30.09.2015

#30 nie takie studia straszne, jak je malują.

Jutro zaczyna się nowy rok akademicki. Dla mnie to trzeci rok studiów, czwarty na tej uczelni (a także na tym samym wydziale). Z doświadczenia wiem, że początki bywają naprawdę trudne i można nieźle się pomęczyć. Początek studiów to nie tylko nowi ludzie i otoczenie, to także zmiana trybu szkolnictwa. Wszystko jest inne. Zwykle plan nie jest z góry narzucony, najczęściej trzeba pomęczyć się z systemem, który nazywa się USOS, i który spędza studentom sen z powiek. Pierwsze dni, czasami także tygodnie, do łatwych nie należą. A potem jeszcze pierwsza sesja i... Brzmi okropnie, co? Spokojnie, 

nie takie studia straszne, jak je malują.


Gdy zaczynałam swoje pierwsze studia, byłam przerażona - inne miejsce, nowi ludzie, nikogo, kompletnie nikogo, nie będę tam znała. Kierunek również nie brzmiał zwyczajnie, bo kto normalny decyduje się na filologię klasyczną? Ogólnie dramat. Serce w gardle, noce nieprzespane. W końcu pani w dziekanacie to chodzący potwór, Buka zjadająca dzieci, koszmar każdego studenta. Wykładowcy? Ach, wszyscy chcą uwalić studenta! I wiadomo, że życie studentów to nic tylko alkohol, imprezy i seksualne orgie. Gdzie w tym wszystkim ja, człowiek trzymający się na uboczu? 

Już po pierwszym tygodniu wiedziałam, że to, co dzieje się na studiach, jest w pełni wyolbrzymione. Nie wiem czy dlatego, że ludzie specjalnie straszą czy ktoś miał wielkiego pecha. Oczywiście, studia same w sobie łatwe nie są. Nie jest różowo, ale czarno-biało także nie jest. Są kolorowe. Czasem naprawdę ma się ochotę wyskoczyć przez okno na piątym piętrze (w końcu językowe, wiadomo), ale czasami, chociaż dużo rzadziej, pojawia się chwila, gdy masz ochotę biec na uczelnię, bo jest fajnie i ludzie są ekstra. Studia to huśtawka, z którą zwykle sami musimy sobie poradzić. Postaram się jednak wspomnieć, co nieco, o studiach. Może rozjaśnić coś, a przynajmniej spróbować, głównie dla tych, którzy rozpoczynają swą przygodę na katowickim Wydziale Filologicznym.

PANI Z DZIEKANATU

Zarówno w pokoju 109, gdzie jest dziekanat filologii klasycznej, jak i w 108, gdzie znajduje się dziekanat filologii polskiej i sztuki pisania (a także innych kierunków, ja skupiam się na swoich), znajdują się panie, o których złego słowa powiedzieć nie mogę. Podstawą jednak jest to, by być miłym. Halo, nie wymagajcie szacunku, jeśli sami go nie dajecie, tak? Jeśli z góry mamy postawę roszczeniową, tj. "ja muszę", "ja chcę", "pani ma mi dać", to nie oczekujcie, że to dostaniecie, w dodatku z uśmiechem na twarzy. Nikogo jeszcze nie zabolało "dzień dobry", gdy wchodzi się do pokoju, a także "chciałabym/chciałbym..." albo "czy mogłabym/mógłbym...", a po ewentualnym załatwieniu całej sprawy powiedzieć "dziękuję, do widzenia". To się w sumie tyczy wszystkiego i wszystkich, nie tylko pań, które pracują w dziekanacie. Tylko czasem bycie miłym w niczym nie pomaga. Czasem. 

NIE ŚPIĘ, BO ODŚWIEŻAM USOS

Wszystkich to bawi. Oczywiście wszystkich, którzy nie mieli styczności z tym "wynalazkiem techniki". Ja wiem, że w pewien sposób jest to dla nas, studentów, ułatwienie. Nie musimy się przepychać w kolejce do wykładowcy czy, o zgrozo, do dziekanatu. Nie ma "bo ja tu byłem pierwszy" albo "bo koleżanka zajęła mi miejsce". Jest jedynie kwestia szybkości komputera i internetu. Masz lepszy internet - masz większe szanse. Póki co tylko raz mi laptop powiedział "DOŚĆ" i brakło mi miejsc. Nie wyszłam na tym najgorzej, no ale, mimo wszystko, wolałabym nie mieć mniejszych lub większych problemów z logowaniem. Wszyscy studenci nagle logują się na przedmioty. Trochę nieprzemyślane, nawet jeśli system był stworzony dla kilku, a nie kilkudziesięciu tysięcy studentów. Uczelnia się rozrasta to i system powinien. Prawda? 

PAPIEROLOGIA

Najgorsze na studiach są wszystkie podania. Naprawdę. Najwięcej zabawy i męczenia się jest z różnymi dokumentami, papierami, indeksami... No i terminami. Początek studiowania przeraża głównie dlatego, że trzeba uporać się z tym wszystkim. Złożyć teczkę, w której będzie odpowiednia ilość dokumentów. Nie zapomnieć o niczym, tak jak ja zapomniałam za pierwszym razem - nie wzięłam dwóch zdjęć dowodowych, zapomniałam ankiety, którą można było pobrać na odpowiedniej stronie. Za drugim razem spadłam ze schodów (brawo ja). Za trzecim razem miałam już wszystko. Całą teczkę, ze zdjęciami, ankietą, ze wszystkim. Na całe szczęście nie ja ją składałam, a moja mama - z tego względu musiałam wypisać specjalne zaświadczenie. Ale okej, jestem na studiach, na trzecim roku już. Przez cały czas trwania studiów zdarza się jednak, że musimy złożyć więcej dokumentów - przedłużenie sesji, urlop dziekański, urlop zdrowotny, podanie o przelogowanie, kilka innych podań, w skrajnych przypadkach pojawia się także podanie o warunek czy egzamin komisyjny. Większość tych dokumentów musi przejść przez dziekanat. To kolejny argument, że warto być miłym dla pań z dziekanatu. ;).

STUDENCKIE ŻYCIE

Większość ludzi widzi studentów jako ciągłych imprezowiczów. Wiecie, kac nie przemija, w żyłach zamiast krwi zaczynają płynąć procenty, wieczne imprezy w klubach, domówki i picie nad jeziorem, gdy tylko przychodzi lato. Studia? Jakie studia! Nauka? Co to takiego? No właśnie. Ciągle to samo myślenie, a potem nagle okazuje się, że rzeczywistość jest "nieco" inna. Szaleńczo imprezują jedynie nieliczni, a kiedy przychodzi czas sesji, to nie ma się nawet głowy do tego, by iść się upić. Chociaż czasem takie myśli również nachodzą. Upić się, skoro i tak nic nie wyjdzie. Niestety, te wszystkie imprezy to głównie wymysł tych wszystkich amerykańskich filmów z bractwami. Smutna rzeczywistość dla ludzi, którzy tylko na to czekają. Ups. Nie te realia, nie ten świat. Chociaż jeśli chodzi o dowcipy, gdzie studenci kserują przed sesją wszystko, co wpadnie im w ręce - tak, tutaj muszę się zgodzić. Kserujemy naprawdę wiele, byle tylko zdać sesję. No właśnie. Przejdźmy więc do tego punktu.

SESJA

Jak to się mówi... System Eliminacji Studentów Jest Aktywny. Coś w tym jest, serio. Sesja to w sumie moment. Dwa albo trzy intensywne tygodnie egzaminów. Materiał z całego semestru, z ćwiczeń lub wykładów, ewentualnie ćwiczeń i wykładów plus to, co sami sobie opracowujemy, czyli głównie lektury. Dużo lektur. Z egzaminu z romantyzmu dostaliśmy... ile? Dwanaście stron spisu lektur? Jakoś tak. Ale to nie jest jeden egzamin. Najpierw trzeba zaliczyć ćwiczenia (co czasem graniczy z cudem), a dopiero potem można podejść do egzaminu. Zwykle przez cały semestr jest spokój. Wpadnie jedno czy dwa kolokwia i cisza. Nic więcej. A potem jak nagle otworzy się worek z zaliczeniami, to my, biedni studenci, nie wiemy w co mamy ręce włożyć. No dobra, nie zawsze jest tak źle. Czasem ta sesja przemija tak szybko, że można tego nie zauważyć. Jest "lajtowa". No wiecie, taka cisza przed burzą. Ta sesja minęła tak szybko, że czujemy, że możemy wszystko. Nic nas nie pokona. Egzaminy? Ach, co za banał! A kolejna okazuje się być kopniakiem prosto w brzuch. Zbierasz się po niej miesiąc. Sesja jest nieprzewidywalna, ale każdą można przeżyć. I można to zrobić bez poprawek, wiecie?

W KOŃCU COŚ INTERESUJĄCEGO!

W gimnazjum i szkołach ponadgimnazjalnych męczą nas przedmioty, którymi się nie interesujemy. Fizyka, chemia, biologia? A po co nam to? Historia? Stare nudy! WOS? Przecież dobrze wiemy co się dzieje na świecie! No tak. Wszystkim się marzy, że kiedy już ruszymy na studia to w końcu będziemy uczyć się tego, co nas interesuje. W końcu sami wybieramy sobie kierunek, na który będziemy chodzić. Niestety, studia wcale nie są takie kolorowe i, mimo iż wybierasz się na swój wymarzony kierunek, będziesz musiał użerać się z tym, czego nie lubisz. Uwierzcie, że wcale nie cieszy mnie gramatyka historyczna, na którą chodzić muszę. Nie ma wyjścia, co poradzić? Odbijam sobie za to na innych zajęciach, z których można wyciągnąć więcej. Czasem tylko żałuję, że nie jestem na ISM, gdzie mogłabym wybierać przedmioty ze wszystkich kierunków. To by było dopiero zabawy! Niestety, każde studia mają swój minus. Przedmiot, którego się nie lubi, ewentualnie nie rozumie. Wykładowcę, który lubi poznęcać się nad studentami. Okej, można zrezygnować. Pytanie brzmi: Czy warto?

Studia nie są straszne. One tylko takie bywają, ale mimo wszystko - musimy wziąć się w garść i dawać sobie radę. Najważniejsze jest, przede wszystkim, zorganizowanie i grupa, która nas nie wystawi, a wręcz przeciwnie - pomoże, gdy będziemy tego potrzebowali. Studiowanie naprawdę może być fajne. Trzeba tylko wiedzieć, jak do niego podejść.

Miłego początku roku akademickiego, studenci!

Wydział Filologiczny w Katowicach. fot. www.sonsdanoite.flog.pl
Powyższy post jest w pełni subiektywnym odczuciem, moim, na moim wydziale, z moimi kierunkami, z Uniwersytetem Śląskim w Katowicach. Prywatne odczucia autora, mogą się nieco różnić od odczuć innych studentów.

Czytaj dalej:
6 komentarzy
Udostępnij:

26.09.2015

#29 powrót do rzeczywistości.

Wakacje minęły tak szybko, że nie zdążyłam się nawet zorientować. Od początku września zastanawiałam się o czym mogę napisać post, by przypadkiem wszystkich Was nie zanudzić, ale, jak widać na załączonym obrazku, miesiąc się kończy, a tutaj hula wiatr. Nic nie powstało. Znaczy powstało, jakieś 10-15 postów. Po akapicie, dwóch lub trzech. Za mało, by opublikować, za dużo, by móc tak sobie usunąć. Dzisiaj napisałam trzy inne. Akapity, oczywiście. Kolejne tytuły, poszukiwane zdjęcia, wypisane pomysły. Setki i tysiące. I dalej pustka. Zaczęłam się zastanawiać czy po prostu nie napisać do Was, że się poddaję. Koniec, finito, nie mam siły na nic więcej, brak mi weny, nie wiem co ze sobą zrobić, cześć i czołem, trzymajcie się. Szkoda byłoby jednak marnować te dwa lata, które tutaj spędziłam. Stwierdziłam, że się nie poddaję i wracam do rzeczywistości. Zrobię tylko krótkie podsumowanie wakacji (całych trzech miesięcy), opiszę drobne zmiany (bo nie mogę powiedzieć Wam wszystkiego) i zaproszę do czekania na nowość!

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI

bo nie tak łatwo się mnie pozbyć. 


Studenckie wakacje mają to do siebie, że trwają trzy miesiące. Jak dobrze pójdzie to i cztery, a przynajmniej mogą trwać aż trzy i pół miesiąca. Wszyscy uważają, że to cudowne i wielka zazdrość. Zwykle mówią to Ci, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym, czym jest SESJA. Nagromadzenie wszystkich egzaminów w dwa tygodnie jest naprawdę męczące, zwłaszcza psychicznie. Cztery egzaminy w trzy dni (najgorszy tydzień czerwca, jaki miałam) są mordęgą, ale prócz jednej poprawki (uczeń bez jedynki to jak żołnierz bez karabinu) wszystko skończone jeszcze przed wakacjami. A i poprawka zdana, indeks oddany w terminie, mogłam świętować... Mogłam, ale poległam w walce z zarazkami, więc piszę do Was strasznie zakatarzona JA.

Jeśli jednak jesteśmy przy podsumowaniu ostatnich miesięcy, to spore miejsce zajmują praktyki międzysemestralne w Dzienniku Zachodnim. Łatwo nie było, ale moje artykuły się ukazały. Pod moim nazwiskiem. Zarówno na stronie internetowej, jak i w gazecie papierowej! Nie była to jednak praca w stylu "zrób mi kawę" czy "przynieś ciastko", a prawdziwa robota. Zbieranie materiałów na mieście (skutkiem czego prawie trafiłam do szpitala, ale to już była trochę moja wina), rozmowy telefoniczne, maile, zdjęcia i konferencje. Dwa razy byłam na Kongresie Świadków Jehowy (o dwa za dużo) i trzy razy w terenie. Łatwo nie było, ale doświadczenie zdobyte. W ramach "nie uwierzę, póki nie zobaczę" - zapraszam do czytania TU, TU, TU, TU, TU, a także oglądania na instagramie: TU i TU. Praca dziennikarza do banałów nie należy.

Czy ktoś jeszcze tak ciężko znosi upały, jak ja? Naprawdę jestem nie do życia, gdy temperatura w cieniu przekracza 30 stopni. Optymalne jest 25 stopni i tego będę się trzymać. Sierpień więc, mimo skończonych praktyk i "w końcu sobie odpocznę", stał się dla mnie koszmarem. Jestem zimnolubna. Raczej zawsze jest mi ciepło. Teraz, kiedy na dworze pada deszcz, jest nieprzyjemnie, a temperatura nie przekracza 14 stopni - mnie jest ciepło. Ba, gorąco. Dobrze znoszę wczesną wiosnę (uwielbiam ten okres!) i jesień, zwykle całą. Jest ładnie i chłodno, nigdy nie jest gorąco. Sierpień i te afrykańskie upały - to był koszmar. Jestem wtedy nie do życia, warczę na wszystkich, z domu nie chce mi się wychodzić i najchętniej siedziałabym w wannie z lodowatą wodą (już kiedyś wypróbowałam, cudowne uczucie!). Nawet na zdjęcia nie mogłam się wybrać, dopiero z końcem sierpnia. Raz. Przy czym i tak byłam na tyle nie do życia, że zdjęcia mogły wyjść, moim zdaniem, dużo, dużo lepiej. Cóż, liczę na to, że Anita jeszcze kiedyś będzie chciała iść, a z Natalią uda nam się spotkać.

Lipiec był dla mnie naprawdę intensywnym miesiącem. Praktyki, na które jeździłam ze swoim własnym laptopem i aparatem fotograficznym + plecakiem z resztą rzeczy, a do tego dochodził Wieczór Panieński, który musiałam zorganizować (a że miałam tylko kilka dni, to pomoc dziewczyn była nieoceniona!) i wesele kuzynki, na którym byłam świadkową (i mam nadzieję, że dałam radę). No. Do tego, oczywiście, dochodziły przymiarki, bo sukienkę na wesele szyłam u krawcowej. Sukienka piękna, ale było na nią za gorąco i myślałam, że się usmażę. Mimo wszystko sukienka jest ładna i zamierzam ją jeszcze kiedyś wykorzystać. Chociaż nie wiem, czy nie będę jej przerabiać, przy dekolcie i ramionach. Ale jest cudowna (zdjęcia nie wrzucę, możecie przeszukać instagram. Podpowiedź: jest czerwona!). Panieński się udał, był w stylu hawajskim, chociaż żałuję, że miałam na to ledwo tydzień czasu. Gdyby było więcej - na pewno byłabym w stanie bardziej go ogarnąć. Mimo to - było okej.

Sierpień był okropny, z powodu upałów. Przeżyłam. Wrzesień okazał się bardzo męczący - po pierwsze, z powodu remontu, na który zebrało się moim rodzicom. Skończyliśmy na dwa dni przed moim egzaminem i stwierdziłam, że nic nie zdążę ogarnąć. Przez remont nie miałam kiedy ogarniać. Poddałam się (chociaż nie aż tak). Stwierdziłam, że i tak nie dam rady, więc w sumie po co pójdę, skoro nic mi to nie da? Ale poszłam, no bo co miałam do stracenia? Cóż, poszłam i zdałam. I teraz bez stresu zaczynam piąty semestr studiów. Zaraz czeka mnie licencjat. Czas leci nieubłaganie. 

Wrzesień się kończy, a ja chora. To w sumie logiczne, zawsze muszę się pochorować, kiedy jest coś "całkiem spoko", jak na przykład w ten weekend - kolejny zjazd Food Trucków w Katowicach. Od początku wakacji jest to trzecie takie wydarzenie i, oczywiście, trzeci raz nie mogę. Za pierwszym razem było wesele kuzynki. Za drugim mieliśmy remont. Za trzecim jestem chora. Jeśli będzie kolejny zjazd, to chociażbym miała złamaną nogę - pójdę! Tylko mam nadzieję, że nie wykrakałam sobie kolejnej kary. Tego już bym nie zniosła...

Miałam wakacje-nie wakacje. Wydałam kolejny majątek na książki. Nie wyjechałam nigdzie, chociaż miałam. Nie wyszło, wyjdzie w przyszłym roku. Wszystko można nadrobić. Zmienić, gdy się chce. Właśnie, jeśli chodzi o zmiany - w październiku (mam nadzieję, że od samego początku), ruszają nowe kategorie na tym blogu. Ogólnie nastąpi sporo zmian, liczę na to, że będą one pozytywne dla Was. Zbliża się nowy rok akademicki, rozpoczęła się jesień (a jak wiemy - jesień jest idealna do zmian), obcięłam włosy, zamówiłam niesamowitą sukienkę i... oj, no nastąpiło wiele zmian. Blog również powinien przejść swoją zmianę. No ile można się nie zmieniać? Ja idę do przodu, blog także powinien.

Wracam do pewnej systematyczności, a przynajmniej mam taką nadzieję. Po pierwsze - wracam tutaj, bo we wrześniu okropnie się opuściłam. Po drugie - usunęłam wszystkie posty z tumblra i zaczęłam go prowadzić na nowo, z tym, że wrzucam tam głównie moje twory - zdjęcia, teksty i fragmenty tekstów, cytaty, krótkie opisy, różne pierdoły w tym stylu, dlatego też serdecznie zapraszam TUTAJ. Również na instagramie muszę nieco podgonić ze zdjęciami - do końca roku zaledwie trzy miesiące, a ja muszę dodać jeszcze prawie 500 zdjęć! Także jeśli ktoś chciałby mnie dopingować w wyzwaniu, które sama sobie postawiłam - zapraszam TUTAJ. Wszystkie komentarze bardzo mile widziane. Również na flogu, gdzie przerzuciłam się z photobloga, powinnam zacząć w końcu publikować zdjęcia. Mój największy problem to skleroza, z którą nikt nie pomaga mi walczyć - a wszyscy obiecywali, że będą mi przypominać o publikowaniu. Nie mniej zapraszam TUTAJ, bo może Wasza obecność w końcu sprawi, że będę częściej publikować! Ech, smutne jest życie sklerotyka.

Fotografia nie jest związana z patrzeniem, lecz z czuciem. Jeżeli nie czujesz nic w tym, na co patrzysz, nigdy nie uda ci się sprawić, aby ludzie patrząc na twoje zdjęcia, cokolwiek odczuwali. ~ Don McCullin
Miało być krótko, wyszło jak zwykle. Cóż, pozostaje mi zaprosić Was do polubienia fanpage'y (PAPRYCZKA CHILI - strona o wszystkim, co tyczy się mnie. Zdjęcia, teksty, cytaty, pomysły, ogólny misz-masz. HUMANISTKA NA OBCASACH - strona, wiadomo, dotycząca tego bloga. Póki co jest w fazie prób i błędów. Ożywi się tylko i wyłącznie dzięki Wam! W OBIEKTYWIE HUMANISTKI - strona ściśle związana ze zdjęciami. Obecnie przechodzi zmiany, jak wszystko u mnie. Niedługo zostanie zasypana kolorowymi zdjęciami mojego autorstwa. Chyba, że wcześniej zostanie połączona ze stroną blogową) i oczekiwania na nowy post. Liczę, że pojawi się tutaj najpóźniej w środę.

Trzymajcie się! 

Czytaj dalej:
1 komentarz
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.