtena. Ale może wtedy dalej byłaby w tej słodkiej otoczce marzeń.

Gwiazd naszych wina to książka, która obróciła moje życie o 180 stopni. Myślę, że jest to taka literatura, która potrafi trafić do każdego - nie zawsze za pierwszym razem, czasem dopiero za drugim, trzecim, piątym bądź dziesiątym, ale trafia. Do mnie trafiła od razu, wbiła się w mózg i serce, w całe ciało. Przez dwa dni od przeczytania książki żyłam tylko nią. Płakałam, jak nigdy wcześniej na żadnej książce. Mój umysł raz po raz wracał do utworu, do fragmentów, do różnych szczegółów, których wcześniej nie byłam w stanie przyswoić. Każdy indywidualnie podchodzi do lektury tej książki. Dla mnie była ona jak objawienie, ale również jak swoisty cios prosto w serce i przez cały kręgosłup. Postawa głównych bohaterów skłoniła mnie do przemyślenia swojego dotychczasowego życia, do przemyślenia tego, jaka byłam i tego, że nie warto się umartwiać szczegółami jak jedynka w szkole czy złamana noga. Wszystko to można naprawić, w przeciwieństwie do raka, który, nawet wyleczony, atakuje nas już do końca życia, żyje w nas, w naszym ciele, w naszej świadomości. To ból sam w sobie, do którego musimy powoli dojrzewać. Wiem jednak, że po tej lekturze zrozumiałam jedno - nie ważne, jakie mamy życie. Najważniejsze to cieszyć się tym, że je mamy, że budzimy się rano, że możemy się z niego cieszyć. Życie to dar, którego nie można zmarnować.

John Green to niewątpliwie jeden z lepszych autorów prozy młodzieżowej XXI wieku. Potrafi wzbudzić skrajne emocje w czytelniku. Każdy może zostać jego fanem, bo prędziej czy później człowiek sięgnie po Gwiazd naszych wina, Szukając Alaski, 19 razy Katherine, Papierowe miasta czy inną książkę Greena i już od pierwszych słów może zakochać się w jego twórczości. Tak jak ja.


"Tak cię pochłania bycie sobą, że nie masz nawet pojęcia, jaka jesteś idealna."

Czytaj dalej:
4 komentarze
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.