29.03.2015

#9 rękopis w xxi wieku.

Dzień dobry!

Nie tak dawno wspominałam Wam, że piszę swoje teksty ręcznie, najpierw w zeszycie, dopiero później przepisuję na komputer, ale tylko wtedy, kiedy znajduję na to chwilę czasu. No i kiedy mam chęć. Dzisiaj postanowiłam przybliżyć Wam sprawę trochę bardziej, bowiem dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy, za każdym razem, gdy mówię o pisaniu ręcznym. Ach ten XXI wiek! ;). 

RĘKOPIS W XXI WIEKU.


W XXI wieku ręczne pisanie powoli "przechodzi do lamusa", staje się jakimś dziwnym archaizmem. Ręcznie pisze się, co najwyżej, w szkole i na studiach, czasem coś tam w pracy. Większość ludzi już nie korzysta z kartki i długopisu, o piórze nie mówiąc. Teraz tylko laptopy, komputery i tablety, to tam tworzy się opowiadania, książki, nowe dokumenty i artykuły do gazety. Zwyczajnie nie chce się nam pisać ręcznie, wolimy od razu za pomocą czegoś. Dlaczego? Bo wygodniej. Bo programy poprawiają błędy ortograficzne, bo w przypadku pomyłki wystarczy tylko nacisnąć jeden klawisz i można zaczynać od nowa, zamiast przekreślać i pisać dalej. Tekst na komputerze jest czystszy, bardziej przejrzysty, no i na pewno nie ma problemów z rozczytaniem pisma. W XXI wieku wygoda zabiła w nas kreatywność.
Kocham pisać ręcznie! Naprawdę. Mam masę zeszytów i chyba z dziesięć segregatorów, w których są moje notatki - pokreślone, ręcznie zapisane kartki, nazwiska i postacie, charaktery, zachowania i historie. Prawdopodobnie, gdyby ktoś sięgnął kiedyś po te notatki, złapałby się za głowę. Są chaotyczne, jak ja sama. Co wpadnie mi do głowy - dopisuję. Skreślam i zapisuję nowy pomysł. Gdy w międzyczasie coś się zmieni - kartka zawsze na tym obrywa. Ale dzięki temu po latach mogę usiąść z taką pokreśloną kartką i zobaczyć, jak bardzo zmieniły się moje pomysły przez cały ten czas. Uwielbiam wracać do tych staroci, jestem okropnie sentymentalna! Nie mniej jestem także wygodna - odkąd poszłam na studia bardziej skupiłam się na pisaniu w Wordzie niż na kartkach, bo wiadomo, zajmuje to mniej czasu. Pomysły nie umykają, bo są szybciej zapisywane. Na laptopie pisanie idzie dużo, dużo szybciej. Ale nie ma tego uroku, gdy bierze się do ręki pojedyncze kartki czy cały notes i czyta. To ma swoją magię. Ale, wiadomo, czas wygrywa z magią.

Pisanie ręczne ma jednak sporo swoich plusów - przede wszystkim można pisać wszędzie. Kartki nie przeszkadzają na uczelni czy w szkole. Nauczyciel nie wie czy robimy notatki z zajęć czy opisujemy pogodę za oknem. Gdy jedziemy na wakacje i leżymy na plaży - również możemy pisać ręcznie. Piasek, nawet jeśli dostanie się między kartki, można strzepać i przynajmniej mamy świadomość, że się nie zepsuje. Bo to tylko papier. Laptop czy tablet może się zniszczyć. W podróży jednak pisanie ręczne jest niewygodne i elektronika tutaj wygrywa. Ale przegrywa, gdy nie ma prądu. Papier nie potrzebuje częstego ładowania.

Cóż, mogłabym zrobić całą tabelkę na ten temat. Plusy i minusy papieru i elektroniki. Cóż, pewnie nawet taką kiedyś stworzę, ale nie dzisiaj. Dzisiaj postanowiłam znowu zapytać znajomych, jak wolą pisać. Ręcznie? Na komputerze? A może mają jeszcze swoje inne sposoby? Postanowiłam, że ten post musi być poparty jakimiś argumentami, a najlepiej nie tylko moimi, bo czym jest jedno zdanie względem całej reszty? Cóż, za odpowiedzi bardzo im wszystkim dziękuję!

Wolisz pisać ręcznie czy na komputerze/laptopie?
Dlaczego akurat tak?


Sonia, autorka blogów z opowiadaniami fanfiction, takimi jak: Love is weakness czy Patrzaj w serce, odpowiedziała:
piszę na laptopie, rzadziej na kartkach, ponieważ komputerowo jest prościej. piszę i od razu sprawdzam, poprawiam, zmieniam. pisząc na kartce mam trudniej, bo nie dość, że trzeba to przepisać na laptopa, co zajmuje dość sporo czasu, jeśli pisze się rozdział, to jeszcze brak czytelności, ograniczenie miejsca itp są przeszkodą trudną - nie niemożliwą - do przeskoczenia. poza tym, piszę na komputerze z przyzwyczajenia. 

Natalia z www.wypstrykando.blogspot.com również podzieliła się ze mną (a także z wami) swoją opinią: 
Jak mam być szczera, preferuję pisanie na komputerze. Jestem obeznana z klawiaturą do tego stopnia, że tekst nadąża za moimi myślami, nie muszę wracać, powtarzać procesu myślowego. Jak piszę ręcznie, idzie to powoli i bardzo szybko gubię wątki o czym chciałam pisać. Bardzo często popełniam błędy lub w trakcie pisania zmieniam zamiar co do treści, więc pisanie na komputerze jest łatwiejsze w korekcie wszelakiego typu. Co więcej, łatwiej jest podzielić się twórczością ze znajomymi z drugiego końca Polski. Z kolei pisanie ręczne ma ten urok, że robi większe wrażenie gdy ktoś weźmie notes do ręki. Pisząc ręcznie, zastanawiasz się co piszesz i piszesz tylko to, co ważne, a na komputerze uwielbiam się rozpisywać nad rzeczami można by rzec nieistotnymi (aczkolwiek dla mnie są istotne, jako że budują świat przedstawiony dużo lepiej niż słowa narratora). Hm. Napisałam, że wolę komputer i pozostaję przy tym, ale nie twierdzę, że pisanie ręczne jest złe, przeciwnie, ma swoje atuty. Największym jest to, że możesz pisać wszędzie - na zajęciach, w busie, tramwaju, pociągu itd.

Z kolei Emma, autorka takich opowiadań jak: Rain of desires, Dziewczyny ze zdjęcia oraz Kołysanki, stwierdziła: 
Co do pisania - to zależy od sytuacji. Zanim jeszcze miałam tablet (komputer dzieliłam z bratem, bo swój mam od niedawna) to pisałam w zeszytach, na pojedynczych kartkach czy nawet jako notatki w telefonie. Zależy gdzie naszedł mnie pomysł ;) Teraz raczej staram się pisać na komputerze/tablecie, bo jest wygodniej i nie trzeba przypisywać. Fakt, czasami wracam do zeszytów - np. w szkole na lekcjach, gdy jest nudno, a ja mam ochotę popisać. Wystarczy zerknąć na mój zeszyt do religii ;)

Zeszyty do religii, nigdy nie prowadzone, zawsze pełne notatek i rysunków. W liceum robiłam to samo - z jednej strony niby notatki z zajęć, których nie było, ale z drugiej strony zeszytu... same pomysły, dialogi i fragmenty. Teraz, mimo mojej miłości do pisania ręcznego, zamierzam zakupić tablet. Wtedy to już w ogóle będę mogła pisać wszędzie gdzie jestem - w pociągu, samochodzie, wracając autobusem do domu. Aż się rozmarzyłam...

Emily, autorka bloga My life is like a dark room, odpowiedziała:
Jeżeli chodzi o rzeczy szkolne typu wypracowania itp. - tylko papier, nie wyobrażam sobie pisać tego na komputerze, próbowałam kiedyś i po prostu nie.
Co do postów na bloga, to zależy, gdzie jestem jak wpadnie mi do głowy jakiś pomysł, bo czasami dzieje się to w autobusie, w którym jadę ze szkoły, wtedy zapisuję wszystko w kalendarzu i w domu przepisuję na komputer. Z kolei jeżeli jestem w domu to always komputer/telefon.

Natomiast Kinia uważa zupełnie inaczej:
Kiedyś tylko papier, ale że w LO trzeba pisać wszystko elektronicznie, to też teraz tak wolę. Jest szybciej, łatwiej edytować (np. przenosić cały akapit w zupełnie inne miejsce), always estetycznie (moje pismo odręczne to porażka życiowa) i ogólnie jest duuuużo, dużo szybsze. No i łatwiej też zachować anonimowość i ukryć swoje 'dzieło' przed niechcianymi oczami.

Cóż, dwie osoby i dwie bardzo rozbieżne opinie. Przyznam, że kiedy chodziłam do liceum, to wszyscy nauczyciele chcieli prace domowe pisane odręcznie, nigdy wydrukowane na komputerze, w związku z czym zawsze pisałam wszystko piórem albo długopisem. Potem nagle poszłam na studia i przeskoczyłam na zupełnie inny poziom - tutaj wszystko musi być wydrukowane, rzadko kiedy zdarzają się wykładowcy, zgadzający się na prace odręczne. Dlatego też czuję coraz większe rozdarcie między pracami odręcznymi, a tymi drukowanymi. 
No i kolejna opinia należała do Ilony, Ostatniego Czytelnika i autorki Centrum Świata:
Zatem: Zależy co ;)
Do pisania dłuższych tekstów używam tylko i wyłącznie komputera, krótkie notatki typu: lista rzeczy do zrobienia - zapisuję na kartce. W efekcie koło włączonego 24/7 komputera piętrzy się sterta kartek z luźnymi zapiskami, a czasem i laptop zostaje obklejony przeze mnie karteczkami samoprzylepnymi.

Cóż, a myślałam, że to tylko ja nadużywam karteczek samoprzylepnych. Na całe szczęście - nie kleję ich do laptopa, ale do zeszytów, półek, ścian i szafek... Ostatnio pozbyłam się wszystkich, robiąc porządki, ale zwykle używam ich zbyt wiele. Do krótkich informacji dla samej siebie, do miłych słówek na dzień dobry, do ważnych wiadomości. Na przykład na półce od dawna wisi karteczka, na której zapisana jest nazwa leku, poleconego przez znajomą. Wisi dalej, bo jeszcze nie zebrałam się do apteki. W kalendarzu przyklejam na nich różne numery telefonów, w książkach zaznaczam ważniejsze strony. Ale laptop nigdy nie został zaklejony. Jak widać - wszystko przede mną.

Ostatnią odpowiedzią na moje pytanie stała się ta, nadesłana przez Marikę, autorkę Seviki:
Wolę pisać na komputerze, ale w sumie nie wiem dlaczego. Nie jestem bardzo za technologią, w sensie, że wolę książki papierowe, ale samo pisanie na komputerze jest po prostu wygodniejsze. Wszystko ma się w jednym miejscu, a nie milion notatek + połowy nie mogę odczytać przez moje pismo. Na komputerze jest przejrzyście, a jeśli chce coś usunąć to po prostu to robię a nie mażę po tekście. Dobre programy także podkreślają błędy co pomaga w ortografii etc.

No właśnie. Tak myślę, czytając wszystkie wypowiedzi, również te, których nie opublikowałam (ale również bardzo za nie dziękuję), że ludzie wybierają pisanie na komputerze ze względu na wygodę i charakter pisma. Może dlatego lubię pisać ręcznie, bo nie problem jest rozczytać moje pismo - litery są duże, w miarę okrągłe. I tak nie lubię swojego pisma. Ale mam jeden wniosek z całego postu - mimo iż ludzie wolą pisać w formie elektronicznej - komputer, laptop, tablet czy telefon komórkowy - rękopis nie wyszedł z mody. Przynajmniej nie aż tak. 

A Wy? Wolicie pisać ręcznie czy jednak elektronika wygrywa?


Jeśli jeszcze nie wiecie - można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
4 komentarze
Udostępnij:

27.03.2015

#8 52 książki.

Dzień dobry!

Kolejny post wraca, odnowiony. 52 książki to post, który musiał wrócić na blog. Stwierdziłam, że co jak co, ale te książkowe posty, które już wcześniej tutaj się pojawiły, musiały wrócić. Były dobre. Może nie pod względem gramatycznym, ale na pewno merytorycznym. Książki, jakby nie było, stanowią jeden z ważniejszych elementów mojego życia. Naprawdę! Chociaż czasami nie mam czasu na czytanie i mam dosyć - nie poddaję się. Dlatego też zdecydowałam się na wyzwanie, zwane przez wszystkich 52 książkami. Teoretycznie nie jest to trudne wyzwanie - dla kogoś, kto czyta, bo lubi, jedna książka na tydzień przez cały rok nie jest jakimś wyjątkowo trudnym wyzwaniem. Chyba. Chociaż sądząc po moim braku czasu... Mogę mieć z tym pewien problem.

Na początku bardzo długo nie umiałam się zebrać do tego wyzwania. Dlaczego? Bo ciągle miałam jakieś dziwne przekonanie, że chodzi w nim o coś zupełnie innego. Dopiero gdzieś w listopadzie zrozumiałam, że to nie jest lista książek, którą już ktoś wcześniej stworzył, a są to książki, które po prostu sama czytam. W teorii mogą to być wszystkie książki, ja jednak zdecydowałam się na wybór sporej części lektur z listy BBC. Zobaczymy jak mi pójdzie, bo póki co... idzie jakoś średnio.

Czym są 52 książki?

To lista, którą dany czytelnik pragnie dokończyć w ciągu trwania najbliższego roku. Wiadomo, każdy kalendarzowy rok ma 52 tygodnie, więc wychodzi na to, że na jeden tydzień przypada nam jedna książka. Może to być krótka książeczka, mająca zaledwie sto stron, może to być wielka księga, mająca tych stron prawie tysiąc. To od danego czytelnika zależy jak będzie wyglądała lista. Mam teraz nadzieję, że uda mi się ją wypełnić w ciągu tego roku. Już przeczytałam dziesięć książek (na liście tylko siedem), odkąd ją sobie zaczęłam tworzyć, ale wiem, że zapewne ulegnie ona jeszcze wielu zmianom. Póki co wygląda jednak następująco:


52 książki na 52 tygodnie.


zdjęcie autorstwa Ilony i pochodzi ze strony: www.chatolandia.pl

  1. Percy Jackson i Złodziej Pioruna, Rick Riordan.
    początek: 26.11.2014; koniec: 29.11.2014
    ok. 2,24 cm.
  2. Percy Jackson i Morze Potworów, Rick Riordan.
    początek:
    29.11.2014; koniec: 2.12.2014
    ok. 1,73 cm.
  3. Percy Jackson i Klątwa Tytana, Rick Riordan.
    początek:
    2.12.2014; koniec: 5.12.2014
    ok. 1,95 cm.
  4. Percy Jackson i Bitwa w Labiryncie, Rick Riordan.
    początek:
    7.12.2014; koniec: 11.12.2014
    ok. 2,28 cm.
  5. Percy Jackson i Ostatni Olimpijczyk, Rick Riordan.
    początek:
    11.12.2014; koniec: 12.12.2014
    ok. 2,33 cm.
  6. Olimpijscy Herosi: Zagubiony Heros, Rick Riordan.
    początek: 3.02.2015; koniec: 7.03.2015
    ok. 3,25 cm.
  7. Olimpijscy Herosi: Syn Neptuna, Rick Riordan.
    początek: 10.03.2015; koniec: 24.03.2015
    ok. 3 cm
  8. Olimpijscy Herosi: Znak Ateny, Rick Riordan.
    początek: 25.03.2015; koniec: 15.04.2015
    ok. 3,3 cm.
  9. Olimpijscy Herosi: Dom Hadesa, Rick Riordan.
    początek: 16.04.2015; koniec: 24.04.2015
    ok. 3,75 cm.
  10. Olimpijscy Herosi: Krew Olimpu, Rick Riordan.
    początek: 25.04.2015; koniec: 2015
    ok.
  11. Mistrz i Małgorzata, Mihaił Bułhakov.
  12. Idiota, Fiodor Dostojewski.
  13. Białe noce, Fiodor Dostojewski.
  14. Zbrodnia i kara, Fiodor Dostojewski.
  15. Pani Bovary, Gustave Flaubert.
  16. Bakakaj, Witold Gombrowicz.
  17. Noce i dnie, Maria Dąbrowska.
  18. Baśniarz, Antonia Michaelis.
  19. Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa, C.S. Lewis.
  20. Opowieści z Narnii: Książę Kaspian, C.S. Lewis.
  21. Opowieści z Narnii: Podróż "Wędrowca do świtu", C.S. Lewis.
  22. Opowieści z Narnii: Srebrne Krzesło, C.S. Lewis.
  23. Opowieści z Narnii: Koń i jego chłopiec, C.S. Lewis.
  24. Opowieści z Narnii: Siostrzeniec czarodzieja, C. S. Lewis.
  25. Opowieści z Narnii: Ostatnia bitwa, C.S. Lewis.
  26. Lśnienie, Stephen King.
  27. Romeo i Julia, William Shakespeare.
  28. Zimowa opowieść, William Shakespeare.
  29. Poskromienie Złośnicy, William Shakespeare.
  30. Hamlet, William Shakespeare.
  31. Makbet, William Shakespeare.
  32. Anna Karenina, Lew Tołstoj.
  33. Wojna i pokój, Lew Tołstoj.
  34. Nędznicy, Victor Hugo.
  35. Trzej Muszkieterowie, Alexandre Dumas.
  36. Ulisses, James Joyce.
  37. Władca Pierścienia: Drużyna Pierścienia, J.R.R. Tolkien.
  38. Władca Pierścienia: Dwie Wieże, J.R.R. Tolkien.
  39. Władca Pierścienia: Powrót Króla, J.R.R. Tolkien.
  40. Hobbit, J.R.R. Tolkien.
  41. Wichrowe Wzgórza, Emily Bronte.
  42. Tessa d'Urberville, Thomas Hardy.
  43. Buszujący w zbożu, J.D. Sallinger. 
  44. Przeminęło z wiatrem, Margaret Mitchell.
  45. Alicja w Krainie Czarów, Lewis Carrol.
  46. Alicja po drugiej stronie lustra, Lewis Carrol.
  47. Wyznania Gejszy, Arthur Golden.
  48. Lolita, Vladimir Nabokov.
  49. Jane Eyre, Charlotte Bronte.
  50. Małe kobietki, Louisa May Alcott. 
  51. Emma, Jane Austen.
  52. Perswazje, Jane Austen.

Czas start: 25 listopada 2014 roku.
Czas stop: 25 listopada 2015 roku.


Ktoś z Was jeszcze postanowił podjąć się takiemu wyzwaniu?
A może ktoś zdecydował się na jedno z WYZWAŃ KSIĄŻKOWYCH?

Czytaj dalej:
11 komentarzy
Udostępnij:

21.03.2015

#7 czuję, że żyję.

Za oknem wiosna, słońce, kwitnące krokusy. Wszystko powoli zaczyna budzić się do życia, nawet ja. Zwłaszcza ja. Wiosna to najpiękniejsza pora roku. Wiadomo, każda ma jakieś swoje plusy i minusy, ale jednak ten okres kocham najbardziej. Jest idealny do robienia zdjęć, więc czekam na możliwość, by przejść się na sesję fotograficzną. Być może nastąpi to już niedługo? Mam nadzieję. Dzisiaj jednak post trochę bardziej o mnie samej. Osobiście, jak nigdy. 

CZUJĘ, ŻE ŻYJĘ


Wczoraj przypadkiem natrafiłam na dosyć krótki cytat, który sprawił, że pojawił się pomysł właśnie na ten post. Opublikowałam go wczoraj na facebooku i w szybkim czasie zdobył trzynaście polubień. Jak nigdy. Zrozumiałam, że nie tylko dla mnie pewne słowa mają znaczenie. Jak ten:

Zanim umrzesz upewnij się, że żyłeś

Daje do myślenia, co? Do tej pory często spotykałam się z komentarzami, w których ludzie mi pisali, że w końcu jest dobrze, bo mogą odpocząć, przeczytać książkę, wylegiwać się w łóżku do południa. Przez pewien czas zastanawiałam się, czy ja też zacznę tak myśleć, gdy będę mogła spędzić cały weekend bez przebierania się z piżamy. Miałam taką okazję niedawno, gdy się pochorowałam. Dwa tygodnie w łóżku, żyć nie umierać, nie? A jednak czułam się bardziej zmęczona niż kiedykolwiek wcześniej. Nic nie mogłam zrobić, było źle. Nie czułam, że żyję.

Teraz jest inaczej. Po dwóch tygodniach powróciłam do codziennego rytmu dnia. Mało tego! Prócz dwóch kierunków, dołożyłam sobie jeszcze dwa kursy hobbystyczne - wizażu i organizacji imprez weselnych. Zaczęłam w końcu robić coś, co chcę. Nie miałam wolnego od dwóch tygodni, codziennie wracam do domu między dziewiętnastą a dwudziestą, czasem później. Wracałam i padałam z nóg, nie mając siły na obejrzenie czegokolwiek. Zrobienie czegokolwiek. Jak kiedyś nie umiałam usnąć przed pierwszą w nocy, tak teraz nie byłam w stanie wytrzymać do północy. Ale prócz sporego przemęczenia odczuwam ogromną satysfakcję, bo w końcu robię coś ze swoim życiem. 

Zaczęłam pisać książkę. Wspominałam o jej pisaniu już wiele razy, ale zwykle kończyło się na jakimś tam pomyśle, maksymalnie dwóch rozdziałach i tyle. Teraz jest nieco inaczej. Znajomi dziwią się, że piszę ją ręcznie, nie na laptopie. Cóż, najlepsi pisarze tworzyli swoje dzieła na kawałkach papieru, serwetkach czy paragonach. Zeszyt mogę mieć zawsze przy sobie, z laptopem ciągle biegać nie będę. Cóż, jeśli pójdzie mi tak, jak idzie mi teraz to może do końca roku napiszę wszystkie rozdziały. Czy ją wydam? Marzę o tym. Na pewno będę próbować. To również dzięki tej książce czuję, że żyję. Bo chcę spełniać swoje marzenia, bez względu na to, czy dane mi będzie ich opublikowanie dla szerszego grona, czy jedynie domowe egzemplarze uzyskają najbliżsi. Ale się nie poddaję. 

Zrozumiałam, że siedząc w domu i myśląc o tym co mogłabym zrobić, nie osiągnę niczego. Muszę działać. Gdy nic nie robię, czuję się źle. Nie potrafię siedzieć w miejscu i czekać na cud. Jeśli nie wezmę życia w swoje ręce - nic z niego nie będę miała. Chcę czuć, że żyję, więc chcę pisać i robić zdjęcia, poznawać nowych ludzi, szkolić się i wyjeżdżać. Chcę móc kiedyś powiedzieć, że niczego nie żałuję, a życie spędziłam odpowiednio. Nawet jeśli popełniałam masę błędów, mniejszych lub większych. 

Działam. Gdy działam to czuję, że żyję. Chodzę na kursy, warsztaty artystyczne, w różne miejsca. Staram się rozwijać, nie stać w miejscu. Nie chcę skupiać się tylko na fotografii, pisaniu czy rysowaniu. Chcę w życiu spróbować trochę tego, trochę tego... A później w końcu znaleźć swoje miejsce. Kto wie? Może za kilka lat nie będę się zajmować rzeczami, którymi zajmuję się teraz, a skupię się na wizażu? Kto wie...
Od trzech dni walczę z niezdecydowaniem. Co Wam bardziej pasuje? :D

Żyjcie po swojemu, nie słuchajcie innych ludzi. Wszystko jest w waszych rękach. ;).
Nikt za Was życia nie przeżyje, musicie działać jak chcecie, nie jak Wam każą.  


Jeśli jeszcze nie wiecie - można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
4 komentarze
Udostępnij:

08.03.2015

#6 wiosenne inspiracje.

Siemianowickie Centrum Kultury już od paru lat organizuje co pół roku zajęcia artystyczne. Zwykle odbywają się co pół roku - jedne w grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, noszące nazwę zimowych inspiracji, oraz drugie, na przełomie marca i kwietnia, zwane wiosennym przebudzeniem, chociaż w tym roku to również były inspiracje. Zawsze jest to coś innego, nowego. Nawet jeśli powtarza się ogólna tematyka, to na pewno nie powtarza się motyw. Uwielbiam te zajęcia, bo dzięki nim mogę się trochę odstresować, mogę odreagować cały stres i nerwy związane z prozą codziennego życia. 

Tym razem, na dziewiątej edycji warsztatów, mogę być, niestety, tylko na dwóch zajęciach. Obydwa zresztą już się odbyły, wczorajszego dnia. Pierwsze były warsztaty florystyczne, kolejne to scrapbooking. Pojawić się miałam (i chciałam!) jeszcze na dress code i analizie kolorystycznej, emisji głosu oraz projektowaniu ubioru, ale wszystko to odbywa się w przyszły weekend, a więc wtedy, kiedy ja będę miała zajęcia z innego kursu, na który jestem zapisana. Ale to dzisiaj opowiem Wam trochę o warsztatach!

WIOSENNE INSPIRACJE


zdjęcie: Kacper Król; udostępnione dzięki życzliwości Arteemid

FLORYSTYKA


Odkąd chodzę na te wszystkie warsztaty artystyczno - rozwojowe, florystyka jest zawsze na pierwszym miejscu. Jeśli dobrze liczę (a bardzo prawdopodobnym jest iż nie liczę najlepiej), to była to szósta edycja z moim udziałem. Florystyka jest zawsze, podczas trwania każdej z edycji. Miejsca na nią znikają najszybciej. Robiłam już stroik na Wielkanoc i różne ozdoby na święta (i gdzieś jeszcze mam zdjęcia), ale zdecydowanie tegoroczna edycja była najlepszą pod względem tematyki, bowiem do domu przyniosłam żywego kwiatka!

zdjęcie moje, pochodzi z aplikacji INSTAGRAM.

Do wyboru były różne kolory hiacyntów. Białe, różowe, fioletowe i fioletowo-granatowe. Zdecydowałam się na biały, bo moim zdaniem wyglądał najlepiej, gdy jeszcze był osobną cebulką. Każdy z uczestników mógł sobie sam wybrać kwiatek, a do niego dostaliśmy po białej, prostokątnej doniczce. Pozostałe ozdoby były do wyboru do koloru, każdy mógł zrobić je po swojemu, chociaż w pewnej chwili poczułam, że nie każdy ma swój pomysł na zrobienie doniczki. Tak myślę, bo w końcu musiałam zrobić kompozycję na nowo, by chociaż trochę się wyróżnić... Ach Ci ludzie! Ale hiacynt już stoi na moim oknie i go podziwiam! Kocham hiacynty. I tulipany. Przyznam, że już się nie mogę doczekać kolejnego spotkania z florystyki!

zdjęcie moje, pochodzi z aplikacji INSTAGRAM.

SCRAPBOOKING


To już druga edycja. Po raz pierwszy Dominika pojawiła się na zimowych inspiracjach, gdzie dzięki niej zrobiliśmy sobie kartki świąteczne i torebki na drobne prezenty. Tym razem mogliśmy stworzyć niewielkie pudełka na drobiazgi. Nauczona doświadczeniem przygotowała wcześniej zestawy dla uczestników, wszystkie w jednakowej kolorystyce, jednak to od nas samych zależało jak będzie wyglądał końcowy efekt. 

zdjęcie: Kacper Król; udostępnione dzięki życzliwości Arteemid.

Do wykorzystania mieliśmy wstążeczki i kokardy, papierowe kwiaty i ozdoby, wyszywane przez mamę Dominiki (do której również zapraszam: KLIK!). Były także ozdobne koraliki i koraliki w płynie, sznurki i papierowe dekoracje, nieśmiertelny biały brokat, który uwielbiam, ale chyba największą frajdą była możliwość skorzystania z maszynki zwanej Big Shotem i wypróbowania różnych wykrojników. Ja zdecydowałam się na pięknego motyla, który daje naprawdę cudowny efekt. No i całe moje małe pudełeczko zostało stworzone z motylim motywem.

zdjęcie moje, pochodzące z aplikacji INSTAGRAM.

Uwielbiam efekty takiej pracy na warsztatach i nawet jeśli coś mi tam nie wychodzi, to mam taką cudowną świadomość, że wykonałam to sama. I chociaż zwykle jest jeszcze pełno niedociągnięć to wiem, że wszystko stworzyłam sama. A praca samemu daje więcej radości niż coś, co zostało zakupione za największe pieniądze. 

zdjęcie: Kacper Król; udostępnione dzięki życzliwości Arteemid.

Dominice bardzo dziękuję za cudowne warsztaty, na których znowu mogłam się czegoś nauczyć! Mam nadzieję, że wszystko uda się ruszyć z takimi systematycznymi spotkaniami co dwa tygodnie. Cudownie byłoby móc uczyć się scrapbookingu częściej niż raz na pół roku! Zanim to jednak nastąpi, zapraszam Was na fanpage Dominiki oraz na jej blog.

A Wy? Lubicie zajęcia typu handmade?


Od teraz można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
3 komentarze
Udostępnij:

05.03.2015

#5 jestem kobietą, więc...

Dzień dobry!

Powoli wracam do żywych, pozbywając się zapalenia krtani i zatok. Chorowanie jest okrutne, zwłaszcza gdy zaczyna się semestr i kończy się sesja poprawkowa. Ale zdałam egzamin z fleksji i składni, mogę umierać spokojnie!

Dzisiaj przychodzę do Was z typowymi przemyśleniami, ze spojrzeniem okiem kobiety, ze stereotypami na ten temat. Bo dzisiaj post o kobietach, z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet. Dzisiaj z uśmiechem i przymrużeniem oka!

jestem kobietą, więc...


... doskonale rozumiem inne kobiety.

Czekajcie, jak to mówił mój nauczyciel biologii w liceum? Ach! Wiecie jak po Śląsku jest: Tak, oczywiście rozumiem Twoje zdanie, przyjmuję je do wiadomości, aczkolwiek zupełnie się z nim nie zgadzam? Nie wiecie? To ja Wam powiem: Ja, mhm. Mniej więcej taką mam odpowiedź, gdy ktoś mi próbuje wmówić, że jako kobieta powinnam doskonale rozumieć resztę kobiet. Guzik prawda. Nie wiem, albo to ja jestem taka skomplikowana, że ich nie rozumiem, albo jestem za prosta i to dlatego nie dociera do mnie ich zachowanie. Szybciej potrafię zrozumieć faceta niż kobietę, ale i to nie zawsze mi wychodzi. Nie rozumiem dlaczego kobiety nie potrafią danej sprawy po prostu przedyskutować, zamiast obrabiać sobie dupę za plecami. Znaczy no, mnie też się to zdarzało, ale w końcu zrozumiałam, że to bez sensu. Teraz, jeśli coś do kogoś mam, próbuję wyjaśniać sobie z ludźmi sprawy. I mimo tego, że popełniam błędy jak typowa kobieta (i zazwyczaj po prostu ich nie zauważam), to i tak nie potrafię zrozumieć innych... Jestem chodzącym paradoksem.
   

... nigdy nie mam się w co ubrać.

Zwykle w książkach i filmach kobieta pokazana jest jako: Ratunku! Nie mam się w co ubrać! i w dodatku wrzeszczy to, przerzucając masę ubrań, w których spokojnie mogłaby wyjść. Zazwyczaj jest to przed jakąś randką i w ogóle. Tutaj też bym się nie zgodziła, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Zwykle wiem co ubrać. Zwykle po prostu nie siedzę przed szafą tylko otwieram ją, wyciągam to, co chcę i zamykam. Cały proces trwa maksymalnie pięć minut, chociaż troszkę dłużej to trwa, gdy jestem z kimś umówiona. Wiadomo, człowiek chce wtedy wyglądać lepiej. Ale żebym panikowała, że nie mam się w co ubrać? Nie, chyba jeszcze nie było takiej sytuacji.

... szafa się nie zamyka, ale chodzę tylko w trzech rzeczach.

Tak bardzo ja... Zwykle wygląda to tak, że kupuję coś, co bardzo mi się podoba, nie mam już gdzie chować tych ubrań i co? I chodzę tylko w kilku rzeczach. Mimo setki innych, ładniejszych, mniej zniszczonych. Nie ważne, bo przecież tamte są bardzo wygodne i moje ulubione. Tak bardzo ulubione, że kiedy ulubiona koszulka z Iron Maiden już się sprała, kolor wyblakł i gdzieś zaczęła się przecierać to ja, żeby tylko jej nie wyrzucić, postanowiłam nadać jej drugie życie. W ten oto sposób zwykły T-Shirt, zakrywający wszystko co możliwe, stał się w końcu w miarę kobiecym topem, typowo na wakacje. Prawie zawsze robię to z ubraniami - gdy już są trochę znoszone, nadaję im drugie życie. Długim spodniom obcinam nogawki, koszulki zamieniam na topy. Jestem kobietą, potrafię wykorzystać coś, czego nikt inny już nie potrzebuje. 

... kupuję rzeczy, które nie są mi potrzebne.

No tak. Po co mi setny lakier do paznokci, skoro moje pazury wołają obecnie o pomstę do nieba? A na co mi trzydziesta szminka do ust w podobnym odcieniu, skoro maluję usta tylko raz w tygodniu? Na cholerę mi tysięczny zeszyt, jeśli piszę tylko w czterech?  No niestety, jestem typowym zakupoholikiem. Kupuję rzeczy, bo wydają mi się fajne i potrzebne. Później ich nie używam, ale nic z nimi nie robię. Ostatnio staram się to jakoś powstrzymywać, ale to trudne. Gdy widzę kolejny piękny świecznik to jak mam go nie kupić, skoro uwielbiam świeczki i cudowną, romantyczną atmosferę w pokoju, nawet w zwykły dzień? Ostatnio jednak jest lepiej, kupuję tylko kolejne pomadki ochronne do ust!

... nie wyjdę z domu bez makijażu.

Wiem, że wiele kobiet ma właśnie taki problem. Uważają, że bez makijażu nie da się wyjść z domu i w ogóle to jak można się pokazać bez niego? Ano można, ja zwykle pokazuję się bez makijażu, co najwyżej mocny kolor ust. Uwielbiam usta w intensywnych odcieniach czerwieni czy różu. Czasem zdarza mi się wytuszować rzęsy, jeszcze rzadziej pomalować je kredką. O pełnym makijażu nie wspominam, bo nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz mi się taki zdarzył. Po prostu nie lubię się malować. Dobrze czuję się taka, jaka jestem, bez nadmiernego makijażu. Tusz do rzęs, czasem kredka do oczu, szminka... To wystarczy. Zdecydowanie. 

... narzekam na wszystko.

I na wszystkich również. To mi się zdarza zaskakująco często, chociaż już ostatnio się staram przed tym powstrzymywać. No wiecie, jakoś się hamuję. Nie zawsze mi to wychodzi, ale jest lepiej niż kiedyś. Bo kiedyś to byłam maruda do kwadratu. Teraz powoli zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że wcale nie mam tak źle. Znaczy mogłam mieć lepiej, ale mogło być także dużo gorzej. Nie mniej, mimo tej świadomości ja narzekam. Jestem tak zaprogramowana, by narzekać. Na wszystko. Na autobusy, które się spóźniają, na kierowców, którzy nie przepuszczają, na wykładowców, którzy nie przychodzą, na ludzi, którzy wciskają się przede mną w kolejce w sklepie, na pogodę za oknem, na ceny w sklepach. Jestem kobietą, czasem mogę sobie ponarzekać. Na co chcę.

... nie potrafię prowadzić. 

Zwykle się mówi, że jak kobieta to pewnie nie potrafi prowadzić. No bo jak to, baba za kierownicą? Przecież to nie do pomyślenia. Kto jej dał prawo jazdy? Za którym razem zdała? Słyszałam naprawdę wiele tekstów co do kobiet za kierownicą i cóż, nie mogę powiedzieć, że się ze wszystkimi zgadzam bądź wszystkimi nie zgadzam. Czasem sama się zastanawiam kto niektórym ludziom dał prawo jazdy. I nie zawsze dotyczy to kobiet. Ja osobiście jeżdżę tylko czasem, mimo iż tenże dokument mam od prawie czterech lat i, uwaga, zdałam za pierwszym razem. Da się? Da się. Ale zdanie egzaminu za pierwszym razem wcale nie jest równoznaczne z tym, że się coś potrafi. Czasem ktoś, kto zaliczył za piątym, szóstym czy nawet dziesiątym razem może okazać się dużo lepszym kierowcą. Bo ten egzamin to nie umiejętności. To szczęście!

... jestem histeryczką.

Wpadam w panikę, gdy to nie jest potrzebne i płaczę, gdy wszyscy inni się śmieją. Denerwuję się, gdy innym wydaje się to zabawne. Jako kobieta jestem okropnie emocjonalna i mam wahania nastroju. Zdarza się, że w jednej chwili się śmieję, a za moment wybucham płaczem. I chociaż czasami naprawdę nienawidzę tych swoich wahań, spowodowanych zwykle hormonami, to i tak lubię być kobietą. Zmienną, zmierzłą, nerwową i płaczliwą, ale także roześmianą, szaloną i gadatliwą. Bo przecież taki jest nasz urok. Prawda?

... jestem słaba.

Tak, a wszystkie domowe remonty sprawiają, że wykręcają mi się ręce. Mhm. Niestety, należę do tego typu dziewczyn, które dają radę wywiercić dziurę w ścianie, przybić gwoździe młotkiem, pomalować ścianę i położyć panele. Potrafię wnieść meble na drugie piętro i poskładać je, bez pomocy drugiej osoby. Nie jestem słaba, potrafię wiele zrobić. Ale mimo tego, że potrafię wiele to i tak czasem chcę, by potraktowano mnie jak typową, stereotypową słabą kobietę. No wiecie, by to facet poskładał meble i pomalował ściany, by na ścianie zawisła dzięki niemu półka, na której będę mogła ułożyć swoje ulubione książki. Bo silny czasem także może być słaby.

... nie znam się na sporcie.

Nie oglądam piłki nożnej i nie wiem czym jest spalony. No cóż, całe dzieciństwo oglądałam z tatą mecze piłki nożnej, siatkówki i ręcznej, a gdy przychodziły skoki to zawsze siedziałam i oglądałam z nim kwalifikacje, a później także zawody. Dzięki temu wiem, kiedy jest spalony i co pomaga w wygraniu. Gdy byłam młodsza często zdarzało się, że grałam w piłkę nożną czy też w siatkówkę. Nie gram, bo nie mogę, ale czasem dalej się zdarza, że oglądam. I może nie jestem jakimś wielkim fanem i znawcą sportu, ale wiele na ten temat wiem. Albo przynajmniej kiedyś wiedziałam.

... buzia mi się nie zamyka.

To akurat sto procent prawdy. Jestem okropną gadułą, zwykle nie wiem kiedy się zamknąć. Rozmawiam z rodzicami, a raczej ich zagaduję, to samo ma się ze znajomymi. Czasem zdarza się, że przeskakuję z tematu na temat, a gdy już znajdę dobrego rozmówce to nie wiem nawet kiedy leci czas. Jestem okropną gadułą, lubię mówić o wszystkim i rozmawiam na każdy temat. Chyba, że coś mnie nie interesuje albo na czymś się nie znam, to staram się nie wypowiadać. Bo po co? Przecież się nie znam.

... znam się na modzie.

Oczywiście, a najmodniejsze w tym roku białe spodnie w kolorowe kwiaty kojarzą mi się z typową pidżamą. Nie wiem co jest modne, bo nie idę za modą. Kupuję to, co mi się podoba. Chodziłam w glanach nim pojawił się ten cały BUM na nie. Zamiast drogich conversów wolę kupić sobie trampki za trzydzieści złotych. Mam grzywkę, bo lepiej się w niej czuję, a nie dlatego, że jest modna. Farbowałam włosy na czerwono, nim na ulicy co druga dziewczyna zaczęła mieć je w takim kolorze. Nie idę za modą, chociaż czasem mam wrażenie, że to moda podąża za mną. Macie też czasem takie wrażenie?

...moje miejsce jest w kuchni.

Ponoć to taka podstawa, że jak kobieta to na pewno lubi stać w kuchni przy garach, gotować i piec i, oczywiście, wychodzi jej to idealnie. Guzik prawda, znam kobiety, które nawet nie potrafią ugotować jajka na twardo. A przecież to jest banalnie proste. Znaczy ja akurat im trudniejsze rzeczy robię tym lepiej mi wychodzą. Przynajmniej takie mam odczucie. Ja akurat uwielbiam siedzieć w kuchni, nic nie muszę z tego jeść, ale muszę gotować i piec. Gdy ktoś mi mówi, że chciałby zjeść to czy tamto - ja od razu szukam przepisu i zabieram się za gotowanie czy pieczenie, bo muszę to najpierw wypróbować w domu, a dopiero później komuś to zrobić. Żeby wyszło idealnie!

... lubię sprzątać.

Kolejny mit. Przynajmniej u mnie. Jeśli już coś robię to jestem perfekcjonistką, ale z drugiej strony posprzątanie całego pokoju sprawia, że nic mi się nie chce. Co jest dziwne, bo całą resztę mieszkania sprzątam z własnej woli i czasem po prostu z nudów potrafię iść umyć kafelki w łazience, nawet małą szczoteczką, a u siebie w pokoju... Może to przez nadmierną ilość książek? Jestem zbyt sentymentalna do rzeczy przez co mam problem z ich pozbywaniem się, a później również z ich układaniem. Przydałaby mi się, żeby ktoś mi wyrzucił połowę moich sentymentów.

obrazek znaleziony w google grafika.

Jako iż jest to post na DZIEŃ KOBIET, to fajnie by było, gdyby został potraktowany z przymrużeniem oka. Chociaż jak tak patrzę to nieźle się rozpisałam, przy czym zdaję sobie sprawę, że mogłabym pisać i pisać i na pewno by mi się to nie znudziło. Ale Was mogłoby znudzić. ;). Na koniec jeszcze taki mały cytat Marilyn Monroe:

Jestem samolubna, niecierpliwa i trochę niepewna siebie. Popełniam błędy, tracę kontrolę i jestem czasami ciężka do zniesienia. Ale jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza.

Marilyn idealnie w trzech zdaniach zamknęła to, co czuję. Sądzę jednak, że nie byłabym w stanie tego powiedzieć tak krótko, pięknie i dokładnie. No cóż, ale to ja, lubię się rozwlekać, bo lubię się wygadać.

Jakieś plany na dzień kobiet macie? Nie macie?

Od teraz można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
1 komentarz
Udostępnij:

02.03.2015

#4 lutowe inspiracje.

Cześć Wam!

Przybywam do Was ze zbiorem inspiracji z ostatniego miesiąca. Dzisiaj zaczynamy marzec, w związku z tym trzeba zamknąć na spokojnie poprzedni miesiąc! Będzie krótko, bo i luty zbyt wiele nie miał mi do zaoferowania. Ale cóż, krótki miesiąc, krótki przegląd! Nim jednak zacznę, muszę Wam podziękować, bo wczoraj udało mi się uchwycić na moim blogu liczbę 30 000 wyświetleń! Wiem, że dla jednych to niewiele, ale dla mnie to coś cudownego, tak po prostu. Dziękuję, dziękuję, dziękuję! A oto i dowód:

żeby powiększyć wystarczy kliknąć na zdjęcie.

Ale dobrze, żeby nie przeciągać, zapraszam Was na dzisiejszy post. Długie to to raczej nie będzie, ale uwaga, w przygotowaniu mam post o Dniu Kobiet. Będzie szybciej niż pozostałe dwa, które miałam przygotować wcześniej, ale jakoś nawet nie umiałam się nad tym skupić. Choroba nie pomogła, uwierzcie. Ale koniec gadania! Czytać, czytać! ;)

LUTOWE INSPIRACJE


sesja. 

Luty to czas sesji, egzaminów, zaliczeń i, teoretycznie, ferii. Niestety, nie każdy ma to szczęście. Niby nie miałam tak źle z egzaminami, bo miałam  je co trzy dni, a nie, tak jak niektórzy, codziennie przez cztery dni. Cóż, niestety sesja dalej jest otwarta, ale mam nadzieję, że to kwestia czasu. Chociaż wszystko zależy od mojej choroby. Liczę, że uda mi się ją zamknąć w najbliższym czasie.
zdjęcie znalezione w wyszukiwarce google grafika.

kurs.

Kiedyś, w poprzednich postach, wspominałam Wam, że zapisałam się na kurs, który był moim marzeniem. Potem sprawy potoczyły się po swojemu i skończyło się na tym, że z kursu wyszły nici. Ostatnio nawet myślałam, czy znowu do nich nie napisać, by spróbować ponownie się zapisać, ale odwlekałam to w czasie. I wiecie co? Jak już dopadło mnie zapalenie krtani, dopadło mnie zapalenie zatok, straciłam głos i w końcu poszłam do lekarza, to zadzwonili do mnie ze szkoły. Na całe szczęście byłam z mamą, więc to ona odebrała. I wiecie co? W marcu zaczynam!
zdjęcie znalezione w wyszukiwarce google grafika.

olimpijscy herosi.

Paweł mnie męczy, że mam czytać. Trochę mi ciężko się czyta przy tej chorobie, ale sięgnęłam po Olimpijskich Herosów i powoli brnę do końca pierwszej części. Niestety tylko pierwszej, bo mnie to tak bardzo męczy choroba, że nie umiem przebrnąć przez początkowe historie Jasona, Peiper i Leona. Wierzę jednak, że w końcu zapalenie zatok i krtani mi minie, kaszel przestanie dusić, osłabienie się zmniejszy i będę mogła na spokojnie wszystko przeczytać. Ale już wiem, że w pierwszej części pojawia się moja ukochana Medea, aż nie mogę się doczekać, kiedy dotrę do momentu z nią!
zdjęcie znajduje się na moim instagramie.

tęgobórz.

Uwielbiam wyjazdy do rodziny na wieś. Szkoda tylko, że takie wyjazdy nie zdarzają się tak często jak wcześniej. Kiedyś spędzałam tam każde wakacje, teraz sporadycznie jeździmy na jeden dzień. Przyznam, że już mi tego bardzo brakuje. Ale lubię tam jeździć. Jest spokój, cisza, mogę w końcu się uspokoić, wyciszyć, przemyśleć wiele spraw. I mam tam najlepszą kuzynkę, Klaudię
zdjęcie znajduje się na moim instagramie.

walentynki.

Wszyscy jarali się Walentynkami. No, wiadomo, wszyscy oprócz mnie. Nie lubię Walentynek i nie ma to nic wspólnego z byciem singlem, jak zostało mi zarzucone rok temu. Nie lubię po prostu komercyjnej otoczki wokół tego święta, a poza tym uważam, że jak już się kochamy to kochajmy się cały rok, zamiast ukazując to tylko w ten jeden dzień. Nie mniej lubię promocje i przeceny z okazji Walentynek, bo wtedy można kupić fajne rzeczy dużo taniej. Ha! Poza tym w tym roku spędziłam je w kuchni, ale to nic dziwnego. Zrobiłam po raz pierwszy w życiu kremowego kurczaka w sosie curry, niestety okazało się, że to danie tylko dla mnie - cała reszta domowników potrzebowała gaśnicy. No i zrobiłam sernik Oreo, który się przyjął w domu bez dwóch zdań. Mniam!
zdjęcie znajduje się na moim instagramie.

sernik oreo.

U mnie w domu wszyscy przepadają za sernikami, zwłaszcza mój tata, więc dla niego specjalnie wyszukuję kolejne przepisy na serniki i je piekę. Dzięki temu wpadłam właśnie na sernik Oreo, który okazał się fenomenalnym wypiekiem. Od Walentynek upiekłam go już dwa razy i wiecie co? Spokojnie mogłabym zrobić z tego tort, byłby równie fantastyczny jak zwykły biszkoptowy czy czekoladowy tort. Jak mi nie wyjdzie bycie dziennikarzem - zostanę piekarzem!
zdjęcie znajduje się na moim instagramie.

podróba eos.

Wszyscy szaleją na punkcie jajeczek EOS. Te słynne pomadki w niecodziennej formie, podbiły serca wielu dziewczyn. Możliwe, że oryginalny EOS także podbiłby i moje serducho, gdyby nie to, że cena dokładnie przedziela mi serce na pół. No bo kto widział, by na pomadkę ochronną wydawać powyżej piętnastu złotych? Na pewno nie ja. Ale krążę po różnych sklepach, wyszukuję nowości i promocji i w tenże sposób znalazłam podróbę pomadek EOS, w sieci sklepów Biedronka, w dodatku za trochę powyżej pięć złotych. No, tyle to jestem w stanie wydać! A nawet nie wyobrażacie sobie jak ta bananowa pomadka pięknie pachnie. Ach! 
zdjęcie znalezione w wyszukiwarce google grafika.

nowy start.

Wahałam się długo przed nowym startem. Ale zrobiłam to. Zaryzykowałam, usunęłam wszystkie posty i rozpoczęłam od nowa. Przekreśliłam tyle miesięcy ciężkiej pracy, ale wcale tego nie żałuję. Bo wróciłam do Was, z nową siłą, z innym sposobem publikowania postów. I to było najbardziej inspirującym wydarzeniem miesiąca!
zdjęcie znalezione w wyszukiwarce google grafika.


A co Was zainspirowało w ubiegłym miesiącu? 
Pochwalcie się!

Od teraz można mnie śledzić także na facebooku, zapraszam:

Czytaj dalej:
3 komentarze
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.