31.08.2015

#28 gwałt dobry na każdą pogodę

Ahoj!

Kocham mój cykl a very potter... fanfick?. Dlaczego? Bo ma największe wzięcie, bo trafia do czytelników, bo sami chętnie podrzucacie mi pomysły na kolejne posty. Piszecie wiadomości o czym chętnie byście przeczytali. W końcu czuję, że mój blog ma jakieś znaczenie, przynajmniej dla garstki osób. Za to wszystko Wam dziękuję i dzisiaj zapraszam na kolejny post z tego cyklu. 

GWAŁT ZAWSZE SPOKO

o dewiacji czytelników słów kilka


Potterowskie grupy na facebooku są niewyczerpalnym źródłem pomysłów i inspiracji. Naprawdę. Kocham czytelników i autorów blogów, bo dzięki nim zawsze mam o czym pisać. Dzisiejszy pomysł na post również powstał dzięki powtarzającym się postom. Wystarczyło wejść na jedną, dosyć popularną grupę i już znalazłam trzy posty z podobnym zapytaniem. Zastanawiam się więc co kieruje tymi ludźmi, zważywszy na fakt, że większość z nich nie przekroczyła nawet 16 lat. A o co chodzi? 

O gwałty chodzi!


Post pierwszy: "po wojnie w Hogwarcie, Hermiona najpierw zaprzyjaźnia się z kimś innym ze Slytherinu niż Smok, a z Draco nie wpadają sobie w ramiona tak szybko, jest jakiś incydent typu próba samobójcza lub gwałt". Hermiona wielka przyjaciółka Ślizgonów - oczywiste. Cud, że z Draco mają nie wpaść sobie w ramiona od razu, ale czym zawiniła Hermiona, że musi zostać zgwałcona, albo dlaczego ma mieć taką słabą psychikę (wszyscy wiemy, że tak nie było), by chcieć popełnić samobójstwo? Co ona komu zawiniła? 

Post drugi: "ma jakiś uraz do mężczyzn (np gwałt) i teraz trudno przekonać ją do siebie. Zostaje pobita/zgwałcona. Jest z patologicznej rodziny albo coś w ten deseń". Pomijając brak kropek i wielkich liter na początku zdania... To dlaczego dziewczyna musi być zawsze taka biedna? Co ludzi kręci w takich opowiadaniach? 

Post trzeci: "Blog, w którym Hermiona ma jakieś przykro doświadczenia (tnie się, próba samobójcza, gwałt czy coś)". Szał, pojawiła się jakaś nowość! Hermiona, która się tnie. Nie zmienia to faktu, że czytelnicy poszukują zgwałconych dziewczyn. Zwykle Hermiony. Biedna dziewczyna.

Post czwarty: "Szukam jakieś Dramione, w którym Hermiona jest bita i/lub gwałcona przez Rona i Draco to odkrywa. Mile widziane Blinny no i żeby był Happy End. <3 I niech nie rzucają się na siebie w pierwszych rozdziałach, plz. + zapomniałam dodać, że najlepiej, gdyby akcja toczyła się w Hogwarcie, po wojnie". Czy kogoś z Was zdziwiło, że jest to czwarty post i znowu jest to Hermiona? Jest to dosyć ciekawa zależność. Dramione, przed lub po wojnie, od Hermiony odwracają się przyjaciele, gwałci ją (bądź bije) ktoś bliski, Draco jej pomaga, jest pełnia szczęścia, kanon popełnił seppuku. Ron gwałcący Hermionę? Do tego na pewno wrócę w dalszej części, bo aż się prosi o długi komentarz.

Po przejrzeniu postów, komentarzy i adresów blogów, jakie zostały podane, stwierdziłam, że czas dopytać się ludzi, skąd wzięła się u nich ta chęć czytania takich opowiadań. Zadałam więc pytanie na największej polskiej grupie zrzeszającej fanów Harry'ego Pottera. Liczyłam na to, że tam uzyskam satysfakcjonującą mnie odpowiedź. I co? W sumie się nie zawiodłam. Jak zawsze!

Ciekawi mnie... Co Was pociąga w tych gwałconych Hermionach (lub innych żeńskich postaciach)? Dlaczego wydaje Wam się to takie fajne do czytania? Dlaczego chcecie to czytać? No i z jakiego powodu to piszecie? Pytanie główne brzmi... CO FAJNEGO JEST W GWAŁCIE I WYKORZYSTANIU SEKSUALNYM, ŻE CHCECIE O TYM CZYTAĆ/PISAĆ?

Wiecie, uzyskałam całkiem sporo odpowiedzi. Próbowałam zrozumieć mentalność piszących i czytających te opowiastki, bo zwykle nie są to teksty wysokich lotów. Nie, żeby wszystkie takie były, bo jednak jakieś dobre perełki na pewno się znajdą, ale do tej pory, no cóż, szczęścia nie było. Niestety. O piszących takie teksty mogłabym powiedzieć naprawdę wiele. O czytających również, bo na nich się dzisiaj skupię. Przynajmniej mam taki plan, który może zostać zrealizowany dzięki uprzejmości użytkowników wyżej wspomnianej grupy.

Ja np. mam Pottera gwałciciela w tekście, który pisany był dla tak zwanej beki. Jednakże nie popieram pisania o gwałtach w poważnych tekstach. To tak nie działa. Choćby nie wiem co, postacie z HP nie są ani Trynkiewiczem ani Kubą Rozpruwaczem ani nawet Batmanem/Supermanem/innym super bohaterem. Żeby dobrze opisać takie sceny - trzeba mieć wiedzę na ten temat. A wątpię, by hot12 chciały paść ofiarą przemocy na tle seksualnym. To zostawia ślad na całe życie. Więc pisanie o tym tekstów na siłę, "bo to modne" jest dla mnie żałosne.

Opisanie gwałtu do bardzo trudnych nie należy. Inaczej jest wtedy, kiedy opisujesz psychikę ofiary. Nie oszukujmy się - tworząc taki tekst MUSIMY opisać co dzieje się z naszym bohaterem, bez względu na to, jakiej jest on płci. Gwałt to nie sytuacja, w której w piaskownicy koleżanka przyłoży nam grabkami w czoło i przez tydzień będziemy chodzić z dziwnym siniakiem, ale za dwa tygodnie już nie będziemy pamiętać, że coś takiego się wydarzyło. Jeśli ktoś wykorzysta cię seksualnie to miesiącami nie potrafisz się pozbierać, w większości przypadków potrzebujesz jakiejś terapii u psychologa bądź psychiatry i ostatnie o czym marzysz, to seks z facetem (w przypadku kobiet. Nie wiem jak tam ma się psychika mężczyzn). Co się dzieje w takich opowiadaniach? Ano, zwykle panna Granger tydzień później oddaje się innemu, bo już o gwałcie nie pamięta. Och, wszystkie ofiary chciałyby mieć taki luksus psychiczny.

Bo w każdym z nas czai się psychopata. Nie wmówisz mi, że NIGDY, ale to absolutnie nigdy, nie miałaś ochoty kogoś zabić. Z uzasadnionego powodu lub nie. Oczywiście (tzn. tak zakładam) - nie zrobiłaś tego. Być może nawet przestraszyłaś się własnych myśli, tak jak ja to robię regularnie. Ba! Ja nawet w pewnym momencie życia rozważałam udanie się na terapię.
Co prawda nie każdy jest tak mocno nienormalny jak ja (bo ja przerażam siebie z regularnością godną szwajcarskich zegarków). Ale każdy, prędzej czy później, ma jakąś myśl, której nie chce zamienić w czyn. Ale może ją zrealizować w bezpiecznej rzeczywistości świata przedstawionego - własnego lub cudzego, w opowiadaniu swoim lub cudzym. Taka forma rozładowania myśli, tak sądzę. Przynajmniej u mnie tak to działa, a pisałam bardzo dużo dziwnych rzeczy i czasem z Evee wciąż piszemy rzeczy, o których głośno się nie mówi.
A, no i nie zapominajmy.
Cierpienie uszlachetnia. Ale nikt nie lubi cierpieć. W dobrze napisanym opowiadaniu (wiem, takich ze świecą szukać) cierpienie jest opisane w taki sposób, że czytelnik odczuwa je całym swoim umysłem. Trochę, jak koszmar senny - one mają nas (wedle jednej z teorii) przygotować na najgorsze w naszym życiu.
Takie opowiadania w pewnym sensie też.

RCS to zdecydowanie najlepszy materiał do opinii na różne tematy - gdybym użyła tylko i wyłącznie jej odpowiedzi (całości), to pewnie nie musiałabym pisać większości tego postu. Dlaczego? Bo tak mi się rozpisała. Zostawiam Wam kawałek, który dobrze obrazuje jej podejście. I trochę moje. Opowiadania, które w jakiś sposób skupiają się na gwałtach, to okazja do fluffu, czyli pełni słodkości i ani grama goryczy. Ludzie się tulą, całują, nie krzyczą na siebie. Ogólnie pełna sielanka. Następuje ból i cierpienie, by za moment można to było ukoić słodyczą i uwielbieniem. Coś w tym jest, jednak tak jak wspomina RCS - w każdym z nas czai się psychopata, a te gwałty są tego odzwierciedleniem. 

Nie wiem co jest fajnego w tym, że taka przeciętna aŁtorka lubi Hermionę, a mimo to ją bije i gwałci (oczywiście pięściami i... ehm... Rona). Jedno mi przychodzi do głowy - konkretny zamysł. Drugie - dzięki temu chce podkreślić rycerskość Dracona (rozpatrzmy to na przykładzie Dramione). Już pomińmy dlaczego Ron się taki stał (bo zazwyczaj nie ma powodu, aŁtorka go tak wykreowała, BO TAK. Jak zresztą zaokrągloną Hermionę. Bez powodu).
Natomiast ja sama (jeszcze mi się nie zdarzyło aż tak krzywdzić swoich bohaterów, raz tylko zgwałciłam swoją OC, ale było mi to potrzebne do jej przemiany) lubię takie zabiegi, aczkolwiek bez przesady. Robienie z bohaterki super szczęśliwej i zawsze uśmiechniętej Mary Sue jest równie kiepskie, jak bestialskie pastwienie się nad nią przez 3/4 opowiadania (tylko po to, żeby uratował ją Draco na białym koniu). Trzeba po prostu znaleźć złoty środek. Gwałty i przemoc (nie tylko fizyczna, ale i psychiczna) to część życia człowieka, jedna osoba opisze, jak Ron zdradza Hermionę, a ktoś napisze, że Ron ją leje i gwałci. Nie mam z tym problemu, ale wszystko musi być jakoś logicznie wyjaśnione, nie można sobie tak po prostu zmienić charakteru bohatera, bo chce się na siłę oddalić Rona od Hermiony, dzięki czemu może powstać Dramione. Autorzy czasami nie zauważają, że można ich rozdzielić bez popadania w skrajności, bo kto powiedział, że Hermiona czy Ron nie mogli się tak po prostu odkochać? Ich prawie 7-letnie zainteresowanie sobą nic nie znaczy, bo rozpadają się nawet 20-letnie szczęśliwe małżeństwa, więc czym jest ich "związek" przy czymś takim?
Co do czytania takich teksów... Ja przeczytam naprawdę wszystko, nie musi być nawet jakiś świetny język czy opisy, nie. Jeśli jest pomysł i nawet ta zamiana charakteru bohaterów (logicznie wyjaśniona), to mogę się zabrać nawet za Voldmione.

I tym komentarzem Frozenki - zakończmy dodawanie komentarzy innych i przejdźmy do fragmentu, o którym wyżej już Wam wspominałam, a który ona poruszyła ponownie. Hermiona i Ron. Dramione. Zależność.

Zwykle Hermiona, bita bądź gwałcona, pojawia się w tekstach, które w późniejszym czasie skupiać się będą na jednym z dwóch pairingów - Dramione (Draco&Hermione) oraz Sevmione (Severus&Hermione). Obie pary naprawdę lubię, chociaż ta druga jest bardzo kontrowersyjna. W końcu to prawie czterdziestoletni facet i jego dziewiętnaście lat młodsza uczennica. Nie mniej schemat wygląda podobnie. Po (przynajmniej) sześciu latach wielkiej przyjaźni Ronald Weasley, którego wszyscy kojarzą z przyjaźni i późniejszego, kanonicznego, małżeństwa z panną Granger, nagle zaczyna wydziwiać. Staje się gburem i brutalem. Czasem przyłoży dziewczynie, pociągnie ją za włosy, kopnie, a nawet zgwałci. Przecież to oczywiste, że najlepszy przyjaciel i miłość Twojego życia, nagle przemienia się w brutalnego gwałciciela, któremu nie sposób uciec. A przecież wszyscy pamiętamy, że gdyby nie Hermiona, to Rudy nie przeżyłby nawet spotkania z Diabelskimi Sidłami na pierwszym roku nauki. I to ma być ten ogier, co gwałci nastolatkę? Ale kpina. Już szybciej bym uwierzyła, że podkochiwał się od pierwszej klasy w koledze z dormitorium (w końcu sławny Potter, nie? Nigdy nie wiadomo co tam się działo, gdy byli sami) niż w to, że nagle stał się gwałcicielem. I mówię to ja, z całą swoją nienawiścią do niego.

Cóż, kiedy już młoda Gryfonka zostaje zgwałcona i pobita, nagle na jej drodze pojawia się znienawidzony Ślizgon (Malfoy) albo jeszcze bardziej znienawidzony, zwykle cudownie ożywiony, nauczyciel (Snape). Oczywiście, jak przystało na ludzi, którzy się nienawidzą - są zatroskani zagubioną i wystraszoną dziewczyną, przygarniają ją do siebie jak biednego szczeniaczka i opiekują, a kiedy dowiadują się, co też zrobiono brunetce - co robią? Ano poprzysięgają sobie zemstę, szukają Weasleya i klepią go po mordzie, by w następnym rozdziale Hermiona mogła rzucić się na szyję któremuś z nich. Jeden rozdział później i są razem w łóżku, a potem mamy szczęśliwe zakończenie. W tej chwili kanon zmartwychwstał, by ponownie popełnić seppuku, bo jest coraz gorzej co jego istnieniem.

No dobrze. Macie jeszcze jedno, bardzo fajne, wytłumaczenie prosto od Frozenki:

Takie notoryczne gwałty i przemoc na przykładowej Hermione podobają się aŁtorkom dlatego, że one mają w głowie historię: maltretowana Hermiona zostaje ocalona z brutalnych łap Rona, przez Dracona na białym koniu. On jest czuły, cierpliwy, rozumie ją... Co jest jednocześnie balsamem na rany stworzone przez Rona. Te aŁtorki myślą, że te gwałty i przemoc to taka fajna rzecz, kiedy uratuje Cię książę i roztacza nad Tobą opiekę. Ale nie potrafią zrozumieć, że zazwyczaj jest zupełnie inaczej - dziewczyna nie chce sobie pomóc, wstydzi się tego (jeśli to jednorazowy incydent - okej, ale w momencie, kiedy stały partner stosuje przemoc - i to przez dłuższy czas - to nie jest łatwo się z takiego związku wyplątać), dziewczyna nie chce kontaktu z innym mężczyzną. Ale w takich opowiadaniach kończy się wątek Rona tyrana, a zaczyna wielka miłość Hermiony i Dracona, jakby się przez te miesiące (lata?) nic w ogóle nie stało, Hermiona nie ma żadnego urazu, jest otwarta na różne wyczyny seksualne (ale oczywiście pierwszy raz musi być delikatny i najlepiej zaraz po gwałcie/pobiciu przez Rona). Przemoc wydaje się tym małym dziewczynkom taka fajna, bo już mają w głowie wielkie ocalenie Hermiony przez szlachetnego Malfoya. I to jest chyba jedyny powód, dlaczego w BLOGASKACH (nie w blogach) pojawia się taki schemat.
PS: Pisać można o wszystkim, tylko trzeba posiadać wyobraźnię, mieć umiejętności logicznego myślenia (o dziwo), a także być już w pewnym wieku i posiadać pewną dojrzałość. Naprawdę wolę przeczytać naiwnie szczęśliwe opowiadanie o problemach 13-latków - pisane przez 13-latkę, niż jakieś pseudo-dramowe, pełne seksu i przemocy ff autorstwa tej samej 13-latki. 

Yup. Największą zbrodnią tych opowiadań jest nieumiejętne pokazanie (albo kompletne ignorowanie) psychiki postaci. Kurcze no. Jeśli już ten Ron musi ją gwałcić, to niech nie będzie radosna jak skowronek, gdy tylko Malfoy (lub jakikolwiek inny facet) postanowi się z nią spotykać. Przez to od razu traci na wiarygodności. Dobry tekst to taki, który wciąga czytelnika, bez względu na to, czy to opowiadanie o gwałcie czy o miłości nastolatków. Musi mieć jednak to COŚ, co większość ałtorów już zgubiła. Dlaczego? Bo zwykle czytelnikom nie chce się tego czytać. Nie raz się spotkałam z tym, że ludzie nie chcą opisów. Chcą dialogi. W dialogach nie zamknie się uczuć, emocji i psychiki. Nie w taki sposób. Potem wychodzi z tego to, co wychodzi - byle co.

Sama tematyka gwałtów, pobić, samobójstw i ogólnie tekstów, które mają niezliczoną ilość angstu, to coś dla mnie. Uwielbiam takie opowiadania (chyba powinnam wybrać się na leczenie), więc jestem dla nich bardzo krytyczna. Sama staram się pisać tylko takie teksty, jednak one nie wychodzą poza szufladę, o publikowaniu ich w sieci nawet nie wspominam. Może kiedyś coś z tego będzie. Dlaczego piszę/czytam takie twory? Cóż, przede wszystkim je piszę, bo przyznać muszę, że dobrych tekstów w tym temacie to ze świecą szukać. Cierpienia, o które zwykle mi chodzi, nie ma w nich za grosz. Lubię odczuwać cierpienie postaci, ale takie, które przeszywa na wskroś i wyciska ze mnie łzy, niczym cebula podczas jej krojenia. Nie potrzebuję opisów seksualnych wykorzystywań. Dla mnie może być tylko wspomnienie, że ktoś został zgwałcony/skrzywdzony w inny sposób. Potrzebuję psychikę człowieka. Cierpienie, które wylewa się z każdej litery i każdego wyrazu. Tekst, który ma oczyścić. Naprawdę, taki tekst mnie oczyszcza, zwłaszcza, kiedy sama go napiszę. Wyładuję swoje emocje na psychice postaci.

Jeśli już jesteśmy przy Harrym Potterze - ja naprawdę nie lubię Ronalda. Wręcz nienawidzę tej postaci. Nie umiem się do niego przekonać. A jednak staram się szukać jakiegoś powodu, dla którego nagle staje się zły, odsuwa się od przyjaciół i staje się dla Hermiony nieprzyjemnym zwyrodnialcem. Nie jest to łatwe. Zwykle nie ma wyjaśnienia, jakby rudzielec miał kaprys, by stać się gwałcicielem. Nie wiem, ałtorki to chyba myślą, że "bad boy" oznacza gwałcenie, a "rycerz na białym koniu" może pojawić się tylko wtedy, kiedy musi uratować biedną dziewczynę, odartą ze swej kobiecości i niewinności. Dlaczego takie opowiadania zwykle pisane są przez hot12 (w porywach do 15)? Bo to są ich chore fantazje. Może im się po prostu wydaje, że gwałt jest taki super, a kobieta, której to dotknęło, nie ma później problemów ze swoją psychiką czy nawet akceptacją własnego ciała.

Cóż, każda zgwałcona ma takie życzenia.


Ups, się rozpisałam. Mogłabym więcej, ale wciąż kręciłabym się koło postaci, bo o tym jest ten post. Krótko mogę jednak zaapelować: nie znasz tematu - nie pisz. Ja przecież podczas remontu nie mówię rodzicom jak mają położyć kafelki na ścianie. Dlaczego? Bo się nie znam. To samo jest z pisaniem - nie wiesz co czuje dana postać? Nie umiesz tego opisać - nie pisz. Oszczędzisz wszystkim rozczarowania.

Ewentualne propozycje postów bądź blogów do oceniania - piszcie w komentarzach.

Do przeczytania!

Czytaj dalej:
7 komentarzy
Udostępnij:

25.08.2015

#27 kreacja bohatera part I.

Dzień dobry!

Miało być co innego, znowu jest co innego. Cała ja. Ostatnio zastanawiam się nad utworzeniem bloga tylko do a very potter... fanfick?, bo te teksty mają jakby swoje własne życie. Pomysły przychodzą mi do głowy tak często i jest ich tak wiele, że czasem nie wiem za co mam się zabrać. Naprawdę! Dzisiaj, mam nadzieję, trafię do większości. Na to liczę.

KREACJA BOHATERÓW

część pierwsza: świat Harry'ego Pottera


Sądzę, że z całości będą trzy części. Dzisiaj chcę pokazać czego NIE można robić, jeśli postać ma mieć charakter. Najczęstszym błędem autorów jest stereotypowość, "płaskość" i powielanie schematów. Idealizowanie. Opisy z taką masą porównań, które się do niczego nie kleją, że głowa mała. Na całe szczęście, dzięki pomocy Frozenki, mogę ukazać opisy na przykładach. Zaczynamy!

BLAISE ZABINI

Jeśli ktoś czytał/oglądał Harry'ego Pottera to powinien kojarzyć tę postać. Blaise jest Ślizgonem (mieszkańcem domu Slytherin), czarnoskórym, wysokim chłopakiem, dobrym znajomym, a może i przyjacielem Dracona Malfoya. O tej postaci wiemy niewiele. Najważniejszą informacją, podaną zarówno w filmie, jak i w książce, jest fakt, że chłopak jest CZARNOSKÓRY. Okej, nim wyszła szósta część książki (2005 rok wersja angielska, 2006 wersja polska) Blaise przedstawiany był w opowiadaniach za pomocą zdjęć Shane Westa albo Chada Michaela Murraya. Można wybaczyć, bo jak dobrze kojarzę - przed Księciem Półkrwi nigdzie nie podano wyglądu postaci, więc była pewna dowolność co do koloru skóry. Dręczy mnie jednak to, że dziesięć lat po opublikowaniu oryginału książki ludzie wciąż robią jakieś akcje z kolorem skóry. A jakie? Cóż, o tym za moment. 

Świat fanfiction ma to do siebie, że rządzi się swoimi prawami. Każdy może napisać co chce, stworzyć postać i historię jaka mu się podoba, umieścić w czasie, który uzna za najodpowiedniejszy. Mimo wszystko nazwa fanfiction do czegoś zobowiązuje - są to opowiadania fanów, ale oparte na pewnym uniwersum. Można z nim wiele zrobić, ale nie wszystko. Jakaś część kanonu powinna zostać, bo kiedy zostawiamy imię i nazwisko oraz miejsce, w którym dzieje się akcja, a cała reszta jest nasza, wymyślona, to... dlaczego nie przerobić jeszcze tych dwóch rzeczy i nie zrobić całkowicie autorskiego opowiadania? Byłoby ciekawiej.

W świecie potterowskich fanfiction chyba najczęściej przerabianą postacią jest nie kto inny jak HERMIONA GRANGER. Dlaczego? W sumie odpowiedź jest prosta - Rowling stworzyła tę postać, nadała jej miano bohaterki pierwszoplanowej i opisała ją najbardziej ze wszystkich. Można by rzec, że podała wszystko na tacy, a ekipa filmowa dopełniła to, wybierając piękną Emmę Watson na miejsce Hermiony. I co? Autorzy blogów (a może ałtorzy?) do każdego opowiadania wrzucają wizję filmowej panny Granger, zamiast skupić się na oryginale. W związku z tym zamiast dziewczyny o nieco przemądrzałym głosie, burzy gęstych, brązowych włosów i wielkich przednich zębach robią z niej seksbombę. Wiadomo, od pierwszej części nieco się zmieniła. Na pewno straciła te przednie zęby, o czym dowiadujemy się w czwartej części (o ile czytało się książkę). Autorki jednak przesadzają w swoich opisach.

Perełka wśród opowiadań (niestety, już skasowana):
"Były wakacje. Zaniedługo do Hogwartu. A ja? Strasznie się zmieniłam przez czas tych niecałych dwóch miesięcy. Włosy mi ściemniały i dostałam masy tam gdzie trzeba. Szczerze mówiąc zrobiłam prawo jazdy na motor. Nie taki byle jaki bo na Harleya. Kiedy mam złe dni to zawsze wsiadam na niego i jade gdzie mnie poniesie. (...)"

Chwała Tomione, że załatwiła dla mnie te screeny. Perełka jest przepisana słowo w słowo, nie dodałam żadnego przecinka, nie usunęłam żadnego ogonka. Jest to jednak fragment, który idealnie obrazuje to, jak część autorów kreuje Hermionę. Czas na analizę!

O błędach nie wspomnę. Przecinki to chyba uciekły gdzie pieprz rośnie i w sumie wcale się im nie dziwię. Hermiona, która strasznie się zmieniła. Oczywiste. Włosy jej ściemniały. Dlaczego? Znaczy nie wiem jak Wam, ale w wakacje najczęściej mi jaśnieją od słońca, chociaż czasem zdarza się, że ciemnieją. Ale na krótki okres, odrastają już w naturalnym kolorze. Nie, Hermionie ściemniały. Mało to, dostała masy tam gdzie trzeba. Najpierw masa, potem rzeźba, prawda? Ale co to znaczy "tam gdzie trzeba"? Nabrała centymetrów w biuście i rozmiar stanika podskoczył z 75B/C na D/E (bo przecież to maksimum i w ogóle wielki cyc)? A może nagle figura panny Granger, chociaż nigdy nie była idealna, nagle nabrała idealnych kształtów - biust i biodra krągłe i seksowne, talia osy, zero nadprogramowych kilogramów czy niewielkiej ilości tłuszczyku? Oczywiście, przecież postać nie może być taka sobie. Musi być seksowna, szczupła, mądra. I ten motor... Wyobrażacie sobie Hermionę Granger, dziewczynę, która wiecznie siedzi w książkach, na Harleyu? No i co to ma znaczyć "zrobiłam prawo jazdy na motor, nie byle jaki bo na Harleya"? To jest jakiś wybór? Dzisiaj robię na Suzuki, za miesiąc na Harleya? Ej, to ja zrobiłam sobie prawo jazdy na Toyotę, skoro na niej zdawałam? Cholercia, chciałam na Volkswagena...

Ale dobra, miałam pisać o bohaterach, nie o Hermionie. Chociaż jeśli chodzi o tę postać to czuję, że mogłabym napisać osobny post, będący litanią. Przejdźmy więc dalej, do przykładowych błędów, które ukierunkowują postacie na Mary Sue.

Zastanówmy się przez chwilę. Dlaczego prawie każda postać jest wysoka i szczupła, z idealną cerą? Albo niska, drobniutka, filigranowa. Ale zawsze szczupła bądź chuda. Dlaczego bohaterka musi mieścić się w ubraniu w rozmiarze XS albo S, a nie może być w M, L lub, co gorsza, w XL? To jakaś tragedia? Postać większych gabarytów jest zabroniona? Chyba nigdy nie spotkałam się w fanfiction z postacią, która ma kompleksy na punkcie swojego wyglądu, bo faktycznie ma jakieś mankamenty. Zwykle jest to "Jestem za gruba - powiedziała dziewczyna w rozmiarze S, by zdobyć potwierdzenie innych, że tak nie jest". Smutna rzeczywistość. Ja jednak staram się tworzyć postacie, które nie są idealne. Przecież nikt z nas nie jest idealny. Każdy ma jakiś minus - krzywe palce, małe usta, grube nogi, szerokie kości, małe oczy czy odstające uszy. Mamy różne figury - gruszkę, klepsydrę, jabłko, wiolonczelę, kolumnę... i dziesięć innych. Dlaczego nie jest tak z naszymi postaciami? Dlaczego wszystkie to klepsydry z prostymi palcami, pełnymi ustami, szczupłymi nogami i dużymi oczami? Co jest nie tak w postaci, która nienawidzi swoich piegów? Co z dziewczyną, która ukrywa swoje nogi, bo ma brzydkie kolana? Z taką, która nie umie uwydatnić oczu? Dlaczego każda potrafi zrobić sobie idealny makijaż i ubrać się, jak modelka na wybiegu?

Nie wiem jak Wy, ale ja mam problem ze zrobieniem dobrego makijażu. Wychodzą mi krzywe kreski, mam głęboko osadzone oczy i zawsze rozmazuje mi się tusz w trakcie malowania. Nie chodzę w butach na obcasie, bo wykręcam sobie kostki i nie umiem przejść prosto sporego odcinka, bez przypadkowej próby zrobienia sobie krzywdy. Może przez te niedoskonałości potrafię pisać o nieidealnych postaciach?

Rose Weasley to najbardziej wkurzająca postać, jaką kiedykolwiek zrobiłam. Jestem z siebie dumna, bo udało mi się stworzyć właśnie taką postać. Jest chuda, nawet nie szczupła, a chuda. Ma mnóstwo piegów, które lubi, rude włosy, które lubi, ale za swym ciałem nie przepada. Nie umie przytyć, w nerwach zwykle leci z wagi na łeb i na szyję. Ma wahania nastroju i potrafi zrazić do siebie ludzi nawet wtedy, kiedy próbuje ich sobie zjednać. Nie ma dodatkowych mocy. Jest zwyczajna.

Gdybym teraz pisała to opowiadanie od początku, zmieniłabym kilka cech, ale staram się nad nimi teraz panować. Łatwiej jednak zmienić charakter postaci bądź sprawić by przytyła/schudła, niż tworzyć ją od nowa. Nagle po kilku rozdziałach nie zapomni jak wyczarować patronusa czy zmienić się w swą animagiczną postać. Już zawsze będzie w ten sposób wyidealizowana.

Dawno, dawno temu J.K. Rowling podała, że Severus Snape był jedynym Śmierciożercą, który potrafił wyczarować patronusa. W "ślizgońskich" opowiadaniach tego patronusa potrafi wyczarować każdy, bo to przecież takie banalne. Nie ważne, że biedny Harry nie umiał sobie z nim poradzić. No co? Przecież był tumanem. Dla autorek nie ma czegoś takiego jak cecha, którą dziedziczą nieliczni. Często dzieje się tak, że główna bohaterka dostaje wszystkie możliwe, dziwne cechy. Metamorfomagia? Przecież każdy mógł nim zostać! Nie ważne, że przez całe siedem części poznaliśmy aż dwie postacie z tą cechą - przy czym była to matka z synem, więc było dziedziczone. Animag? E tam, każdy mógł być! Przecież James, Syriusz i Peter zostali nimi w szkole, bez wiedzy kogokolwiek! Więc główna bohaterka nie może? Zwykle pojawia się wtedy kolejna grupa "hogwarckich huncwotów" z tym, że damskich. Czasem jest to Lily Evans, przyszła żona Jamesa i matka Harry'ego. To oczywiste, że Evans ma swoje trzy przyjaciółki, z czego jedna nazywa się Dorcas Meadows, a druga często ma na imię Ann. I co dalej? Ano są cztery dziewczyny i czterech facetów, jeden jest wilkołakiem, a siódemka to nielegalni animagowie. Przy czym faceci musieli opanować tę sztukę przez lata, a dziewczyny, oczywiście, w przeciągu miesiąca. Trzy zmiany i się udało. Logiczne.

Dosyć ciekawym zjawiskiem jest to, że główny bohater (zwykle bohaterka. Nie oszukujmy się, większość opowiadań jest pisane przez dziewczyny, a te wolą pisać postacie w swojej płci) ma jakieś dziwne zwierzę - lisa, wilka, kruka, orła, jakieś inne zwierzątko, którego nikt nie ma. Ludzie nie chcą stosować się do zasady Rowling - "Studenci mogą także mieć jedną sowę ALBO jednego kota, ALBO jedną ropuchę."*. Okej, rozumiem, że Rowling sama nie zastosowała się do tej zasady, dając Ronaldowi szczura, który przecież nie został wymieniony w liście. Szczur ten jednak miał ważną rolę w późniejszych częściach, więc uznajmy, że możemy przymknąć na to oko. Uznajmy. W większości opowiadań jednak lis jest lisem, a kruk krukiem. Nie mają większego udziału, prócz tego, że są najlepszymi przyjaciółmi głównej bohaterki. Czasem zdarza się, że zasada pomijana jest także poprzez studenta posiadającego sowę ORAZ kota. Bo przecież zasady są dla idiotów, nie?

No dobra. Blaise na początku tekstu nie został wspomniany bez powodu. Hermiona też nie. Fragment opowiadania, który wyżej wrzuciłam (panna Granger nabierająca masy) to tekst, w którym Gryfonka nagle dowiedziała się, że jest siostrą Blaise'a Zabiniego. Ona biała, on czarny. Nie ważne, są bliźniętami. Kolor skóry to przecież tylko szczegół, nie? Mam więc dla Was kolejny fragment, tym razem opis bohaterki (mam wrażenie, że ma wszystkie cechy, które wymieniam w tym NIE-poradniku).

Tajemnicza, wredna dla osób, których nie zna, lubi pisać i czytać, mówi to co myśli, jest szczera do bólu, jednak nie odzywa się za dużo, tylko gdy to konieczne.Miłością otacza tylko swoją srebrną lisicę-Enyę.Nienawidzi, gdy ktoś jej rozkazuje.Oczywiście czarownica czystej krwi. Siostra Blaise'a, wysoka, szczupła, średniej długości czarne włosy ze srebrnymi pasemkami, czasami związane z luźny warkocz, blada cera, heterochromia oczu:jedno czarne, drugie szare. Ubiera się zazwyczaj na szaro. Na plecach ma tatuaż-skrzydła

Autorko, dlaczego ten opis nie kończy się kropką i brakuje mu spacji w paru miejscach? Dlaczego główna bohaterka (o dziwo nie Hermiona) jest białą siostrą Blaise'a? Eliksir? Rodzice wrzucili ją do wody z kwaskiem cytrynowym? A może do wybielacza? Dlaczego lisica jest srebrna? Co jest złego w pięknym, rudym lisku? No ale jak już jest srebrna to niech jest. Skoro musi... Heterochromia oczu. Internet mówi, że to niezwykle rzadka wada, dotykająca około jednego procenta osób. I, oczywiście, trafiła na tę bohaterkę. Bo jakby inaczej. Dlaczego jednak nie jest to zielone i niebieskie oko? Zielone i brązowe? Niebieskie i brązowe? Przecież to najczęściej spotykane heterochromie. Czasem pojawiają się dwa kolory na jednym oku. Ale czarne i szare? Czarne oczy nie są jakoś często spotykane. Szare częściej, ale też jest to raczej rzadkość. Kolejna postać pełna wyjątków genetycznych. A jak się mają srebrne pasemka? Genetyczne czy cały czas farbowane? Za pomocą magii? No i tatuaż-skrzydła. Czy tylko mnie kojarzy się to z naszą rodzimą wokalistką - Dodą?

Spora część autorów fanfiction tworzy postacie według pewnych schematów - pierwszy to Mary Sue, postać, która wszystko potrafi robić, jest nieprzeciętnie inteligentna, niesamowicie piękna, po prostu idealna. Zwykle to Hermiona przychodzi po wakacjach na kolejny rok, szósty albo siódmy, nabiera wyżej wspomnianej masy, staje się bardziej seksowna, zaczyna się malować i oglądać za facetami. To oczywiste, każda nastolatka myśli tylko o tym jak poderwać przystojniaka. Nic więcej się nie liczy. Drugim typem postaci są te złe Ślizgonki. Zawsze tajemnicza, zawsze szczera do bólu, zawsze wredna i chamska. W końcu w Slytherinie nie przyjmowali osób inteligentnych, szalonych i wrażliwych. Nie, no skąd. Wszystkie były takie same. Trzy, może cztery cechy. Ślizgoni - wredni,  Gryfoni - odważn,. Krukoni - inteligentni, Puchoni - lojalni. Sam stereotyp.

Postacie nie powinny być białe albo czarne. Przecież ludzie tacy nie są, a nasi bohaterowie powinni jak najbardziej odzwierciedlać realnych ludzi. Dobra postać to taka, której nienawidzimy, którą kochamy, z którą potrafimy się utożsamić. To postać, która wzbudza w nas większe lub mniejsze emocje, ale daje się zapamiętać. Co nam po bezbarwnej, jałowej postaci, której imienia nie potrafimy sobie przypomnieć? Wolimy takie, o których  będziemy pamiętać. Wolimy kolorowe, w różnych odcieniach szarości. Barwne.

Dlaczego więc najczęściej czytane blogi to te, które skupiają w sobie wszystkie cechy, które wyżej wymieniłam?




Jeśli o czymś zapomniałam - napiszcie w komentarzu. Poruszę każdą kwestię. Wyjaśnię ją, opowiem jakie jest moje zdanie. To subiektywny post, będący kroplą w morzu. Chętnie poznam Wasze zdanie.

Ahoj!

Czytaj dalej:
13 komentarzy
Udostępnij:

13.08.2015

#26 znudziłem się.

Dobry!

Ogólnie to życie bardzo weryfikuje mi pomysły na posty. W przygotowaniu mam ich kilka (dzisiaj zresztą spisywałam sobie pomysły), ale jednak wiadomości puszczane w radiu sprawiły, że musiałam porzucić swoje pomysły i skupić się na tym, co aktualne i co tak bardzo we mnie uderzyło. Tak, to kolejny apel.

ZNUDZIŁEM SIĘ


Nie, to nie post z cyklu "rzucił mnie facet". Tytuł może zmylić. Tytuł MA zmylić. To kolejny ważny dla mnie post, bo nienawidzę takiej znieczulicy. Już wiecie o czym mówię? Pewnie większość z Was wie, jednak zdaję sobie sprawę z tego, że znajdą się osoby, które nie czytają gazet, nie oglądają wiadomości czy nie słuchają radia, chociaż jestem pełna podziwu, że można unikać tych trzech rzeczy i nie usłyszeć o czymś chociaż jeden raz. No cóż, człowiek całe życie się uczy. 

Wierzę, że większość jednak słyszała o ostatnim bardzo głośnym przypadku porzucenia psa w tym upale. Piotr Kuryło, ultramaratończyk, można powiedzieć, że w pewnym stopniu osoba publiczna. Człowiek, którego powinno się szanować za jego dokonania, a jednak w ciągu ostatnich kilku dni jedyne, o czym się mówi, to o tym, co złego zrobił. Ja wcale nie dziwię się tym wszystkim ludziom. Sama nie potrafię ogarnąć, jak bardzo trzeba nie mieć serca. Co z tego, że zostawił zwierzaka z miską wody? W upałach, jakie dają nam ostatnio popalić, nikt nie jest bezpieczny. Człowiek jednak bardziej sobie poradzi niż bezbronne zwierzę, które ktoś bestialsko przywiązał do bramy, w dodatku w pełnym słońcu. Czy przez moment pomyślał, jaką krzywdę może wyrządzić temu stworzeniu? 

Temperatura w słońcu wynosiła w ciągu ostatnich dni nawet 45 stopni Celsjusza. W niektórych miejscach w Polsce było jeszcze więcej stopni. Za granicą w samym słońcu można było nawet odczuć 70 stopni. Temperatura podłoża (przynajmniej na Śląsku) wynosiła około 50 stopni, czasem nawet więcej. My, ludzie, sami mamy problem sobie z tym poradzić. Ledwo żyjemy, włączamy klimatyzację, bierzemy zimny prysznic, kąpiemy się w basenach z chłodną wodą, jedziemy nad rzekę, wachlujemy się kolorowymi wachlarzami, siedzimy przy włączonych wentylatorach. Co w tym przypadku może zrobić zwierzak? On nie skorzysta z tego wszystkiego, bo nie potrafi. My mamy buty, podeszwy. Futrzaki dotykają skórą do nagrzanego podłoża. Pies zostawiony chociaż na chwilę w słońcu, może się poparzyć. Co więc mogło stać się z biednym zwierzakiem, który musiał to znosić tak długo? 

Wziął psa, czym zresztą bardzo się chwalił. Oddał go po kilku miesiącach. Dlaczego? Dla mnie jego wytłumaczenia nic nie znaczą. By jednak nie być gołosłowną, przekopałam cały internet w poszukiwaniu większej ilości informacji. Dotarłam nawet do wypowiedzi Karoliny Korwin-Piotrowskiej, która ujęła w niej wszystko to, co sama myślę: 
Mówi, że pies jest stary i chory, wymaga leczenia, więc generuje to koszty, a te nie każdemu mogą się podobać. Panie Kuryło, nie chrzań pan publicznie jak potłuczony. Mogłabym pewnie mieć parę fajnych gadżetów, gdyby nie choroby moich zwierząt, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by o tym pomyśleć. Pies mieszka ze mną, traktuję go jak rodzinę, a więc kiedy choruje, to nie ma górnej granicy wydatków na jego leczenie. Walczymy razem a walka o zdrowie nie ma swojej ceny. Oby nikt nigdy pana nie zostawił na pastwę "dobrych ludzi", kiedy będzie pan chory, stary, może bezzębny i nikomu do niczego już niepotrzebny. [...] Nie było wyjścia? Naprawdę? Panie Kuryło, odkąd mam psy, całe moje życie ustawione jest pod to, abym nigdy nie powiedziała, że "nie było wyjścia". Jeśli gdzieś jadę i nie mogę ich ze sobą zabrać, opiekują się nimi moi bliscy albo jadą do zaprzyjaźnionego hotelu. Bo pies, szanowny Panie, to nie tylko marketingowy lans na kogoś, kto ma serce i go przygarnął, ale i OBOWIĄZEK. Przede wszystkim wielki obowiązek. (pisownia oryginalna). 
Skoro pies był stary i chory, to dlaczego go wziął? Nikt nie stał nad nim z bronią i nie mówił mu, że ma go zabrać, bo inaczej ktoś go zabije. Nie. On to zrobił "z czystego serca". Pies nie jest zabawką. Pies jest członkiem rodziny. To trochę jak dziecko. Przecież adoptując dziecko nie zostawiamy go po kilku miesiącach "bo to jednak nie to". Nawet jeśli są gorsze dni, to nie myśli się o oddaniu dziecka. Przecież to decyzja na lata, na całe życie. To obowiązek, na dobre i na złe. Oczywiście, że są gorsze chwile. I w przypadku dziecka i w przypadku psa. Ale gorsze chwile można mieć w każdym przypadku. Czy to oznacza, że trzeba od razu przekreślać daną sprawę? 

Nie kończymy związków po jednej kłótni o bzdurę. Nie zostawiamy dziecka na progu domu dziecka, bo stłukło nam szklankę. Nie zrywamy przyjaźni, bo przyjaciółka nie miała dla nas czasu wtedy, kiedy my chcieliśmy się spotkać (no, chyba, że to się nagminnie zdarza). Dlaczego więc ktoś miałby wyrzucić zwierzaka, bo wymaga leczenia? Mój pies, chociaż bardzo stary, jest najważniejszy ze wszystkich domowników. Gdy była szczeniakiem i czegoś się bała, gryzła wszystko jak popadnie. Dalej tak się dzieje, ale już trochę mniej. I co? Mieliśmy ją wyrzucić, bo pogryzła karton z nowo kupionego urządzenia? Bo przegryzła pasek w nowych butach? Bo zadrapała ścianę? To przecież tylko rzeczy materialne. Owszem, krzyknie się czasem na swojego czworonoga, powie mu się, że jest złym stworzeniem, bo coś zrobił. Ale nigdy, nawet przez jedną chwilę, nie przeszło mi przez głowę, by ją zostawić, oddać, wyrzucić. To członek rodziny. To moje dziecko z futrem. Najpierw myślę o niej, dopiero potem o sobie. Przed każdym wyjazdem zastanawiam się czy będzie miał kto z nią zostać, czy będzie jej dobrze. Idąc do sklepu zastanawiam się czy mogę jej coś kupić. Spędzam z nią czas. Dbam, bo choruje. Nigdy nie było momentu, w którym ktoś pomyślał, że "znowu trzeba na nią wydać, może lepiej ją zostawić?" Choruje to wydajemy na nią pieniądze. Skoro kupuje się dla mnie antybiotyk, bo jestem chora, to dlaczego nie zrobić tego samego dla zwierzaka? 

Piotr Kuryło stwierdził, że ma dosyć fali hejtu, która na niego spłynęła i myśli, czy nie wyjechać z tego kraju. Jeden z radiowych prezenterów odpowiedział, że przecież zawsze może szybciutko stąd wybiec. Ja uważam, że to jest uzasadniona fala hejtu i nienawiści. Po raz pierwszy zgadzam się z publicznym linczem. A bieg w intencji psów? Nie naprawi tego, co już się zrobiło. 

Dbajcie o swoje futrzaki. To nie są zabawki, one mają uczucia. Częściej mają większe serce od nas. I dużo, dużo więcej wdzięczności i miłości. Kochajmy je i dbajmy o nie. W końcu się odwdzięczą.

źródło: internet.



Czytaj dalej:
4 komentarze
Udostępnij:

06.08.2015

#25 jak radzić sobie z upałem?

Poprzedni post okazał się niebywałym sukcesem. W ciągu dziesięciu godzin (od momentu opublikowania do północy) blog został wyświetlony ponad tysiąc razy, a sam post, do tej pory - ponad tysiąc. Jest to, przynajmniej w moim przypadku, ogromny sukces. Cieszę się, że tekst nie przeszedł bez echa, bo to był temat, który zasługuje na uwagę. Na chwilę obecną jest to najpopularniejszy post w historii bloga. Dziękuję Wam wszystkim. Bardzo. 

Początkowo chciałam dodać dzisiaj kolejny post z serii a very potter... fanfick?, ale jednak zdecydowałam zabrać się za coś "na czasie". Mam nadzieję, że ten temat także Wam się spodoba.

AFRYKAŃSKIE UPAŁY

czyli co robić, by sobie z nimi poradzić.



Nadchodzi tydzień afrykańskich upałów. Temperatura w Polsce może przekroczyć czterdzieści stopni w słońcu, co może się odbić na naszym zdrowiu i samopoczuciu. W takie dni naprawdę trzeba uważać na siebie, by przypadkiem nie wyrządzić sobie krzywdy. Już raz pisałam do Was apel, który możecie znaleźć w poście #20 uwaga, słońce!, dlatego też teraz nie będę już tak bardzo wspominać o piciu wody, co jest niezbędne przy tych upałach. Dzisiaj powiem jak radzić sobie z upałem, jak zminimalizować osłabienie, orzeźwić się mimo słońca czy poradzić sobie z męczącą nas opuchlizną. Z góry jednak zaznaczam, że wszystko to jest pisane subiektywnym okiem.

po pierwsze: PIJ DUŻO WODY

O tym mowa była już we wcześniej wspomnianym poście. Przy wysokich upałach trzeba uważać, by się nie odwodnić. Im wyższa temperatura tym więcej powinno się pić. Najlepiej wody mineralnej, ale nie każdy lubi ją pić. Można ją jednak urozmaicić - dodać gałązki mięty, plastry limonki czy cytryny, co nada wodzie orzeźwiający smak. Każdy organizm potrzebuje inną ilość płynów na dzień. Wszystko zależy od wagi i stylu życia. Na smartfony można ściągnąć całkiem przydatną aplikację - Water Your Body, gdzie można ustawić, aby telefon Wam przypominał o piciu wody. Aplikacja ustawia ilość płynów na dany dzień według wagi, trybu życia, a także od pogody. Przy wysokich upałach do ilości płynów dodawane jest +15%.

po drugie: NIE WYCHODŹ W UPAŁACH
Wiadomo, że nie zawsze jest taka możliwość, ale jeśli tylko nie musicie wybywać z domu w czasie tego upału - nie róbcie tego! Pamiętajcie też, że największe słońce jest w godzinach od 11 do 15, natomiast największa temperatura gdzieś od 16 do 18-19. Dzieje się tak dlatego, że powietrze i ziemia nagrzewają się przez cały dzień, po czym, kiedy słońce zaczyna zachodzić, atakuje nas gorąco z podłoża. Dlatego też powinniśmy uważać na spacery w upałach. Powyżej 30 stopni Celsjusza łatwo zrobić sobie krzywdę podczas spacerów.

po trzecie: UWAGA NA ZWIERZĘTA
Ja wiem, nie każdy ma w domu czworonoga, z którym trzeba wychodzić, ale jest to dla mnie temat ważny, chociaż nie bardzo pokazuje jak my, ludzie, mamy sobie radzić z upałem. Zwróćmy jednak szczególną uwagę na swoich pupili. Wyobrażacie sobie, że w chwili, w której my nie mamy ochoty na nic, zwierzęta odczuwają taką samą niechęć do upałów? Z tym, że one mają gorzej od nas - nie mają osłony w postaci butów przed asfaltem, a naga skóra brzucha jest znacznie bardziej zbliżona do nagrzanego asfaltu, niż nam się wydaje. Czy wiecie, że taki czworonóg ma bardzo wrażliwy brzuch? To jego czuły punkt, tak, jak w naszym przypadku głowa. Dlatego też ważne jest, żeby ten psi (bądź koci) brzuch chronić. Można zwilżyć ręcznik i owinąć nim swojego pupila, można także namoczyć pod prysznicem. Ważne jest również, by zwierzaki miały zawsze wodę w misce - w tych upałach picie wody, tak jak u ludzi, tak i u zwierząt, jest bardzo ważne. Podczas spacerów najlepiej wybierać zacienione miejsca i, jeśli to możliwe, unikać chodzenia po nagrzanym asfalcie czy chodniku. Wyobrażacie sobie, że w zeszłą sobotę asfalt w mojej okolicy nagrzany był do 50 stopni? Pomyślcie sobie, co czuje taki zwierzak, kiedy musi chodzić po czymś, co aż parzy. Na dłuższe spacery, których powinniśmy teraz unikać, warto zabrać butelkę z wodą, by w każdej chwili móc napoić swojego czworonoga. I pamiętajcie - nie zamykajcie zwierząt w samochodach, gdy idziecie do sklepu. Nawet pięć minut może grozić udarem czy, co gorsza, śmiercią.

po czwarte: OCHŁADZAJMY ORGANIZM
Nie wiem czy wiecie, ale często się powtarza, że w lecie zamiast pić zimne napoje i ubierać się jak najlżej, powinno się iść w drugim kierunku - zamiast mrożonej kawy to zwykłą, ciepłą kawę, gorącą herbatę, etc, a ubrania powinny jak najmniej odkrywać. Ja jednak zwykle idę w kierunku tym, co wszyscy - w lato nie opuszcza mnie zimna woda, mrożona kawa, krótkie spodenki czy okna, pootwierane na oścież. Dzisiaj nawet zastanawiałam się, czy gdybym wyjęła z lodówki wszystkie półki, to czy dałabym radę się tam zmieścić. Niby mam otwarte okno w pokoju i zrobiony przeciąg, ale jak mi zawieje z placu tym gorącym powietrzem (termometr pokazuje 34 stopnie, ale ja mu nie wierzę, że tak mało), to mam wrażenie, że ktoś otworzył mi piekarnik prosto w twarz. I jak tutaj dobrze czuć się w upale?

po piąte: DIETA
Dużo daje nam dieta, a więc to, co zjadamy w czasie upałów. Jeśli chcemy czuć się w miarę dobrze, powinniśmy decydować się na lekkie posiłki, dużo warzyw i owoców, jak najmniej ciężkostrawnych potraw. Nasz organizm dużo lepiej reaguje na ciepło, gdy odpowiednio się żywimy. Zamiast smażonych jajek z bekonem, na śniadanie można zjeść sałatkę owocową albo musli/płatki z mlekiem. W ciągu dnia można pić różne koktajle, owocowe i warzywne. Soki ze świeżo wyciśniętych owoców. No i obiady, szybkie i proste dania, bez długiego stania przy kuchence. Nie wiem jak Wam, ale mnie się w te upały nawet nie chce zbliżać do kuchni.

po szóste: ZIMNY PRYSZNIC
Gdyby to nie było głupie, to podczas upałów mogłabym nie wychodzić z wanny z zimną wodą. Niestety, jest to niemożliwe, ale przynajmniej rano i wieczorem mogę wziąć chłodny prysznic. Mam wtedy wrażenie, że dostaję nowe życie. Jakby ktoś zdjął ze mnie skórę i założył mi nową, dużo wygodniejszą. Dlatego nie wahajcie się - gdy macie okazję wziąć więcej niż jeden/dwa prysznice - bierzcie je. Po powrocie z pracy, z uczelni, ze spaceru. Jeśli macie dostęp do basenu czy innego zbiornika wodnego - idźcie. Ale pamiętajcie, że jeśli wychodzicie na słońce, musicie mieć jakiekolwiek nakrycie głowy. W czasie upałów jest bardzo łatwo o udar słoneczny.

po siódme: UWAGA NA OPUCHLIZNĘ
Nie wiem jak u Was, ale u mnie jest to największe zło upałów. Wiecznie mam opuchnięte kostki, albo całe nogi. Podczas wesela kuzynki skończyło się to na pęcherzach i krwawych ranach pod paskami sandałów. Minęły prawie dwa tygodnie i... ciągle nic. Nie schodzą mi te rany. Jeśli jednak mowa o opuchliźnie, to mam kilka sposobów, które działają mniej lub bardziej, no i nie na wszystkich.
      woda z cytryną - codziennie rano, przed śniadaniem, wypijam szklankę wody z cytryną. Pobudza trawienie i, przede wszystkim, pomaga pozbyć się nadmiernej ilości wody z organizmu. A, jak wiadomo, to właśnie woda powoduje opuchliznę.
       nogi do góry - śmiesznie to brzmi, ale jeśli mamy taką możliwość, powinniśmy siadać z nogami w górę, albo przynajmniej na równym poziomie, nie opuszczając ich na dół. To przynajmniej częściowo pomoże nam w zahamowaniu opuchlizny. 
       chłód dla nóg - dobry w walce z opuchlizną jest chłód. Zimne kąpiele, moczenie nóg w chłodnej wodzie (na przykład z solą kuchenną bądź solą do kąpieli), używając kosmetyków z mentolem. W Avonie od niedawna jest też taki spray do stóp, który wytwarza zimną pianę. Jak panthenol. Cudowne uczucie ulgi. 
       warzywna sałatka dla stóp - brzmi to jeszcze śmieszniej, ale wśród domowych sposobów jest także obłożenie stóp liśćmi kapusty czy plastrami ziemniaków. Jak to zrobić? Wcześniej trzeba pokroić ziemniaki w plastry (surowe!) i schować do lodówki. To samo z liśćmi kapusty. Wieczorem zrobić okłady, które można zostawić na całą noc (wiadomo, trzeba czymś obwiązać). Rano stopy będą mniej opuchnięte i wypoczęte. 

Podczas upałów trzeba zwracać uwagę na wiele rzeczy. Przede wszystkim trzeba znać swoje możliwości. Ja już wiem, po tylu latach, że nie mogę wychodzić w takich upałach, nie mogę rezygnować z wody mineralnej i muszę uważać na to, by nie przebywać tak dużo na słońcu. Dlaczego? Bo nie raz zemdlałam z nadmiaru słońca, a ostatnio prawie nabawiłam się udaru. Staram się zauważać, gdzie moja granica, kiedy mam dosyć i kiedy nie powinnam ruszać się z mieszkania. Tylko to, jak się okazuje, nie zawsze jest łatwe.

Macie jakieś swoje sposoby na upały? Przestrogę dla innych?


Czytaj dalej:
2 komentarze
Udostępnij:

02.08.2015

#24 po siódme: nie kradnij.

Dzień dobry!

Miałam dociągnąć wyzwanie do samego końca, ale, niestety, tym razem nie dałam rady. Pochłonął mnie brak czasu. Uznałam jednak, że nie ma sensu go kończyć na siłę, chociaż obiecuję, pozostałe trzy posty jeszcze się pojawią. Jeszcze uda mi się je stworzyć. Ale nie teraz, nie na szybko i nie na siłę. Póki co kwestia jest też taka, że... bez reklamy, nikogo tutaj nie ma. Nie pojawiacie się, nie czytacie, o komentarzach to ja nawet nie wspominam. A tutaj nie ma czasu. Kolejny dzień, gdy nie włączam laptopa będąc w domu. Nie mam na to czasu. Tak wyglądał cały mój lipiec. Godziny przesiedziane na telefonie, gdy laptop nie był wyciągany nawet z torby. Nie było na to czasu, siły czy nawet chęci. Brutalna rzeczywistość dorosłego życia. Dzisiaj jednak wracam z nieplanowanym wcześniej postem, kolejną "odnogą" a very potter... fanfick?, który przyjął się bardzo dobrze, mam nadzieję, że tym razem również tak będzie. Zapraszam!

PO SIÓDME: nie kradnij

cykl: a very potter... fanfick?


Zastanawialiście się kiedyś co czuje osoba splagiatowana? Pewnie nie raz i nie dwa. A co czuje osoba, której zabrano cały tekst? Skradziono książkę? Skopiowano papierową wersję, wklejono w ebooka i puszczono dalej w świat? Tutaj na pewno też zdarzyło Wam się nad tym zastanowić. A czy ktoś, kiedykolwiek, pomyślał o motywach plagiatora? O tym, dlaczego to zrobił? Czy może jednak zapomniane zostały słowa "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem"? Dzisiaj postaram się rozłożyć całość na czynniki pierwsze. Zobaczymy co mi z tego wyjdzie.

po pierwsze: chomikuj.

No dobra, proszę podnieść rączkę do góry, jeśli ktoś z Was kiedykolwiek ściągnął jakąś książkę z tego słynnego portalu z gryzoniem. No, śmiało, nie bać się. Nie będę gryzła. Nie nakrzyczę. Nikt się nie zgłasza? No trudno, nie musicie się wstydzić, ja i tak wiem, że ponad połowa z Was lubuje się w tym gryzoniu. Też go lubię. Czasem znajduję tam różne perełki. Raz, jeden jedyny, zachomikowałam do siebie książki. W sensie na swojego chomika. Niestety, pech chciał, że portal akurat odnalazł jedną z książek, gdzieś w czeluściach, no i usunął ją wszędzie, gdzie się dało. U mnie również. Wtedy po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać nad wartością intelektualną w dobie internetu. A zachomikowałam tylko po to, by nie zgubić tytułu...

Kwestia tego portalu wyszła jednak wczoraj, gdy na jednym z facebookowych fanpage'y o książkach, autorka napisała długi, wyczerpujący post. Chodziło głównie o publikację elektronicznych wersji książek, bez zgody autora. Wiecie, facebook jest pełen różnych grup, na każdy możliwy temat. Na tych książkowych, gdy rzuci się "Potrzebuję *tu wstaw odpowiednią książkę*" to najczęściej pojawiają się komentarze "wysyłam na priv", "podaj maila to wyślę" albo "wstawiłam na grupę" i nagle znajduje się dziesięć wersji tej książki. Autor, który ciężko zapracował na to, by jego dzieło zostało wydane, nagle traci z tego profity, bo ludzie (nie tylko małolaty, jakby się mogło wydawać), publikują na prawo i lewo nielegalne wersje jego tworu. Co może zrobić pisarz? Ano nic nie może. To walka z wiatrakami, przynajmniej jeśli chodzi o nasze polskie prawo. Smutna rzeczywistość polskiego pisarza.

Poczytałam komentarze. Nie sięgnęłam po poradę prawniczą, bo "mój prawnik" jakby się wymiksował z życia, a innych nie chce mi się o to męczyć. I wiecie, nie wiem kto miał rację. Zapewne komentujący, który stwierdził, że "Znajomemu możesz wysłać i dać wszystko. Wstawić, żeby brali wszyscy - nie. I tyle.", jednakże oznacza to kosmiczną lukę w polskim prawie. Dlaczego? Bo w chwili, w której ktoś nam (albo my komuś) podaje maila, to automatycznie staje się kimś "znajomym". Więc co? Wystarczą mi maile do ludzi, by już nie beknąć za przestępstwo, jakim jest nielegalne udostępnianie dóbr autorskich? Czy to oznacza, że kiedy już wydam książkę (marzenia fajna sprawa), to również nie będę dostawać za nią pieniędzy, bo jedna osoba wrzuci ebooka na chomika, potem na jakieś grupy facebookowe, aż w końcu nikt, prócz najbliższych, nie będzie miał papierowej wersji na półce?

Nie powiem, ugodziła mnie ta świadomość. Potem jednak ugodziło mnie coś jeszcze - w dzisiejszych czasach, przy tak marnych zarobkach, ja również częściej myślę "skąd ściągnąć darmową książkę" zamiast "w której księgarni ją znajdę". Tak działają ceny rynkowe. Nie, nie docierają do mnie teksty w stylu "W Niemczech za jedną książkę płaci się 40 euro, a częściej je kupują niż w Polsce". Może to prawda, ale nie zapominajmy, że tam również są inne zarobki. Co możemy zrobić w Polsce, gdy dostajesz na rękę 1800, a musisz zrobić wszystkie opłaty i przeżyć za coś miesiąc? Raczej nie biegniesz do księgarni po książkę. A skoro książka kosztuje 30 złotych, a ebook 25 złotych, to cóż, szuka się jeszcze innych sposobów. Jednak dzielenie się nimi na wielką skalę (czyt. wrzucanie na facebooka, w grupach po parę tysięcy osób) jest kradzieżą. Chcesz książkę? Sam sobie jej poszukaj.

po drugie: plagiat i kradzież.

Kurcze, to chyba boli najbardziej. Przytoczę Wam kilka przykładów, ostatni jest moją wisienką na torcie, zwłaszcza jeśli chodzi o polskie prawo. Takie absurdy, co poradzić. Zaczniemy jednak od tego, czym tak naprawdę jest plagiat.

Plagiat (łac. plagium, kradzież) - pojęcie z zakresu prawa autorskiego oznaczające skopiowanie cudzego utworu (lub jego części) wraz z przypisaniem sobie prawa do autorstwa poprzez ukrycie pochodzenia splagiatowanego utworu. (...) W języku potocznym plagiat to kradzież utworu lub pomysłu. Jest nazywany kradzieżą intelektualną. Z definicji jest umyślny - plagiator (osoba, która dopuściła się plagiatu) przypisuje sobie cudzą twórczość, świadomie zataja źródło istotnych zapożyczeń. (...) Plagiat jest szczególnie niechlubnym przestępstwem, dyskwalifikującym autora całkowicie do uczestnictwa w środowisku naukowym. Dotyczy to zarówno studentów, jak i pracowników naukowych. Plagiat polega na kopiowaniu cudzych pomysłów i tekstów - jest to kradzież idei. Plagiat zawsze stanowi naruszenie autorskich praw osobistych (prawo do ujawnienia autorstwa) (...)
źródło: wikipedia

Skoro już, mniej więcej, wiemy czym jest plagiat (to bardzo, bardzo złe zjawisko) to czas zabrać się za analizowanie plagiatów, z którymi się spotkałam. Będę wspominać o tych, mających związek z blogami, bo w końcu stąd wzięło się a very potter... fanfic?. Gdyby nie blogi - nie powstałby ten cykl. Och, za to właśnie kocham blogerów! Są niewyczerpalną kopalnią pomysłów na posty!

sytuacja pierwsza: Plagiatorzy blogowi nie zdają sobie sprawy, że kłamstwo ma krótkie nogi. Jeśli przekopiuje się fragment z innej strony (żywcem kopiuj-wklej z punktu a do punktu b, bo jest się na tyle leniem, że się tego nawet nie chce przepisać), to to od razu widać. Nie wiem z czym to jest związane, ale wtedy pojawia się na blogu w białym zaznaczeniu i tak właśnie zostaje. Chociaż u mnie ma to również związek z tekstami kopiowanymi z worda, ale przynajmniej nie zmienia się moja czcionka, jak to zdarzyło się na jednym z blogów. Cóż, jeśli cały tekst jest napisany, dajmy na to, Verdaną, a fragment na białym tle Timesem... No cóż, coś jest nie tak, prawda? Adresu bloga podawać nie będę, by nie robić mu jakiejkolwiek reklamy. Kto powinien wiedzieć ten, cóż, wie.

sytuacja druga: Mało kto zdaje sobie sprawę, że w przypadku tłumaczenia danego tekstu potrzebna jest zgoda autora. Nie można sobie tłumaczyć po prostu tekstu, ze zwykłego widzi-mi-się. Autor musi mieć świadomość, że ktoś jego tekst sobie tłumaczy. Musi też wiedzieć, gdzie będzie on opublikowany. W związku z tym dane tłumaczenie może być tylko tam, gdzie tłumacz je wystawi (lub: gdzie pozwoli komuś je wstawić). I tym sposobem przechodzimy do punktu trzeciego.

sytuacja trzecia: ostatnio okropną plagą stały się blogi, na których ludzie publikują miniaturki czy krótkie opowiadania autorstwa innych ludzi. Tłumaczenia także. I nie zawsze są to teksty z podpisem czyje to jest dzieło. Nie, czasem autor przypisuje sobie utwory klasyczne świata fanfiction. Ostatnio trafiłam na dwa takie blogi. Jeden, z tego co pamiętam, został już skasowany. Z drugim była drobna walka, bo autor nie widział w tym nic złego. Potem dodał tylko autorów, ale dalej nie uważał, że robi coś złego. Nie wiem jak skończyła się cała sprawa. 

po trzecie: jestem plagiatorem. 

I dochodzimy do najważniejszego. Plagiatorzy. Ludzie, którzy świadomie kopiują fragmenty bądź całość tekstów, nie należących do nich. Ostatnio stało się to naprawdę wielką plagą. W świecie blogowych fanficków coraz częściej zauważamy skopiowane rozdziały, postacie, fragmenty tekstów, całe miniaturki. Słowem: WSZYSTKO. Czasem w danym utworze zamieniane są po prostu imiona i nazwiska postaci, jakby plagiator myślał, że nikt nie zauważy podobieństwa. Internet próbuje z tym walczyć, jednak jest to walka z wiatrakami.

Wśród plagiatorów raczej nie ma czegoś takiego jak przepraszam, zrobiłem to przypadkiem. Kurcze, kradzież nie zdarza się przypadkiem. Przepisanie tekstu słowo w słowo to nie przypadek. Czy pójście do sklepu i wyniesienie jakiegoś produktu również można nazwać przypadkiem? Skoro nie kradniesz rzeczy ze sklepu - nie rób tego w sieci. Kradzież to kradzież, nawet jeśli ktoś ją umotywuje. Są jednak pewne przypadki, gdy nieco bardziej możemy wczuć się w skórę plagiatora. Jednak bez względu na wszystko - kradzieży nie można wytłumaczyć.

Nie wiem jak Wam, ale mnie, w tym wszystkim, nasuwa się jedno pytanie - Dlaczego ktoś plagiatuje dany tekst? Niby proste pytanie, ale jak można na nie odpowiedzieć? Czy jest ktoś, kto zna odpowiedź? Jak dla mnie to można tylko domniemywać, co skłoniło kogoś do kradzieży. Kiedyś próbowałam się nad tym zastanowić, więc zaraz postaram się Wam przedstawić moje wynurzenia.

kwestia pierwsza: Brak docenienia.
Pomyślcie sobie - piszecie od lat. Staracie się, tworzycie, spędzacie naprawdę dużo czasu nad jednym rozdziałem, by był dopracowany pod każdym względem. Publikujecie go, reklamujecie wszędzie, gdzie się da i czekacie. Czekacie. I nie ma nic. Pojawiają się może ze dwa komentarze, od najbliższych znajomych. Nic więcej. Na blogu czterech obserwatorów. Tekst przeszedł bez echa. Pierwsza myśl: Może to jednak nie jest to. Może coś nie wyszło, tekst wcale nie jest taki dobry jak myślę?. Przemierzacie internet w poszukiwaniu czegoś, co Was natknie. I nagle trafiacie na opowiadanie, które ani nie ma fabuły ani większego pomysłu, składa się głównie z dialogów, w dodatku źle zapisanych, interpunkcja leży i kwiczy, jakość dawno umarła, rozdziały są nie dłuższe niż dwie strony w Wordzie, po czym... Widzicie dziesiątki obserwatorów i jeszcze więcej komentarzy. Mnóstwo komentarzy pod każdym z rozdziałów, a każdy z nich tylko chwali tekst. Idzie się wkurzyć, prawda?

kwestia druga: Za dużo czytania. 
To może nawet nie jest plagiat, ale sama nie wiem jak można to nazwać. Za dużą inspiracją? Nie raz mam wrażenie, że przeglądając blogosferę, pomysły się powtarzają. Nie sama treść, ale pomysły. Wciąż powtarzający się schemat, w zależności od tematyki opowiadania. Myślę, że po prostu ludzie są tak bardzo zainspirowani niektórymi tekstami, że próbują napisać własne teksty, używając danych motywów. Naprawdę. Postacie mają podobne charaktery i zachowania, dzieją się niemal jednakowe wydarzenia, koniec w większości jest taki sam. Czy jednak to można nazwać plagiatem?

kwestia trzecia: Może nikt nie zauważy. 
Wiadomo, każdy plagiator właśnie o tym marzy. Żeby nikt nie zauważył, że jednak splagiatowano. Kiedy jednak już dojdzie do odnalezienia plagiatu, oskarżenia (oczywiście z podstawami), dzieją się różne rzeczy. Jeden plagiator od razu przeprosi i napisze sprostowanie. Drugi usunie bloga, jakby nigdy nic, udając, że nic się nie stało. I w końcu trzeci, najgorszy typ, będzie udawał, że to nie jest prawda, mimo iż są ku temu podstawy. Plagiator będzie walczył dzielnie o swoją rację, chociaż wszyscy wiedzą, że splagiatował równo. Zawsze wtedy mnie ciekawi co kryje się w głowie takiego człowieka, który brnie w kłamstwo, mimo iż wszyscy już poznali prawdę. Co mu to daje?

O tym ostatnim typie człowieka mogłabym powiedzieć najwięcej, bo jest to najbardziej popularne. Mogę jednak odesłać Was do największego polskiego plagiatu i na tym zakończyć post. Ale nie, zamierzam opowiedzieć Wam o słynniejszych plagiatach, nie tylko polskich, ale również zagranicznych. Mam nadzieję, że nikomu nie zniszczę książkowego dzieciństwa (bo o książkach będzie mowa. Tylko.).

po czwarte: słynne plagiaty.

Kojarzycie może "Kod Leonarda da Vinci"? Światowy bestseller Dana Browna. Książka, w której zaczytują się wszyscy, bez względu na wiek. Utwór, który nawet został zekranizowany! Nie wiem czy jednak ktokolwiek z Was wie, że autor książki bezceremonialnie skopiował najważniejsze teorie z "Święty Graal, Święta krew" autorstwa Michaela Baigenta oraz Richarda Leigha. W "Kodzie Leonarda da Vinci znalazła się, m.in. teoria dotyczące ślubu Marii Magdaleny i Jezusa oraz faktu, że ich potomkowie zasiadali na europejskich tronach, tworząc zaczątki wielkich dynastycznych rodów. Sześć lat pracy Baigenta i Leigha zostało skopiowane do zupełnie innej książki, która stała się bestsellerem. W przeciwieństwie do ich utworu.

Również wokół autorki bestsellerów dla młodzieży, Cassandry Clare, wybuchło spore zamieszanie. Znacie autorkę "Darów anioła"? Pewnie każdy przynajmniej raz o niej usłyszał. Nie wszyscy jednak wiedzą, że nim Clare została autorką książek, tworzyła fanfiction ze świata Harry'ego Pottera, a jej "Draco Trilogy", było tak bardzo popularne, że fani nawet wysyłali jej prezenty na adres domowy, a gdy straciła laptop (został skradziony albo się zepsuł, do tego nie dotarłam), fani uzbierali pieniądze na nowy sprzęt, by mogła dalej pisać. Czerpała ze swej popularności jak mogła. Początkowo jednak nikt nie wiedział, że trylogia dotycząca postaci Dracona Malfoya jest plagiatem różnych tekstów. Kopiowała cytaty z filmów i książek. Można było tam znaleźć fragmenty z takich seriali jak "Buffy, postrach wampirów" czy "Czerwonego karła". Trylogia zniknęła z fanfiction net, ale autorka nigdy nie poczuwała się do winy. Nie przeprosiła.

A teraz wisienka na torcie - polski plagiat!

W lipcu 2012 roku do księgarni trafiła książka trzynastoletniej Agaty Romaniuk. Tytuł "Yakuza. Bliźniacza krew" jakoś od razu nakierowuje czytelnika na Japonię, może nawet i mangę. Wydawnictwo pisze, że jest to:

Świetny debiut, wyjątkowo dojrzała literacko narracja. Trzynastoletnia, utalentowana autorka odsłania mroki tajemniczego, japońskiego świata, w którym liczą się pieniądze i układy, przemoc jest codziennością, a litość i współczucie - nie istnieją. 

Trudno mi oceniać książkę, której nigdy nie miałam nawet w ręce. Nie potrafię jednak przejść obojętnie obok utworu, który jest skopiowany z bloga innej dziewczyny. Nie dociera do mnie jak wydawnictwo mogło na to pozwolić. Przecież muszą mieć jakieś specjalne programy, w których można sprawdzić plagiat. Siedem lat prowadzenia bloga przez Joannę skończyło się na tym, że trzynastoletnie DZIECKO wydało jej twórczość, zmieniając tylko jakieś drobne fragmenty. Najsmutniejsze jest to, że nikt nic z tym nie zrobił. Autorka dostała przeprosiny od Wydawnictwa, ale nic poza tym. Zero przeprosin ze strony plagiatorki czy jej rodziców. Sąd również nie był przychylny. I wiecie, tak sobie pomyślałam, że to okropne, kiedy przez lata tworzysz coś na blogu, skupiasz się na tym, pracujesz, próbujesz dopracować wszystkie szczegóły, a ktoś tak po prostu, bezczelnie i z premedytacją, kradnie Twoje dzieło.

Internauci są przychylni Joannie. Ja również. Całą historię, opisaną przez Leithę, można przeczytać na jej blogu: TUTAJ. Walczmy z plagiatorami, nie dawajmy im na to przyzwolenia.


A może Wy także spotkaliście się z plagiatami? Mieliście z nimi do czynienia? Osobiście? A może dopadło to kogoś bliskiego?

Podzielcie się swoimi historiami.




Jeśli jeszcze nie wiecie - można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
12 komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.