16.07.2015

#23 wyzwanie: 5 dni do lepszego bloga - dzień 2: dlaczego bloguję.

Nawet nie sądziłam, że poprzedni post spotka się z jakimkolwiek odzewem, bo ostatnio o ten, niestety, dosyć ciężko jest na blogu. A szkoda. Dzisiaj jednak przychodzę z drugim dniem (jak obiecywałam - co dwa dni będą posty, nie codziennie). Patrzę też na te zmiany, które zaszły w moim tworzeniu przez cały ten czas i... nie dowierzam. Ale to potem.

5 DNI DO LEPSZEGO BLOGA:

DZIEŃ 2: dlaczego bloguję.


Czasem mam wrażenie, że jest to podstawowe pytanie wszędzie, gdzie się da. Właściwie w każdym przypadku, gdy dostaję pytania od ludzi, pojawia się właśnie to. Dlaczego blogujesz? Dlaczego prowadzisz bloga? Skąd pomysł na prowadzenie bloga? Podstawa, podstawa, podstawa. Ale w sumie wcale się nie dziwię, że tak często ono pada. Dlaczego? Bo nie wiem jak Was, ale mnie zawsze interesuje, co skłoniło autora, by stworzył daną rzecz. Teraz ja Wam odpowiem tak, jak sama bym chciała, by ktoś mi odpowiedział. ;).

Dlaczego bloguję? Bo lubię. Najprostsze wytłumaczenie. Lubię to, co robię, dlatego też to robię. Lubię pisać, zawsze jakoś mnie to kręciło. Od pierwszego bloga, założonego jakieś trzynaście lat temu, nie przeszło mi blogowanie. Skrycie powiem, że większość tych starych tworów na onecie wciąż gdzieś tam wisi, bo ja mam do nich pełen dostęp, ale żebym miała się tym pochwalić... Nigdy przenigdy. Wtedy to było blogowanie typowo dla zabawy. Dzisiaj również jest dla zabawy, ale nie tylko.

Bloguję, bo chcę się szkolić. Nawet nie wiecie ile można się nauczyć, prowadząc zwykłego bloga. Jak bardzo zmienia się styl pisania, jak bardzo się go szlifuje. Jeśli chce się coś tworzyć - cały czas trzeba ćwiczyć. Nie wolno osiadać na laurach, bo ktoś nam powiedział "masz dobry styl" albo "robisz świetne zdjęcia". Nie można być dobrym - trzeba być lepszym, jeśli tylko jest taka możliwość.

Gdy zaczynałam tworzyć tego bloga, moje myślenie było beznadziejne. Założyłam go z myślą, że skoro inni mogą, to dlaczego nie ja? Pisanie to nic trudnego. A może jakieś współprace? Cóż, piszę już dwa lata bloga i nie podjęłam jeszcze żadnej współpracy, mimo iż dostałam kilka propozycji. Nie zrobiłam tego, bo ten blog stał się dla mnie czymś ważnym. Nie jest tylko "maszynką do współprac", jest moim miejscem w sieci. Mogę napisać co chcę, jak chcę i o czym chcę, a co najważniejsze - mogę się szkolić. Nie chcę być blogerem jak większość nastolatek w dzisiejszym świecie - obserwacje za obserwacje, komentarze za komentarze i, co najważniejsze, nie chcę współprac na siłę i nie mających związku z moim blogiem. Nie potrzebuję stylizacji, nie mam parcia na chwalenie się nowymi rzeczami na blogu (instagram to co innego). Czasem czuję, że odstaję od pewnej części blogerów.

Ten blog to miejsce wszystkiego. Nie jest to jednak forma pamiętnika, raczej chciałabym za jego pośrednictwem pokazać ludziom moje spojrzenie na świat, moje zdanie na temat różnych spraw. To miejsce, by pochwalić się zdjęciami, ale powiedzieć także co się u mnie dzieje. To blog, który jest wszystkim i niczym. Ale przede wszystkim tym pierwszym.

Bloguję, bo mogę. Bloguję, bo lubię. Bloguję, bo chcę.


A Ty, kochany blogerze, dlaczego blogujesz?

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

14.07.2015

#22 wyzwanie: 5 dni do lepszego bloga - dzień 1: historia nazwy mego bloga.

Ahoj załogo!

Przybywam tak, jak obiecałam - z pierwszym dniem wyzwania. Dzisiaj myślę, że będzie krótko, ale dzięki temu będziecie mogli lepiej poznać mnie i mojego bloga. Jako iż ma on dwa lata - naprawdę stał się moim małym dzieckiem, które już powinno zacząć same chodzić. Ciekawe kiedy zacznie na siebie zarabiać. ;). 

5 DNI DO LEPSZEGO BLOGA:

DZIEŃ 1: historia nazwy mego bloga.


Jak pewnie część z Was wie, blog ten ma już drugą nazwę. Obecna, humanistka-na-obcasach, jest tutaj dopiero od stycznia 2015 roku. Przez pierwsze półtorej roku blog ten znany był jako cantus-cycneus, co w przetłumaczeniu na polski znaczy tyle, co łabędzi śpiew. O poprzedniej nazwie nie będę się rozpisywać, bo, po pierwsze, zrobiłam to już w zeszłym roku, a po drugie... jesteśmy tu i teraz. I tylko to się liczy. 

Humanistka na obcasach powstała przed świętami. Dokładniej to pomysł na nią powstał właśnie w tej przerwie świątecznej. Czułam, że łabędź był złym pomysłem. Co rusz słyszałam, że nazwa trudna do zapamiętania, że jest z nią kłopot, że wymówić się tego nie da... Ogólnie ludzie naprawdę nie zwracali uwagi na tego bloga, bo nazwa była dziwna. Jak można spamiętać jakieś wyrazy, których znaczenia się nie zna, bądź nie rozumie? Nie chciałam jednak czegoś banalnego bądź takiego, co to nie będzie mi pasowało do całości. Chciałam, żeby to miało związek przede wszystkim ze mną, nie z blogiem. Humanistka okazała się być pewnego rodzaju oczywistością. W końcu od zawsze uważam, że jestem typowym humanistą (co jednak nie ma nic wspólnego z niechęcią do przedmiotów ścisłych). Studiuję filologię polską i sztukę pisania, studiowałam filologię klasyczną. Wszystko łączy się z naukami humanistycznymi. Trzeba było jednak wymyślić coś jeszcze, co będzie chwytliwe. Na obcasach wydało mi się być nieco banalne, ale przy okazji przyciągające wzrok i łatwe do zapamiętania. Adres okazał się wolny. Tak powstała właśnie humanistka na obcasach. ;). 

Trochę nazwa mija się z prawdą, bo nie noszę obcasów (wstyd się przyznać, ale nie umiem na nich chodzić), jeśli już to tylko koturny. Humanistka na koturnach jednak nie brzmi zachęcająco.W glanach? Może i by dało radę, gdyby nie to, że powoli przestaję w nich chodzić. Przerzucam się na coś lżejszego, w niektórych sytuacjach dużo wygodniejszego. No i pasującego do różnych strojów. Przy glanach zawsze musiałam z tatą dyskutować - potwornie nie podobało mu się, gdy nosiłam spodnie wpuszczone w buty. Nie chciał wtedy ze mną jeździć samochodem czy pokazywać się na mieście. Ale to nie o tym ten post.

Sama nazwa - Vincit qui patitur - wzięła się z łaciny. Nie chciałam na belce tekstów w stylu Fajne życie Patrycji, Przemyślenia studentki czy cholera wie co jeszcze. Chciałam jakiś cytat z sensem, ale delikatnie owiany tajemnicą. Więc jest. I ma przesłanie. Gdy się go przetłumaczy - Zwycięża ten, kto wytrwa - od razu można zrozumieć cały sens i sekret w nim ukryty. Trzeba być zwycięzcą, by cokolwiek zdziałać. Nie wolno się poddawać, jeśli chce się coś osiągnąć. Jeśli chce się być zwycięzcą.

A ja zamierzam nim zostać.

a to, żeby mój post nieco Was rozbawił. ;).

Pochwalcie się - skąd Wasze nazwy blogów?

Czytaj dalej:
5 komentarzy
Udostępnij:

12.07.2015

#21 wyzwanie blogowe - 5 dni do lepszego bloga + urodziny.

A oto i nadeszła ona, zeszłoroczna akcja Urszuli, w której udział mógł (i dalej może) wziąć każdy. W zeszłym roku spóźniłam się z akcją tylko kilka dni. Później jednak zaczęłam bloga pisać zupełnie od nowa, więc w tym roku znów tworzę te same posty. A dlaczego? Bo wydaje mi się to niesamowicie dobrą inwestycją w bloga. Poza tym wiele się zmieniło, więc na pewno zupełnie inaczej wyjdzie to wyzwanie.

WYZWANIE BLOGOWE

w 5 dni do lepszego bloga


Z czym to wyzwanie się je i jak powinno wyglądać? Cóż, przez pięć dni, dzień w dzień, powinno wrzucać się po jednym poście - w końcu jest pięć tematów. Ja jednak zdecydowałam, że będę wrzucać te posty nie codziennie, a co dwa dni, bo robię to po swojemu. Cała ja. Zresztą odkryłam, że pisanie codziennie, a potem robienie nagłej przerwy, trochę mija się z celem. Zwłaszcza jeśli to piszę ja, człowiek, który ma problem z dodawaniem krótkich postów. Chociaż czasami się takie zdarzają - tak, jak ten dzisiejszy. 

Przez kolejne dziesięć dni pojawi się tutaj pięć postów. Zaczynam we wtorek, potem kolejno - w czwartek, sobotę, poniedziałek i środę. Może w piątek zrobię jakieś podsumowanie. Ale wiecie, to tylko ja i moje "może" może się jeszcze zmienić.

Każdego, kto ma chwilę czasu, chęci i samozaparcia - serdecznie zapraszam do wzięcia udziału w akcji, razem ze mną. To nic, że akcja już od roku jest zamknięta. To nic, że delikatnie zmieniłam zasady, to nic, że ludzie nazywają takie posty "postami o niczym". Dla mnie to zabawa. Dla Was również?



100 lat dla blogowania!


A teraz coś z innej beczki. Pewnie nie wiecie, ale dokładnie 7 lipca 2015 roku minęły dwa lata odkąd mój blog istnieje w sieci. To już ponad 730 dni z Wami. Ponad 114 tygodni, lepszych lub gorszych. 34 tysiące 839 wyświetleń, prawie 800 komentarzy, dwa nieudane konkursy i jeden nowy początek. Ponad 100 postów, które tutaj powstały, a które zostały usunięte wraz z początkiem 2015 roku. Jedna zmiana adresu. 178 czytelników. Chwile lepsze lub gorsze. To dwa lata, coś, o czym nawet nie myślałam, gdy zakładałam tego bloga. Wtedy myślałam, że to będzie tylko chwila moment, znudzę się i porzucę. Jak widać - po dwóch latach wciąż jestem tutaj, z Wami.

Długo myślałam o tym, czy jakoś tę rocznicę uczcić. No wiecie, kolejnym konkursem, rozdaniem, losowaniem czy inną głupotą. Ostatecznie stwierdziłam jednak, że skoro dwa poprzednie konkursy nie wypaliły - ten też mógłby nie wyjść. Obiecałam sobie jedno - następny konkurs pojawi się, gdy będzie 200 obserwatorów tudzież 50 tysięcy wyświetleń. Wszystko zależy od tego, co będzie szybciej. ;).

Czytaj dalej:
1 komentarz
Udostępnij:

09.07.2015

#20 uwaga, słońce!

Temat bardzo na czasie, a post wyszedł nagle - osobiste sprawy często lubią mieszać się w te, związane z blogiem. Stąd też ten dzisiejszy post.

uwaga, słońce!


Lato w pełni. Za oknem pogoda szaleje - od upałów po 35 stopni w cieniu, po zimne i burzowe poranki, gdzie temperatura nie przekracza nawet 20 stopni. Nie zwracamy jednak na to słońce większej uwagi, zwłaszcza kiedy spacerujemy. Nie przejmujemy się nimi aż tak. Przecież to tylko słońce, mówimy. Przecież to niegroźny spacer, dodajemy. Często nawet nie wiemy jak w wielkim błędzie jesteśmy i jak bardzo możemy sobie zaszkodzić. 

Kilka dni temu też uważałam, że to tylko słońce. Duże, gorące, cholerne słońce. Ale nic mi nie może zrobić, gdy pospaceruję sobie kilka godzin po Katowicach. W końcu mam praktyki, muszę wykonywać zadania. Słońce, nic takiego. Dzisiaj jednak wiem, że to "nic takiego", może nas poważnie potraktować. Trzy godziny w pełnym słońcu na nagrzanym betonie. Niby większość czasu w cieniu, by gazowa kula nie raziła po oczach. Niby. Co przecież może mi się stać przez trzy godziny? Nic. Tak myślałam, teraz dopiero wiem w jakim byłam błędzie. 

Wyszłam na słońce bez picia i bez jedzenia. Jedzenie to pół biedy, bo kto by odczuwał głód przy takich upałach. Pragnienie jednak jest teraz wzmożone, przez dający się we znaki upał. Ja nic nie miałam, dopiero po ponad dwóch godzinach kupiłam sobie sok marchewkowy. Gdy wróciłam do budynku czułam się tylko słaba i wykończona słońcem. Potem zaczęło mi się kręcić w głowie. Przestraszyłam się, gdy zrobiło mi się niedobrze. Do domu miałam problem wrócić, bo po przejściu pięciu czy dziesięciu metrów serce kołatało mi jak szalone, mimo iż wcześniej chodziłam dosyć szybkim tempem przez kilka godzin. Gdy wróciłam do domu zaszyłam się w swoim chłodnym pokoju, z mokrym ręcznikiem na karku. Okropnie mnie mdliło, ale pilnowałam, by pić jak najwięcej i nawodnić swój organizm. W końcu nie piłam pół dnia, prawie tyle samo, ile spędziłam na słońcu! W nocy nie umiałam usnąć, miałam wrażenie, że płonę. Spalone ramiona to był mój najmniejszy problem. Bolało mnie wszystko, każdy mięsień. Znajomi, którym powiedziałam o mojej inteligentnej zagrywce, wysyłali mnie do lekarza. Oczywiście nie poszłam, bo po co. Nad ranem co się poruszyłam to mnie mdliło, trochę się wystraszyłam, bo po raz pierwszy załatwiłam się w ten sposób. 

Wiecie, to mógł być tylko jeden mały krok do udaru. Chwila nieuwagi, moment głupoty i wszystko mogło się źle skończyć. Jest kilka dni po moim feralnym przypadku, a ja dalej cierpię na ból głowy i mdłości. Teraz nie rozstaję się z wodą mineralną i uważam, by jak najmniej przebywać w słońcu. Jeszcze przez kilka dni powinnam go unikać, póki się dobrze nie poczuję. 

Czym jest mój post? Apelem. Żebyście uważali na słońce, zwłaszcza, jeśli go nie lubicie. Jeśli jednak ciągniecie do słońca jak komary do światła to pamiętajcie o dobrym nawodnieniu. Pijcie dużo, najlepiej zwykłej wody mineralnej. Im więcej pijecie tym lepiej, bo nie narażacie samych siebie na odwodnienie. Chyba nikt z Was nie chce mieć zmarnowanych wakacji przez chwilę własnej nieuwagi, prawda? 


Kochani, pamiętajcie o odpowiednim nawodnieniu organizmu w czasie letnich upałów! Pijcie wodę albo soki, możecie również zrobić sobie lemoniadę. Jeśli nie przepadacie za wodą - urozmaićcie ją! Wystarczy tylko kilka plasterków cytryny czy kilka listków mięty, by zmieniła smak na orzeźwiający. Gdy idziecie na plażę czy gdzieś nad wodę - wrzućcie do butelki ze dwa/trzy plasterki cytryny bądź limonki i kilka świeżych listków mięty. Zobaczycie, że od razu zmieni smak na lepsze, a Wy nie będziecie musieli martwić się, czy słońce będzie dla Was łaskawe czy... skończycie jak ja ;). 

Bawcie się dobrze na wakacjach. Dobrze, ale z głową!

Czytaj dalej:
3 komentarze
Udostępnij:

05.07.2015

#19 rzygam tęczą.

Najpierw Irlandia zaskoczyła wszystkich, gdy pozytywnie przegłosowane zostało referendum w sprawach małżeństw homoseksualnych. Internet zawrzał radością, ale był to tylko krótki wystrzał fajerwerków. Poszło w świat, ale ucichło po dwóch dniach. Nic więcej. Znowu wszyscy zaczęli zapominać, że Irlandia to kolejne państwo "na tak". Świat jednak nie pozwolił temu zupełnie ucichnąć, bo ponownie zawrzało - wszystkie pięćdziesiąt stanów, znajdujących się w Ameryce Północnej jest "na tak" dla związków homoseksualnych. Cały świat się raduje i właśnie tutaj następuje przerost formy nad treścią...

Nie wiem jak to u Was wyglądało, ale nagle, nie wiadomo dlaczego, na facebooku pojawiły się dziesiątki tęczowych profilówek. Wszędzie pojawiła się tęcza. Wszyscy się radują, bo USA jest "na tak". I właśnie w tej chwili się zgubiłam. Czy ktoś mi może wytłumaczyć dlaczego Polska raduje się tym, co jej nie dotyczy? Mało mamy swoich spraw, by zajmować się homoseksualizmem na zachodzie? Głód, bieda i nadciągająca wojna są przecież nieważne, bo w końcu geje i lesbijki mogą brać śluby. To przecież logiczne, że śluby ważniejsze od politycznych porażek, rodziców molestujących swoje dzieci i ataków terrorystycznych, w których ucierpieć mogą również polscy turyści. Homoseksualizm przede wszystkim. 

I nie chodzi mi o to, że jestem jakimś homofobem, mam żal do gejów i nienawidzę lesbijek. Żeby nie było, że ktoś tak mój post odbierze. Nie, nie, to nie to. Dla mnie miłość to miłość, fajnie, że teraz każdy może brać ślub (ślub to w pewien sposób naprawdę dobra inwestycja w przyszłość związku, ale to na inny post), ale... no na litość, dlaczego takie rzeczy muszą dzielić ludzi? Ta radość powinna łączyć, nie dzielić. Więc czemu znowu jest odwrotnie?

Facebook zawrzał. Niemalże z każdej strony zaatakowana zostałam tęczą - na zdjęciach profilowych, na zdjęciach w tle, na dodawanych postach. Ludzie próbowali chwalić się, że są "pro-homo", że popierają miłość jednej płci i takie też związki małżeńskie. To wyprowadziło z równowagi tych, którzy nie tolerują takiej miłości, przez co w opozycji do tęczy pojawiły się polskie flagi biało-czerwone, na zdjęciach profilowych. Jedni naskoczyli na drugich. Przez za dużą tolerancję - znów zrobił się gnój. 

Czy naprawdę trzeba chwalić się tym, co się lubi, a czego nie? Patrząc po tych wszystkich tęczowych profilówkach miałam dosyć. Gdy w jednym poście wypowiadało się więcej osób - miałam wrażenie, że po prostu jedna osoba ma rozdwojenie jaźni. Albo jeszcze większy podział. Wszystko wyglądało tak samo. Wszystko było w tęczy, jakby na facebook narzygał jednorożec. Zwrócenie komukolwiek uwagi prawie zawsze oznaczało wielką nietolerancję i kończyło się gównoburzą. Postanowiłam więc dowiedzieć się od paru osób dlaczego tak bardzo cieszą się małżeństwami homoseksualnymi w USA, skoro i tak ich to nie dotyczy. I wiecie co? Zaskoczyli mnie odpowiedziami, bowiem większość uważa, że jest to po prostu kolejny milowy krok w stronę większej tolerancji. Skoro USA zaakceptowało takie małżeństwa, to będzie to cicha nadzieja na legalizację również w Polsce. Naiwni. 

Nadmiar kolorowej tęczy spowodował u mnie mdłości. Na całe szczęście bum na tęcze powoli zanika, bo już nikt nie chce o tym rozmawiać, nikt nie chce o to pytać. Takie rzeczy szybko przemijają. Za chwilę znikną tęczowe zdjęcia profilowe, znikną także polskie flagi. Wszystko wróci do normy. Nie potrafię jednak zrozumieć jednego - poglądy to sprawa indywidualna każdej osoby. Jak to się mówi - z poglądami jak z dupą, każdy ma swoją, ale nie wszyscy muszą ją oglądać. To samo myślę właśnie o tęczy. Można w pełni popierać małżeństwa homoseksualne, ale wcale nie trzeba się tym chwalić na zdjęciach profilowych i tych w tle. Nie trzeba wywoływać niepotrzebnych kłótni z ludźmi, którzy mają odmienne zdanie. Jesteś tolerancyjny? Super, ale nie każdy musi mieć takie luźne podejście do życia jak Ty. Nie wciskaj ludziom swoich poglądów. Dlaczego? Bo gdy byłeś dzieckiem to też nie lubiłeś, gdy mama wciskała Ci na siłę brukselkę czy brokuły, po których Cię mdliło. A niektóre poglądy to właśnie ta Twoja dziecięca brukselka. Może odstraszyć na całe życie. 

Tolerancja tolerancją, ale teksty w stylu "nienawidzę tych nietolerancyjnych" automatycznie sprawia, że chciałoby się powiedzieć "strać się, hipokryto". Pomyśl, zanim coś powiesz. To nie boli. ;).  

zdjęcie pochodzi z grafiki google.

Czytaj dalej:
9 komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.