12.05.2014

plener fotograficzny.


Łu huu, ale mnie dawno nie było. Od wtorku miałam tak szurnięty tydzień, że nawet nie miałam możliwości, by usiąść i coś do was napisać. A jak już czas się znalazł, wczoraj, to i tak okazało się, że go nie ma - zamiast pisać niedzielne inspiracje bawiłam się w referat i opowiadanie na zajęcia z leksykologii i leksykografii. Jednak to się opłaciło - piąteczką! A dzisiaj w końcu znalazłam chwilę czasu, chociaż mam wrażenie, że za moment usnę. To był intensywny weekend, ale niczego nie żałuję. Zaczęło się od piątkowego spotkania z Natalią. Cudownie spędzone ponad pięć godzin. Bo jak towarzystwo fajne to i czas lepiej mija! Sobota natomiast cały czas w ruchu - pojechałam na plener fotograficzno-plastyczny z dzieciakami, ale o tym za chwilę, no i w niedzielę komunia. Niestety, każda komunia jest tak samo nudna. Ale było bardzo, bardzo intensywnie. 

A dzisiaj, jak już pewnie wiecie po tytule - co nieco o plenerze fotograficzno-plastycznym. Jechaliśmy w głównej mierze z dzieciakami z Pracowni Plastycznej Okienko, działającej przy Siemianowickim Centrum Kultury. Mimo iż nie jestem jakąś fanką wyjazdów z dziećmi (mam uraz, zwłaszcza po dzieciach w autobusach) to tutaj przełamałam się i pojechałam. Muszę przyznać, że te dzieciaki były zaskakująco spokojne, a przynajmniej grzeczne i nie sprawiały jakoś problemu (pomijając dziecko, które mogło mieć z dziesięć, dwanaście lat i przy ognisku stwierdziło, że mu "kurwa, dym w oczy leci"). Może to też kwestia tego, że nie jechałam tam autokarem z dziećmi, a busem z dorosłymi, więc dzieci jakoś mi tam umknęły, a idąc w grupie szły grzecznie, nawet bardzo, jak na ten wiek. Jestem pełna podziwu. 

Pojechaliśmy do Bydlina, skąd mam aż sześć zdjęcia, bo walczyłam dopiero z nowym aparatem, ale jeszcze go nie rozgryzłam do końca. Ale sześć zdjęć to zawsze lepiej niż żadne zdjęcie. Z autokaru przeszliśmy kawałek drogi asfaltem, a później pod górę wąską ścieżką aż do ruin. Tam była chwila na odpoczynek, zrobienie zdjęć, zjedzenie śniadania i obejrzenie sobie tych ruin. Wracaliśmy już inną ścieżką, bo dużo szerszą i mniej niebezpieczną. Autokarem pojechaliśmy prosto do Ogrodzieńca. 

 
 
 
 
 

Góra Birów nie była specjalnie daleko od naszego parkingu. Wystarczyło przejść kawałek na wprost, trochę w dół i w górę i stanęliśmy przy ławeczkach, które były miejscem postojowym, bo oto przed nami ukazały się... schody! Masa schodów. Chociaż może nie masa, ale dużo trudniej chodzi się, gdy schody są nierówne, niż gdy każdy jest taki sam. Ale co to dla nas, pokonać wszystkie schody, których nie chciało mi się liczyć, bo skupiłam się na tym, by gdzieś po drodze się nie potknąć i nie wyrżnąć, bo nie ukrywam - to byłby spory wstyd, gdyby taka stara dupa jak ja wyrżnęła przy dzieciach. Ale dałam radę, chociaż moje kolano w pewnym momencie powiedziało STOP i myślałam, że nie wyciągnę do końca góry. Ale dałam radę, no bo kto miał dać, jak nie ja? Poza tym warto było wejść na górę - widok był niesamowity, a w oddali było widać nawet zamek w Ogrodzieńcu.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Oczywiście musiałam przejść cały plac dookoła. Bo to ja. Dzieci z Okienka już zaczęły malować, bo w końcu po to tam pojechały. Ja, jako iż nie mam talentu plastycznego, zabrałam się za chodzenie dookoła i robienie zdjęć, czego efekty można dzisiaj zobaczyć - wyszło mi tego całkiem sporo, chociaż jak na mnie bardzo niewiele. Dzieci malowały, dorośli robili zdjęcia, jeszcze inni gonili jaszczurki. W między czasie rozpalone zostało również ognisko, na którym każdy mógł upiec kiełbaskę bądź chleb. Albo jedno i drugie. Dla dzieci była to frajda, chociaż nie dla wszystkich. Urocze było, gdy do jednej z opiekunek podszedł chłopiec z już upieczoną kiełbaską i wywiązał się z tego mniej więcej taki dialog:

- Proszę pani, a co ja mam zrobić jak już wziąłem kiełbaskę?
- Skoro zrobiłeś kiełbaskę to teraz możesz ją zjeść.
- Ale ja nie lubię kiełbaski...
- To dlaczego ją wziąłeś?
- Bo chciałem.


Urocze było to, że chłopiec po prostu postanowił upiec kiełbaskę dla samej radości pieczenia, której ja w tym ogniu znaleźć nie umiałam, bo było mi, zdecydowanie, za gorąco od tego ognia. Może to też kwestia tego, że jestem zimnolubna. Ale po pieczeniu kiełbasek nadeszła pora na powrót w kierunku autokaru i odbicie na zamek w Ogrodzieńcu, pod który tylko podchodziliśmy i nie wchodziliśmy do środka, ale nawet tam mieliśmy kilkanaście minut dla siebie. 

 
 
 
 

Niby tylko osiem godzin, a jednak potrafiło zmęczyć. Po całym plenerze jeszcze wpadłam na urodziny wujka, więc zanim wróciłam do domu to zdążyłam się naprawdę wymęczyć. Ale było okej. I zdjęcia też były okej. W dodatku nie mogę narzekać, by wyszły słabe, zważywszy na to, że była to pierwsza próba fotografii z nowym aparatem. O którym zresztą kiedyś napiszę, bo ktoś w jednym z komentarzy mnie o to prosił. 

A jak wam minął weekend?
Patrycja Kolibaj
Patrycja Kolibaj

Studentka filologii polskiej i sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Stuprocentowa humanistka, autorka bloga humanistka na obcasach, dziewczyna z mnóstwem pomysłów na sekundę. Początkująca pisarka i felietonistka, amatorka fotografii, pasjonatka kulinarii. ARTYSTYKA.

4 komentarze:

  1. No to gratuluję tej 5 :)
    Śliczne zdjęcia, super miejsce ^^ *__*
    Mój weekend możnaby rzec, idealny :)
    mybeautifuleveryday.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Magiczne miejsce! Zazdroszcze tej oceny :)

    http://olusiek-blog.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj no co tu mówić. Post napisany z bardzo dużą dokładnością i starannie co się zdarza coraz rzadziej

    Jeśli ci się spodoba mój blog zaobserwuj. Wróciłam po długiej przerwie
    http://pequena-a-a.blogspot.com/2014/05/cytaty.html

    OdpowiedzUsuń
  4. jakie piękne zdjęcia! "bo chciałem" to było moje ulubione wytłumaczenie jak coś zrobiłam gdy byłam dzieckiem :D

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.