17.02.2014

światowy dzień kota.

Hej!

Dzisiaj od rana nerwy. Logowanie na przedmioty w systemie USOSweb to jeden z najgorszych etapów studiowania. Zwłaszcza jak o godzinie dwunastej logować mają się całe trzy lata polonistyki, czyli średnio licząc jakieś pół tysiąca osób, może trochę mniej. Siedem przedmiotów do zalogowania, komputer i internet szaleją, system się wiesza i ciągle wyskakuje błąd numeru 502. KOSZMAR. W samo południe zrobić taki rzut, człowiek sam nie ma pojęcia co ze sobą zrobić, co chwilę wciska klawisz F5 i ma nadzieję, że uda mu się zalogować tam, gdzie chciał. Mnie akurat się udało, pozostaje tylko problem z przeniesieniem Historii Filozofii, bo koliduje mi z językiem francuskim, ale na to już nie miałam wpływu - dwa przedmioty obowiązkowe dali o jednej godzinie, brawo dla układających plan!

Ale nie o tym. Dzisiaj o... KOTACH! Siedemnasty lutego to Światowy Dzień Kota. Jedni uwielbiają te futrzaste stworzenia, inni wręcz przeciwnie. Jeśli chodzi o mnie to zdecydowanie bardziej wolę psy, aczkolwiek uważam, że koty to bardzo dobre obiekty do fotografowania. Dużo łatwiej się je, moim zdaniem, fotografuje, niż psy, zwłaszcza mojego. Dzisiaj post trochę nietypowy jeśli chodzi o mnie, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. 

Co wiemy o kotach?

Koty to zwierzęta o uzębieniu tnąco-kruszącym, z silnie rozwiniętymi kłami i łamaczami. Mają mniejszą liczbę zębów niż inne drapieżniki, nie przekracza ona 30. Mają również dobrze wykształcone zmysły, zwłaszcza wzroku i słuchu. Głowa zaokrąglona, ciało wydłużone, pysk krótki, najczęściej długi ogon. Kończyny przednie pięciopalczaste, z chowanymi pazurami. Kończyny tylne czteropalczaste. Owłosienie miękkie, zazwyczaj równomierne, ubarwienie zmienne, często w plamy, pręgi lub cętki. Siatkówka oczu kotowatych jest niezwykle czuła dzięki warstwie guaninowej, powodującej charakterystyczne "świecenie oczu" pod wpływem światła.

Takie informacje podaje nam wikipedia. Cóż, jedyne co z tego wiedziałam to to, że mają one dużo lepiej wykształcony zmysł wzroku i słuchu oraz mają siatkówkę oczu, która powoduje, że te oczy się "świecą". Jeśli chodzi o całą resztę to może i wiedziałam, ale na pewno nie w takim typowo naukowym języku. Sama kota nigdy nie posiadałam, więc też nie do końca jestem w stanie powiedzieć jakie one są. Przebywanie z kotem od czasu do czasu, a na co dzień, to dwie różne rzeczy. Nie jesteśmy w stanie poznać kota tak dobrze, jak jego właściciel.

Chociaż... sama nie wiem czy chciałabym mieć kota. Może i to wdzięczny obiekt do fotografowania, ale czy tak dobry przyjaciel jak pies? Ilu ludzi tyle opinii, na pewno.















Zdobyć przyjaźń kota nie jest rzeczą łatwą. Nie lokuje on swych uczuć nierozważnie: może zostać waszym przyjacielem, jeśli jesteście tego godni, ale nigdy waszym niewolnikiem.
T. Gauthier

A wy? Jakie macie odczucia względem kotów?

Czytaj dalej:
11 komentarzy
Udostępnij:

15.02.2014

bóg mrugnął i nie otworzył oczu.

Hej, hej!

obecnie, jak widać, zmieniłam szablon. Ten obecny podoba mi się chyba jeszcze bardziej niż poprzedni. Skończyło się głosowanie na BLOG ROKU 2013. Prawdę mówiąc... mam nadzieję, że jeśli w przyszłym roku się zgłoszę, to pójdzie mi chociaż trochę lepiej, nie mniej - bardzo dziękuję tym naprawdę nielicznym za głosy. Cóż, wierzę, że w przyszłym roku będę mogła ponownie wystartować w konkursie i wyjdzie mi to znacznie lepiej niż tym razem. Ale czego się spodziewałam, prowadząc blog w kratkę, w dodatku taką szeroką, że czasem wypadały tylko trzy posty na miesiąc? Cud, że miałam jakiekolwiek głosy.

Dzisiaj raczej krótko. Najpierw chciałam w końcu napisać relację z obozu we Włoszech. Ostatecznie jednak pomyślałam, że na to potrzeba więcej czasu, bo nie dość, że relacja swoje zajmie to jeszcze warto przerobić te wszystkie zdjęcia, jakie mam. No i najpierw wybrać CO przerobić. Długo myślałam o tym, co by tutaj dodać, co napisać i ciągle nie byłam zadowolona z danego tematu. W końcu jednak, że tak powiem, z pomocą przyszły mi koleżanki i ich lekko zażarta dyskusja na temat... religii. Kontrowersyjny temat, nie powiem, ale uznałam, że to będzie naprawdę dobry temat. Lubię kontrowersje, co zresztą widać po ostatnim, Walentynkowym poście. Przyznam jednak szczerze, że miałam nadzieję na trochę większy odzew Walentynkowy, widocznie nie była to taka kontrowersja jak mój post na facebooku.


Bóg mrugnął i nie otworzył oczu.


Macie czasem takie wrażenie, że Bóg (o ile w niego wierzycie) w chwili waszych narodzin mrugnął i przegapił je, przez co teraz się wami nie interesuje i pozwala na różne krzywdy, mniejsze lub większe, które wam się dzieją? Odnosicie takie wrażenie, że w ogóle Bóg nie istnieje, a nawet jeśli istnieje to cała krzywda, jaka nas kiedykolwiek w życiu spotkała, jest tylko i wyłącznie jego winą? Czujecie, że nie jesteście w stanie zawalczyć o swoje życie, że nie jesteście panami i paniami własnego losu? Macie dosyć? Uważacie, że macie najgorzej w życiu? Że nikt nie może mieć od was gorzej?

Otóż... mylicie się.

Owszem, ja też mam czasem wrażenie, że spadło na mnie wszystko co najgorsze i na pewno nikt nie może mieć gorzej ode mnie, że wszyscy mają lepiej, że wszystkim jest łatwiej i prościej. Wiadomo, czasem wydaje się tak każdemu. Ostatnio nawet śmiała się ze mnie koleżanka za moje stwierdzenie, że

W dniu moich urodzin Bóg mrugnął, a później zapomniał, by otworzyć oczy.

No cóż, przyznam, że faktycznie trochę śmieszne. Myślę jednak w ten sposób, kiedy mam gorsze dni, mimo iż zdaję sobie sprawę i podświadomie zawsze czuję, że moje życie nie należy do najgorszych i naprawdę nie mam na co narzekać tak, jak narzekają niektórzy, bądź tak, jak narzekam mając gorszy dzień. Mam przecież kochających rodziców, mam dach nad głową i mam co jeść. Nie jestem śmiertelnie chora, nie mam raka, nie grozi mi amputacja żadnej kończyny, mogę chodzić, biegać i skakać. Może nie jestem w pełni zdrowa, ale nie mam na co narzekać. Staram się jak mogę, by całkowicie wyzbyć się marudzenia i narzekania na to, co mnie otacza, skoro otacza mnie naprawdę wiele dobrego.

Inaczej zaczęłam to wszystko postrzegać po przeczytaniu pewnej książki - Gwiazd naszych wina - która otworzyła mi oczy na moje dotychczasowe życie. Na mnie. Odwróciła mój niepoukładany świat do góry nogami, sprawiła, że zaczęłam na wszystko patrzeć zupełnie inaczej, podchodzić do wielu spraw dużo pewniej niż wcześniej bądź dużo ostrożniej niż do tej pory. John Green sprawił tą książką, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. JA nie będę taka sama, wiedząc, że moje problemy nieraz są naprawdę bardzo błahe, nawet nie nadają się do mówienia o nich. Są zbyt banalne, są niemoralne, są nienormalne.

Okej, czasem każdemu wali się świat, na swój sposób. Dla każdego co innego jest ważne. Dla maturzysty najważniejsze są dobre wyniki matury i dostanie się na wymarzone studia. Świat mu się wali, kiedy któraś z tych rzeczy nie wychodzi - zły temat na maturze, złe odpowiedzi, za dużo nerwów, za mało punktów, by dostać się na wymarzony kierunek. Dla takiej osoby, dla takiego niedoszłego studenta, w tamtej chwili jest to najgorsza wiadomość, która powoduje, że w tamtej chwili ma się poczucie, że gorzej być nie może i gorzej na pewno nikt nie ma. Po pewnym czasie jednak przychodzi ta myśl, że przecież nie ma się najgorzej - maturę można poprawić, na studia można startować również za rok, w między czasie można zrobić co innego. To wcale nie zamyka drzwi do kariery i wymarzonej przyszłości. Tak samo jest z pracą - jak nie ta, to zawsze jest następna. Jest wiele sposobów na to, by obejść nieszczęśliwe zdarzenie i iść dalej wyznaczoną przez siebie drogą. Gorzej jedynie może mieć osoba, która dowie się, że ma raka, bądź kobieta, której największym marzeniem jest założenie rodziny, a okazuje się, że jest bezpłodna i dzieci mieć nie może. Z czymś takim, z bezpłodnością, ciężko sobie poradzić, zwłaszcza gdy wiązało się z tym przyszłość, z dziećmi, ze szczęśliwą rodziną, a wiek sprawia, że nagle wszyscy zaczynają zadawać jedno pytanie. Kiedy dziecko, ślub, rodzina? Co w takim przypadku dana kobieta powinna zrobić? Co powiedzieć? Przez pierwsze dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata, takie pytanie może być dla niej tylko szpilą w samo serce, a pojawiające się dookoła ciężarne kobiety - obce czy koleżanki - sprawiają, że kobieta nie wie co ma ze sobą zrobić. Nie wie gdzie się podziać. Nie wie jak się zachować. Czy powinna powiedzieć, w jakiej stoi sytuacji? To na pewno sprawiłoby, że ludzie przestaliby zadawać to głupie pytanie, ale wywołałoby jeszcze większą burzę i jeszcze gorszą sytuację - litość i współczucie. Nie wiem jak inne kobiety, ja na pewno nie chciałabym, by ludzie mi współczuli w takiej sytuacji. To jeszcze gorsze niż sama bezpłodność czy przekreślenie marzeń. Skakanie dookoła takiej osoby i wypytywanie, przy każdej możliwej okazji, jak się czuje, jak sobie z tym radzi, czy daje radę, widząc kobietę w ciąży. A przecież to, mimo wszystko, nie przekreśla szczęśliwego życia! W domach dziecka są setki, a nawet tysiące niechcianych czy niekochanych dzieci. Setki małych istot, które tylko czekają właśnie na taką rodzinę, która nie może mieć własnego potomka, a chciałaby mieć pełny model rodziny. Wszystko można naprawić. Wszystko może sprawić, że nasze życie dalej będzie szło dobrym torem. Naszym torem.

Nie przesadzaj. Świat się nie kończy. To tylko turbulencje. Samolot jest bezpieczny. Ma dobrego pilota. Siedzisz na właściwym miejscu. Trafiłeś po prostu na powietrzny wir. Poczekaj. To minie.

Cytat pochodzi z książki, na którą trafiłam przypadkiem i która sprawiła, że powstał ten post. W chwili obecnej zamierzam dopiero sięgnąć po książkę Reginy Brett - Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu. Mam ochotę przeczytać to i dowiedzieć się, co też ciekawego ma do zaproponowania nam pani Brett. Może któraś z tych pięćdziesięciu lekcji na trudniejsze chwile w życiu pomoże mi spojrzeć jeszcze inaczej na sprawę zamkniętych oczu Boga.

Póki co wierzę, a przynajmniej staram się wierzyć, że moje turbulencje niedługo przeminą. W końcu tak długo trwać nie mogą! A wy? Macie swoje turbulencje?

____________________
* recenzja oraz przemyślenia na temat Gwiazd naszych wina znajduje się TUTAJ.

Czytaj dalej:
5 komentarzy
Udostępnij:

14.02.2014

walentynki - dzień zakochanych czy święto komercji?

Dzień dobry!

Dzisiaj wyjątkowo - o Walentynkach. Jakie to "święto" jest to każdy wie. A jakie ludzie mają odczucia? Różne. I o odczuciach dzisiaj będzie. Moich i nie tylko moich. O burzy, jaką zupełnie niechcący wywołałam. Również o tym, jak inni postrzegają Walentynki  i jakie to święto jest ich zdaniem. Moje zdanie... jak się ostatnio okazało, należy do bardzo kontrowersyjnych opinii. Ale o tym w dalszej części. Dzisiaj zapraszam na... 


Walentynki - Dzień Zakochanych czy Święto Komercji?


Nadchodziły pewnym krokiem, szybkim i z rozmachem. Serduszka, różowe i czerwone dekoracje, napisy i promocje. Wszystko to pojawiało się w każdym możliwym zakątku. Na wystawach sklepowych, na promocjach w marketach,  na pocztach elektronicznych. Informacje o zbliżających się Walentynkach nadciągały do nas ze wszystkich stron, waliły drzwiami i oknami. Gdzie nie spojrzałam - tam wiadomości o nadchodzącym święcie. Wszędzie róż, który uderzał po oczach, wszędzie ta mdła, słodka atmosfera. Wysyp zakochanych par nadchodził wielkimi krokami, a ja wciąż zastanawiam się po co?

W sklepach już od końca stycznia można kupić bombonierki w kształcie serduszek, pluszowe misie z serduszkami i napisami Kocham Cię, słodkie foremki na ciasta i muffinki, oczywiście, w kształcie serca i w czerwonym kolorze. Nawet Lidl przeszedł sam siebie - nuggetsy w kształcie serduszek! Dla kogoś takiego jak ja, kto różowy lubi mniej więcej w takim samym stopniu, w jakim Diabeł przepada za święconą wodą, nadchodzące Walentynki są koszmarem. Nigdy jakoś nie czułam, by to święto mogło być jakimś ważnym dniem w ciągu roku. Ot zwykły dzień w ciągu tygodnia, w tym roku akurat piątek, weekendu początek. Dla mnie może i tak. Dla większości - Dzień Zakochanych! Ale czy na pewno? 

Walentynki przybyły do nas z zachodu, zresztą jak wszystko. Amerykanizacja trwa na całego i raczej nikt się przed nią nie broni. Ludziom podobają się takie święta, zwłaszcza dzień świętego Walentego. Uważają to za coś pięknego, niesamowitego. Wszędzie dookoła można wyczuć miłość, która w ten dzień jest wręcz boleśnie namacalna. Gdzie się nie spojrzy tam chodzą zakochane pary, oczywiście częściej za rękę niż pod ramię i nie pozwalają się rozdzielić, a jak wiadomo - chodniki wąskie i nieźle trzeba się nagimnastykować, żeby ominąć ich nie wpadając pod samochód. Często również widać pary obściskujące się na ulicach, ławkach i w parkach, a do kina strach pójść samemu, by nie być jedynym samotnikiem wśród tych par, szczęśliwie zakochanych, albo na pokaz. 

Ostatnio na facebooku dodałam post, który wywołał, lekko mówiąc, gównoburzę. Nie spodziewałam się takiego odzewu i takich porównań. Nie sądziłam, że mogę zostać tak źle zrozumiana w przypadku dwóch zdań, takich jak:

 Walentynki to jeden wielki banał naszej rzeczywistości. Miłość jest w nas przez cały czas, więc dlaczego szczególnie świętujemy ją 14 lutego?

Dostałam pod tym postem 22 polubienia. Niby dużo, ale jednak mało. Wywołałam jednak dyskusję na pięćdziesiąt komentarzy, jednak po niektórych argumentach postanowiłam więcej się nie odzywać, bo nie miało to większego sensu. Nie lubię Walentynek odkąd pamiętam. A może po prostu od momentu, gdy cały ten dzień spędziłam na izbie powypadkowej i skończyłam z ręką w gipsie. Nie ważne. Po tym jednym poście jednak dostałam kilka komentarzy, po których ręce, nogi i cycki mi opadły. Pierwszy należał do mojej koleżanki i brzmiał tak:

Może i rzeczywiście nie ma jakiejś specjalnej okazji tego dnia, ale tak samo można by się przyczepić do Dnia Matki, Ojca, Dziecka itd... Uważam, że obchodzenia święta zakochanych czepiają się single z bólem dupy.

Nie powiem, w tym momencie musiałam na chwilę odejść od komputera, bo nie do końca wiedziałam co mam na to odpisać i czy w ogóle jest jakikolwiek sens odpisywać. Nie, nie czuję się singlem z bólem dupy. Jestem singlem, bo jestem. Walentynki to dla mnie tylko święto komercji, ale, jak się okazało, można je również porównać do Dnia Matki, Dnia Ojca, Dnia Dziecka, a nawet do Wielkanocy i Bożego Narodzenia, co pojawiło się w późniejszych komentarzach. Pojawiło się również, że jestem zazdrosna stąd ta moja niechęć do Święta Zakochanych. Cóż, o co miałabym być zazdrosna? O różowe serduszka czy obściskiwanie się w miejscach publicznych? 

Kolejne trzy znajome napisały swoje opinie odnośnie Walentynek:

Walentynki to święto wymyślone przez amerykanów po to by, podnieść sprzedaż pluszowych misiów, kwiatów czy kartek w kształcie serca z miłosnymi wyznaniami. To jest czysty biznes, a nie jakieś "święto miłości". Kochać powinno się codziennie, nie tylko od "święta". BTW kiedyś w Polsce zamiast Walentynek obchodzono Noc Kupały (noc świętojańska- sobótka) taki słowiański odpowiednik walentynek. Jednak Walentynki to zachodnie święto obchodzone 14 lutego nie mające nic wspólnego ze słowiańską tradycją.

Przyznam, że jeśli chodzi o Noc Kupały (21 czerwca), to dowiedziałam się o tym święcie dopiero w zeszłym roku, nad czym bardzo ubolewam. Przeszukując internet w poszukiwaniu informacji na jego temat przyznam, że się zakochałam w nim i wolałabym obchodzić właśnie naszą noc świętojańską, święto słowiańskie, a więc i Polskie, niż te amerykańskie Walentynki pełne kiczu.

 Jasne, że walentynki to czysta komercja, ale co z tego? Jak ktoś to lubi, to niech obchodzi jak nie to nie. Ja nie lubię tego święta i nie wiem czy to kwestia braku drugiej połówki, czy po prostu nie lubię takich pretensjonalnych świąt. Ale jeżeli ktoś ma taką romantyczną naturę i chcę obchodzić to święto, to nie widzę w tym nic złego. Też mi się wydaje, że miłość powinno się sobie okazywać cały rok, ale to trochę tak jak z postanowieniami noworocznymi. Jak się chce coś zmienić, to nie potrzeba okazji, ale jeżeli komuś ta data jest potrzebna, to niech zmienia, lepiej wtedy, niż wcale. Tak samo według mnie jest z walentynkami.

Te słowa Karoliny w pewien sposób są sporym odzwierciedleniem tego, co sama uważam. Nie w pełni, oczywiście, ale w pewnych kwestiach na pewno. Walentynki to czysta komercja, to nie obchodzenie święta a afiszowanie się z miłością, niekoniecznie szczerze.

To jest coś w rodzaju dnia kobiet - faceci są (co poniektórzy) przemili w tym dniu, a na 364 kolejnych zapominają o rozpieszczaniu swej drugiej połowy. Walentynki jak dla mnie to sztuczne święto, wtedy się robi wszędzie aż tak "słodko", że czekoladki w kształcie serca wysiadają - zbyt "słodko" - wszyscy się tak afiszują sobą, że aż się zastanawiam kiedy tylko zapali mi się lampka "WC!".. Wszystko przyszło z USA. Jak dla mnie to zwykły dzień, jak każdy...

No i ostatni, bardzo dosadny komentarz, za który dziękuję Olivii.

Dla mnie Walentynki to dzień jak co dzień. Nie widzę różnicy między czternastym lutego a, na przykład, dziewiętnastym. Nie rozumiem tego niezwykłego, silnego okazywania uczuć właśnie w ten jeden jedyny dzień. Dlaczego nie mówić sobie Kocham Cię codziennie? Kochamy się przecież przez cały rok, nie tylko w jeden dzień. Możemy wyznawać sobie miłość kiedy chcemy, a taki romantyczny dzień, jak właśnie w ustawowe Walentynki, możemy sobie zrobić kiedy najdzie nas na to ochota. Chcę zrobić romantyczną kolację czwartego września? To robię, nie czekam do Walentynek! Mam ochotę spędzić cały dzień z drugą połówką, dać jej prezenty, zabrać gdzieś, gdzie w ciągu roku nie zabieram? To zabieram ją w ten dzień, kiedy przyjdzie mi na to ochota, nawet jeśli jest to drugi stycznia, nie czekam do czternastego lutego! Walentynki, jako samo święto, byłyby w miarę fajne, gdyby nie szerząca się wokół komercja. Wolałabym spędzić ten dzień z ukochaną osobą - romantyczna kolacja w domu, obejrzenie filmu we dwoje, spacer do parku. Coś, za co nie trzeba nie wiadomo jak płacić, a co może sprawić naprawdę dużo radości.

Postanowiłam jednak, widząc ogromną burzę pod moim postem, zapytać znajomych co sądzą o tym dniu, o Święcie Zakochanych. Dostałam kilka odpowiedzi, wyczerpujących bądź też nie. Warto jednak spojrzeć na opinie innych, zwłaszcza, jeśli nie prowadzi to do kłótni. 

Alex napisała:

Dla mnie walentynki to głupota. Taki dzień miłości i w ogóle, a przecież miłość powinno się okazywać codziennie, a nie tylko w ten jeden niby wyjątkowy dzień. ._.

Od Karoliny natomiast dostałam taką wiadomość:

Jak dla mnie to takie święto trochę już oklepane. Fajnie posiedzieć z kimś, kogo się kocha, ale od tych wszystkich gadżetów w sklepach to aż się rzygać chce. Wszystko potrafią obrzydzić. Ale oprócz tego, święto jest wręcz słodkie, tyle par na ulicach, w kawiarniach... Love is in the air <3.

Jedyne męskie spojrzenie na Walentynki nadeszło ze strony Czarka:

Walentynki, hm... Podobnie jak Alex, sądzę, że miłość to tak ważne uczucie, że powinno być okazywane codziennie. Z drugiej strony jednak adorator czyjejś osoby ma czternastego lutego zadanie ułatwione, bo wiadomo, romantyzm, kwiaty, czekoladki... Osoba w kimś zakochana może po prostu podejść, dać różę i walentynkę albo podarować ukochanej prezent anonimowy, by wiedziała, że ktoś na świecie, a nawet w okolicy, uważa tę osobę za wyjątkową :') Pary za to uważają to święto za wyjątkowe, bo uczucie może pokazywać cały rok, ale w ten szczególny dzień może zrobić coś wyjątkowego.

Oraz ostatnia opinia, przed moją podsumowującą, należy do mojej ukochanej i niezastąpionej Angeliki, z której zdaniem liczę się najbardziej.

No to codzienne okazywanie uczuć, ale poza tym uważam, że jest to fajny dzień bo można go spędzić z osobą, którą się kocha, w sposób bardziej romantyczny i można to celebrować, typu kino, miła kolacja itp, bez przesady, tak samo jak rocznicę związku czy urodziny jednego z partnerów. Oczywiście swój związek można celebrować bez żadnych okoliczności sprzyjających, ale to jest jednak miły dzień dla tych wiecznie zajętych i zabieganych par. Wiadomo, mógłby to być każdy dzień, samo przesłanie tego święta nie jest złe, tylko to że robi się z niego straszną komercję jak z Bożego Narodzenia, bo tak jak na święta musisz mieć bałwanki i reniferki, tak w walentynki musisz mieć serduszka, bo jesteś nikim. Ja osobiście nie lubię tego święta tylko ze względu na komercję szerzącą się z roku na rok coraz bardziej. Ale w tym roku obchodzę walentynki w domowym zaciszu, mam z kim więc warto tej osobie poświęcić wieczór na kolację we dwoje, ze świecami i buziak.

Właśnie. Walentynki to Dzień Zakochanych, święto, które ma cudowną ideę i okropną, komercyjną otoczkę wokół. Kiedy to święto budziło się w Polsce do życia, a raczej kiedy sama zaczęłam zwracać na nie uwagę, byłam jeszcze dzieckiem. Podobały mi się wtedy te serduszka i kilka zakochanych par, siedzących razem w kawiarniach, restauracjach czy innych miejscach tego typu spotkań. Podobało mi się to, jak zakochani na siebie patrzą, jak ze sobą rozmawiają, jak obdarowują się prezentami. Nie wielkimi i drogimi a małymi, symbolicznymi drobiazgami. Wtedy bardzo chciałam być w przyszłości na miejscu jednej z tych par, razem ze swoją drugą połówką. Wtedy zresztą wszystko wydawało mi się ładniejsze, przyjemniejsze, słodsze. Teraz, kiedy dorosłam, a razem ze mną utrwaliły się Walentynki w polskiej tradycji, moje przekonanie co do niego bardzo się zmieniło. Już nie chcę być na miejscu jednej z tych par, nie chcę być obdarowywana masą serduszek i słodkości. Chciałabym, w całej komercji tego święta, odnaleźć romantyzm, który miał być główną ideą Walentynek. Chciałabym móc spacerować w świetle księżyca, jadać kolację we dwoje, przygotowaną wspólnie przez nas, oglądać jakiś film w domowym zaciszu, przyjmować kwiaty, nie drogie prezenty. 

Chciałabym, by Walentynki były romantyczne, czyli takie, jakie powinny być w zamierzeniu. Nie komercyjne i pełne niepotrzebnego przepychu.


Miły obrazek dla wszystkich, którzy, tak jak ja, nie lubią przepychu w Walentynkach. Dla wszystkich, którzy lubią to święto - miłego świętowania i radości z Dnia Zakochanych!

Czytaj dalej:
4 komentarze
Udostępnij:

04.02.2014

tim burton.

Witajcie,

dzisiaj post z mojej strony dosyć nietypowy i, uwaga, nie jest on opatrzony moimi zdjęciami, a tymi znalezionymi w internecie. Post dotyczy tym razem Tima Burtona, jednego z najlepszych i, co najważniejsze, najoryginalniejszych reżyserów, jakich filmy miałam okazję oglądać. Wstyd się przyznać, bo mimo bycia jego fanką od dawna, nie miałam możliwości czy okazji, by zobaczyć wszystkie jego produkcje. Oczywiście wszystko łatwo można nadrobić i już w ten weekend sięgnę po kolejne filmy. 

Tim swój pierwszy film nakręcił w 1971 roku. Była to Wyspa Doktora Agora, której, oczywiście, nie widziałam. Pierwszym jego filmem, od którego zaczęła się moja przygoda z dziełami pana Burtona był film pod tytułem Marsjanie Atakują, który podbił moje serce, mimo dosyć zwariowanej historii, nie mówiąc już o tym, jak bardzo jest ona nieprawdopodobna. Nikt w moim otoczeniu, a już zwłaszcza moja rodzina, nie mogli zrozumieć co mi się podoba w filmie, który swego czasu był puszczany w telewizji średnio co pół roku, czasem i częściej. Marsjanie Atakują pojawiali się w telewizji chyba częściej niż Kevin sam w domu czy Kevin sam w Nowym Jorku, a ja mogłam siedzieć przed telewizorem i jak oszalała ten film oglądać. Do dzisiaj mi nie przeszło, ale, co oczywiste, film od dawna nie leciał już w telewizji. A szkoda.

Następnie uwielbiałam i dalej uwielbiam Sok z żuka. Beetlejuice jest dla mnie magicznym filmem, do którego niedawno powróciłam, po długim nieoglądaniu. Moje uwielbienie nic się nie zmieniło, wręcz się pogłębiło, bo dla utożsamienia się z Beetlejuicem w mojej szafie zaczęły się pojawiać ubrania w pionowe, biało-czarne pasy. Uwielbiam ten motyw. 

Oglądałam jeszcze Edwarda Nożycorękiego, Jeźdźca bez głowy, Gnijącą pannę młodą, Sweeney Todda, Charliego i Fabrykę Czekolady, Alicję w Krainie Czarów, Mroczne Cienie, Miasteczko Halloween a także Frankenweenie. W dalszym ciągu brakuje mi kilku filmów do obejrzenia, głównie ubolewam nad tym, że nie widziałam Dużej Ryby. Jedyne, czego nie potrafię przejść to Planeta Małp. Niestety, może to nie film dla mnie, może to jeszcze nie ten czas, może gdybym znowu spróbowała go obejrzeć to w końcu podeszłabym do niego inaczej. Może. Wszystko skłania się do tego jednego, jedynego słowa. 

Tim Burton w swoich filmach stosuje bardzo często motyw biało-czarnych pasów. Jego kreskówki to typowa groteska i nietypowe poczucie humoru. Postacie rysunkowe zawsze mają duże oczy i małe usta, bardzo długie nogi i ręce, dosyć nieproporcjonalne ciało. Wysokie czoło, duże głowy. Wszystkie filmy mają dosyć mroczny klimat, a postacie nigdy nie są do końca normalne. W jego filmach główne role najczęściej są grane przez jego życiową partnerkę, Helenę Bonham Carter, oraz przez Johnny'ego Deppa. 

Jego filmy wzbudzają we mnie czasem skrajne emocje. Na Alicji w Krainie Czarów prawie krzyczałam do telewizora, właśnie na tytułową Alicję, żeby nie była głupia i nie zostawiała Kapelusznika, bo jak można zostawić Kapelusznika? Oglądając Sweeney Todda w dalszym ciągu wpatruję się w ekran bez tchu, mimo iż znam ten film prawie na pamięć, ale uwielbiam go i działa na mnie naprawdę emocjonalnie. Równie emocjonalnie zareagowałam, nie wiem dlaczego, na Frankenweenie. Może dlatego, że tam był pies, ukochane zwierzę, najlepszy przyjaciel. Pies, który zginął pod kołami samochodu. Nie wyobrażam sobie straty mojego psa, toteż poryczałam się na filmie animowanym.

A Marsjanie Atakują... zawsze będzie moim pierwszym ulubionym filmem, który gdzieś tam przyczynił się do ukształtowania mnie, mojej osoby. Trochę brakuje mi go w telewizji...


Ostatnio Justyna pisała pracę zaliczeniową właśnie z dzieł Burtona i urzekł mnie fragment, który nam wysłała, a za który została pochwalona. Osobiście - nie mam nic więcej do dodania. Ujęła wszystkie słowa, które gdzieś tam krążyły mi po głowie, ale nie potrafiłam ich poskładać w całość:


"Bohaterowie Burtona prawie zawsze zmagają się z demonami swojej przeszłości. Cierpią na nieuleczalną, przeraźliwą samotność. Zamykają się w świecie własnych problemów, nie chcąc pomocy z zewnątrz. Każdy z nich jest dużym dzieckiem, tkwiącym gdzieś pomiędzy rzeczywistością, a wyobrażonym światem marzeń, pragnień i tęsknot. Są to bohaterowie wyalienowani, choć otoczeni tłumem, to zawsze pozostający obok, idący własną drogą."


Tim Burton i Helena Bonham Carter. Gdybym mogła spotkać ich na żywo - powiedziałabym im jak wiele im zawdzięczam, ile zmienili w moim życiu. Jestem jednak pełna podziwu dla osób, które wysyłają do nich listy i paczki - ja nie czuję się na siłach ze swoim angielskim, by sklecić list na kilka stron a nawet kartek. Ale wszystko przede mną. Może kiedyś postanowię sięgnąć po kartkę papieru i pióro i zacząć pisać, po angielsku, list do Tima i osobny do Heleny, z prośbą o autograf.

Tak jak mówię - wszystko przede mną.

Czytaj dalej:
6 komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.