26.09.2015

#29 powrót do rzeczywistości.

Wakacje minęły tak szybko, że nie zdążyłam się nawet zorientować. Od początku września zastanawiałam się o czym mogę napisać post, by przypadkiem wszystkich Was nie zanudzić, ale, jak widać na załączonym obrazku, miesiąc się kończy, a tutaj hula wiatr. Nic nie powstało. Znaczy powstało, jakieś 10-15 postów. Po akapicie, dwóch lub trzech. Za mało, by opublikować, za dużo, by móc tak sobie usunąć. Dzisiaj napisałam trzy inne. Akapity, oczywiście. Kolejne tytuły, poszukiwane zdjęcia, wypisane pomysły. Setki i tysiące. I dalej pustka. Zaczęłam się zastanawiać czy po prostu nie napisać do Was, że się poddaję. Koniec, finito, nie mam siły na nic więcej, brak mi weny, nie wiem co ze sobą zrobić, cześć i czołem, trzymajcie się. Szkoda byłoby jednak marnować te dwa lata, które tutaj spędziłam. Stwierdziłam, że się nie poddaję i wracam do rzeczywistości. Zrobię tylko krótkie podsumowanie wakacji (całych trzech miesięcy), opiszę drobne zmiany (bo nie mogę powiedzieć Wam wszystkiego) i zaproszę do czekania na nowość!

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI

bo nie tak łatwo się mnie pozbyć. 


Studenckie wakacje mają to do siebie, że trwają trzy miesiące. Jak dobrze pójdzie to i cztery, a przynajmniej mogą trwać aż trzy i pół miesiąca. Wszyscy uważają, że to cudowne i wielka zazdrość. Zwykle mówią to Ci, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym, czym jest SESJA. Nagromadzenie wszystkich egzaminów w dwa tygodnie jest naprawdę męczące, zwłaszcza psychicznie. Cztery egzaminy w trzy dni (najgorszy tydzień czerwca, jaki miałam) są mordęgą, ale prócz jednej poprawki (uczeń bez jedynki to jak żołnierz bez karabinu) wszystko skończone jeszcze przed wakacjami. A i poprawka zdana, indeks oddany w terminie, mogłam świętować... Mogłam, ale poległam w walce z zarazkami, więc piszę do Was strasznie zakatarzona JA.

Jeśli jednak jesteśmy przy podsumowaniu ostatnich miesięcy, to spore miejsce zajmują praktyki międzysemestralne w Dzienniku Zachodnim. Łatwo nie było, ale moje artykuły się ukazały. Pod moim nazwiskiem. Zarówno na stronie internetowej, jak i w gazecie papierowej! Nie była to jednak praca w stylu "zrób mi kawę" czy "przynieś ciastko", a prawdziwa robota. Zbieranie materiałów na mieście (skutkiem czego prawie trafiłam do szpitala, ale to już była trochę moja wina), rozmowy telefoniczne, maile, zdjęcia i konferencje. Dwa razy byłam na Kongresie Świadków Jehowy (o dwa za dużo) i trzy razy w terenie. Łatwo nie było, ale doświadczenie zdobyte. W ramach "nie uwierzę, póki nie zobaczę" - zapraszam do czytania TU, TU, TU, TU, TU, a także oglądania na instagramie: TU i TU. Praca dziennikarza do banałów nie należy.

Czy ktoś jeszcze tak ciężko znosi upały, jak ja? Naprawdę jestem nie do życia, gdy temperatura w cieniu przekracza 30 stopni. Optymalne jest 25 stopni i tego będę się trzymać. Sierpień więc, mimo skończonych praktyk i "w końcu sobie odpocznę", stał się dla mnie koszmarem. Jestem zimnolubna. Raczej zawsze jest mi ciepło. Teraz, kiedy na dworze pada deszcz, jest nieprzyjemnie, a temperatura nie przekracza 14 stopni - mnie jest ciepło. Ba, gorąco. Dobrze znoszę wczesną wiosnę (uwielbiam ten okres!) i jesień, zwykle całą. Jest ładnie i chłodno, nigdy nie jest gorąco. Sierpień i te afrykańskie upały - to był koszmar. Jestem wtedy nie do życia, warczę na wszystkich, z domu nie chce mi się wychodzić i najchętniej siedziałabym w wannie z lodowatą wodą (już kiedyś wypróbowałam, cudowne uczucie!). Nawet na zdjęcia nie mogłam się wybrać, dopiero z końcem sierpnia. Raz. Przy czym i tak byłam na tyle nie do życia, że zdjęcia mogły wyjść, moim zdaniem, dużo, dużo lepiej. Cóż, liczę na to, że Anita jeszcze kiedyś będzie chciała iść, a z Natalią uda nam się spotkać.

Lipiec był dla mnie naprawdę intensywnym miesiącem. Praktyki, na które jeździłam ze swoim własnym laptopem i aparatem fotograficznym + plecakiem z resztą rzeczy, a do tego dochodził Wieczór Panieński, który musiałam zorganizować (a że miałam tylko kilka dni, to pomoc dziewczyn była nieoceniona!) i wesele kuzynki, na którym byłam świadkową (i mam nadzieję, że dałam radę). No. Do tego, oczywiście, dochodziły przymiarki, bo sukienkę na wesele szyłam u krawcowej. Sukienka piękna, ale było na nią za gorąco i myślałam, że się usmażę. Mimo wszystko sukienka jest ładna i zamierzam ją jeszcze kiedyś wykorzystać. Chociaż nie wiem, czy nie będę jej przerabiać, przy dekolcie i ramionach. Ale jest cudowna (zdjęcia nie wrzucę, możecie przeszukać instagram. Podpowiedź: jest czerwona!). Panieński się udał, był w stylu hawajskim, chociaż żałuję, że miałam na to ledwo tydzień czasu. Gdyby było więcej - na pewno byłabym w stanie bardziej go ogarnąć. Mimo to - było okej.

Sierpień był okropny, z powodu upałów. Przeżyłam. Wrzesień okazał się bardzo męczący - po pierwsze, z powodu remontu, na który zebrało się moim rodzicom. Skończyliśmy na dwa dni przed moim egzaminem i stwierdziłam, że nic nie zdążę ogarnąć. Przez remont nie miałam kiedy ogarniać. Poddałam się (chociaż nie aż tak). Stwierdziłam, że i tak nie dam rady, więc w sumie po co pójdę, skoro nic mi to nie da? Ale poszłam, no bo co miałam do stracenia? Cóż, poszłam i zdałam. I teraz bez stresu zaczynam piąty semestr studiów. Zaraz czeka mnie licencjat. Czas leci nieubłaganie. 

Wrzesień się kończy, a ja chora. To w sumie logiczne, zawsze muszę się pochorować, kiedy jest coś "całkiem spoko", jak na przykład w ten weekend - kolejny zjazd Food Trucków w Katowicach. Od początku wakacji jest to trzecie takie wydarzenie i, oczywiście, trzeci raz nie mogę. Za pierwszym razem było wesele kuzynki. Za drugim mieliśmy remont. Za trzecim jestem chora. Jeśli będzie kolejny zjazd, to chociażbym miała złamaną nogę - pójdę! Tylko mam nadzieję, że nie wykrakałam sobie kolejnej kary. Tego już bym nie zniosła...

Miałam wakacje-nie wakacje. Wydałam kolejny majątek na książki. Nie wyjechałam nigdzie, chociaż miałam. Nie wyszło, wyjdzie w przyszłym roku. Wszystko można nadrobić. Zmienić, gdy się chce. Właśnie, jeśli chodzi o zmiany - w październiku (mam nadzieję, że od samego początku), ruszają nowe kategorie na tym blogu. Ogólnie nastąpi sporo zmian, liczę na to, że będą one pozytywne dla Was. Zbliża się nowy rok akademicki, rozpoczęła się jesień (a jak wiemy - jesień jest idealna do zmian), obcięłam włosy, zamówiłam niesamowitą sukienkę i... oj, no nastąpiło wiele zmian. Blog również powinien przejść swoją zmianę. No ile można się nie zmieniać? Ja idę do przodu, blog także powinien.

Wracam do pewnej systematyczności, a przynajmniej mam taką nadzieję. Po pierwsze - wracam tutaj, bo we wrześniu okropnie się opuściłam. Po drugie - usunęłam wszystkie posty z tumblra i zaczęłam go prowadzić na nowo, z tym, że wrzucam tam głównie moje twory - zdjęcia, teksty i fragmenty tekstów, cytaty, krótkie opisy, różne pierdoły w tym stylu, dlatego też serdecznie zapraszam TUTAJ. Również na instagramie muszę nieco podgonić ze zdjęciami - do końca roku zaledwie trzy miesiące, a ja muszę dodać jeszcze prawie 500 zdjęć! Także jeśli ktoś chciałby mnie dopingować w wyzwaniu, które sama sobie postawiłam - zapraszam TUTAJ. Wszystkie komentarze bardzo mile widziane. Również na flogu, gdzie przerzuciłam się z photobloga, powinnam zacząć w końcu publikować zdjęcia. Mój największy problem to skleroza, z którą nikt nie pomaga mi walczyć - a wszyscy obiecywali, że będą mi przypominać o publikowaniu. Nie mniej zapraszam TUTAJ, bo może Wasza obecność w końcu sprawi, że będę częściej publikować! Ech, smutne jest życie sklerotyka.

Fotografia nie jest związana z patrzeniem, lecz z czuciem. Jeżeli nie czujesz nic w tym, na co patrzysz, nigdy nie uda ci się sprawić, aby ludzie patrząc na twoje zdjęcia, cokolwiek odczuwali. ~ Don McCullin
Miało być krótko, wyszło jak zwykle. Cóż, pozostaje mi zaprosić Was do polubienia fanpage'y (PAPRYCZKA CHILI - strona o wszystkim, co tyczy się mnie. Zdjęcia, teksty, cytaty, pomysły, ogólny misz-masz. HUMANISTKA NA OBCASACH - strona, wiadomo, dotycząca tego bloga. Póki co jest w fazie prób i błędów. Ożywi się tylko i wyłącznie dzięki Wam! W OBIEKTYWIE HUMANISTKI - strona ściśle związana ze zdjęciami. Obecnie przechodzi zmiany, jak wszystko u mnie. Niedługo zostanie zasypana kolorowymi zdjęciami mojego autorstwa. Chyba, że wcześniej zostanie połączona ze stroną blogową) i oczekiwania na nowy post. Liczę, że pojawi się tutaj najpóźniej w środę.

Trzymajcie się! 
Patrycja Kolibaj
Patrycja Kolibaj

Studentka filologii polskiej i sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Stuprocentowa humanistka, autorka bloga humanistka na obcasach, dziewczyna z mnóstwem pomysłów na sekundę. Początkująca pisarka i felietonistka, amatorka fotografii, pasjonatka kulinarii. ARTYSTYKA.

1 komentarz:

  1. Też uważam, że w wakacje było za gorąco. Ale już jesień więc lepiej. Powodzenia na studiach. Ja jeszcze w szkole, 3 gimnazjum. Wiec mam chyba trochę bardzo łatwiej niż ty :)

    zaczytanabella

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.