07.01.2014

narodowy fundusz zdrowia.

Cześć, cześć, cześć!

Jak tam w tym ostatnim wolnym dniu? Wiem, że niektórzy już po Nowym Roku szli do szkoły czy  na uczelnię, ale większość to chyba jednak miała wolne, co? Jak tam nastrój? Jak psychiczne przygotowanie? Jakieś kartkówki, sprawdziany, testy, kolokwia? U mnie ostatnia prosta i SESJA. Nie wiem jak sobie poradzę w tym roku, ale ze wsparciem Justyny, Klaudii i Kacpra to sądzę, że jakoś damy radę, we czworo zawsze raźniej niż samotnie, co nie? Ale tak czy inaczej - dzisiaj nie o tym miał być post! Dzisiaj post ma dotyczyć naszej "ukochanej" służby zdrowia i lekarzy oraz tego, jak leczą.

Jaki jest Narodowy Fundusz Zdrowia wie każdy. Jak w dzisiejszych czasach traktuje się pacjentów ludzie również wiedzą.Ci, którzy mają jakiekolwiek poważniejsze problemy zdrowotne wiedzą o tym coś więcej. O badaniach, traktowaniu pacjentów, czekania na wizytę, braku miejsc, drogich leków, za które trzeba zapłacić 100%, receptach ważnych tylko miesiąc, ganiania od gabinetu do gabinetu, braku podstawowych badań, nie przejmowania się pacjentami i traktowania ich jak najgorszych.

Ja, niestety jako ciągły bywalec różnych specjalistycznych przychodni,  swoje już przeszłam. Poznałam wielu lekarzy i "lekarzy" i naprawdę, nikomu tego nie życzę. Do tej pory musiałam się uporać z internistą, który nie potrafi zrobić prostego badania USG, jest wredny i chamski, momentami niemal bezczelny do pacjentów. Najczęstszym sposobem na wyleczenie się, z czegokolwiek, to według polskich lekarzy "schudnie pani, a przejdzie". Gdyby to było takie proste to ludzie by nigdy nie chorowali.

Ostatecznie borykam się z paroma problemami. Jednym z nich jest to, że ganiam od reumatologa do reumatologa i do tej pory byłam już u trzech, ale chyba tylko jeden, ten pierwszy, znał się na swojej pracy. Szkoda tylko, że była to pani doktor na oddziale dziecięcym i jak skończyłam osiemnaście lat to mimo iż bardzo chciała mnie dalej leczyć - nie mogła. Musiałam więc zrezygnować i poszukać kogoś innego. Durne wymogi. Znalazłam więc inną lekarkę, pochodziłam do niej rok i się poddałam. Dla mnie ta kobieta miała koło siedemdziesiątki, sama ledwo chodziła, ledwo mówiła, nie mówiąc o tym, że nie dowidziała, kiedy cokolwiek zapisywała w kartotece. Powiedziała, że jak schudnę to wszystkie bóle miną, bo te bóle to sprawa tylko i wyłącznie mojej wagi, a niczego więcej. No ale schudłam w pół roku 20 kilogramów, a bóle nie przeszły tylko się nasiliły. Łaskawie wysłała mnie na badanie zwane rezonansem magnetycznym. Naczekałam się trzy miesiące, poszłam, przebadali mnie. Wyniki za trzy tygodnie, do miesiąca. Poprzednie dwa rezonanse nic nie dawały, ale sporo czasu minęło. Kobieta jednak, ta rzekoma lekarka, nie wierzyła, że cokolwiek może mi być prócz wagi. Na badaniu wyszło, że jednak coś jest i są to dosyć poważne zmiany zwyrodnieniowe stawów, ale i tak nic mi nie przepisała - żadnych leków, żadnych dodatkowych badań, zupełnie niczego. Jeszcze wcześniej przepisała mi tzw. blokadę stawu kolanowego, na którą dostałam uczulenie, więc było gorzej niż lepiej. Spuchła mi wtedy cała noga, ani ruszyć, ani zgiąć, ani wyprostować. Ból był nieziemski, ale nic mi to nie dało. Poszukałam więc innej, ponoć lepszej. Ponoć. Ta pani doktor spóźnia się za każdym razem o jakieś pół godziny, czasem więcej. Przyjmuje pacjentów jak jej się podoba, nie zawsze według numerów. Ostatnio przyjęła pacjentkę z numerkiem ZERO. Bo koleżanka pielęgniarki/innej lekarki. Mimo wyników badań - wykrytego zwyrodnienia, osteosklerozy, reumatoidalnego zapalenia stawów - pani doktor stwierdziła, że ona NIC nie zdziała bez wyników badań sprzed pięciu lat i dopóki nie przyniosę starej kartoteki to ona nic nie zrobi. Przepisała badania krwi, poszłam na nie, wyników nie dostałam, odpisu nie dostałam, nie wiem jakie wyszły. Dalej na nic mnie nie leczy, a ja nie wiem co mam robić. Może ktoś z was zna lekarzy reumatologów, dobrych, z okolicy Katowic? Chorzowa? Siemianowic Śląskich? Każdy dobry namiar na wagę złota.

To samo zresztą tyczy się i ginekologów. Czy naprawdę badanie to coś trudnego do wykonania? Pierwsza pani doktor przez dwa lata nie zbadała mnie ani razu, w żaden sposób, tylko faszerowała mnie lekami różnego rodzaju, które nic nie dawały. No i bardzo, bardzo lubiła się spóźniać. Zdarzało się nawet, że do przychodzi przychodziła trzy czy cztery godziny po czasie. "Najśmieszniejsze" w tym wszystkim jednak jest to, że kiedy sprawdziłam wczoraj opinie o niej na internecie to... jest w czołowej trójce lekarzy. Ba! Ona jest pierwsza w rankingu najlepszych ginekologów w Katowicach. Ja się pytam jak to możliwe? Jak to możliwe, że lekarka, która przez dwa lata mnie nie zbadała, faszerowała lekami i nie wiadomo czym, spóźniała się ile to możliwe i ma pierwsze miejsce? Nie potrafię tego ogarnąć. Druga natomiast wykryła u mnie chorobę, ale, jak się okazało, wykrywa ją u 95% swoich pacjentek, nawet jeśli tej choroby nie mają, to ona i tak na nią leczy. Więc sama nie wiem. Szukać dalej? Leczyć się na to? Przestać? Poddać się? Czy co innego?

Najgorsze jest jednak to czekanie. Terminy. Mając niedoczynność tarczycy powinnam przynajmniej co pół roku chodzić na kontrolną wizytę do mojej pani doktor. I pani doktor jest niesamowita, ale co z tego, skoro poszłam w maju 2013 się zarejestrować, a pani w rejestracji powiedziała mi, że... na 2013 rok nie ma już miejsc? Jak mam się leczyć, gdy nie ma dla mnie miejsc? Gdy lekarze nie mają czasu i możliwości? I w większości nie jest to wina lekarzy a wina po prostu NFZ, że nie dają wystarczająco dużo miejsc do danych lekarzy, a jak wiadomo - nikt nie chce pracować za darmo. Dostałam więc możliwość, by iść i leczyć się u lekarki, do której chodziłam rok wcześniej, ale stwierdziłam, że to nie ma żadnego, nawet najmniejszego sensu. Skoro z niej zrezygnowałam to miałam jakiś powód, zresztą dosyć poważny - przez również prawie dwa lata chodzenia do niej, ani razu na mnie nie spojrzała. Rozumiecie? Poszłam do lekarki, z którą nawet nie załapałam kontaktu wzrokowego, kiedy z nią rozmawiałam. Mówiła do mnie, pytała się mnie, ale co z tego, jak nigdy nie patrzyła. Raz tylko, gdy robiła badanie USG tarczycy, ale nie miała wyjścia. Tak to wiecznie nos w kartotece, zeszycie czy telefonie. Czy na tym polega badanie? Chyba nie.

Ostatnio usłyszałam, że zamiast marudzić na służbę zdrowia i ogólnie na Polskę, powinnam zacząć działać, zamiast mówić. Ale jak działać gdy czekają nas terminy? Gdy podnoszą ceny leków? Gdy na wszystko daje się coraz to nowsze lekarstwa, nie sprawdzając czy one są odpowiednie?

Wczoraj miałam spore przeżycie, mianowicie próbę samobójczą znajomego. Niby nic wielkiego, ktoś by powiedział, bo przecież wziął tylko garść rutinoscorbinu, tabletek na wzdęcie, apapów czy czegokolwiek innego "mało groźnego". Niby dobrze, bo to żadne tabletki na serce czy tabletki nasenne. Ale sam fakt, że targnął się na własne życie, a przynajmniej próbował, było niezłym młynem, ciężkim przeżyciem. Po wezwaniu karetki i policji przez chyba cztery czy pięć osób (ciężko tak, ratować człowieka z innego miasta i innego województwa) jedyne, co lekarz miał mu do powiedzenia było... nazwanie go IDIOTĄ. Czy jakikolwiek lekarz powinien tak nazwać pacjenta? Nawet jeśli pacjent robi niewyobrażalną głupotę - nałyka się tabletek, by się zabić, zacznie się na siłę odchudzać, głodując się albo połykając jakiekolwiek świństwo - lekarza, który ma nieść pomoc, nie ma najmniejszego prawa by nazwać tego pacjenta idiotą. By jakkolwiek go wyzwać. Ma pomagać, nie jeszcze bardziej się znęcać.

Gdzieś na przełomie listopada i grudnia poszłam do lekarza. Wyczekana wizyta, pora się zgłosić. Przyszłam, podchodzę do rejestracji, podaję kartę i... słyszę, że jestem nieubezpieczona, a moja karta nieaktywna. Patrzę na kobietę i patrzę, zastanawiając się czy to mało śmieszny żart, bowiem zrobiony drugi raz z rzędu - w zeszłym roku miałam taką samą sytuację. Nie, to nie jest żart. Mimo płacenia składek na ubezpieczenie oni mi mówią, że nie mam ubezpieczenia. Musiałam wypełniać formularze, jakieś deklaracje, jeździć po różnych urzędach i nie wiem czym jeszcze. Prawie cały grudzień byłam nieubezpieczona mimo iż wszystko zawsze było płacone. Co się okazało? Kolejny błąd NFZ. Ileż można? Przez to miałam problem dostać się na badanie RTG po tym, jak spadłam ze schodów i coś sobie zrobiłam z żebrami. Nikt nie wiedział co, potrzebowałam zdjęcia RTG. Bez ubezpieczenia - nic nie dało się zrobić. Pojechałam się zapisać - tydzień czekania na badanie. Ostatecznie ze schodów spadłam 26 listopada, badanie rentgenowskie zrobiłam dopiero 15 grudnia. Przez cały ten czas mogło się wydarzyć wiele rzeczy. Gdyby tylko to było coś groźnego...

Czy ktoś z was jeszcze miał takie "dobre" przeżycia z jakimikolwiek lekarzami?
Macie czym się "pochwalić"? Ja sądzę, że w tym kraju to nie warto się leczyć.
Nie warto, bo więcej nas to wyniesie nerwów niż to jest warte.
Ach ta służba zdrowia, co byśmy bez niej zrobili...
Patrycja Kolibaj
Patrycja Kolibaj

Studentka filologii polskiej i sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Stuprocentowa humanistka, autorka bloga humanistka na obcasach, dziewczyna z mnóstwem pomysłów na sekundę. Początkująca pisarka i felietonistka, amatorka fotografii, pasjonatka kulinarii. ARTYSTYKA.

2 komentarze:

  1. masz świetnego bloga :D
    co byś powiedziała na wzajemną obserwację? :D
    jeśli tak to zacznij :D

    OdpowiedzUsuń
  2. tak, z tym funduszem zdrowia jest mnostwo problemow, ale jakby nie patrzec- gdyby nie on wiele ludzi nie byloby stac na lczenie. jak ktos jest nieubezpieczony, to musialby za zwykla podstawowa operacje zaplacic kilka tysiecy i skad na to brac pieniadze? takze ja uwazam, ze nfz, to dziwny twor, fakt, ale lepiej zeby byl, niz zeby go nie bylo. pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.