28.07.2014

cały mój świat potrzebuje psychologa.

Dzień dobry. 

Dzisiaj trochę inaczej niż do tej pory, chociaż pewnie kiedyś już pisałam posty w tym stylu. Ale niewiele. Postanowiłam to nadrobić. To takie moje przemyślenia na dany temat. Dzisiaj więc o czymś, co gryzie mnie od dłuższego czasu, ale nawet nie wiem z kim mogłabym o tym porozmawiać. No cóż. Dzisiaj trochę "dorosło". Zobaczymy czy to Wam się spodoba. 


wszyscy politycy dziennikarze
wszyscy policjanci piłkarze
każda, każda ręka i noga

cały mój świat potrzebuje psychologa

cały mój kraj potrzebuje psychologa
cały mój świat, żeby stanąć na nogach
oj!


happysad zrobił kawał dobrej roboty tworząc utwór, z którego pochodzi powyższy fragment. Psychologa to piosenka mająca już jedenaście lat. A z każdym rokiem jest coraz bardziej aktualna, przynajmniej moim zdaniem. Nasze społeczeństwo, a przynajmniej jego spora część, nie zdaje sobie sprawy, że naprawdę potrzebuje psychologa, potrzebuje pomocy, bo nie jest w stanie sam sobie poradzić. Nie zdają sobie z tego sprawy albo zwyczajnie to bagatelizują. Uważają, że zmiana nastroju jest przejściowa, że ciągły płacz przejdzie, że nerwy to związane są z pracą albo szkołą, że jakby tak zmienić otoczenie to wszystko przejdzie. Może coś w tym jest, ale to tylko malutka prawda. Bo zmiana otoczenia i owszem, pomaga. Ale pomaga tylko wtedy, kiedy dołączona jest do tego jakaś terapia, rozmowy, jakaś pomoc z zewnątrz.

Ludzie nie mówią o tym, że potrzebują pomocy i nie korzystają z niej, bo się boją. Boją się, bo co ludzie powiedzą. Bo jak to tak, do psychologa? Do psychiatry? Przecież to "ten od głowy". Przecież to ten od chorób psychicznych. Nie potrzebuję psychologa, nie jestem osobą psychiczną! Ale psycholog i psychiatra nie są tylko od chorób psychicznych. Są po to, by pomóc człowiekowi. Zapominamy o tym, ponieważ nasze społeczeństwo nie jest tolerancyjne pod tym względem. Od razu patrzą na człowieka krzywo, od razu zaczyna się szeptanie po kątach, że ten czy tamten to właśnie był u psychologa czy psychiatry, pewnie jakiś chory. W tym przypadku, niestety, chore jest tylko takie myślenie. W Ameryce co drugi czy trzeci człowiek ma swojego psychoterapeutę. Nikt nie wstydzi się powiedzieć, że chodzi do psychologa, psychoterapeuty, psychiatry. Że chodzi na jakieś terapie. Nie ma czego się wstydzić. Tam ludzie na spokojnie rozmawiają między sobą do którego lekarza warto iść, a na którego lepiej nie marnować czasu. W Polsce człowiek podchodzi do okienka i ledwo wymruczy "chcę się zapisać na terapię", czego pani w rejestracji oczywiście nie jest w stanie usłyszeć i kilka razy musi poprosić o powtórzenie. Ale czego tu się bać? To ludzie jak każdy, a są właśnie po to, żeby nam pomagać. Poprawiają nasze samopoczucie, dbają o to, żeby nie pojawiały się stany depresyjne. Pomagają podnieść się po załamaniu nerwowym czy utracie bliskiej nam osoby. Nie są źli. To my, jako społeczeństwo, nie potrafimy ich zaakceptować. Trzymamy się dawno utartego stereotypu. A przecież stereotypy są takie krzywdzące i w większości niesprawiedliwe...

Postanowiłam zasięgnąć języka u innych osób. Pomyślałam chwilę nad tym, jak ułożyć pytanie i napisałam do paru znajomych z prośbą, aby przedstawili mi swoje opinie. A teraz Wy możecie je przeczytać i jakoś się do nich odnieść.

Co sądzisz o chodzeniu do psychologa/psychiatry i jak Twoim zdaniem społeczeństwo odbiera osoby, które z takiej pomocy korzystają?


Justyna odpowiada:

Nie mam nic do psychologów, ani psychiatrów. Sama chciałam być, chce nadal być psychologiem i pomagać ludziom. Nie miałam do czynienia z taką pomoca, ale wiem, że potrafią pomóc. Moja znajoma ma depresję na podstawie stanów lękowych i psychoterapeuta jej pomaga, widać znaczne postępy. Uważam jednak, że nasze społeczeństwo nie dorosło jeszcze do przyznawania się, że potrzebują pomocy. Aczkolwiek z pewnością się to zmienia. Chociaż jeszcze kilka lat temu spotkalibyśmy się z o wiele większą ilością "hejtu" bo jak psycholog - to do czubków. Taki jest stereotyp w Polsce i nie specjalnie wiem, czy zmienia się to w stopniu umiarkowanym, czy może stoi w miejscu.


Marta napisała odpowiedź:

Uważam że takie wizyty mogą bardzo komuś pomóc ponieważ nie każdy ma przyjaciół czy kogoś komu może się wygadać i powiedzieć co mu leży na sercu ale jednak każdy potrzebuje rozmowy z kimś. Ludzie często się z tego śmieją i uważają że jak ktoś chodzi do psychologa to jest 'inny' i wgl. smutne ._.

Andzia stwierdza:

Chodzenie do psychologa bądź psychiatry jest czymś zupełnie normalnym, jak chodzenie do lekarza rodzinnego, ortopedy czy dentysty. Nie ma w tym nic złego ani nienormalnego. Chodzenie do takiego specjalisty świadczy tylko o tym, że człowiek sam zdaje sobie sprawę, że nie potrafi sobie z czymś poradzić. Nie trzeba być od razu chorym czy być wariatem, a jakby tak na to patrzeć to każdy powinien korzystać z ich pomocy, bo każdy z nas jest wariatem na swój sposób ;). Niestety nasze społeczeństwo polaczków cebulaczków nie traktuje poważnie osób korzystających z porad psychologa czy psychiatry, śmiejemy się z takich ludzi, poniżamy... Za to w krajach wysoko rozwiniętych, praktycznie każdy, kto tylko odczuwa potrzebę idzie do specjalisty i się z tym nie kryje! Bądźmy bardziej wyrozumiali, bo każdy z nas ma jakieś swoje nawyki, które niekoniecznie są normalne, a nie zauważamy ich w normalnym życiu.

Martyna dodała swoje zdanie:

Chodzenie do psychologa jest rzeczą normalną w dzisiejszych czasach, uznawaną za trend. Do lekarzy chodzą całe rodziny, tłumacząc się mottem "lepiej zapobiegać niż leczyć". Są to przeważnie ludzie, którzy wcale tej pomocy nie potrzebują. Ci ludzie uznawani są jak jacyś wzorce do naśladowania, którymi wcale nie są. Ludzie, którzy mają największe problemy, wcale do psychologów się nie wybierają, i właśnie oni są odrzucani przez społeczeństwo. Psychiatra to już rzecz całkiem inna. Do psychiatry nie chodzi każdy i chyba nikt z nas nie chciałby się tam znaleźć. To już nie są osoby, które czasem się potną i popłaczą w samotności, lecz osoby, które znalazły się już na samym dnie, a z odpowiednią pomocą innych mają szansę się podnieść. Dlatego nie warto szydzić z osób, które mają problemy, tylko starać się im pomóc, bo być może nie mają oni dość samozaparcia, by wybrać się do lekarza, a dzięki naszej pomocy ich życie może stać się lepsze.

I w ten sposób dotarliśmy do końca i do podsumowania. 


Nie ma zdań podzielonych, przynajmniej jeśli chodzi o tę część moich znajomych, z którymi na ten temat rozmawiałam. Mój wniosek nie jest wysuwany na podstawie tylko powyższych czterech komentarzy plus jednego mojego, który jest podstawą całego postu. Nie. Powyżej przedstawiłam tylko te, które uznałam za najlepsze. I moją, której oceniać nie będę, bo to nie do mnie należy. Podsumowując jednak całość - chodzenie do psychologa nie jest czymś złym. Wręcz przeciwnie. Gdy zdajemy sobie sprawę, że potrzebujemy pomocy, jesteśmy już krok do przodu, by wyjść z obecnego stanu. Polska jednak jest krajem na tyle zacofanym, że nie potrafi zaakceptować takiego stanu rzeczy i wciąż uważa psychiatrów i psychologów za największe zło. Żeby to się zmieniło - sami musimy to zwalczyć.

Tolerujmy i pomagajmy, bo bez naszej pomocy świat się nie zmieni.

Czytaj dalej:
5 komentarzy
Udostępnij:

22.07.2014

"zazdrościsz!"

Cześć i czołem!

Dzisiaj przychodzę do Was z nowym tekstem z serii "co się pisze w internecie". Zauważyłam, że posty te, jak żadne inne, mają bardzo duże wzięcie. Ostatni czyli "mam 13 lat i piszę bloga..." zyskał aż 259 wyświetlenia i 14 komentarzy. Poprzedni, czyli "cześć, obserwuję, wpadnij do mnie..." miał tylko 121 wyświetleń, ale za to aż 23 komentarze. Jak to będzie z dzisiejszym postem? Zobaczymy!

"zazdrościsz!"


Zjawisko, o którym zamierzam napisać, jest najczęściej spotykane na blogach z opowiadaniami czy słabszych forach literackich. W dzisiejszych czasach widoczne jest coraz częściej na facebooku, na grupach poświęconych opowiadaniom fanowskim, różnym rysunkom czy zdjęciom. Jakoś do tej pory starałam się nie zwracać na to większej uwagi, ale jednak ostatnio jakoś bardziej to przyuważyłam. Nie wiem dlaczego. Ale podam to na pewnym przykładzie.

Na facebooku jest coraz więcej grup, w których młodzi chwalą się tym, co napisali. Nie raz są to teksty, które wstyd opublikować gdziekolwiek, ale fakt, zdarzają się perełki, do których chętnie się wraca. Na jednej z takich grup postanowiłam przeczytać opowiadanie od założycielki grupy. Cóż, przeczytałam, chociaż momentami miałam już dosyć tego krótkiego tekstu. Składnia nie była najgorsza, znaki interpunkcyjne aż tak bardzo nie leżały, ale temat i jego wykonanie to wołały o pomoc. Widząc jednak ilość komentarzy pod spodem postanowiłam je poczytać i ewentualnie później skomentować całość. A tam... Doznałam szoku! Prócz mojego komentarza, który musiałam wtrącić, nie było żadnego negatywnego. Cóż, przytoczę tutaj kilka komentarzy, oczywiście z pisownią oryginalną:

Kocham. Znowu Ci genialnie wyszło. :D <3


wowwowwow ^^ to jest dżenial <3

czekam na dalsze części bo taki talent nie może się marnować <3

Cóż, pomyślałam wtedy, że może ja czegoś nie dostrzegłam w tym tekście, skoro na taką ilość komentarzy większość to wychwalanie autorki i jej tekstu. Może jednak ma jakiś głębszy sens, coś wartościowego. Może czegoś nie zauważyłam i potrzebuję jeszcze raz, na spokojnie, przeczytać cały tekst? Cofnęłam więc tekst do góry i przeczytałam go ponownie. A później jeszcze raz, bo za drugim razem w dalszym ciągu nie widziałam w nim sensu. Aż w końcu, dochodząc do wniosku, że "do trzech razy sztuka" postanowiłam tekst skomentować. Krótko.

Jeśli mam być szczera, to mnie to niestety nie porwało.

Jedno zdanie, dziesięć słów. Nie sądziłam, że mogą wywołać znowu jakąś gównoburzę, ale zauważyłam, że zawsze mam do tego tendencję. Za dużo mówię. Albo inaczej - mówię rzeczy, których ludzie nie chcą usłyszeć, z którymi się nie zgadzają, albo które trochę ich bolą. Wiadomo, nikt z nas nie lubi krytyki. Ale czasem tej krytyki potrzebujemy. Wiem, że trudno jest się z nią pogodzić, zwłaszcza wtedy, kiedy jest ona prawdziwa. Ale moje słowa nie były krytyką. Były tylko słowa wyrażające moją opinię. Moją, jednakże sprzeczną z ich opinią. Co dziwne, to nie autorka opowiadania stwierdziła później, że nie podoba mi się tekst, bo mam dziwny gust. Nie, ona stwierdziła, że to rozumie. Więc o co chodzi pozostałym czytelnikom?

Mam tendencję do komentowania tylko tych tekstów, które nadają się do poprawki. Wychodzę z założenia, że jeśli skomentuję coś, co można jeszcze zmienić to pomogę takiej osobie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że lepiej nie pomagać. Bo to jakoś nigdy nie spotyka się z miłymi słowami. Dlaczego tak jest? Dlaczego nie potrafimy przyjąć krytyki?

Kiedyś, jeszcze przed erą facebooka i przeklinających dwunastolatek, internet był pełen słabych opowiadań (w tym moich) oraz komentarzy "broniących" autora. Byli też tacy, którzy, jak ja teraz, próbowali "ratować" dane opowiadanie pisząc swoje opinie i komentarze z poradami. Nie raz spotkałam się ze słowami "popraw to, tutaj powinnaś zrobić tak, tutaj tak, a to tutaj jest nierealne i nikt się na to nie nabierze, a chyba chcesz żeby Twój blog był poczytny?" Na początku trochę dobijały mnie takie komentarze, gdzie więcej było opinii negatywnych niż pozytywnych, gdzie dostawałam same słowa "popraw to, bo jest złe" to jedyne o czym myślałam, to by usunąć swój blog. Krążyłam jednak po innych blogach, czytałam opowiadania i czytałam komentarze. Niektóre teksty, w moim mniemaniu, wcale nie były lepsze od moich, więc dlaczego ja miałam złe opinie, a inni mieli dobre? Zamiast usunąć bloga postanowiłam wziąć się za siebie i przyjąć słowa krytyki, przetrawić i poprawić tekst według nich (wystarczy spojrzeć na ostatni post - tam też edytowałam). Z czasem jednak zaczęły zadziwiać mnie te komentarze "broniące" autora. Dlaczego? Bo na zwykłe słowa "nie przemawia do mnie ten tekst" albo "tekst jest słaby, musisz popracować nad tym czy tamtym" w odwecie pojawiały się odpowiedzi "piszesz tak, bo zazdrościsz!" albo "nie potrafisz tak pisać, więc zazdrościsz autorce pomysłów i talentu!" i wszystko związane ze słowem "zazdrościsz". Ale, cholera, dlaczego? Powiedzcie mi, dlaczego miałabym zazdrościć autorce "Imaginów o 1D"? I, co najważniejsze, czego miałabym tam zazdrościć?

Kochany autorze czegokolwiek! Jeśli dostajesz komentarz, że musisz coś poprawić, twój tekst jest słaby bądź zwyczajnie nie potrafisz pisać to przyjmij to do wiadomości. Nie obrażaj się tylko przemyśl to i w razie czego popraw to, co jest złe. Oczywiście jeśli to nie jest typowy, internetowy "hejt". Wtedy to olej. I najważniejsze: NIE PODDAWAJ SIĘ. Nikt nie urodził się pisarzem, bloggerem, fotografem. Wszystkiego trzeba było się nauczyć, dochodzić do tego metodą prób i błędów. Jeśli po długim czasie dalej Ci nie wychodzi - może to nie było to? I głowa do góry!

Czytaj dalej:
9 komentarzy
Udostępnij:

16.07.2014

doganiając marzenia.

Zebrałam się dzisiaj w sobie i zrobiłam banner konkursowy, który już został wklejony do posta z konkursem, ale możecie go również zobaczyć tutaj i powiedzieć co o nim sądzicie:

http://cantus-cycneus.blogspot.com/2014/07/rok-bloga-konkurs.html

Nie o tym jednak ten post, ale stwierdziłam, że bannerem muszę się "pochwalić". Dzisiaj napiszę o czymś, co jest dla mnie ważne, co traktuję jako próbę spełnienia swojego własnego marzenia. Samo marzenie dla większości ludzi może wydawać się błahe i słabe, ale dla mnie... dla mnie to coś naprawdę ważnego. Przy okazji może sami czegoś mi doradzicie? Zapraszam do przeczytania!


Doganiając marzenia.



Mam marzenie. Nawet nie jedno, ale to jest najważniejsze, a przynajmniej najwięcej dla mnie znaczy. To nie jest coś bardzo materialnego czy niesamowicie trudnego do zdobycia. Nie potrzebuję wyjeżdżać za granicę, ale mimo wszystko od mojego marzenia dzieli mnie ponad 500 kilometrów, prawie 550. Dużo, prawda?

Angelikę poznałam mając lat czternaście. Na początku naprawdę się nie dogadywałyśmy, w ogóle ze sobą nie pisałyśmy i starałyśmy się ignorować jak to tylko było możliwe. Pisałyśmy opowiadania, chociaż omijałyśmy się jak mogłyśmy. Do czasu. W końcu nastąpił moment, gdy musiałyśmy ze sobą trochę popisać i... to był przełom. Zaczęłyśmy ze sobą pisać, powoli, z dużym dystansem. To były tylko dialogi, nic z życia prywatnego. W międzyczasie dookoła nas przewinęło się wiele innych osób, z którymi miałyśmy różny kontakt. Ale ludzie się wykruszali, a my dalej, twardo, pisałyśmy ze sobą. Z początkowej niechęci zmieniło się to na coś więcej, aż z czasem mogłam spokojnie powiedzieć, że to właśnie jest Angelika, moja przyjaciółka. Miałyśmy różne poglądy, lubiłyśmy robić co innego. A jednak udało nam się ze sobą dogadać. Naszym jedynym problemem była odległość, przez którą nie mogłyśmy się spotkać. Do czasu. 

20 lipca 2013, zeszły rok. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak bardzo zestresowana, ale w końcu, po tylu latach, mogłam spotkać się z Angeliką. Po raz pierwszy miałyśmy porozmawiać twarzą w twarz, a ja zaczęłam się bać jak to będzie. A co, jeśli rzeczywistość zniszczy moje oczekiwania? Jeśli za dużo oczekuję od tego spotkania, a okaże się, że lepiej było pozostać w świecie wirtualnym? Naprawdę się denerwowałam, ale wiedziałam, że jeśli powiedziało się A to trzeba powiedzieć również B i w końcu się spotkać. Prócz samego zdenerwowania czułam też niesamowitą ekscytację. W końcu miało się spełnić to, na co tyle czekałam! Poza tym wiele dawała mi obecność Szymona, bez którego nie miałabym szansy spełnić swojego marzenia, czegoś, na co czekałam od lat. 

Spotkałyśmy się pod pomnikiem Neptuna. Było miło, rozmawiałyśmy dużo, chociaż na początku było trochę nerwowo. Pojechaliśmy, całą trójką, do parku, a później nawet trafiliśmy do Sopotu, razem z Kubą, wtedy jeszcze chłopakiem Angeliki. Wtedy. Nie sądziłam, że w ciągu najbliższych 365 dni wszystko zmieni się o 180 stopni. 

Jeden dzień, nawet nie cały, to było mało. Zdecydowanie za mało. W tamtej chwili naprawdę żałowałam, że widzę ją tylko przez kilka godzin i nie wiem kiedy zobaczę ją ponownie. Miałam jednak nadzieję, że skoro pierwsze spotkanie się udało, to każde następne będzie prostsze do zrobienia. Cały czas w to wierzę i nie przestaję. To moja chęć dogonienia marzeń - ponowne spotkanie Angeliki. A teraz to marzenie jest dla mnie jeszcze ważniejsze, jeszcze bardziej chcę je spełnić. Bo mam powód. Mam w Gdańsku Angelikę i małą Marcelinę. 

Między nami bywało różnie. Nie zawsze było różowo, czasem dochodziło do mniejszych bądź troszkę większych spięć. Wiadomo, nigdy nie jest kolorowo. Czasem przychodzą gorsze chwile, ale to właśnie te chwile pozwalają nam poznać czy warto trwać przy danej osobie. Przy Angelice warto. Dzięki niej jestem tym, kim jestem. Mimo sporych chwil słabości wiem, że nie mogę się poddawać. To właśnie Angelika zawsze we mnie wierzy i powtarza mi, że się uda. Jest jedyną osobą, której potrafię powiedzieć wszystko i wiem, że ona zawsze mnie wysłucha, nigdy nie zgani, co najwyżej postawi do pionu, gdy za dużo narzekam albo nie widzę pozytywów tam, gdzie się znajdują. Jest kimś, kto nie pozwolił mi się poddać, gdy już miałam dosyć wszystkiego i kazał mi wierzyć, że będzie dobrze. Jest najlepszą przyjaciółką, jaką mogłam mieć i wiem, że lepszej nie będzie. Jest moją Angeliką, przyjaciółką, teraz również matką, a niedługo także żoną. Nie ważne jednak kim będzie i gdzie będzie. Zawsze dla mnie będzie najlepszą Angeliką na świecie. 

A moje marzenie? Chciałabym być przy niej nie tylko mentalnie, ale również fizycznie, w najważniejszym dla niej dniu. Gotowa jestem rzucić wszystko, co mam na miejscu i przyjechać do Gdańska. Dla większości moich znajomych to wariactwo, chcieć zrezygnować z obozu we Włoszech tylko po to, by wyruszyć do Gdańska - nad nasze polskie morze, gdzie nie mam gwarancji, że chociaż jeden dzień będzie słoneczny. I owszem, nie mam gwarancji. Ale w Gdańsku jest coś ważniejszego niż słoneczne wakacje i zwiedzanie tych samych miejsc, co rok temu - jest Angelika, najważniejszy dzień w jej życiu i Marcelina, którą w końcu chciałabym przytulić. Więc już zaczęłam planować jak to wszystko zrobić, by było dobrze - poszukać noclegu w Gdańsku, zobaczyć cenniki PKP i Polskiego Busa, dowiedzieć się, czy mogę jeszcze wycofać się z obozu we Włoszech. Pytanie tylko - czy to wszystko mi się uda?

Teraz, równo na cztery dni do roku po spotkaniu z Angeliką - post dedykowany jej. I naszej przyjaźni. Oby przetrwała kolejne sześć i więcej lat. Kocham Cię, Andź.


Czytaj dalej:
7 komentarzy
Udostępnij:

14.07.2014

"mam 13 lat i piszę bloga..."

No cześć. 

Nie pisałam od tygodnia, ale tak jakoś się złożyło. Wciąż gorąco zachęcam do udziału w KONKURSIE. Na zgłoszenia macie całe wakacje, a ja jeszcze w tym tygodniu postaram się zrobić jakiś banner konkursowy, żeby można było go gdzieś wkleić. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj post w podobnym stylu co "cześć, obserwuję, wpadnij do mnie...". Czy teraz też będzie taki odzew jak ostatnio? Zobaczymy!

Edit: 20:06, 14.07.2014
          Szybko poszła ta edycja. Ma ona wiele wspólnego z tym, co znajdziecie poniżej. W każdym razie - jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo niezadowolona z tekstu, by po dwóch rozmowach ze znajomymi od razu go przeredagować na taki, który chociaż odrobinę lepiej będzie wyglądał w moich oczach. Mam nadzieję, że w waszych również. A teraz - zapraszam!


Mam 13 lat i jestem bloggerem.


Stop. Samo stwierdzenie blogger jest ostatnio rzucane na wiatr niczym popularne Kocham Cię. Samo tytułowe zdanie postu powinno brzmieć: Cześć, mam 13 lat i piszę bloga. I na tym właśnie się dzisiaj skupimy.

Zacznijmy jednak od słowa blogger, blog, blogować, pisać bloga. Każdy ma swoją własną teorię dopisaną do każdego z tych słów i żadna z tych teorii nie musi pokrywać się z moimi. Dlatego więc sama najpierw przybliżę wam to, co według mnie kryje się pod tymi wyrazami. Przedstawię Wam nie tylko moje teorie, ale także te, wzięte prosto z wikipedii.

BLOG:


według wikipedii:

Blog (ang. web log - dziennik sieciowy) - rodzaj strony internetowej zawierającej odrębne, uporządkowane chronologicznie wpisy. Blogi umożliwiają zazwyczaj archiwizację oraz kategoryzację i tagowanie wpisów, a także komentowanie notatek przez czytelników danego dziennika sieciowego. Ogół blogów traktowany jako medium komunikacyjne nosi nazwę blogosfery. Blog od wielu innych stron internetowych różni się zawartością. Niegdyś weblogi utożsamiano ze stronami osobistymi (czyt. domowymi). Dziś ten pogląd jest nieaktualny, wciąż jednak od innych stron internetowych blogi odróżnia bardziej personalny charakter treści: częściej stosowana jest narracja pierwszoosobowa, a fakty nierzadko przeplatają się z opiniami autora. Ponadto można spotkać się z definicją bloga jako sposobu komunikacji. 

według mnie:

Tak jak według wikipedii tak według mnie blog to pewien rodzaj strony internetowej, zawierającej różne osobiste wpisy. Swego czasu blog był najczęściej formą osobistego pamiętnika, dziennika. Najczęściej autor opowiada o wszystkim w pierwszej osobie, chyba że jest opowiadaniem. Blog ma wiele kategorii, m.in.: wideoblog - blog, podstawową treścią są filmy; photoblog - gdzie przewagę stanowią zdjęcia; audioblog - jego podstawowa treść to nagrania audio (podcasty) oraz najsłynniejszy - blog tekstowy, gdzie najwięcej jest tekstu. Blog tekstowy w dzisiejszych czasach również ma swoje podkategorie, których jest coraz więcej, m.in.: lifestyle - blogi o wszystkim; opowiadania - blogi z opowiadaniami autorskimi oraz fanfiction; modowe - blogi, których autorkami najczęściej są dziewczyny i skupiają się głównie na outfitach - codziennych strojach.  

BLOGGER:


według wikipedii:

Blogger - darmowy serwis blogowy stworzony w 1999 roku przez Pyra Labs, a następnie przejęty i rozwijany przez Google w 2003. Zsynchronizowany z serwisem Picasa Web Album.

według mnie:

Cóż, dla mnie blogger to nie tylko serwis blogowy, ale także osoba. Słowo to przyjęte zostało przez wszystkich autorów blogów, którzy sami siebie nazywają bloggerami. Co ja o tym myślę? Dla mnie blogger to osoba, która blogowaniem zajmuje się od dawna, niekoniecznie dla pieniędzy. To osoba, która pisze z pasji i z sensem, traktująca to nie jak zabawę, ale również nie jak sprawę życia i śmierci. Dla bloggera blog jest nie tylko zabawą czy formą zarobku, ale również pasją. 

BLOGOWANIE:


według wikipedii:

Na temat blogowania czy pisania bloga - nie znalazłam żadnej informacji. Szkoda.

według mnie:

Blogowanie to, przynajmniej dla mnie, to samo, co pisanie bloga. Wiadomo, są pewnie jakieś różnice - drobne, bo drobne, ale zawsze. Nie mniej, uznajmy, że jest to jedno i to samo. Pisać bloga może każdy - zapisywać swoje przemyślenia, dodawać posty, przepisy na różne dania czy desery, wrzucać zdjęcia zrobione aparatem w telefonie, cyfrówką czy lustrzanką. Autorem bloga może być każdy. Ile osób może jednak nazwać się bloggerem?

Mam 13 lat i piszę bloga...


Nie, nie mam nic do dwunasto-, trzynasto- czy czternastolatków, którzy zabierają się za pisanie bloga. Każdy kiedyś zaczynał, miał swojego pierwszego bloga i próbował coś tam tworzyć, z czego w dodatku był bardzo dumny i chciał się pochwalić całemu światu. Nawet najlepsi, najbardziej znani autorzy blogów zaczynali od czegoś, co na pewno w niewielu momentach przypominało ich aktualny poziom. Daleko im było do tego, co tworzą obecnie. Większość mogła kiedyś powiedzieć słowa: Cześć, mam 13 lat i piszę bloga i nie ma w tym nic dziwnego. Ja sama swoją przygodę z blogowaniem zaczynałam całe dziesięć lat temu, na portalu blog.onet.pl, który był wtedy najpopularniejszy. Teraz już nie mam nic, co wtedy pisałam. I całe szczęście!

Często wpadam na różne dyskusje na grupach blogowych. Wiadomo, im więcej członków tym większa możliwość dyskutowania. Dzisiaj nawet wpadłam na jednej z tych facebookowych grup, Blogerzy!, na pytanie, które zapoczątkowało kolejną dyskusję. Przeczytałam tam, że każda trzynastolatka pisze bloga, którego uważa za coś wspaniałego, przemyślanego i niemalże idealnego, ale gdy spojrzy na swoje teksty za kilka czy kilkanaście lat to łapie się za głowę i sama zadaje sobie pytanie: Czy ja to naprawdę napisałam? Pod tym, jak zwykle, pojawiło się kilkanaście komentarzy, które przerodziły się w pewnego rodzaju dyskusję, w której właśnie dziewczyny w wieku mniej więcej, trzynaście lat, zaczęły wypisywać, że z ich blogiem jest inaczej, że one każdy swój tekst dokładnie czytają przed publikacją, skupiają się na nim i jest on zawsze idealnie dopracowany. Że ich blog to wyjątek od tej reguły i żeby nie wrzucać wszystkich trzynastolatek do jednego worka. Czy tak jednak jest naprawdę, z tym dokładnym czytaniem i dopracowaniem bloga?

Częściowo to prawda. Wiadomo, każdy kij ma dwa końce. Nie sądzę, by wszystkie trzynastoletnie autorki blogów wrzucały byle co, byle napisać posta. Nie, zapewne większość autorów dokładnie skupia się na tym, co chce nam przekazać, ale nie zawsze wychodzi to tak, jak się zamierzy. Wystarczy spojrzeć na ten post, który właśnie czytacie. Został w większości przeredagowany, bo stwierdziłam, po przeczytaniu go dwa razy (już oczywiście opublikowaniu, bo jestem w gorącej wodzie kąpana) i stwierdziłam, że nie jest on tym, co chciałam dodać. Po kolejnych dwóch rozmowach ze znajomymi, gdzie stwierdzone zostało, że jednak to nie to, czego się spodziewali po tytule, uznałam, że po prostu muszę to zedytować. Tak to jest, kiedy człowiek jak najszybciej chce coś opublikować - nie potrafi przekazać tego, na czym mu zależało. W efekcie wychodzi takie byle co. Gdybym jednak od początku skupiła się na tekście i lepiej go przemyślała, poświęciła mu trochę więcej czasu - nie musiałabym nic poprawiać.

Każdy z nas przygląda się swoim tekstom i uważa, że są one dopracowane w każdym, nawet najmniejszym szczególe. Publikujemy je, szczęśliwi, że udało nam się napisać coś dobrego i rozsyłamy to w świat, żeby jak najwięcej osób zobaczyło dany tekst. Później, jeśli był on słaby, dziwimy się, czemu mamy tak wiele negatywnych opinii i oburzamy się, że ludzie są zazdrośni i robią to tylko ze złości. Dopiero po jakimś czasie wracamy do tego tekstu i zauważamy, że jednak nie jest on perfekcyjny, a ludzie w komentarzach mieli rację, mówiąc nam, że słabo i trzeba to poprawić. Że to zdanie w ogóle nie powinno się pojawić, że ten akapit nie był potrzebny, dwa następne powinno się całkowicie przeredagować, a poza tym, to co to za temat i czy aby na pewno JA napisałam coś takiego, tak słabego? Nie, to przecież niemożliwe, mój tekst był dopracowany i na pewno ktoś go podmienił! Ale jednak z czasem uświadamiamy sobie, że jednak to nasze słowa i wcale nie było tak dobrze, jak myśleliśmy. Nie mówię, że dotyka to każdego, ale przynajmniej 95% piszących jakiekolwiek teksty - opowiadania, felietony, zwykłe posty na blogu - chociaż raz w życiu spotkało się z takim zjawiskiem.

Nie mówię, że blogosfera jest przeznaczona tylko dla osób powyżej osiemnastego roku życia. Och nie, to byłaby jawna dyskryminacja, a poza tym wiem, że jest przynajmniej kilku autorów blogów poniżej szesnastego roku życia, których sama chętnie czytam i uważam, że dobrze piszą, mimo swojego młodego wieku. Wiem jednak, że większość woli czytać tekst napisane przez osoby albo starsze od siebie, albo przynajmniej będące w liceum, bo uważają, że ci młodsi nie są w stanie przekazać niczego wartościowego. Cóż, mają prawo do własnego zdania, ale jednak uważam, że wrzucanie wszystkich do jednego worka to jak powiedzenie czteroletniemu dziecku, że Mikołaj nie istnieje. Tak samo krzywdzące.

Doceńmy, a przynajmniej postarajmy się docenić,  młodszych i wartościowych autorów blogów. To dzięki nam mają szansę odnaleźć swoją drogę i poznać to, co my znamy już od dawna. Miejmy 13, 15, 19 czy 21 lat i piszmy blogi. Miejmy tyle samo i czytajmy blogi innych, nie skreślając autorów młodego wieku na starcie.

Mam 21 lat i piszę bloga...


A ty? Ile masz lat, drogi bloggerze?

Czytaj dalej:
16 komentarzy
Udostępnij:

07.07.2014

rok bloga + konkurs.

Cześć, cześć, cześć!

Dzisiaj mija równy rok odkąd powstał ten blog. Cieszę się, że mimo gorszych chwil nie poddałam się i dalej tutaj jestem. Przez ten czas wiele się zmieniło. Ja się zmieniłam. Widać to zresztą po moich postach. Blog, który został założony z zamiarem recenzji kosmetyków przekształcił się niesamowicie w coś, co jest teraz moim "dzieckiem". Wiem, że mogę pisać tutaj o wszystkim, co leży mi na sercu czy wątrobie. Kilka razy wywołałam tutaj dyskusje pod komentarzami. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz mi się to uda. A co dzisiaj? Krótkie podsumowanie ostatniego roku i... konkurs!

Podsumowanie roku bloga:


Do tej pory na blogu pojawiło się 67 postów, opublikowanych zostało 391 komentarzy oraz na chwilę obecną jest ze mną 133 obserwatorów.
Najczęściej wyświetlanym postem jest post z 7 lipca 2013, a więc pierwszy, jaki został dodany na blogu - kominki zapachowe i olejki. Post ten został wyświetlony 286 razy. Najwięcej komentarzy pojawiło się pod postem "cześć, obserwuję, wpadnij do mnie..." i była to liczba 23 komentarzy. Trochę mniej, bo 19 komentarzy dostał post homoseksualizm i adopcja, a postanowienia noworoczne zyskały 17 komentarzy.
Największą popularnością chyba cieszyły się posty z serii refleksje i przemyślenia, zdjęcia oraz TAG, więc wiem, że tego powinno być więcej w przyszłości.

Za cały rok dziękuję Wam wszystkim razem i każdemu z osobna. Każdy obserwator i kolejny komentarz to dla mnie motor napędzający do działania. Dzięki Wam wiem, że mam po co włączać bloggera i pisać kolejne posty.

Dziękuję, że byliście ze mną przez ten rok i mam nadzieję, że będziecie przez kolejny! <3

A teraz... czas na KONKURS!


Jakiś czas temu obiecałam Wam, że z okazji roku bloga pojawi się konkurs. Rok wypada dzisiaj, więc jestem JA, obiecany konkurs i post z okazji roku bloga. Mam nadzieję, że to nie ostatnie wspólne 365 dni!

Według ankiety, która była zamieszczona na blogu od tygodnia - chcieliście konkurs fotograficzny:


Więc będzie konkurs fotograficzny! Skoro kategorię mamy, to teraz czas na temat konkursu. Wiadomo, mamy wakacje, słońce, plażę, spacery i wyjazdy. A co się za tym kryje? Ano kryje się nasz temat, czyli...

LATO W OBIEKTYWIE!


Zasady:

1. Publicznie zaobserwuj mojego bloga.
2. Zaobserwuj mój instagram (nieobowiązkowe).
3. Wyślij maksymalnie trzy zdjęcia o podanej tematyce na adres e-Mail: papryczka.chili@poczta.fm, w temacie wpisując: konkurs fotograficzny, a w treści swoje dane.
4. Skomentuj ten post.
5. Wklej banner na swojego bloga i podlinkuj (nieobowiązkowe).

Co pisać w komentarzu:

1. Nazwę, z której obserwujesz blog.
2. Nazwę, z której obserwujesz instagram.
3. Imię i pierwszą literę nazwiska. 
4. E-mail, z którego wysłane zostało zdjęcie. 

Nagrody:

I miejsce - Woda toaletowa Yves Rocher, list ode mnie + promocja na blogu przez miesiąc.
II miejsce - Tender Care Carmel, list ode mnie + promocja na blogu przez dwa tygodnie.
III miejsce - Kolczyki klucze, list ode mnie + promocja na blogu przez tydzień.


Zgłoszenia można nadsyłać do 31 sierpnia 2014.
1 września 2014 zdjęcia zostaną przedstawione na blogu 
i będzie można na nie głosować przez miesiąc, a więc do 30 września 2014. 
Ostatecznie wyniki ogłoszone zostaną 1 października 2014. 

edit z dnia: 1 września 2014:
Zgłoszenia można nadsyłać do 30 września 2014.
1 października 2014 zdjęcia zostaną przedstawione na blogu,
będzie można na nie głosować przez dwa tygodnie, a więc do
14 października. Wyniki zostaną ogłoszone do 20 października 2014.


Miłego wieczoru!

Czytaj dalej:
11 komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.