21.05.2014

kierowco, szanuj pieszego!

Heeej!

Opuszczam się trochę. A raczej okropnie się opuszczam. Sama nie wiem dlaczego, może dlatego, że nie mam do niczego głowy. Ale w piątek naszedł mnie pomysł na nowy post z tym, że nie bardzo miałam kiedy go napisać. Piszę teraz i chętnie poznam wasze zdanie na ten temat!

kierowco, szanuj pieszego!


Ile razy zdarzyło się Wam, pieszym, wyzywać na kierowców? Powodów, dla których można na nich przeklinać, jest mnóstwo - często nie przepuszczają na przejściach dla pieszych, wiecznie im się śpieszy, zajeżdżają innym drogę, przyprawiają o zawał serca i nerwy. Oczywiście nie tylko kierowcy są winni, bo przecież piesi to również niezłe ziółka. Łażą jak święte krowy, ładują się pod koła samochodu, wyzywają na kierowców. Jednym słowem - wszyscy dostają to, na co zasługują.

Powiedzmy.

W piątek padało. Znowu. W sumie to nic dziwnego, bo ostatnio ciągle padało, ale jak wiadomo, kiedy pada to jest okropnie i nieprzyjemnie i człowiek najchętniej nie wychodziłby z domu. A jeśli już musi wyjść to najchętniej zrobiłby to szybko, by wrócić znowu do domu albo przejść do przyjemniejszego pomieszczenia. Do jakiegokolwiek pomieszczenia. A tutaj co? Padało, my z Justyną pod parasolami, zbliżamy się do uliczki, już mamy przechodzić i... no właśnie, mamy. Nie, po co. Kierowca przecież nie przepuści nas swoją czarną audicą, bo po co? Zmoknie jeszcze w tym samochodzie, siedząc za długo. Przecież minuta czy dwie, na przepuszczenie pieszych, to za długo. Nie ważne, że jemu jest ciepło, ogrzewanie działa, nic na głowę nie pada. Nie ważne. On musi przejechać pierwszy. Dopiero jak przejechał mogłyśmy przejść dalej i zbyt długo to nie trwało, ale jednak. A gdyby szła matka z dzieckiem, kobieta w ciąży czy ktoś z wózkiem? Przepuściłby czy dalej zachowywał się jak zubożały emocjonalnie człowiek, który zawsze musi pokazywać swoją władzę? Sama nie wiem.

Staram się być człowiekiem spokojnym, ale jednak jestem cholerykiem. O wszystko się złoszczę i to czasem za bardzo. Irytuję się, gdy coś idzie nie tak. I irytuję się, wiedząc, że można było sprawę inaczej załatwić. Tak jak z szanownym panem kierowcą. Niby nic, ale coś.

Zirytowałam się i nawet Justyna dziwnie na mnie popatrzyła. Słowa Jasne, nie przejmuj się, wcale tutaj nie mokniemy. Uważaj, żebyś ty czasem nie zmókł w tym samochodzie. Jasne, przecież możemy poczekać. Spoko, nic się nie stało. Dalej bądź takim dupkiem jak do tej pory i nie przepuszczaj ludzi na przejściu dla pieszych nie spotkały się z ogólną aprobatą. Raczej popatrzyła na mnie jak na wariatkę, ale przynajmniej tego nie skomentowała. DZIĘKUJĘ za nie komentowanie. Ale co ja poradzę, że takie sytuacje mnie denerwują? Nie chodzi tylko o tę jedną sytuację. Takich akcji jest mnóstwo. Wystarczy popatrzeć na ulicy - kiedy jest słońce to aż tak nie przeszkadza, ale kiedy pada czy jest zimno, jest to dużo bardziej irytujące. A może i męczące. To też trochę tak, jak z młodymi matkami - kobieta wychodzi z wózkiem albo już z dzieckiem za rękę i zamiast przejść jak najszybciej do parku czy gdzieś, gdzie jest mało smogu, stoi na każdym możliwym przejściu i razem wdychają wszystkie te spaliny samochodowe i kurz, co potem rzutuje na zdrowie. Czy ktoś jednak zwraca na to uwagę?

A i owszem. Czasem. Niektórzy.

Piszę o tym wszystkim z perspektywy pieszego. Z perspektywy kierowcy i pasażera samochodu czy autobusu wygląda to, oczywiście, dużo inaczej. Wiem, że kierowcy się denerwują, zwłaszcza w takich przypadkach, gdy pieszy w ostatniej chwili właduje ci się pod samochód albo łazi jak przysłowiowa święta krowa i myśli, że mu wszystko wolno. Mimo wszystko chciałabym, żeby i kierowcy zaczęli bardziej zwracać uwagę na pasażerów (patrz: przepuszczanie na pasach w deszczu i matki z dzieckiem) oraz by piesi zaczęli zwracać uwagę na kierowców (patrz: zatrzymaj się czasem i nie ciśnij się pod koła).

Nie róbmy sobie pod górkę, skoro kraj robi to za nas.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I coś w tym jest.

Czytaj dalej:
7 komentarzy
Udostępnij:

12.05.2014

plener fotograficzny.


Łu huu, ale mnie dawno nie było. Od wtorku miałam tak szurnięty tydzień, że nawet nie miałam możliwości, by usiąść i coś do was napisać. A jak już czas się znalazł, wczoraj, to i tak okazało się, że go nie ma - zamiast pisać niedzielne inspiracje bawiłam się w referat i opowiadanie na zajęcia z leksykologii i leksykografii. Jednak to się opłaciło - piąteczką! A dzisiaj w końcu znalazłam chwilę czasu, chociaż mam wrażenie, że za moment usnę. To był intensywny weekend, ale niczego nie żałuję. Zaczęło się od piątkowego spotkania z Natalią. Cudownie spędzone ponad pięć godzin. Bo jak towarzystwo fajne to i czas lepiej mija! Sobota natomiast cały czas w ruchu - pojechałam na plener fotograficzno-plastyczny z dzieciakami, ale o tym za chwilę, no i w niedzielę komunia. Niestety, każda komunia jest tak samo nudna. Ale było bardzo, bardzo intensywnie. 

A dzisiaj, jak już pewnie wiecie po tytule - co nieco o plenerze fotograficzno-plastycznym. Jechaliśmy w głównej mierze z dzieciakami z Pracowni Plastycznej Okienko, działającej przy Siemianowickim Centrum Kultury. Mimo iż nie jestem jakąś fanką wyjazdów z dziećmi (mam uraz, zwłaszcza po dzieciach w autobusach) to tutaj przełamałam się i pojechałam. Muszę przyznać, że te dzieciaki były zaskakująco spokojne, a przynajmniej grzeczne i nie sprawiały jakoś problemu (pomijając dziecko, które mogło mieć z dziesięć, dwanaście lat i przy ognisku stwierdziło, że mu "kurwa, dym w oczy leci"). Może to też kwestia tego, że nie jechałam tam autokarem z dziećmi, a busem z dorosłymi, więc dzieci jakoś mi tam umknęły, a idąc w grupie szły grzecznie, nawet bardzo, jak na ten wiek. Jestem pełna podziwu. 

Pojechaliśmy do Bydlina, skąd mam aż sześć zdjęcia, bo walczyłam dopiero z nowym aparatem, ale jeszcze go nie rozgryzłam do końca. Ale sześć zdjęć to zawsze lepiej niż żadne zdjęcie. Z autokaru przeszliśmy kawałek drogi asfaltem, a później pod górę wąską ścieżką aż do ruin. Tam była chwila na odpoczynek, zrobienie zdjęć, zjedzenie śniadania i obejrzenie sobie tych ruin. Wracaliśmy już inną ścieżką, bo dużo szerszą i mniej niebezpieczną. Autokarem pojechaliśmy prosto do Ogrodzieńca. 

 
 
 
 
 

Góra Birów nie była specjalnie daleko od naszego parkingu. Wystarczyło przejść kawałek na wprost, trochę w dół i w górę i stanęliśmy przy ławeczkach, które były miejscem postojowym, bo oto przed nami ukazały się... schody! Masa schodów. Chociaż może nie masa, ale dużo trudniej chodzi się, gdy schody są nierówne, niż gdy każdy jest taki sam. Ale co to dla nas, pokonać wszystkie schody, których nie chciało mi się liczyć, bo skupiłam się na tym, by gdzieś po drodze się nie potknąć i nie wyrżnąć, bo nie ukrywam - to byłby spory wstyd, gdyby taka stara dupa jak ja wyrżnęła przy dzieciach. Ale dałam radę, chociaż moje kolano w pewnym momencie powiedziało STOP i myślałam, że nie wyciągnę do końca góry. Ale dałam radę, no bo kto miał dać, jak nie ja? Poza tym warto było wejść na górę - widok był niesamowity, a w oddali było widać nawet zamek w Ogrodzieńcu.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Oczywiście musiałam przejść cały plac dookoła. Bo to ja. Dzieci z Okienka już zaczęły malować, bo w końcu po to tam pojechały. Ja, jako iż nie mam talentu plastycznego, zabrałam się za chodzenie dookoła i robienie zdjęć, czego efekty można dzisiaj zobaczyć - wyszło mi tego całkiem sporo, chociaż jak na mnie bardzo niewiele. Dzieci malowały, dorośli robili zdjęcia, jeszcze inni gonili jaszczurki. W między czasie rozpalone zostało również ognisko, na którym każdy mógł upiec kiełbaskę bądź chleb. Albo jedno i drugie. Dla dzieci była to frajda, chociaż nie dla wszystkich. Urocze było, gdy do jednej z opiekunek podszedł chłopiec z już upieczoną kiełbaską i wywiązał się z tego mniej więcej taki dialog:

- Proszę pani, a co ja mam zrobić jak już wziąłem kiełbaskę?
- Skoro zrobiłeś kiełbaskę to teraz możesz ją zjeść.
- Ale ja nie lubię kiełbaski...
- To dlaczego ją wziąłeś?
- Bo chciałem.


Urocze było to, że chłopiec po prostu postanowił upiec kiełbaskę dla samej radości pieczenia, której ja w tym ogniu znaleźć nie umiałam, bo było mi, zdecydowanie, za gorąco od tego ognia. Może to też kwestia tego, że jestem zimnolubna. Ale po pieczeniu kiełbasek nadeszła pora na powrót w kierunku autokaru i odbicie na zamek w Ogrodzieńcu, pod który tylko podchodziliśmy i nie wchodziliśmy do środka, ale nawet tam mieliśmy kilkanaście minut dla siebie. 

 
 
 
 

Niby tylko osiem godzin, a jednak potrafiło zmęczyć. Po całym plenerze jeszcze wpadłam na urodziny wujka, więc zanim wróciłam do domu to zdążyłam się naprawdę wymęczyć. Ale było okej. I zdjęcia też były okej. W dodatku nie mogę narzekać, by wyszły słabe, zważywszy na to, że była to pierwsza próba fotografii z nowym aparatem. O którym zresztą kiedyś napiszę, bo ktoś w jednym z komentarzy mnie o to prosił. 

A jak wam minął weekend?

Czytaj dalej:
4 komentarze
Udostępnij:

06.05.2014

tabula rasa.

Mooooooorning!


Chociaż poranek to nie bardzo, ale co tam! Dzisiaj dosyć krótko, bo ostatnio zaczęłam się nad wszystkim zastanawiać i tak nie umiem przestać o tym myśleć, jak i o kilku innych sprawach, ale je pomińmy. Chodzi mi jednak o kwestię czysto blogową. Zwróciłam ostatnio uwagę na to, co dzieje się na innych, tych najczęściej odwiedzanych, blogach. Ewentualnie to tylko ja na takie wpadam, ale mianowicie chodzi mi o rozpoczynanie pisania bloga na nowo. Jaki to ma sens? 

Przyznam, że kiedy wpadłam na kolejny blog, który czytam, a który został rozpoczęty od nowa, zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy sama nie powinnam zacząć pisać łabędzia od początku, wiecie, do pierwszego posta. Przekreślić poprzedni rok, 58 postów na tym blogu, wszystkie 10 tysięcy wejść, 339 komentarzy, 132 obserwatorów, którzy powoli przychodzili tutaj, dołączali, znając całą historię bloga od początku, a mimo wszystko postanowili tutaj być, za co im bardzo dziękuję. Chodzi jednak o to, że zastanawiałam się nad tym, bo jednak trochę się zmieniłam przez ten rok, podeszłam do wielu spraw w inny sposób, postanowiłam inaczej prowadzić tego bloga, niż rozpoczęłam. Ale czy warto przekreślać swoją pracę co jakiś czas, gdy człowiek się zmieni? Czy nie lepiej jest po prostu móc kiedyś usiąść i zobaczyć to, jak człowiek się zmieniał przez te miesiące, czy może nawet lata. Nie mówię, że mój blog będzie prowadzony przez wiele lat, może równie dobrze przestanę go pisać za dzień, miesiąc, dwa. Prawda jest taka, że nigdy nie możemy być pewni, co niedługo nas czeka. Wiem to na swoim przykładzie. 

Nie mniej chodzi jednak o to, że zaczynanie bloga, to trochę tak, jakby ktoś rozpoczął na nowo pisanie zeszytu z polskiego, bo w ciągu ostatniego semestru zmieniło mu się pismo, więc wszystko musi przepisać. A ja lubię wracać do tego, jaka byłam rok temu, dwa, pięć. Ostatnio postanowiłam przeczytać moje opowiadanie, pisane ledwo dwa lata temu. Ręce mi opadły! To było nie tak dawno temu, a jednak miało tak niski poziom, że kiedy je czytałam, to mimo tematu, który nie był śmieszny, ja śmiałam się jak dzika.

Rozumiecie o co mi chodzi? Nie warto przekreślać całej swojej pracy tylko dlatego, że się zmieniamy. Chociaż prawda jest taka, że teraz o tym mówię, a nie wiem czy w czerwcu nie powitam was z pierwszym postem, albo na pierwsze urodziny bloga nie zrobię czystki totalnej i nie zacznę go prowadzić od nowa, bo bardzo mnie do tego ciągnie, tak prawdę mówiąc. Ale... jednak szkoda mi będzie przerywać to wszystko - usuwać post o homoseksualizmie i adopcji, który wzbudził kontrowersję, skasować felieton o Walentynkach, przypomnienie o wyzwaniu 100 szczęśliwych dni  czy ostatni post o niekończącym się spamie i pustych obserwacjach. Usunięcie któregokolwiek z tych trzech postów, z których, prawdę mówiąc, jestem najbardziej dumna, byłoby dla mnie dosyć trudne i sama nie wiem czy byłabym w stanie to zrobić. 

Ale! Mimo wszystko postanowiłam coś tutaj zmienić. I tym czymś jest właśnie tytułowa czysta karta.

TABULA RASA = CZYSTA KARTA


U mnie czysta karta będzie jednak mocno zmodyfikowana. W wersji pełnej powinnam właśnie usunąć wszystkie posty i rozpocząć pisanie łabędzia od początku. Modyfikacja jednak będzie polegała na tym, że, mam nadzieję, od tego postu zauważycie zmiany, jakie zajdą w prowadzeniu bloga i w pisaniu postów tutaj. Nie chcę robić tego, co do tej pory - dostosowywać się do ogółu społeczeństwa, dodawać tylko to, co ludzie uważają za odpowiednie, unikać tego, co nie podoba się ludziom. Mimo wszystko jednak chciałabym, prócz tego, co będę pisać, bo poczuję taką potrzebę, poznać wasze opinie, wasze zdania, wasze pomysły. Chciałabym wiedzieć co najlepiej wam się czyta, na co czekacie, co byście chcieli tutaj zobaczyć. 

Skąd te zmiany? Odpowiedź jest prosta - JA się zmieniłam. A jak człowiek się zmienia, to rzeczy dookoła niego również tym zmianom ulegają. Specjalnie ostatnio usiadłam i przejrzałam swoje POSTANOWIENIA NOWOROCZNE. I wiecie co? Sporo się zmieniło. Nie chodzi o to, że zaczęłam je spełniać, bo gdybym tak napisała to niestety bym skłamała. Chodzi o to, że rzeczy, które wtedy zapisałam i które wydawały mi się tak bardzo ważne, istotne, zmieniły znaczenie. Zrozumiałam, że dopiero po czasie jesteśmy w stanie rozróżnić coś istotnego - co jest dla nas ważne, a co ważniejsze. Zresztą, już teraz możecie spojrzeć na tamte postanowienia i zobaczyć co zostało skreślone - a to nawet nie jest połowa roku! A za niecałe osiem miesięcy zrobię pełne podsumowanie.

Moja czysta karta nie oznacza całkowitego początku. Nie. Ona oznacza początek czegoś nowego.


Czytaj dalej:
2 komentarze
Udostępnij:

03.05.2014

"cześć, obserwuję, wpadnij do mnie..."

No właśnie, cześć!

Dzisiaj trochę nietypowo. Na początku, jeśli ktoś nie zauważył, pojawiły się dwa nowe odnośniki na blogu - WASZE POMYSŁY oraz ALLEGRO. Zachęcam do korzystania z tego pierwszego, bo na drugim, póki co, okropne pustki. Ale to pewnie kwestia czasu. Dzisiaj jednak nie o nowych odnośnikach, stronach czy pomysłach, ale o czymś, na co na pewno wielu bloggerów zwraca uwagę, mniejszą lub większą. 

Cześć, jestem tu po raz pierwszy, obserwuję, wpadnij do mnie...


Jak często zobaczyliście takie teksty u siebie na blogu? Na pewno nie raz i nie dwa. A ile takich osób faktycznie zaobserwowało waszego bloga? Ja zauważyła niedawno tendencję ludzi do dodawania właśnie takich komentarzy. Z czystej ciekawości sprawdzam później ilu mam obserwatorów, ale liczba wciąż jest taka sama jak pięć komentarzy wcześniej. Jaki jest więc sens powyższych słów? Po co piszesz, że obserwujesz, skoro tego nie robisz? Nie chodzi mi o to, że nie zwiększa mi się ilość obserwatorów, co przekreśla szanse na podjęcie jakiejkolwiek pierwszej współpracy (o Merlinie, jak mi z tym ciężko...), ale chodzi o to, że to jest takie robienie z bloggera idioty. Naprawdę. Albo z siebie, jak kto woli. Czy Wy, kochani komentujący, naprawdę uważacie, że zwiększycie swoją ilość obserwatorów i wejść na bloga przez coś takiego? Jeśli tak, zastanówcie się nad tym poważnie.

Ja na przykład widząc komentarz "Cześć, ale tu fajnie, obserwuję, wpadnij do mnie..." od razu go ignoruję. Naprawdę. Gdybym dostała komentarz, który będzie świadczył o przeczytaniu chociaż jednego posta na blogu, na przykład tego, który właśnie został przez Ciebie skomentowany, oraz dodaniu do niego swojego adresu bloga, odwiedzam takie blogi. Naprawdę. Czasem nawet je skomentuję, chociaż raczej nie skłaniam się ku komentowaniu, chyba, że coś mnie zaciekawi. I wiecie co? Najczęściej blogi takich osób naprawdę są w stanie mnie wciągnąć!

Nie rozumiem jednak tych, którzy tak komentują. No wiecie, "obserwuję, wpadnij do mnie" albo "obserwuję, liczę na rewanż". To nabijanie pustych obserwacji zamiast przyciągania do siebie prawdziwych czytelników, którzy wchodzą na Twojego bloga chętnie i za każdym razem, gdy pojawi się nowy post. Ja się cieszę z każdego nowego wejścia i każdego obserwatora, który jest wynikiem mojej pracy, a nie rozrzuconych postów i komentarzy w stylu "obs za obs", gdzie nabijają mi się tylko statystyki, ale nic poza tym. Chciałabym mieć większe grono obserwatorów, ale te 122 osoby i tak są dla mnie wielką radością. Naprawdę! Nawet nie wiecie jak cieszę się z tylu obserwatorów, mimo iż mój blog niedługo, bo za dwa miesiące, będzie mieć rok, a niektórzy bloggerzy, bądź ludzie, którzy szumnie się nimi nazywają, mają po roku blogowania prawie lub nawet ponad tysiąc obserwatorów. Ale ja piszę nie dla obserwacji. Ja piszę dla siebie i dla Was, dla ludzi, do których docieram ze swoimi postami. Mam tylko nadzieję, że kiedyś dotrę jeszcze dalej!

Na grupach, do których należę, a o których pewnie będzie jeszcze inny post, bardzo często dochodzi do różnego rodzaju dyskusji, które częściej można nazywać kłótniami bez większego sensu. Teraz na przykład również wzięłam udział w takiej dziwnej kłótni, która zaczęła się od wspomnienia właśnie z tymi wszystkimi obserwacjami za obserwację oraz blogami, które często zaśmiecają blogosferę - ze zdjęciami bez polotu, z błędami ortograficznymi, ze spacjami przed znakami interpunkcyjnymi, z postami w stylu "dzisiaj wstałam o 12, zjadłam to i to, a potem zrobiłam to i to...", które niczego nie wnoszą, a trochę zaśmiecają - przy tak wielkim spamie na grupie nie jestem w stanie wyłapać tych, które naprawdę warto przeczytać. A szkoda.

Co zrobić, by blogosfera się zmieniła? Jak to... naprawić?
"cześć, obserwuję, wpadnij do mnie..."
Nie, dziękuję.

Czytaj dalej:
23 komentarze
Udostępnij:

01.05.2014

czy potrafisz być szczęśliwy 100 dni z rzędu?

Cześć!

Na miły początek majówki - miły post. Miało być co innego, wyszło, jak zwykle, co innego. Do napisania akurat tego postu naprowadziła mnie trochę Karolina, gdy podesłała mi wczoraj jedną stronę. Najpierw popatrzyłam na to wszystko sceptycznie, jak przystało na mnie. Później jednak postanowiłam się nad tym trochę bardziej zastanowić, aż w końcu stwierdziłam, że co mi szkodzi, mogę zaryzykować. I przy okazji mogę Wam wszystkim trochę o tym opowiedzieć!

Czy potrafisz być szczęśliwy 100 dni z rzędu?


Ludzie mają tendencję do pesymizmu i nie cieszenia się z rzeczy małych, może trochę niewiele znaczących. Dużo z nas uważa, że nie można cieszyć się z małych rzeczy jak dobry napis pod kapslem z Tymbarka, miły komentarz na blogu czy uśmiech obcej osoby. A przecież to sprawia nam dużo więcej radości niż nowy laptop, wycieczka dookoła świata czy jeszcze coś innego, materialnego, na co trzeba zbierać pieniądze przez dłuższy czas. Zapominamy o tym, że powinniśmy się cieszyć z małych rzeczy, jak śpiewa w swojej piosence Sylwia Grzeszczak



Ktoś jednak pomyślał o tym, by przypomnieć ludziom o radości z małych rzeczy - stworzył wielojęzyczny projekt w internecie, w którym udział może wziąć każdy, kto ma chociaż odrobinę dobrej woli, czasu i jakikolwiek aparat - nawet ten najsłabszy w telefonie. Wystarczy tylko zarejestrować się TUTAJ i codziennie dodawać jedno zdjęcie na któryś z wybranych portali - facebook, instagram, twitter, tumblr - bądź zwyczajnie wysyłać codziennie zdjęcie na podany adres e-Mail. A czego ma dotyczyć zdjęcie? Tego, co w danym dniu sprawiło Ci radość. 

Wchodzimy na stronę wydarzenia 100happydays i wypełniamy krótką ankietę po czym klikamy żółty przycisk GO i rozpoczynamy nasze wyzwanie szczęścia! Możemy również wpisać swój własny hashtag, by wasze zdjęcia widzieli tylko ludzie z waszego grona przyjaciół bądź zwyczajnie wysyłać na maila - wtedy o tym, co sprawia wam radość, wiedzieć będziecie tylko Wy i organizatorzy. Ale czy nie lepiej zdecydować się na udostępnianie tego na co dzień?

Na samym dole ankiety widnieje niewielka ramka, w której możemy wpisać co nas motywuje do uczestniczenia w zadaniu. Co motywowało mnie? Prawdę mówiąc chciałam pokazać nie tylko znajomym, ale również samej sobie, że potrafię cieszyć się z małych rzeczy, które dla jednych są nieistotne, ale dla mnie mogą być największą radością. A jaka będzie Wasza motywacja?

Ja zaczynam je od dzisiaj. Zdjęcia będę codziennie wrzucać na instagram, zapraszam do zaglądania tam codziennie, sprawdzając co takiego może sprawiać mi szczęście. 

A co wam sprawia szczęście?

Czytaj dalej:
9 komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.