28.04.2015

#14 małe podsumowanie.

Dzień dobry!

Dzisiaj postanowiłam w końcu zrobić krótkie podsumowanie ankiety, w której można było głosować przez ostatnie dwa tygodnie. Jak już wcześniej zapowiadałam - w najbliższym czasie pojawi się nowa, bardziej rozbudowana wersja, bym wiedziała dokładniej czego chcecie. Teraz przynajmniej mam już jakiś zarys czego można się po Was spodziewać. A raczej czego wy chcielibyście ode mnie. Niestety, dzisiaj bez wykresu, ale to chyba i tak nie będzie przeszkadzało.

PODSUMOWANIE ANKIETY


Głosować w ankiecie można było przez dwa tygodnie. Głosy oddały 23 osoby, co oznacza, że niewielu z Was się nią zainteresowało. Szkoda. Opcji było osiem, łącznie 42 głosy zostały oddane. No, na tyle osób to chyba dobry wynik. Chyba. A jak rozłożyły się Wasze głosy? Dziwnie, przyznam szczerze:

1. DIY (zrób to sam) - 10 głosów, 43%

2. CIY (ugotuj to sam) - 5 głosów, 21%

3. przemyśleń - 7 głosów, 30%

4. zdjęć - 4 głosy, 17%

5. relacji - 0 głosów, 0%

6. wywiadów z blogerami - 6 głosów, 26%

7. recenzji (książek, filmów, kosmetyków) - 9 głosów, 39%

8. inne (podaj w komentarzu) - 1 głos, 4%


Odkąd prowadzę tego bloga (a było nie było - w lipcu będą dwa lata), nigdy nie dodałam żadnego postu DIY ani wywiadów. Były ze dwie czy trzy recenzje, ale przede wszystkim przemyślenia i zdjęcia. Nie spodziewałam się, że będziecie chcieli czegoś nowego, ale skoro chcecie - ja jestem w pełni elastyczna, jeśli o takie tworzenie chodzi. Nie mniej muszę jednak zrobić jeszcze jedną ankietę, bo w czasie trwania tej naszły mnie kolejne pomysły. Cała ja!

Szkoda, że osoba, która zaznaczyła "inne" nie postanowiła rozwinąć tego w komentarzu, w związku z tym nie wiem co się pod tą opcją kryje. Mogę się domyślać, ewentualnie sama mogłabym podstawić coś pod tę pozycję, ale tak sobie myślę, że nie ma to sensu, ani mniejszego, ani większego. I mimo iż wiele razy powtarzałam, że piszę wszystko głównie dla siebie, to powoli zaczynam doceniać to, że blog wielotematyczny (a ten niewątpliwie takim jest) bez czytelników nie ma sensu istnienia. Z opowiadaniami jest inaczej, wiadomo - teksty prozatorskie pisze się głównie dla swojego warsztatu pisarskiego. Przynajmniej w moim przypadku tak jest.

Przy okazji małego podsumowania chcę Wam zaproponować, abyście w komentarzach pod tymże postem dodawali swoje propozycje postów w najbliższym czasie. Jakie chcielibyście recenzje, z kim wywiady, przemyślenia na jaki temat, no i co w związku z postami CIY i DIY. Jestem otwarta na każdą z Waszych propozycji, chociaż z góry zaznaczam - nie wszystko może mieć możliwość. Mogę Wam za to obiecać, że w przygotowaniu już teraz jest kilka postów, ale nie wiem jak to będzie z ich dodaniem. Różnie to bywa, wiadomo.

A ja pytam Was ponownie - czego chcecie więcej? Częściej?
Dajcie się poznać.

Czytaj dalej:
Brak komentarzy
Udostępnij:

20.04.2015

#13 wiosenne makro.

Ciao!

Patrzę sobie na ankietę, którą wstawiłam parę dni temu i jestem zaskoczona wynikami. Jak tylko ta się skończy i zrobię jej podsumowanie, to na pewno w niedługim czasie pojawi się kolejna, dużo dokładniejsza ankieta, dzięki której będę wiedzieć czego dokładniej chcecie. Nie mniej zdziwiły mnie odpowiedzi, bo nie sądziłam, że ktokolwiek chciałby, aby na blogu pojawiła się rubryczka wywiady - początkowo miały być tylko wywiady z bloggerami, ale jeśli już to na pewno trochę bardziej to rozwinę, nie tylko na bloggerów. Zobaczymy jeszcze, dzisiaj w końcu nie przychodzę do Was z podsumowaniem, a ze zdjęciami!

WIOSENNE MAKRO


Przyszła wiosna, chociaż pogoda jeszcze nieźle wariuje. Udało mi się znaleźć jeden dzień wolnego, w dodatku słonecznego wolnego, więc mogłam zabrać aparat i iść zrobić zdjęcia. Od zawsze najlepiej czułam się w makro i krajobrazach, nie umiem się przekonać do portretów, ale może w wakacje w końcu dokonam jakichś prób w tym kierunku... Dzisiaj jednak tylko makro, w dodatku kwiatów wiosennych.

Więcej zdjęć z tej sesji zobaczyć można TUTAJ. A teraz bez większego gadania zapraszam do oglądania! Lubię takie makro.


Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak wielką radość sprawia mi robienie zdjęć. Lubię bawić się ze światłem i perspektywą (widać to na ostatnich czterech zdjęciach, które zostały zrobione specjalnie pod słońce i nie, nie są z efektem czarno-białego zdjęcia). Jestem amatorem, więc zdarza mi się popełniać najprostsze błędy (np. słabo wycelowany kadr), chociaż sądzę, że jak na zdjęcia robione przy mocnym wietrze... No, nie jest najgorzej.

Gdy zaczynałam swoją przygodę z fotografią byłam gdzieś na przełomie podstawówki i gimnazjum, ale wtedy to było jakieś tam sobie cykanie zdjęć, złe kadry, rozmazane, no takie... Nijakie. Jak teraz na nie patrzę to czasami jest mi szkoda kliszy, którą zmarnowałam. W liceum trochę bardziej zabrałam się do roboty i zdjęcia zaczynały mieć w sobie "to coś", co przyciąga wzrok. Wiadomo, nie zawsze zdjęcia mi wychodzą. Czasem to kwestia warunków pogodowych, czasem moja nieuwaga. Wychodzę jednak z założenia, że jeśli nie będę ćwiczyć to nie nauczę się robić dobrze zdjęć. Muszę ćwiczyć. To jak z pisaniem, niby nie można zapomnieć, ale po czasie ciężko wrócić. 

Robicie czasem zdjęcia? W jakich fotografiach czujecie się najlepiej?
No i, najważniejsze - co sądzicie o moich? ;)


Jeśli jeszcze nie wiecie - można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
4 komentarze
Udostępnij:

18.04.2015

#12 tag - miejsca, które chciałabym zwiedzić.

Buongiorno!

Dzisiaj postawiłam na TAG, który już kiedyś tutaj był, ale trochę się pozmieniało. Zanim jednak przejdę do meritum postu, chcę Wam przypomnieć o tym, że kilka dni temu pojawiła się na blogu ankieta (do znalezienia po lewej, na samej górze strony). Ciekawi mnie Wasze zdanie, o czym lubicie czytać, co Was najbardziej interesuje. Także bierzcie udział w ankiecie, głosujcie i piszcie komentarze, a ja na pewno postaram się sprostać waszym wymaganiom. ;). A teraz przechodzimy do meritum!

MIEJSCA, KTÓRE CHCIAŁABYM ZWIEDZIĆ


Każdy z Was ma jakieś swoje marzenia. Na pewno jednym z nich jest zwiedzenie jakiegoś odległego kraju czy miasta. Ja jestem typem człowieka, który bardzo chciałby zwiedzić jak najwięcej świata, ale póki co robię to tylko palcem po mapie, tudzież wyszukiwarką po grafice google. Ale o swoich celach podróży słów kilka na pewno opowiem!

1. Francja


Największym moim marzeniem było (i jest), by kiedykolwiek zobaczyć PARYŻ, nie tylko na zdjęciach znajomych czy w internecie. Często słyszy się, że stolica Francji to miasto przereklamowane, wcale nie takie ładne, w dodatku brudne. Wiele razy znajomi odciągali mnie od pomysłu, by zwiedzić kiedyś Francję czy nawet do niej wyjechać na stałe. A ja, mimo tych wszystkich wiadomości, uważam, że Paryż ma w sobie jakiś urok i muszę, po prostu muszę zobaczyć go na żywo. Poza tym Francja to nie tylko jej stolica i wieża Eiffel, ale także Luwr, ogrody wersalskie, Katedra Notre-Dame, Awinion, Marsylia, Strasburg, Dijon czy Grenoble. Francja to kraj, który fascynuje mnie odkąd byłam małym dzieckiem i nie spocznę, dopóki go nie odwiedzę, nie zobaczę na własne oczy, nie zrobię kilku tysięcy zdjęć.

2. Japonia


Kraj kwitnącej wiśni. Tokio, świątynia Zozoji, światynia Meiji Jingu, Tokio Tower, ogrody japońskie, Okayama. Japonia jest krajem z bardzo fascynującą kulturą, w dodatku jest krajem niesamowicie pięknym, rozwojowym. Od dawna interesuje mnie Japonia, cała kultura azjatycka i kuchnia, Gejsze, ogrody japońskie i ta niesamowicie rozbudowana infrastruktura kraju. I wiecie co? Kiedyś tam pojadę! Chociażby po to, żeby spróbować sushi u źródła czy czarnych lodów z atramentem kałamarnicy. Japończycy są dosyć nietypowym narodem, ale w całej tej swojej dziwności na pewno są fascynujący.

3. Nowy Jork


Piękne miasto, wiecznie żywe. Manhattan, Empire State Building, Statua Wolności, Brooklyn, Bronx. Wszystko to, póki co, jest tylko marzeniem. Nowy Jork to miasto, które żyje, w którym zawsze coś się dzieje, zawsze jest ogrom ludzi i nigdy nie można się nudzić. Nie wiem jednak czy odnalazłabym się tam na całe życie. Na jeden dzień, tydzień, miesiąc to na pewno. Na całe życie - niekoniecznie. Nowy Jork to miast pełne energii i przepychu, gonitwy w codziennym życiu, imprez i szału. Nie ma ciszy i spokoju, jest wieczna pogoń. Mimo to - miasto piękne i przyciągające. A odkąd przeczytałam Percy'ego Jacksona, moja wyobraźnia popłynęła jeszcze dalej!

4. Włochy


Naprawdę piękny, chociaż bardzo gorący kraj. W wakacje 2013 miałam okazję przebywać tam prawie dwa tygodnie i jestem tym krajem oczarowana. Zobaczyłam na żywo Wenecję, o której zawsze marzyłam i te marzenie właśnie zostało spełnione. Według mnie wcale nie jest to miasto przereklamowane i wcale nie jest takie, jak się o nim mówi. Wenecja jest piękna, tak samo jak Rzym, mimo iż zwiedzaliśmy go w deszczu. Watykan również jest miastem pięknym, a plac świętego Piotra jest... dużo mniejszy niż pokazują go w telewizji. Włochy, tak samo jak Grecja, to kraje starożytne, mające wielką historię i czające się złoża magii. Chciałabym jeszcze zobaczyć kiedyś Mediolan, Toskanię i Weronę. Może jeszcze będę miała okazję, by ponownie wrócić do Włoch, Wenecji, Watykanu, na wyspy Tremiti i półwysep Gargano. Do pięknego słońca i wielkiego upału. Do mocno zasolonego morza. Wrócę tam, gdzie było cudownie.

5. Skandynawia


Początkowo chciałam rozdzielić ją na osobne państwa, ale w końcu doszłam do wniosku, że nie ma to sensu. Cała Skandynawia jest, moim zdaniem, piękna. Chciałabym zobaczyć na własne oczy zorzę polarną. Pragnę na własne oczy ujrzeć te wszystkie piękne widoki, którymi zalewany jest internet. Chcę zobaczyć Norwegię (i odwiedzić Cherrylle <3), zwiedzić Szwecję, w której mieszka Marcik, odpocząć w Danii i przejść się ulicami Finlandii (chociaż nie zawsze uznaje się ją za kraj Skandynawski). Zorze polarne, rozciągające się fiordy, piękne widoki, niemal zawsze ukazywane jako zimowe. Czy to nie jest krajobraz rodem z bajki?

6. Austria

Austria kojarzy mi się w sumie z trzema rzeczami - przede wszystkim skoki narciarskie, najlepsza na świecie czekolada oraz malutkie miasteczka położone w górach. Tak przynajmniej pokazywana jest w większości filmów. Miasteczka położone w górskich dolinach albo gdzieś na wygwizdowie, gdzie dookoła pełno zieleni, pola i lasy. Coś przepięknego, zwyczajna sielanka. Raz już byłam w Austrii, na trzydniowej wycieczce. Zwiedziłam Pałac Schönbrunn i przepiękne ogrody francuskie. Palmiarnię. To przy tym Pałacu jadłam po raz pierwszy w życiu pieczone kasztany, które, mimo dziwnego wyglądu, naprawdę przypadły mi do gustu. Byłam w centrum Wiednia, obejrzałam to piękne miasto i zamówiłam w McDonaldsie kawę aż w czterech językach (najbardziej pokręcone zdanie świata! "Zwei cafe und sugar proszę", powiedziała zestresowana trzynastolatka.)

7. Grecja

Byłam, zwiedziłam, a teraz chcę jeszcze raz. Nie dotarłam do najważniejszego punktu, antycznych Aten, serca Grecji. Dopóki ich nie zwiedzę, Grecja będzie mi się śniła po nocach. Póki co byłam w małym, ale bardzo malowniczym miasteczku zwanym Kokkino Nero, zwiedziłam Skiathos, najpiękniejszą i najbardziej zaludnioną wyspę, byłam na złotej plaży. Widziałam Meteory, coś pięknego, ale nieco przerażającego. Do tej pory Grecję widziałam poprzez pryzmat filmów i zdjęć - jednakowe białe domki z niebieskimi dachami. W końcu jednak trafiłam tam i... BUM! Nie ma jednakowych domków, nie zawsze są niebieskie dachy. Na Skiathos były tylko białe domy i ceglaste dachówki. A jednak wyglądało to bajecznie.

8. Hiszpania

Większości pewnie kojarzy się z piaszczystymi plażami i całonocnymi imprezami. Wiecie, Costa Brava, Lloret de Mar i... Pamiętniki z wakacji! Kto o nich nie słyszał? Pewnie wszyscy coś tam kiedyś usłyszeli, chociaż mimochodem. Dla mnie jednak Hiszpania to architektura. Te wszystkie budowle... Nie wiem dlaczego, ale właśnie z tym mi się kojarzy. Kraj kwitnącej pomarańczy i monumentalnych zabudowań - kościołów, pałacyków, gotyckich budowli. Raj dla mnie, osoby uwielbiającej fotografować.

9. Alaska

Miejsce zapomniane przez Boga i ludzi, przynajmniej tak jest pokazywane przez wielu ludzi. Małe miasteczka, kilka drewnianych domków, niewielu ludzi i wiecznie trwająca zima. Na pewno nie chciałabym tam zamieszkać, ale pojechać na dwa, może trzy tygodnie? Zwiedzić, sfotografować, odpocząć od zgiełku. Alaska, kraj w którym temperatura sięga nawet do -51 stopni. Co więc mnie do niej ciągnie?

10. Anglia


Anglia, Londyn, Birmingham City, Camden Town, Big Ben... Miałam możliwość, miałam okazje, ostatecznie jednak nic się nie udało, bo na szkolny wyjazd, wymianę na dwa tygodnie, nie było tylu chętnych ilu być powinno. Żałuję. Anglia to kraj, który mnie do siebie przyciąga od dawna, jednak do tej pory nie miałam jeszcze szansy, by spełnić swoje marzenie. Ale wiem, że w przeciągu najbliższych... pięciu lat, uda mi się tam pojechać. To będzie mój kolejny cel, zobaczyć Big Bena, przejść się po najbardziej kolorowej dzielnicy, jaką jest Camden Town, odwiedzić muzeum figur woskowych, zrobić sobie zdjęcie nad Tamizą czy przejechać się tym czerwonym autobusem.

11. Las Vegas


Miasto tętniące życiem, zwłaszcza nocą. Kasyna, szybkie śluby, ludzie poprzebierani w stroje Elvisa Presleya. Miasto, które nigdy nie zasypia, które nigdy się nie nudzi. Pełno emocji i, wydaje mi się, że radości. Chętnie bym to zobaczyła na własne oczy, nie tylko na zdjęciach i w różnorodnych filmach. Las Vegas wydaje się być miastem naprawdę ciekawym. 

12. Miami


To chyba jedyne miasto, do którego chcę jechać, ale nie wiem nawet dlaczego. Floryda zawsze jakoś mnie przyciągała, a Miami było głównym epicentrum tego wszystkiego. Nie wiem, zawsze wszystko to kojarzyło mi się z Miami i kiedyś stwierdziłam, że warto byłoby przyjechać. Może kiedyś to mi się uda. Trzeba marzyć, bo bez marzeń - nic nie będzie.

13. Rosja


Chyba moje największe marzenie. Niby nie jest daleko, niby sąsiadujemy, a jednak nigdy nie miałam okazji, by zobaczyć ten piękny kraj. Zawsze byłam pod wrażeniem Rosji, tego mocarstwa, pięknych budowli, kultury i języka. Muszę znowu zacząć uczyć się rosyjskiego, języka, który spodobał mi się dużo bardziej niż włoski czy francuski. Kiedyś pojadę do Rosji. Zobaczę monumentalne budynki i Moskwę, miasto pełne przepychu. Ten przepych jest moim marzeniem.



Mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać... Nie mówiąc o tym, co jest do zwiedzenia w Polsce. Mamy, wbrew temu co wszyscy mówią, bardzo piękny kraj. Chciałabym go w pełni zwiedzić. My też mamy cudowne widoki, monumentalne budowle, raje dla architektów i magiczne miejsca dla fotografów. Dlaczego więc z tego nie korzystamy?

A Wy? Jakie miejsca chcielibyście zwiedzić?
Jeśli jeszcze nie wiecie - można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
10 komentarzy
Udostępnij:

07.04.2015

#11 miłość na wizji.

Bonjour!

Dzisiaj piszę o czymś, co miało pojawić się na walentynki, ale w końcu z tego zrezygnowałam. Teraz jednak powracam, bo pomysł ten atakuje mnie przynajmniej co dwa tygodnie, nie pozwalając mi o sobie zapomnieć. Może to dobrze, bo w końcu mam gdzie napisać o tym wszystkim. Ciekawi o co chodzi? Już tłumaczę!

MIŁOŚĆ NA WIZJI


Nie pamiętam już kiedy po raz pierwszy zobaczyłam coś takiego w telewizji. Zaręczyny na wizji, przed setkami, a może i milionami osób. Połowa świata wzdycha, że to przecież takie romantyczne! Co robię ja? No cóż, zastanawiam się co ta biedna dziewczyna musi teraz czuć. Bo, pomyślcie sobie, że miłość waszego życia właśnie oświadczyła Wam się przed wszystkimi ludźmi. Oglądają Was nie tylko obcy, nieznani Wam ludzie, ale także rodzice, dziadkowie i najlepsi przyjaciele. Presja jest okropna, bo przecież o zaręczynach dowie się nawet sąsiadka babci przyjaciółki z gimnazjum. Jeszcze nigdy nie padło na wizji: nie, a ja w sumie trochę się nie dziwię. Wyobrażacie sobie to? Mówicie swojemu facetowi nie i nagle jesteście wygwizdani przez cały kraj. Okropnie niezręczna sytuacja. 

Dziwnie tak, oświadczać się przy ludziach. Nie wiem, może to tylko ja mam takie dziwne myślenie. Dla mnie sam moment zaręczyn powinien być czymś osobistym, intymnym, nie wywlekanym na światło dzienne. Nie wyobrażam sobie tego dnia przy całym kraju. Cóż, nie wszystkie zaręczyny kończą się szczęśliwie. Czasem pada to smutne nie, więc lepiej, by padło, gdy jesteśmy sam na sam, niż przy setce osób. Nie wiem komu wtedy jest gorzej - jemu, bo dostał kosza, mimo iż myślał, że jest w szczęśliwym związku czy jej, bo musiała złamać mu serce. 

Zaręczyny powinny być romantyczne. Przynajmniej ja je takimi widzę. A zresztą, nie tylko ja. Ostatnio poruszyłam ten temat z Justyną, gdy czekałam na moje zaliczenie z kultury popularnej. Rozmawiałyśmy o zaręczynach na wizji. Jaki mają sens? Nie wiemy. Niby w żarcie powiedziałam, że zamiast zaręczyn na wizji wolałabym dostać książkę, w której byłby pierścionek (typowe niszczenie książki, ale za to jaki cel!). Im dłużej siedzę i o tym myślę, tym bardziej uważam, że jest to zniszczenie książki w dobrym celu i chyba zeszłabym na zawał, gdybym dostała właśnie taką książkę. A gdyby był to Harry Potter, Siewca Wiatru albo Percy Jackson (tudzież któraś część Olimpijskich Herosów) to w ogóle byłabym chyba w siódmym niebie. A zaręczyny na wizji? Chyba bym się zawiesiła z zażenowania. Chociaż nie wiem, może to się jeszcze zmieni?



Cóż, każdy woli co innego. Gdy patrzę na powyższe zdjęcie, to z jednej strony aż mnie skręca (no bo to niszczenie mojego dzieciństwa), ale z drugiej strony łezka się w oku kręci, bo to pokazuje, że coś z dzieciństwa może być ze mną przez całe życie. Harry Potter, książka po którą większość sięgnęła będąc dziećmi, może stać się jeszcze jednym, cudownym wspomnieniem. Czyż nie wygląda to idealnie? No i jest prywatne, intymne. Osobiste.

Twardo będę obstawiać za tym, że zaręczyny na wizji i przy tłumie ludzi (np. na stadionie podczas meczu, gdy kamera na Was wskazuje) są ustawione pod publiczkę, nie mają żadnej magii. Ten moment, jeden z najważniejszych w naszym życiu, powinien być intymny i prywatny. Taki nasz. To w końcu nasza sprawa czy komuś powiemy o tym, jak wyglądały nasze zaręczyny. Czy komuś w ogóle powiemy. Wiadomo, można od razu zadzwonić do połowy znajomych i rodziny, wstawić "Wydarzenie z życia" na facebooku, wykrzyczeć to całemu światu. Pytanie tylko... po co to? Myślę, że chcąc pochwalić się szczęściem w naszym życiu ("Patrzcie, ona chce być moja do końca życia! Jestem największym szczęściarzem!"), zapominamy o prywatności i osobistych odczuciach. Gonimy za popularnością i tym, aby nam zazdrościli, zamiast na moment przysiąść i zostać, we dwoje. Mieć czas dla siebie, nie dla innych. To szczęście zaręczyn ma być nasze, prywatne. Nie całego świata.

Szkoda tylko, że coraz częściej o tym zapominamy...
Jeśli jeszcze nie wiecie - można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
3 komentarze
Udostępnij:

03.04.2015

#10 kominki zapachowe i olejki.

Dzień dobry!

Dzisiaj pomyślałam, że przywrócę do życia stary, najbardziej popularny post na tym blogu. Cały czas nie rozumiem dlaczego miał on takie wzięcie, ale cóż, może dalej powinien tutaj tkwić? Uznajmy, że jest to post w stylu recenzji. Raczej zbyt wielu takich u mnie nie znajdziecie, ale jeśli chodzi o kominki do aromaterapii, świeczki zapachowe i olejki to uwierzcie, jest to moja bajka! Dlatego też dzisiaj trochę Wam o tym przypomnę, może komuś się przyda.

AROMATERAPIA


Teoretycznie post ten powinien być dodany w zimie, bowiem jest idealny na chłodne wieczory, gdy nie chce się człowiekowi wyjść spod kołdry. Patrząc jednak na dziwną pogodę za oknem spokojnie mogę stwierdzić, że i na Wielkanoc przyda się taki post. Nie wiem jak u Was, ale tutaj, w samym sercu Górnego Śląska, pogoda kompletnie oszalała. Kiedy więc wieczorami zamarzam i kostnieją mi stopy, sięgam po niezawodną aromaterapię. Nic bardziej nie rozgrzewa i nie relaksuje jak kominki i podgrzewacze.

Należę do tych osób, które szaleją na punkcie domowej aromaterapii. Lubię takie bibeloty. W domu mam obecnie trzy kominki do aromaterapii, chociaż już używam tylko i wyłącznie dwóch. Mam także o kilka olejków więcej, niż na zdjęciach zamieszczonych powyżej. Moja kolekcja jest skromna, ma nieco ponad trzydzieści olejków, ale nie wszystkie są w użytku. Gdy przychodzą ponure wieczory, mroźne i nieprzyjemne, odpalam wszystkie możliwe sposoby, by się ogrzać - wchodzę pod kołdrę, sięgam po książkę, zapalam podgrzewacze i rozkoszuję się chwilą dla siebie.

Większość kobiet uwielbia takie chwile relaksu, gdzie można puścić sobie spokojną muzykę, zapalić kominki zapachowe i oddać się rozkoszy. Samo leżenie na łóżku wśród takich pięknych zapachów sprawia, że możemy się naprawdę uspokoić, rozluźnić i oddać w spokoju rozmyśleniom. Ja na przykład uwielbiam coś takiego. Najlepsze to jest na smutne jesienne wieczory, albo zimowe dni, kiedy jest tak zimno, że nie da się wyjść na plac i człowiek nie ma na nic ochoty. Ja właśnie wtedy lubię zapalić sobie taki kominek, zrobić gorącą herbatę i sięgnąć po dobrą książkę. To zestaw idealny. A co nam będzie do tego potrzebne? Przede wszystkim podgrzewacze! Najlepsze są zwykłe, białe, bezzapachowe, bo wtedy zapach podgrzewaczy nie miesza się z zapachem olejku aromatycznego.


Teraz kupienie podgrzewaczy nie jest już żadnym problemem, bo można go znaleźć w większości sklepów. Te na zdjęciu powyżej kupione zostały w Kauflandzie za dziesięć złotych? Piętnaście? Jakoś tak. W każdym razie te sto sztuk starcza na bardzo dużo czasu. Do naszej uroczej aromaterapii wystarczy... tylko jeden podgrzewacz! Alternatywą dla białych podgrzewaczy są te zapachowe, dostępne najczęściej w małych pudełeczkach po sześć sztuk. Ja znalazłam paczki po trzydzieści sześć sztuk.


One również dostępne są w większości sklepów, głównie na stoiskach z różnymi domowymi duperelami jak porcelana, ręczniki, świeczniki i inne takie. Na pewno można te podgrzewacze znaleźć w Ikei - dwie z trzech paczek tam właśnie kupiłam - a także w Pepco, Tesco, Auchan i w innych sklepach tego typu. One jednak dużo mniej nadają się do aromaterapii, bo same mają swój zapach i później to się miesza i można się... udusić czy poddusić. Skoro już mamy masę podgrzewaczy to teraz bardzo ważna część czyli... KOMINKI!



Ja używam na zmianę dwóch kominków, widocznych na zdjęciach powyżej. Czarny jest o wiele lepszy od tego brązowego, przypominającego swoim wyglądem studnię. Jest on o wiele lepszy dlatego, że w studni miejsce na wodę i olejek jest na patyczku i przy każdym, nawet najmniejszym ruchu ciągle spada, zalewając wodą podgrzewacze. Jest to naprawdę irytujące. Takie kominki można kupić już za dziesięć złotych. I teraz już nie ma większego problemu by je zdobyć. Są nie tylko w internecie, ale także w większości sklepów, zwłaszcza na takich wolno stojących stoiskach w galeriach i centrach handlowych. Jak już mamy wszystkie potrzebne składniki to przychodzi kolej na olejki zapachowe. Również można je wszędzie kupić, ale nie zawsze zakup ten okazuje się być dobrym pomysłem. Znam to po sobie, niestety. Wypróbowałam już wiele zapachów, ale jeszcze więcej ich dopiero przede mną. Zaraz pokażę wam kilka zapachów, które mam już wypróbowane w domu. Nie wszystkie nadają się właśnie do takich aromaterapii. 


To powyżej to moja mała słodka kolekcja zapachów. Dopiero zaczynam to zbierać, więc nie należy do największych, ale dalej ją kolekcjonuję, niedługo będzie ich więcej. Mam nadzieję. A teraz czas na recenzje zapachów!

KIWI! Cudowne, słodkie kiwi. Zapach rześki i idealny na wieczory, kiedy jest zimno i pochmurno. Osobiście bardzo lubię ten zapach, mimo iż w ogóle nie kojarzy mi się on z kiwi, ale  kojarzy mi się natomiast z dzieciństwem. Miałam kiedyś taki kosmetyk jakiś, w sensie, że o takim zapachu. Dzieciństwo to fajny czas, dlatego olejek aromatyczny o zapachu KIWI jest jak najbardziej na plus.
WODNA LILIA. Zapach delikatny, w sam raz na letnie dni, idealny do kąpieli. Wystarczy dodać kilka kropel do gorącej wody, a już unosi się cudowny zapach wodnych lilii, delikatnych, orzeźwiających, lekko słodkich. Kominki na lato nie są dobrym pomysłem, ponieważ jeszcze bardziej ogrzewają człowieka i pomieszczenie, ale dlaczego by nie użyć wodnej lilii do kąpieli? Jest to pomysł... idealny!

TULIPAN. Znacie zapach tulipanów? Na pewno, są jednak bardzo delikatne, w przeciwieństwie do tej kompozycji zapachowej. Jest ona znacznie bardziej intensywna, chociaż w swoim słodkim zapachu bardzo przypomina zapach zwykłych tulipanów. Maksymalnie pięć kropli do kominka i jakieś dziesięć do kąpieli, w zależności od ilości wody i tego, jak intensywnego zapachu wymagacie. To również zapach, któremu mówię zdecydowane TAK. Jest to także kompozycja na każdą porę roku.

MELON. Słodki, słodki, słodki i w swym zapachu bardzo intensywnie przypominający arbuza. Kiedyś w Avonie były takie kosmetyki, o zapachu arbuzowym - pachniały identycznie do tego olejku. Bardzo słodki i bardzo intensywny, za dużo nie wolno go dodawać, bo może zrobić się zbyt duszący, ale ogólnie jest piękny. Na lato w sam raz, w zimę cudownie przypomina nam zapachy lata.

ROMEO I JULIA. Bardzo słodki i bardzo duszący. Według mnie zupełnie nie nadaje się na lato do kąpieli, a tylko i wyłącznie na zimę do kominków, w dodatku w niewielkiej ilości - w za dużej może być duszący, bo jest bardzo ciężki. Dla wielbicieli słodkich zapachów - idealny. Dla mnie niekoniecznie. Raczej wolę rześkie olejki, zapachy i perfumy. Zdecydowanie.

CZARNA PORZECZKA. Uwielbiam ten zapach. Słodki, przypominający zapach soku z czarnych porzeczek, ale odrobinę intensywniejszy. W środku zimy cudownie przypomina nam o lecie, którego już nam brakuje, a w lato cudownie można się wykąpać w słodkim aromacie z porzeczek. Jestem zdecydowanie wielbicielką właśnie tego zapachu - słodkiego, rześkiego, chociaż w za dużej ilości jest zbyt ciężki i duszący. Trzeba uważać na ilość kropel, które się dodaje.





POZIOMKA. Kocham zapach poziomek, więc ten zawarty w małym flakoniku jest dla mnie cudownie słodką alternatywą. W lato słodkie kąpiele, w zimę cudowne przypomnienie owoców, do których właśnie nie ma dostępu. Uwielbiam do niego wracać, czasami lubię również otworzyć flakonik, znowu powąchać i ponownie zakręcić flakonik. Jest on stałym elementem na mojej półeczce.




KAWA. Na mojej półce stoi prawie pusty flakonik z zapachem kawy, ponieważ tak go uwielbiam, że w zimę cały czas go dodaję do kominka. Nie nadaje się on jednak do kąpieli z prostego względu - jak przystało na kawę ma ciemny, brązowy kolor, więc nie tylko farbuje wodę, ale również może pobrudzić skórę. Do kominka jednak jest idealny, zwłaszcza dla wielbicieli zapachu świeżej kawy. Ja go kocham i zamierzam go cały czas mieć na swojej półeczce.




KLEOPATRA. Słodki, ale mało intensywny, nie duszący. Kojarzy się z delikatnymi nutami drzewa sandałowego. Jest kojący i idealny do relaksującej kąpieli czy aromaterapii. Jest taki bardzo spokojny, słodki, idealny na zimowe wieczory.




MALINA. Intensywna i mało malinowa. Trochę dla mnie za ostra we flakoniku, do kominka można dodać tylko trzy do pięciu kropel, bo później może zbyt poddusić człowieka. Z kąpielą jeszcze nie próbowałam, chociaż mam zamiar zrobić to niedługo, by zobaczyć jak pachnie. Mi przynajmniej w żaden sposób nie przypomina w zapachu malin. Sama nie wiem. Jakiś bardzo zły nie jest, ale czy do niego wrócę... Nie sądzę, bym kupiła go jeszcze raz. Zobaczymy po kąpieli.




ORIENTALNY. Słodki, ale lekko duszący zapach orientu, kojarzący się ze sklepami, w których można kupić różne drobiazgi. W Katowicach jest jeden taki sklep, w którym cały czas zapalone są kadzidełka. Według mnie ten olejek raczej byłby lepszą alternatywą, znacznie mniej duszącą, słodszą, nieuczulającą. Jak dla mnie sam zapach idealny jest tylko i wyłącznie na zimę, nie na lato. Do aromaterapii i kąpieli również pasujący w sam raz.

TROPIKALNY. Słodki zapach owoców, gdzie na pierwszy rzut wysuwa się kompozycja z czarnej porzeczki i mango. Cudowny zapach przypominający nam lato i wakacje, idealne wieczory i słodkie chwile. Kocham ten zapach, zwłaszcza kominki w zimę i kąpiele w lato. Tropikalny to cudowny zapach, dzięki któremu możesz poczuć się niczym na jednej z tropikalnych wysp. Wakacje w domu mogą nabrać nowego znaczenia!






LAWENDA. Idealna do aromaterapii, działa kojąco i przeciwbólowo. Zapach bardzo intensywny, więc wystarczy tylko kilka kropel, aby po pomieszczeniu bądź całym mieszkaniu rozszedł się cudownie kojący zapach lawendy. Zdecydowanie najlepszy do kąpieli, bardziej niż do kominków. Lubię ten zapach, chociaż jest bardzo intensywny, może chwilami zbyt ostry.




IRISH WHISKY. Kocham, kocham kocham! Irish whisky to mój ulubiony zapach ze wszystkich, które do tej pory sobie kupiłam. Jest słodki i aromatyczny, idealny na zimowe wieczory. Powoli już się kończy, nad czym bardzo ubolewam, ale zamierzam go niedługo zakupić ponownie, aby mieć na kolejną zimę. Jeśli ktoś pił kiedyś kawę z irish cream to będzie wiedział, mniej więcej, co to za zapach. Dla mnie jest idealny, mimo iż nie nadaje się do kąpieli, a tylko do zimowych kominków.




TRUSKAWKA. Truskawka nie ma zapachu truskawki. Jest lekko dusząca, jakby spalona. Nie ma w sobie tej słodyczy, której oczekiwałam. Tak naprawdę nie ma w sobie nic, co by mi pasowało do letnich kąpieli czy zimowych aromaterapii. Niestety jest to jeden z zapachów, który nie spełnił swojego zadania. Wielka szkoda, naprawdę, bo uwielbiam zapach słodkich i smacznych truskawek.




JEŻYNA. Czy ma zapach jeżyny... Nie do końca. Ale jest słodka i owocowa, także spełnia moje standardy zapachowe. Nadaje się na letnie kąpiele i zimowe kominki, a także do słodkich aromaterapii. Jest intensywna, więc starcza na dużo dłużej niż pozostałe. Smakowity zapach, w sam raz dla smakoszy i ludzi, którzy uwielbiają owoce. Jak ja.




MIMOZA. Ciężko określić zapach. Stawiałabym na coś między orientalnym a tropikalnym, a może raczej jak ich połączenie. Trochę jak drzewo sandałowe z dużą domieszką czegoś słodkiego. Dla nie zdecydowanie za słodki i za intensywny, troszkę duszący. Zdecydowanie kupiłam go po raz pierwszy i ostatni. Niedługo spróbuję jeszcze kąpieli z nim, może ona coś pomoże.




ŚLIWKA. Mało śliwkowy ten zapach, jak dla mnie. Zawsze kojarzył mi się z czymś cięższym, może lekko przypalonym, ale zdecydowanie jest lepszy niż zapach truskawkowego olejku. Jest trochę ciężki, mało słodki, może nawet trochę gorzki. Mam go jednak najdłużej i nie bardzo lubię go używać. Chyba więcej go nie kupię. Nie wiem do czego porównać ten zapach. Na pewno nie do śliwek.




SŁONECZNY PORANEK. Słodki, ale zdecydowanie bardziej na zimę niż na lato. Słoneczny poranek moim zdaniem ma nam przypominać w zimie o lecie i słodkich, słonecznych porankach. Lubię ten zapach, jest taki... delikatny. Niewiele kropli jest potrzebnych do tego, by po domu rozszedł się cudowny zapach letnich, słonecznych poranków. Nie raz jeszcze do niego wrócę.




LEMONGRASS. Intensywny, orzeźwiający zapach trawy cytrynowej jest zdecydowanie jednym z moich faworytów. Idealny na każdą porę roku - na lato, gdzie orzeźwia po gorącym i parnym dniu, na zimę, gdzie przypomina nam o ciepłych i przyjemnych porankach, na wiosnę, gdzie wszystko się budzi, a on dodaje nam jeszcze intensywności w zapachu, a także na jesień, kiedy wszystko powoli zamiera, a my możemy w domu wciąż budzić orzeźwiający zapach trawy cytrynowej. Rześki i wspaniały, zdecydowanie na plus.

JABŁKO-MIĘTA. Uwielbiam ten zapach. Kojarzy się z latem, z pysznymi Tymbarkami o tym samym smaku, a także zapachu. Orzeźwia i ochładza, a także idealnie pomaga, kiedy człowiek ma katar. Od razu pomaga na górne drogi oddechowe, a przy okazji cudownie pachnie. Nie jest ostry, nie jest za słodki, nie dusi, chyba, że w za dużych ilościach. Pasuje do wszystkiego, więc jest idealny. Zdecydowanie na tak.



KAMASUTRA. Bardzo słodki, ale z zupełnie innej firmy niż dotychczasowe olejki. Z firmy, której niestety nie polecam - miałam już dwa olejki, kamasutra jest tym lepszym, natomiast Grapefruit... cały poszedł do kosza, bo po prostu śmierdział. Ten jest w miarę znośny, ale trochę za słodki, lekko duszący, zdecydowanie do korzystania w bardzo małych ilościach - maksymalnie do pięciu kropel w aromaterapii i dziesięciu podczas kąpieli, ewentualnie dwudziestu, gdy więcej jest wody. Z tej firmy już go nie kupię.



YLANG YLANG. Najgorszy zakup wśród zapachów. Jest okropny, duszący i nie do wytrzymania, zwłaszcza na dłuższą metę. Wciąż zastanawiam się czy go zostawić czy wyrzucić. We flakonie jest jeszcze w miarę znośny, w przeciwieństwie do tamtego o zapachu grapefruita. Ten jest słodki, duszący, bardzo intensywny i jak na razie nie znam nikogo, komu by pasował. Pierwszy i ostatni raz.

SANDAŁOWY. Sam w sobie niestety śmierdzi, przynajmniej moim zdaniem. Kupiłam go jednak nie ze względu na zapach a ze względu na jego działania - działa relaksująco i antyseptycznie, pasuje do kąpieli i masaży, chociaż najczęściej do pielęgnacji skóry. Na nieprzyjemny zapach zawsze można przymknąć oko, jeśli tylko olejek ma nam jakoś pomóc.

MIĘTOWY. Wśród olejków eterycznych jest to mój faworyt, zaraz obok olejku różanego. Prawdopodobnie dlatego, że jego zapach jest nam znany i, przynajmniej przeze mnie, uwielbiany. Uwielbiam miętę, zarówno jej zapach jak i smak, jest orzeźwiająca, relaksująca i ma bardzo dużo działań, zwłaszcza terapeutycznych - można go stosować przy kąpielach, inhalacjach, masażach i różnego rodzaju okładach. Idealny w przypadku nerwic i chorób górnych dróg oddechowych. Pomaga przy problemach z krążeniem i bezsenności, a w przypadku kobiet - pomaga przy bólach głowy, migrenach i bólach menstruacyjnych.

BERGAMOTOWY. Zapach w miarę przyjemny, nieintensywny, mało słodki, mało ostry, można by powiedzieć, że stonowany. Używany jest najczęściej do perfum, wód perfumowanych i mydełek, a także ma pełno działań, zwłaszcza działa dezynfekująco, przeciwgrzybiczo i, co najważniejsze, na problemy trawienne.

SZAŁWIOWY. Bardzo intensywny, ostry zapach, mało przyjemny, ale za to ma mnóstwo idealnych działań zdrowotnych - działa na problemy reumatyczne, mięśniobóle, zmarszczki i rozstępy. Pomaga w infekcjach skóry i łagodzi infekcje bakteryjne. Można stosować w kąpieli, do masaży i inhalacji. Zapach ciężki, ale olejek ma cudowne działania zdrowotne.

RÓŻANY. Lubię zapach róż, delikatny, słodki. Działa kojąco, pomaga zwalczać bóle i mdłości, a także przy zmęczeniu zarówno psychicznym jak i fizycznym. Idealny do kąpieli i inhalacji, zdrowotny i łagodny.



Z KOPRU WŁOSKIEGO. Ma całkiem przyjemny, słodki zapach. Pomaga przy problemach ze zdrowiem, zwłaszcza w przypadku podagry i otyłości, gdzie zmniejsza apetyt. Redukuje zatrzymanie płynów w organizmie, zwalcza cellulitis oraz reguluje cykl miesiączkowy. Często pomaga także na niestrawności i zaburzenia gastryczne. Ma smakowity zapach, można go wykorzystywać przy kąpielach, masażach i inhalacjach. Słodki zapach uspakaja.

 
Z MELISY. Używany do masaży, inhalacji i kąpieli, mimo ostrego i trochę nieprzyjemnego zapachu działa uspokajająco, łagodzi silne napięcia nerwowe, ataki histerii oraz trudności w zasypianiu, co mam już wypróbowane przed jednym z najważniejszych egzaminów w moim życiu. Łagodzi również bóle głowy i bóle menstruacyjne, a także działa antyseptycznie.

Jak już wspominałam - moja mała kolekcja olejków eterycznych i kompozycji zapachowych ma na chwilę obecną trochę ponad trzydzieści pozycji, ale dalej zamierzam ją rozbudowywać. Używam aromaterapii gdzieś od pięciu, może nawet sześciu lat i teraz już nie wyobrażam sobie żadnej zimy bez niej. Te zapachy czasami pomagają w chwilach zwątpienia, otulają słodkim zapachem, pomagają zasypiać i uspokoić się. Najczęściej zapalam je wieczorem, by na noc zapach wciąż roznosił się po pokoju, dzięki czemu przy moich problemach z bezsennością mam mniejsze problemy z zaśnięciem i jakoś mogę funkcjonować, a także się odprężyć. Średni koszt kompozycji zapachowych to 6,90 złotych, a olejków eterycznych to jakieś 9,90 złotych. Ale czasami naprawdę warto. 


Ktoś z Was jeszcze zbiera olejki?

Jeśli jeszcze nie wiecie - można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
10 komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.