25.04.2014

homoseksualizm i adopcja.

Dzień dobry!

Chociaż czy on taki dobry to ja się jeszcze zastanowię, a raczej dopytam pod koniec postu. Dzisiaj przywędrowałam do was z tematyką bardzo, bardzo trudną. Mianowicie przybywam z homoseksualizmem, małżeństwami par jednej płci i adopcjami dzieci przez nich. Temat trudny, prawda? A poglądy moje, które pojawią się poniżej, są poglądami, które formowały się przez ostatni rok, nawet półtorej. Na początku były skrajne. Później postanowiłam sobie to wszystko na spokojnie przemyśleć. No to przemyślałam.

Homoseksualizm i biseksualizm to tematy, które jeszcze niedawno były z kręgu tematów tabu. Ludzie bali się o tym rozmawiać, bali się także wspominać, że mogą być odmiennej orientacji albo w ogóle mogą im się podobać osoby obu płci. Wśród niektórych osób to w dalszym ciągu temat trudny do zaakceptowania. Jedni uważają to za coś normalnego, dla innych to nienormalne wynaturzenie, z którym trzeba coś zrobić. Popadanie ze skrajności w skrajność jest moim zdaniem niezdrowe i trzeba wyważyć odpowiedni poziom, by każda ze stron była zadowolona. Chociaż myślę, że przy homoseksualizmie nie ma szans na zadowolenie każdej ze stron.

NIC NIE MAM DO OSÓB HOMOSEKSUALNYCH. Serio. Stwierdzenie "uwielbiam gejów i lesbijki" byłoby jednak nie na miejscu, mimo iż znam kilka takich osób. I mimo iż osoby, które ich nie znają, są w stanie tak mówić. Nie. Wychodzę z założenia, że mówienie, że się coś uwielbia, jest jakby... wyciąganiem na wierzch ich "odmienności". To znaczy... Zazwyczaj mówi się "uwielbiam psy i koty" albo "uwielbiam róże i tulipany" albo "uwielbiam lato". Nie mówimy "uwielbiam heteroseksualnych!". Więc dlaczego tak często słyszę "uwielbiam osoby homoseksualne"? Przecież to jest zwyczajnie dziwne. Jeśli nie mówisz jednego - nie mów drugiego. Sama miałam okazję poznać już kilka osób o orientacji odmiennej od mojej. Nie widzę jednak różnicy między osobami heteroseksualnymi, a homoseksualnymi. Przecież to normalni ludzie. A miłość to miłość.Nie uważam, jak niektórzy, by to trzeba było leczyć. Wychodzę z założenia, że skoro homoseksualizm trzeba leczyć, to to samo może iść w drugim kierunku - że heteroseksualizm też można by było leczyć. A przecież ani jednego ani drugiego nie da się leczyć. Osoba homoseksualna kocha tak samo, jak heteroseksualna. Jej miłość w niczym nie jest gorsza, może być nawet silniejsza, może nawet mniej krzywdzić. Dlaczego? Bo dużo lepiej rozumie swoją drugą połówkę. Bo są w końcu jednej płci. Kobieta lepiej zrozumie kobietę niż facet. Ponoć. Nie wiem, mnie jest dobrze tak, jak jest.

Ostatnio głośno o małżeństwach homoseksualnych. Również głośno jest o adoptowaniu przez nich dzieci. Co do małżeństw, cóż, niech robią co chcą, dla mnie mogą się żenić, wychodzić za mąż czy co tam będą robić. Jeśli tak bardzo zależy im na braniu ślubów - niech biorą. Ja osobiście uważam, że małżeństwo nie jest w życiu potrzebne. To tylko mały papierek, ani on życia nie ułatwia, ani on go nie utrudnia. Część ludzi uważa, że małżeństwa są tylko dla osób o dwóch różnych płciach. Inni sądzą, że prawo do małżeństwa ma każdy. Słyszałam również opinię, że Bóg specjalnie tak nas stworzył, by małżeństwa zawierały tylko osoby o dwóch różnych płciach, bo gdyby chciał inaczej to by inaczej stworzył ludzi. Cóż, jak jest naprawdę - można się tylko zastanawiać. I tylko dyskutować. Nie nam jednak osądzać jak powinno to naprawdę wyglądać. A już na pewno nie ja powinnam to oceniać. Mogę tylko powiedzieć własne zdanie. Więc je wypowiadam - jeśli dwie kobiety chcą wziąć ze sobą ślub - niech biorą. To samo tyczy się dwójki mężczyzn. Małżeństwo to przecież ich osobista sprawa!

Inaczej jednak ma się sprawa w przypadku adopcji dzieci przez homoseksualistów. Moim zdaniem, a muszę przyznać, że zmieniło się ono w ostatnim czasie, byłoby to jednak nie na miejscu. Nie wątpię, że takie pary czy małżeństwa chciałyby mieć pełne rodziny, ale nie oszukujmy się - nigdy nie będą prawdziwym modelem rodziny. W tym przypadku muszę zgodzić się z faktem, że gdyby Bóg chciał, aby dwie kobiety miały dzieci, albo dwóch mężczyzn mogło mieć dzieci, stworzyłby nas tak, aby to było możliwe. A skoro nie jest to możliwe - wniosek jest prosty: adopcje w dalszym ciągu powinny być możliwe tylko w przypadku rodzin heteroseksualnych, aczkolwiek uważam, że powinny być również dozwolone, gdy osoba jest samotna, ale ma możliwości, by godnie wychowywać dzieci. Ale o tym innym razem. Wracając do sedna sprawy - wierzę, że dwie kobiety czy dwóch mężczyzn są w stanie dobrze wychować dziecko, zająć się nim, zaopiekować. Ale wiem, że nigdy nie będą w stanie wpoić mu takich samych wartości, jak heteroseksualni rodzice. Może i będzie dużo bardziej tolerancyjne od reszty, ale nie będzie miało takiego samego wychowania. Będzie, mimo iż rodzice na pewno będą się starali, zawsze odstawało od reszty. Dwóch ojców nigdy nie da dziecku takiego samego poczucia bezpieczeństwa i ciepła, jak ojciec i matka. Dwie matki natomiast nigdy nie wychowają dziecka w taki sposób, by nie odczuwało braku ojcowskiej ręki.

Dla mnie mimo wszystko prawdziwym modelem rodziny to w dalszym ciągu kobieta, mężczyzna i dziecko albo kobieta i dziecko, ewentualnie mężczyzna i dziecko. Mężczyzna, mężczyzna i dziecko czy kobieta, kobieta i dziecko to już pewnego rodzaju patologia. Chory układ, w którym prędzej czy później ucierpi nie kto inny jak zaadoptowane dziecko. Więc czy warto narażać je na takie cierpienie?

Nie sądzę, by osoby odmiennej orientacji nie były w stanie zaopiekować się dzieckiem. Nie raz to pewnie oni byliby w stanie zapewnić dziecku lepszy start w życiu, lepszy byt materialny. Ale czy to jest tak naprawdę ważne? Czy w życiu ważniejsze są pieniądze od całej reszty? Moim zdaniem nie na tym polega dzieciństwo.

Poza tym, jeśli takie rodziny bardzo pragną mieć jakiś kontakt z dziećmi, to w domach dziecka w całej Polsce jest możliwość wolontariatu. Można przychodzić do całej grupy dzieci, można również przychodzić do pojedynczych osób. Rozkaz jest jeden - nie można się do nich przywiązywać. Ale można im pomóc, dając im miłość i ciepło, dając odrobinę zrozumienia, zainteresowania. Pokazując, że mogą liczyć na kogoś. Czy to nie jest idealna alternatywa?


Chciałabym poznać Wasze opinie na ten temat, zanim zjecie mnie za moją własną.
Jakie jest Wasze stanowisko w tej sprawie?

Czytaj dalej:
19 komentarzy
Udostępnij:

23.04.2014

blogi, które chętnie czytam.

Cześć, cześć, cześć!

Dzisiaj krótko i na temat. Trzy dni na uczelni i weekend, co za cud. Szkoda, że to będzie bardzo, bardzo męczący czas. Ale dzisiaj przynajmniej podrzucę wam kilka blogów, na które może będziecie wchodzić równie chętnie jak ja. Zrobiłam sobie krótki ranking blogów, na które wchodzę przy każdym nowym poście i staram się je na bieżąco komentować. A przynajmniej za każdym nowym postem staram się je czytać! To takie moje... 

TOP 10 BLOGÓW.


Joanna to dwudziestojednoletnia studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Ale nie tylko. Jest również mamą czteromiesięcznego Iwa, szerzej znanego jako Bajtla bądź Obywatela. Trafiłam na tego bloga przez przypadek. Postanowiłam przeczytać post. Później powiedziałam sobie, że jeszcze jeden, jeszcze jeden... Aż w końcu po dwóch godzinach odkryłam, że już nie bardzo mam co czytać, bo skończyły mi się wszystkie posty. Lubię jej styl pisania i lubię to, że niczego nie ukrywa i nie owija w bawełnę. Jest pewna siebie i wie co chce przekazać ludziom. A przekazuje jak to jest być samotną matką i jak ciężko jest w Polsce utrzymać siebie i dziecko.
http://mamabajtla.pl/

Mamą Kubusia jest dwudziestopięcioletnia Karolina, samotnie wychowująca syna. W swoich poglądach i postach jest dosyć kontrowersyjna i brutalna, nie owija w bawełnę. Po urodzeniu Kuby zabrała się za nowe hobby - przerabia i szyje, sama, ubranka dla dziecka! Pisze na blogu o wszystkim, chociaż głównie, jak wiadomo, skupia się na swoim małym skarbie - Rocznym Kubusiu.
http://mama-kubusia.pl

Angelika to dwudziestodwuletnia mama na pełnym etacie. Prawie czteromiesięczna Marcelina jest oczkiem w głowie swojej mamy. Sama Angelika dopiero niedawno zaczęła swoją przygodę z takim blogowaniem, ale ja bardzo dzielnie jej kibicuję - w końcu to moja Andzia! Wiem, że prócz zmagań z codziennym byciem mamą, na marchewkowym niebie pojawią się również różnego rodzaju przepisy i zdjęcia. A ja już nie mogę się doczekać!
http://marchewkowe-niebo.blogspot.com/

No i kto nie zna Kuca? Cóż, pewnie mimo wszystko sporo osób. Ale Ci, którzy go znają i czytają, zawsze go uwielbiają. Jego tekst o dobiciu polskich artystów, z którym zresztą w pełni się zgadzam, jest jedną z wielu perełek. On nie owija w bawełnę. No właśnie, On. Blog jest prowadzony przez chłopaka, co w brew pozorom nie zdarza się jakoś często, a jeśli blog ten jest prowadzony z sensem i przyciąga uwagę to już w ogóle cud niczym odnalezienie miejsca parkingowego w Katowicach w samym środku dnia. Kuc jednak potrafi wciągnąć czytelnika, niczego nie owija w bawełnę, nie jest typem "słodkiego autora pościków" i wali prosto z mostu ze wszystkim. Aż chce się czytać coś, co nie jest masą słodyczy, to taka cudowna odskocznia od reszty.
http://kucfilolog.blogspot.com/

To blog mojej Natalii. Sam blog powstał nie tak dawno, bo w lutym, ale posty tworzone były już dawno temu. W głównej mierze możemy u niej znaleźć felietony na różne tematy. Sama najbardziej lubię chyba ten Walentynkowy, ale pewnie dlatego, że czuję się z nim mocno utożsamiona. Bo myślę podobnie do Natalii. Lubię jej felietony, a ostatni "Pan wejdzie, pan usiądzie. Kotlecika?" sprawił, że zaczęłam intensywniej myśleć o tym, co sama piszę, jeśli chodzi o opowiadania. I muszę przyznać, że aż mnie to zabolało, znaczy te przemyślenia. I wiecie co? Jak piszecie bądź namiętnie czytacie jakiekolwiek opowiadania - zapraszam do przeczytania tego!
http://wypstrykando.blogspot.com/

Radosuaf przez przypadek stał się moim ulubieńcem blogowym. Wpadłam kiedyś na jego blog, gdy jeszcze był on na blogspocie i okazało się, że ta ironia i ten sarkazm, które biją z jego bloga, przyciągnęły moją uwagę tak mocno, że wciągnęły mnie w swoje sidła i nie chcą wypuścić. Ma w tym roku lat osiemnaście, ale bardzo łatwo go pokochać. Porusza tematy różne, ale wszystkie są zaprawione pewną ironią, może nawet kpiną, ale w sposób tak idealnie dobrany, że czytelnik uśmiecha się nawet wtedy, gdy jest przez niego obrażany. Uwielbiam jego felietony!
http://www.radosuaf.pl

7. Czmiel.
Czmiel to nikt inny jak Joanna. Ma dwadzieścia dwa lata i jest studentką biotechnologii. Jej blog to jej miejsce w sieci. Prowadzi go od 2011 roku i pisze na nim o wszystkim - o podróżach, książkach, filmach, marzeniach i wydarzeniach. Pokazuje nam również swoje zdjęcia, a także pisze o swoich myślach. Czmiel to taka radosna osoba, przynajmniej tyle wnioskuję z jej postów. Jest pełna energii i chęci do pracy, ma swoje pasje i pomysły, chce spełniać marzenia. 
http://czmiel.blogspot.com/

Sara ma zaledwie piętnaście lat i bloga prowadzi mniej więcej tyle czasu, co ja. Jest jednak, jak zauważyłam, dużo bardziej dojrzała niż można się tego spodziewać po jej metryce. Chesire blog to jej drugi blog i widać, jak bardzo się rozwija. Skupia się jednak, jak mi się wydaje, w głównej mierze na zdjęciach - nie tylko tych makro, ale także swoich własnych. Jak sama pisze - interesuje się fotografią.
http://chesire-blog.blogspot.com/

Wiktoria ma piętnaście lat i, moim zdaniem, jest wszechstronnie uzdolniona. Bloga Z Pasją Do Życia prowadzi już od ponad roku i pojawia się na nim wszystko - od zdjęć przyrody, opisów dnia codziennego, po outfity, jej własnoręcznie robione portrety i posty z cyklu DIY. Sama wchodząc po raz pierwszy na ten blog nie byłam pewna czy to dobry pomysł, ze względu na młody wiek autorki. Przyzwyczajona do blogów, które są prowadzone właśnie przez dziewczyny w przedziale wiekowym 12-15 lat, które pozostawiają wiele do życzenia, skłonna byłam i ten blog ocenić po okładce. Na całe szczęście tego nie zrobiłam i dzisiaj jestem stałą czytelniczką Wiktorii, która dla mnie wygląda jak porcelanowa laleczka - tylko pozazdrościć urody! ;)
http://zpasjadozycia.blogspot.com/

10. Upendi007
Prowadzi go prawie szesnastoletnia Karolina. Dziewczyna dzieli się swoimi przemyśleniami na różne, nie raz i kontrowersyjne, tematy. Nie boi się wspomnieć o aborcji, homoseksualizmie, o feminizmie. Mimo wieku ma całkiem dobrze wyrobione poglądy na różne tematy i, co najważniejsze, potrafi o swoje poglądy walczyć, nie wstydzi się ich. Cały czas się rozwija.
http://upendi007.wordpress.com/


Poza tym uwielbiam poczytać M Ortycję, Beyoursele, Chata Wuja Freda. Jest jeszcze kilka, może nawet kilkanaście blogów, na które chętnie wchodzę, chętnie czytam, czasem zdarzy mi się je skomentować. Ale takich blogów, niestety, jest coraz mniej. Szukam jednak w dalszym ciągu czegoś, co mnie wciągnie i nie będzie chciało wypuścić. Zobaczymy co takiego ciekawego dzisiaj mi ktoś podrzucił!

A wy? Macie swoje ulubione blogi?

Czytaj dalej:
16 komentarzy
Udostępnij:

21.04.2014

wyjdź na spacer i zrób zdjęcia!

Dzień dobry!

Wczoraj zawaliłam i nie dodałam kolejnych niedzielnych inspiracji, ale nie dałam rady. Święta, goście, naprawdę dużo roboty i skończyło się, tak jak się skończyło - zaraz po wyjściu gości poszłam się położyć i padłam jak dziecko, więc nie zdążyłam nic napisać. A dzisiaj wahałam się nad różnymi tematami postu, ale w końcu zdecydowałam się wrzucić tylko zdjęcia - pozostała tematyka jest zbyt... poważna i kontrowersyjna, bym miała siłę poruszać ją w święta.

Narobiłyśmy się z mamą, ale trzeba przyznać - efekty były bardzo, bardzo dobre. Sama upiekłam dwa ciasta - sernik oraz babkę, jedno i drugie było przepisem z głowy. A potem, ze względu na to, ilu było gości, trzeba było gotować, gotować, gotować. Ale nie żałuję, było warto zobaczyć w święta chociaż niewielką część rodziny. A dzisiaj, by nie było za pusto, wrzucam kilka zdjęć zrobionych podczas ostatniego spaceru! W końcu była ładna pogoda, w końcu było słońce, w końcu mogłam wyprowadzić swój aparat na spacer! A jak dobrze pójdzie to jutro będę w końcu miała moją małą cyfrówkę z Nikona, ale to się jeszcze wszystko okaże. Zobaczymy jakie ona robi zdjęcia!

 
 
 
 
 
 
 
Więcej zdjęć, o ile spodobały Ci się powyższe, znajdziesz tutaj: FANPAGE.


Dla studentów - miłego powrotu na uczelnię!
Dla pracujących - aby ten tydzień nie był dla was za ciężki!
Dla matek - aby dzieci nie dawały wam popalić!
Dla gimnazjalistów - aby dobrze poszły wam testy!

Dobranoc!

Czytaj dalej:
15 komentarzy
Udostępnij:

17.04.2014

archaizm XXI wieku.

Dzień dobry!

Za oknem pogoda jest, jaka jest, czasem pada, czasem świeci słońce, mój pies przez to okropnie szaleje, bo chce wychodzić na balkon, jak świeci słoneczko, a wracać do mieszkania, jak pojawiają się chmury. A ja nie mam czasu stać przy drzwiach balkonowych, by otwierać i zamykać je na zmianę co pięć minut. Trzeba sprzątać! Za trzy dni święta, was też tak wszyscy gonią do sprzątania, szykowania, gotowania i innych prac domowych? Ja muszę dzisiaj ogarnąć w głównej mierze swój pokój, trochę mieszkanie, a jutro dzień w kuchni, przy pieczeniu ciast. Nie przepadam za świętami, ale wolne jest całkiem spoko. 

Dzisiaj jednak nie o tym. Dzisiaj o czymś, co dla większości ludzi jest już archaizmem. Mianowicie chodzi mi o pisanie listów. W XXI wieku pisze się maile i smsy, rozmawia przez facebooka. Idea pisania listów w formie papierowej zanika przez zwyczajne lenistwo ludzi. Bo fakt, jest to dużo bardziej czasochłonne czy nawet pracochłonne niż listy elektroniczne, ponieważ musisz usiąść przy biurku czy stoliku, sięgnąć po długopis bądź pióro i pisać ręcznie. Poświęcić pół godziny, godzinę czy dwie by napisać list, kupić kopertę i znaczek. To, owszem, dużo droższe niż wysłanie maila, ale daje dużo większą frajdę, gdy zaglądasz do skrzynki, a tam czeka na Ciebie pierwszy, drugi czy dziesiąty list. To wielka radość, gdy możesz przeczytać coś, napisanego własnoręcznie przez osobę, którą znasz, bądź osobę, której nigdy nie widziałeś na oczy, nigdy z nią nie pisałeś. Na facebooku pojawiło się kilka różnych grup, w których można znaleźć sobie kompana do pisania. Ja należę do trzech takich grup i właśnie stamtąd mam osoby, z którymi mogę wymieniać się listami. Jutro na pocztę z mojej strony znowu trafi kilka listów - jak dam radę do łącznie będzie ich dziesięć. 

Grupy, do których należę i które spokojnie mogę polecić to:


Przyjaciele z listów - Akcja promująca pisanie listów w XXI wieku :) --> 5 listopada 2013 Justyna założyła tę grupę. Ja dołączyłam do niej 21 stycznia tego roku, a więc kawałek czasu temu. W chwili obecnej jest to najliczniejsza grupa ze wszystkich, które znam, jeśli chodzi o pisanie listów. Jest tam 328 osób. Dzięki niej mam kilka (jak nie kilkanaście) osób, z którymi piszę listy. A przynajmniej dopiero zaczęłam listową konwersację - z niektórymi wymieniłam dopiero po jednym liście, z innymi ledwo po dwa. Wierzę jednak, że to się dopiero rozwinie i będziemy pisać. Każdego, kto lubi pisać listy, zapraszam tutaj!

Polska pisze listy! --> Grupa powstała 31 stycznia i w ten sam dzień do niej dołączyłam, tylko kilka godzin później. Jest to jednak najmniej liczna grupa, bo ma tylko 154 osoby, jednak w niej również znalazłam osoby, z którymi chętnie zaczęłam wymieniać listy. Tutaj również zapraszam wszystkich, którzy lubią pisać listy odręcznie, a nie elektronicznie.

Przywróć życie listom! --> Grupa, chociaż z najkrótszym stażem, bo od 5 kwietnia 2014 roku, jest druga w kolejności jeśli chodzi o liczność, bo ma, do tej pory, 200 osób. Tutaj jednak nie chodzi tylko o wymienianie się listami - ludzie pokazują swoje zbiory listowe, kartki, chwalą się tym, co osiągnęli. To nie tylko grupa, gdzie można znaleźć chętnych do wymiany listowej, ale również można uzyskać pomoc na temat listów i podyskutować na różne tematy, związane oczywiście z wysyłką pocztową. Także was wszystkich tutaj zapraszam!

 świąteczne paczki i kartki, łącznie 20 sztuk.

Na każdą z tych grup trafiłam przypadkowo, ale bardzo się z tego cieszę. Znalazłam sobie osoby, z którymi mogę pisać - takie, które dzielą moje pasje i zainteresowania, ale również takie, których pasje i zainteresowania są odległe od moich. W ten sposób mogę dzielić się z innymi tym, co lubię, ale również mogę poznawać nowe rzeczy, poszerzać własne horyzonty. Można również pisać z osobami w różnym wieku - chyba najmłodsza osoba, na jaką wpadłam miała lat trzynaście, może nawet dwanaście. Najstarsza... Chyba miała 25 lat, ale nie jestem pewna, a kłamać was nie chcę. To piękne, że nie zwracamy wtedy uwagi na wiek, zainteresowania, dzielące nas kilometry. Po prostu piszemy z ludźmi z całej Polski, czasem również z zagranicy.

Póki co listy wysyłam zwyczajne - proste, białe koperty, białe kartki, nic poza tym. Tak przynajmniej będzie wyglądał każdy mój początkowy list. Niedługo jednak zamierzam kupić taśmy i naklejki ozdobne, by móc ładnie przyozdobić każdy kolejny list, każdą kolejną kopertę. Początkowo jednak boję się, że moje starania pójdą na marne - bardzo dużo osób zwyczajnie jest kolekcjonerami pierwszych listów i na nie nie odpisują. Ja odpisuję, chociaż z pewnym opóźnieniem, ale to jest spowodowane najczęściej natłokiem zajęć na uczelni i braku czasu w życiu codziennym. Staram się wysyłać listy średnio dwa razy w miesiącu, co dwa tygodnie właśnie. Wtedy nie wysyłam po jednym liście, a hurtowo.

Pierwszy list jest jednak zawsze najtrudniejszy - człowiek nie wie jak zacząć i co napisać, by drugiej osoby nie odstraszyć już na samym początku. Ja zwykle zaczynam od napisania czegoś o sobie - krótkie przedstawienie co robię i co lubię, zadanie kilku pytań. Każdy list jednak powinien wyglądać w miarę elegancko - bez kleksów, z poszanowaniem zasad ortografii i w miarę stylistyki, z powitaniem i pozdrowieniami na samym końcu. Lubię takie przejrzyste listy dostawać, chociaż przyznam, ludzie pisma mają różne. Ale dopóki wszystko potrafię rozczytać - jest elegancko i bez problemów.

Część listów, które do tej pory dostałam:

oraz listy, które jutro zostaną wrzucone do skrzynki:

Wymieniam się również pocztówkami, które zbieram od kilku lat i mam ich całe pudełko. Zbieram pocztówki z każdego zakątka świata, z każdego miejsca, w którym jestem. Czasem również proszę znajomych, by kupili mi pocztówkę czy dwie, jeśli gdzieś wyjeżdżają. W ten sposób również trafiłam na stronę postcrossingu - tam także zapraszam ludzi, którzy lubią wymieniać pocztówki.

A teraz życzę miłego dnia, miłego długiego weekendu i miłego listowania!
Do przeczytania!

Czytaj dalej:
10 komentarzy
Udostępnij:

10.04.2014

wspomnienia z Krakowa.

Labas rytas!

A raczej dzień dobry! Tym razem przywitanie litewskie, kilka języków jeszcze mam w zanadrzu. Trochę więc was pomęczę różnymi przywitaniami, żeby nie było nudno. Dzisiaj mam krótką fotorelację z Krakowa, tym razem z 2013 roku. Takie wspomnienia, związane z tym, że już za niedługi czas, a dokładniej za jakieś trzy tygodnie, nawet nie całe, znowu wybieram się ze znajomymi do Krakowa, tym razem z zupełnie innymi osobami. Tylko ja i mój aparat będziemy starą ekipą! No chyba, że zamiast lustrzanki wezmę cyfrówkę, to ze starej ekipy będę tylko ja jedna, samotna. Ale tym razem już nie pociągiem, nie, nie, nie. Wolę busem.
Normalni ludzie raczej nie wstają o godzinie 3:30, by dotrzeć na pociąg o 5:21. Normalni ludzie o tych godzinach jeszcze śpią, zwłaszcza, jeśli mogą. Normalni. My nie. JA nie. Musiałam wstać równo z tatą, na całe szczęście tata się nade mną zlitował i mnie obudził, bo ja inaczej bym pewnie zaspała, albo wyrzuciła telefon przez okno. Ostatni, a zarazem pierwszy autobus miałam o godzinie 4:29 i prawie 20 minut później trzeba było czekać na dworcu aż przyjedzie nasz pociąg do Krakowa. Plus tego wszystkiego był taki, że 17 maja 2013 pogoda nam dopisała.
Moje ADHD przeszło samo siebie - o 5 rano miałam więcej energii niż normalnie o 8 czy 9 rano. A wtedy... mogłabym zrobić wszystko. Dzisiaj na przykład nie mam energii wcale, a rzekomo się wyspałam. Rzekomo. Ludzi jechało całkiem sporo jak na tę porę dnia. A my, co normalne, znowu stanęliśmy na stacji Jaworzno Szczakowa, na około 20 minut. To, jak dobrze mi wiadomo, norma.
Mam chyba fetysz tabliczek z adresami. Serio. Prawie wszystkim tabliczkom uliczek, przez jakie przechodziliśmy, robiłam zdjęcia. Tutaj wrzucam tylko te dwie - Floriańską i Pijarską, chociaż na laptopie powinnam mieć jeszcze ulicę Grodzką i jakąś inną jeszcze. A jak pojadę w tym roku, w maju, porobię zdjęcia jeszcze innym uliczkom! Dzień, jak to u nas bywa, zaczęliśmy od My Coffee Heaven, ale co tam zostało zakupione - nie pamiętam, ni hu hu. Skleroza jest rzeczą bardzo dobrą, czasami, chociaż wolałabym pamiętać nawet takie szczegóły.
 
Posiedzieliśmy sobie na Rynku, przez długi czas. Porobiliśmy już tam masę zdjęć. Ja skupiałam się głównie na zabytkach, budynkach i przyrodzie, co widać na powyższych zdjęciach. To w sumie normalne, czasem tylko zdarzy się, że zrobię jakieś zdjęcie ludziom. W końcu jednak zdecydowaliśmy się ruszyć z Rynku i z Sukiennic i poszliśmy na Wawel. Lubię Wawel, chociaż szkoda, że nie mogliśmy wejść do komnat i innych. I szkoda, że nikt nie chciał ze mną iść do Smoczej Jamy. Cóż, może w tym roku ktoś się nade mną zlituje?
 
 
Wawel, Wawel, Wawel! No i jego okolice. Tutaj też powstało kilka zdjęć, a nawet kilkanaście, ale znowu wrzucam tylko te krajobrazowe i te, które dotyczą budynków. Nasze nie muszą się tutaj pojawiać przecież. Cholernie się cieszę, że nam tak pogoda dopisała wtedy, w ten piątek. Było gorąco, nie ciepło, a zwyczajnie gorąco, jak w środku lata. Było słońce, które wręcz parzyło i był lekki wietrzyk. Po prostu było cudownie. Spędziliśmy większość dnia w Krakowie, spacerując po Wawelu i okolicach Rynku. Nie było na co narzekać, bo było fantastycznie. No, prawie. Wracając już, a raczej kierując się ponownie w stronę Rynku, wpadliśmy wprost na jakąś norweską paradę - ludzi było mnóstwo, w strojach ludowych, z flagami, wołając po norwesku i śpiewając hymn Norwegii. To było naprawdę ciekawe.
A potem... Cóż, Kraków to nie miasto, Kraków to stan umysłu! ;).
Może w tym roku znowu spotka nas coś równie... interesującego? Nie ukrywam, byłoby naprawdę, naprawdę fajnie! Ktoś z was lubi Kraków? A może tam mieszka?

Zapraszam do odwiedzania TU i TU ;).
Miłego dnia!

Czytaj dalej:
8 komentarzy
Udostępnij:

08.04.2014

happysad na nowo.

Dzień dobry!

Niby wiem, że miało nie być zdjęć z koncertu happysadu, ale ostatecznie zdecydowałam się, że kilka fotografii telefonem nie wyszło mi najgorzej i mogę zrobić krótką relację z koncertu. Mimo wszystko bardzo przepraszam za jakość poniższych zdjęć, ale mam nadzieję, że to już ostatni raz taka jakość. 

Wszystko jedno 2014 tour to cała trasa koncertowa z okazji dziesięciolecia ich pierwszej płyty studyjnej właśnie o tym tytule - Wszystko jedno. Krążek ten został wydany w 2004 roku i, jak zostało to powiedziane na koncercie, zespół nie miał pojęcia, że nagranie tych utworów i wydanie tej płyty może mieć takie, bardzo pozytywne dla nich, efekty. Koncert, na którym byłam, był ostatnim w całej tej trasie i, jak każdy z nich, był odwzorowaniem płyty na żywo, według kolejności, w jakiej utwory zostały na płytę dodane. Byłam, i dalej jestem, pełna podziwu dla Kuby, który zaśpiewał nie czternaście czy tam piętnaście utworów, które można znaleźć na płycie, ale zaśpiewał ich aż 27 plus bonusowy cover Stąpamy po niepewnym gruncie, który zakończył całą trasę. I mimo niebywałego talentu całego zespołu - już na tym bonusowym, dwudziestym ósmym utworze, słychać było zmęczenie wokalisty, chrypę i delikatny zanik głosu. Ale kto po bitych dwóch godzinach byłby w stanie śpiewać tak, jak na pierwszych trzech czy czterech utworach?

Kolejno zaśpiewane zostały utwory z pierwszej płyty - Czysty jak łza, Zanim pójdę, Hymn 78, Partyzant K, Noc jak każda inna, Jeszcze jeszcze, Czarownicy pies, Ostatni blok w naszym mieście, Ja do ciebie, Wrócimy tu jeszcze, Tak mija czas, Psychologa, Jeśli nie rozjadą nas czołgi, Wszystko jedno. Nie pojawił się jednak utwór bonusowy w postaci Marihuany, ale cała publiczność wołała, by zaśpiewali utwór, który pochodził z drugiej płyty, a mianowicie - Łydka, która została na tymże koncercie nazwana przez samego Qukę utworem komercyjnym. Ja osobiście bardzo lubię Łydkę, zwłaszcza w szybkiej wersji. Na koncercie pojawiły się jeszcze utwory z pozostałych czterech płyt - z drugiego albumu studyjnego Podróże z i pod prąd, pojawił się jeden utwór. Z trzeciego, czyli Nieprzygoda  pojawiły się dwa utwory. Z czwartego, Mów mi dobrze, zagrali aż sześć piosenek, no i z ostatniego, najnowszego albumu Ciepło/Zimno mogliśmy usłyszeć cztery utwory. W kolejności chronologicznej, po Wszystko jedno, pojawiły się - Nie będziem płakać, Mów mi dobrze, Kostuchna, Made in China, Długa droga w dół, Niezapowiedziana, Łydka, W piwnicy u dziadka, Damy radę, Nie ma nieba, Taką wodą być, Bez znieczulenia, Wpuść mnie.

Mimo iż uwielbiam happysad od bardzo dawna - nie lubię wszystkich utworów. Gdybym uwielbiała wszystkie utwory to byłoby nudne. Z tych koncertowych nie bardzo przepadam za Taką wodą być i W piwnicy u dziadka, natomiast cały koncert wyczekiwałam na Psychologa, Niezapowiedzianą i Nie ma nieba. Trochę brakowało mi 30 raz i Z pamiętnika młodej zielarki, zwłaszcza tego drugiego utworu, który był pierwszym, usłyszanym przeze mnie. To od niego zaczęła się moja przygoda z happysadem, w dodatku wszystko dzięki mojej kuzynce, która podrzuciła mi pierwsze utwory z ich płyty, tym samym mnie nimi zarażając. 

Żałuję tylko, że musiałam na koncercie stać tak daleko od sceny, bo aż pod samą ścianą, ale nie żałuję tego, że poszłam. Może przy następnym koncercie będzie już lepiej z moim kolanem i będę mogła, wraz z resztą ludzi, szaleć pod sceną. A teraz mam nadzieję, że niedługo znowu wyjdzie jakiś album, szósty już, happysadu. Uwielbiam ich!


A jakie są wasze ulubione zespoły? Może też lubicie happysad i byliście na jakimś koncercie? Pochwalcie się!

Czytaj dalej:
5 komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.