31.01.2014

życie jest małą ściemniarą.

Hej.

dzisiaj wyjątkowo, bo w końcu postanowiłam zrobić relację z jednego z najlepszych koncertów na jakich kiedykolwiek byłam, mianowicie na koncercie LemONa. Koncert odbył się dawno, bo nieco ponad dwa miesiące temu - 28 listopada 2013, w Siemianowickim Centrum Kultury. Długo zabierałam się do stworzenia tej relacji, no i zdjęcia niestety też nie są najlepsze - nie wiem dlaczego nie pozwolili mi na wniesienie lustrzanki i zdjęcia były robione za pomocą starej Minolty. Mimo wszystko są, a ja mam super wspomnienia, a to przecież najważniejsze. 

Co o zespole? LemON wygrał trzecią edycję Must Be The Music, co w sporym stopniu przyczyniło się do ich niesamowitego sukcesu. Ja sądzę jednak, że najbardziej przyczynił się do tego sam zespół. Przed koncertem miałam swoje ulubione piosenki, nie oglądałam teledysków, słuchałam go, po prostu i podobały mi się ich utwory. Postanowiłam iść na koncert i zobaczyć zespół na żywo - tak najszybciej można go poznać. Dla mnie był to najlepszy koncert. 

Zespół LemON postał z inicjatywy Igora Herbuta, który jest wokalistą. Wykonują utwory w języku polskim, łemkowskim i ukraińskim. Zadebiutowali płytą "LemON", z singlem promującym płytę - "Będę z Tobą". Na koncercie pojawili się o czasie, spokojnie wchodząc bocznymi drzwiami. Przyznam, że myślałam, że będzie więcej osób na koncercie, jednak to nikogo nie zraziło. Igor bardzo szybko nawiązał niesamowity kontakt z publicznością i rozpoczął się najlepszy koncert w moim życiu.

Igor jest całą tą muzyką, on nią żyje, śpiewa całym sobą. Jeszcze nigdy nie widziałam kogoś, kto tak emocjonalnie podchodziłby do śpiewania. Po nim od razu widać, że muzyka jest całą jego pasją, on nią żyje. Emocje wypływają z każdego milimetra jego ciała. Oby więcej było takich koncertów i aby częściej do nas przyjeżdżali. Wiem jedno - będę na każdym ich koncercie, na którym będę mogła się zjawić!





Zagrali kilka piosenek, w tym te najsłynniejsze jak Będę z Tobą, Napraw czy Dewiat. Osobiście do tych najsłynniejszych dodałabym jeszcze przecudowny utwór Nice, który od pierwszych taktów podbił moje serce. Na prośby o bis - zespół wyszedł bez problemu.

Zdjęć obecnie mało, bo prawie żadne nie chce się dodać. Może jak później popracuję nad bloggerem to uda mi się dorzucić pozostałe zdjęcia, które zrobiłam, a było ich sporo. Poniżej zamieszczam jeszcze teledysk to najnowszej piosenki wykonywanej przez Igora - Wkręceni, do najnowszego filmu polskiego. Dla mnie? Cudowna, jak wszystkie pozostałe piosenki zespołu!


Jeśli będziecie mieli możliwość pojawienia się na koncercie LemONa - nie wahajcie się! MP3 i teledyski - w żaden sposób nie oddają zdolności zespołu.

Do usłyszenia!

Czytaj dalej:
12 komentarzy
Udostępnij:

30.01.2014

mamo, źle mnie wychowałaś!

Hej, hej!

Dzisiaj trochę inaczej, bo mam tak dobry humor, jak dawno nie miałam! Zaliczyłam przedmiot, którego najbardziej się obawiałam, na 4. Jest cudownie! Zostały mi tylko trzy wpisy, w tym dwa zaliczenia i w końcu wolne. Nawet nie wiecie jak się z tego cieszę. Poza tym już dzisiaj zaczyna się głosowanie SMS w konkursie na BLOG ROKU 2013, w którym to postanowiłam wziąć udział. Więc zanim przejdę do dalszego posta, muszę jednak zareklamować!


 W końcu rozpoczęło się głosowanie na BLOG ROKU 2013. Na ŁABĘDZI ŚPIEW możecie głosować, wysyłając SMS o treści A01040 na numer 7122. Koszt SMS to 1,23. Dochód ze wszystkich SMSów zostanie przekazany na łódzką fundację GAJUSZ, która prowadzi hospicjum dla osób osieroconych, a więc wysyłając jednego SMSa pomagacie więcej niż jednej osobie! Głosowanie trwa do 6 lutego. Za każdy głos bardzo, bardzo dziękuję!


A teraz przejdźmy do tego, o czym dzisiaj chciałam pisać. Temat, jak przystało na mnie, może trochę niecodzienny, lekko kontrowersyjny. A przynajmniej dotyczący czasów, których nigdy nie chciałam dożyć. Czasów dzisiejszych, obecnej młodzieży i nie tylko. Czy ktoś zwrócił uwagę na to, jak zachowują się również ludzie starsi? Ja czasem czuję, że zupełnie nie pasuję do tych czasów. A dlaczego? O tym poniżej.


MAMO, ŹLE MNIE WYCHOWAŁAŚ!


Moja mama zawsze powtarzała, że człowiek musi być lojalny dla przyjaciół, że trzeba ponosić konsekwencje za swoje czyny i słowa. Trzeba brać odpowiedzialność za wypowiedziane słowa. Jeśli coś się obiecuje, to trzeba za wszelką cenę się tego trzymać, doprowadzić to do końca. Za złe czyny i słowa powinno się przepraszać, a dorosłość to etap, w którym nie uciekamy przed konsekwencjami naszych wyborów i dokonań. Powtarzała mi również, że najpierw się wypuszcza ludzi z danego pomieszczenia, by dopiero później wejść, że starszym ustępuje się miejsca, że warto być człowiekiem uczciwym i sprawiedliwym.

W dzisiejszych czasach nie odnajduję żadnego z tych punktów. Pogubiłam się, mamo. Ten świat, w którym jestem, jest zupełnie inny od tego, do którego mnie przygotowywałaś. Ten świat jest pełen obłudy i tchórzostwa. Nie chcę być w tym świecie. Dlaczego tak źle mnie wychowałaś?

Teraz każdy rzuca kłody pod nogi innym ludziom. Jest zawiść, nie ma szczerości. Wśród ludzi coraz trudniej znaleźć kogoś, komu można zaufać, bo on również może wbić ci nóż w plecy, jeśli tylko spróbujesz odwrócić się do tyłu chociaż na moment. Nie ma już czegoś takiego jak etyka zawodowa, nie mówiąc o tym, że wśród współpracowników czy reszty studentów, jest tylko chora rywalizacja. Na egzaminach i testach najlepiej wychodzą osoby, które zamiast się uczyć siedzą z telefonem na kolanach i szukają odpowiedzi w internecie, natomiast osoby, które się uczą, często nie zdają egzaminów, bo za bardzo się starają i za bardzo denerwują. Gdzie ta sprawiedliwość?

Również nie potrafię zrozumieć tej wielkiej zawiści, która pojawiła się, nie wiem kiedy i nie wiem dlaczego. Zawiść i owszem, zawsze gdzieś tam przewijała się przez nasze życie, ale w ostatnim czasie mam wrażenie, że pojawiła się ona w nadmiarze. Ludzie zazdroszczą innym wszystkiego - ładnych ubrań, dobrych ocen, ekstra gadżetów czy kochanej drugiej połówki. Nie ma człowieka, który by czegoś nie zazdrościł drugiej osobie. Ale po co od razu zawiść? Jeśli zazdroszczę komuś dobrych ocen to mogę powiedzieć sobie "zazdroszczę jej ocen, ale sama jestem sobie winna, powinnam się więcej uczyć". Dlaczego więc zamiast tego pojawia się "ma dobre oceny, pewnie ściągała albo nie ma życia prywatnego, na pewno wcale nie jest taka inteligentna". Powinniśmy jednak pomyśleć o tym, że po pewnym czasie wszystko do nas wraca.

Uczono mnie, że w życiu potrzebne jest zaufanie, zwłaszcza w związkach i przyjaźni. Ale musi to być zaufanie obustronne - jeśli ja Ci ufam, ty również musisz mi zaufać. Problem polega na tym, że teraz już nie ma czegoś takiego. Po tylu fałszywościach i różnych oszustwach, nie wiem czy jeszcze mogę komuś zaufać. Wiele się zmieniło przez ostatni czas, ja się bardzo zmieniłam, ale wiem jedno - jeśli z kimś się umawiam na spotkanie, to nie odwołuję go na pięć minut przed bądź nie spóźniam się godzinę. Jeśli coś mi się może nie udać - dzwonię wcześniej i próbuję ludziom to wytłumaczyć, że mnie nie będzie, albo że się spóźnię. Dlaczego wszyscy ludzie nie potrafią tak zrobić? Z powodu braku szacunku czy niechęci do zrobienia czegokolwiek? Osobiście jeśli się umawiam na daną godzinę to staram się być o czasie i nie marnować ludziom całego dnia. Niektórzy, niestety, nie potrafią tego zrozumieć.

Rodzice od zawsze wychowywali mnie tak, bym była dumna z siebie i tego co robię. Bym patrząc w lustro nie musiała się niczego wstydzić. Bym mogła spać spokojnie, wiedząc, że wszystko robię dobrze, a w przyszłości żadne zło do mnie nie wróci. W końcu w życiu pracujemy na swoje nazwisko, a ja... ja z mojego jestem dumna i mam nadzieję, że nigdy się to nie zmieni, niezależnie od tego czy minie pięć lat czy dziesięć oraz czy zmienię je, bo wyjdę za mąż. Nie ważne. Chcę być dumna ze swojego nazwiska i nie chcę się wstydzić swoich czynów. Póki co nie muszę - bo robię wszystko tak, jak zostałam wychowana.

Pytanie tylko co z innymi? Oni żyją chwilą, gonią za tym, co stało się modne, nie zważają na innych. Jakie wartości mają ludzie, którzy biorą udział w wyścigu po władzę i pieniądze?

Boję się, że jestem wymierającym gatunkiem.

Czytaj dalej:
2 komentarze
Udostępnij:

28.01.2014

nagłówki.

Hej, hej!

Sesja za mną i przede mną. Wszystkie egzaminy napisane, teraz tylko czekać na wyniki z dwóch egzaminów, interpretacja do napisania i poprawa dwóch, na których brakło mi minimalnej liczby punktów. Mam nadzieję, że zaliczyłam to, co dzisiaj pisałam, bo inaczej to chyba się pochlastam. Ale wyniki dopiero w czwartek, niestety, więc muszę się jakoś odstresować. No i znalazłam sposób! Nagłówki. 

Tak, nawet takie beztalencie jak ja zabrało się za robienie zwykłych, prostych nagłówków. Nie są trudne, dlatego spokojnie mogłam się tego podjąć. Póki co zrobiłam tylko trzy, przy czym trzeci zrobiłam w trzech różnych wersjach. Są to proste nagłówki, których teraz można znaleźć na pęczki na wszystkich blogach o tematyce modowej, kulinarnej czy lifestyle. Oczywiście nie byłoby tych nagłówków, gdyby nie wcześniejsza pomoc Patrycji - to ona jako pierwsza zrobiła tutorial na nagłówek z czterech zdjęć. Ja, jak to ja, uznałam, że z większej ilości również można popróbować i popróbowałam. Jak mi to wyszło? Chyba nie najgorzej. Dzisiaj wrzucam tylko te nagłówki, które zrobiłam, bo na więcej niestety nie mam czasu - wzywa mnie nauka, niestety. Sesja to nie przelewki.

Poza tym zgłosiłam bloga do konkursu na BLOG ROKU 2013. Już od końca stycznia, aż do szóstego lutego będzie można głosować na Łabędzi Śpiew, a więc bardzo gorąco was do tego namawiam. A teraz czas na obiecane kilka nagłówków:
Naszło mnie na coś z owocami. Uwielbiam i owoce i zdjęcia owoców, a ostatnio potworzyło się wiele nowych blogów kulinarnych czy o zdrowym żywieniu. Taki nagłówek jest jak najbardziej na miejscu. Chyba.

Miasto nocą. Uwielbiam zdjęcia miast, zwłaszcza nocą. Uwielbiam te światła i kolory, te niesamowite widoki. Na bloga to pewnie nikomu się nie przyda, no ale.

Jeden nagłówek w trzech wersjach, ale wersje zmieniają się tylko pod względem napisów. Pierwszy, szary. Według Karoliny, która to oglądała - szary ładniejszy. Ja opinię pozostawiam wam.
Druga wersja kolorowa, tym razem napis jest biały, nie szary, no i dalej po boku. Który lepszy?
I trzecia. Karolina stwierdziła, że szary lepszy, ale ładniej wyglądałby pośrodku niż z boku. No więc wypróbowałam i tak, ale nie wiem czemu góra nie chciała mi się obciąć i wyszedł taki większy. Walczyłam, ale znowu walkę przegrałam. Nic na to nie poradzę. 
Starbucks. Kocham kawę, ale ten napis to mi chyba nie do końca wyszedł. No trudno. 
 

Chyba najbardziej podoba mi się ten z Jaredem. Mam "małą" słabość do niego. Może wpadnie tutaj jakiś Echelon i mu się to spodoba? No nic, zobaczymy. Jeśli jednak komuś jakimś cudem spodobałby się któryś z nagłówków i chciał go pobrać - droga wolna, tylko o tym napiszcie.

Miłego dnia, kochani!

Czytaj dalej:
6 komentarzy
Udostępnij:

07.01.2014

narodowy fundusz zdrowia.

Cześć, cześć, cześć!

Jak tam w tym ostatnim wolnym dniu? Wiem, że niektórzy już po Nowym Roku szli do szkoły czy  na uczelnię, ale większość to chyba jednak miała wolne, co? Jak tam nastrój? Jak psychiczne przygotowanie? Jakieś kartkówki, sprawdziany, testy, kolokwia? U mnie ostatnia prosta i SESJA. Nie wiem jak sobie poradzę w tym roku, ale ze wsparciem Justyny, Klaudii i Kacpra to sądzę, że jakoś damy radę, we czworo zawsze raźniej niż samotnie, co nie? Ale tak czy inaczej - dzisiaj nie o tym miał być post! Dzisiaj post ma dotyczyć naszej "ukochanej" służby zdrowia i lekarzy oraz tego, jak leczą.

Jaki jest Narodowy Fundusz Zdrowia wie każdy. Jak w dzisiejszych czasach traktuje się pacjentów ludzie również wiedzą.Ci, którzy mają jakiekolwiek poważniejsze problemy zdrowotne wiedzą o tym coś więcej. O badaniach, traktowaniu pacjentów, czekania na wizytę, braku miejsc, drogich leków, za które trzeba zapłacić 100%, receptach ważnych tylko miesiąc, ganiania od gabinetu do gabinetu, braku podstawowych badań, nie przejmowania się pacjentami i traktowania ich jak najgorszych.

Ja, niestety jako ciągły bywalec różnych specjalistycznych przychodni,  swoje już przeszłam. Poznałam wielu lekarzy i "lekarzy" i naprawdę, nikomu tego nie życzę. Do tej pory musiałam się uporać z internistą, który nie potrafi zrobić prostego badania USG, jest wredny i chamski, momentami niemal bezczelny do pacjentów. Najczęstszym sposobem na wyleczenie się, z czegokolwiek, to według polskich lekarzy "schudnie pani, a przejdzie". Gdyby to było takie proste to ludzie by nigdy nie chorowali.

Ostatecznie borykam się z paroma problemami. Jednym z nich jest to, że ganiam od reumatologa do reumatologa i do tej pory byłam już u trzech, ale chyba tylko jeden, ten pierwszy, znał się na swojej pracy. Szkoda tylko, że była to pani doktor na oddziale dziecięcym i jak skończyłam osiemnaście lat to mimo iż bardzo chciała mnie dalej leczyć - nie mogła. Musiałam więc zrezygnować i poszukać kogoś innego. Durne wymogi. Znalazłam więc inną lekarkę, pochodziłam do niej rok i się poddałam. Dla mnie ta kobieta miała koło siedemdziesiątki, sama ledwo chodziła, ledwo mówiła, nie mówiąc o tym, że nie dowidziała, kiedy cokolwiek zapisywała w kartotece. Powiedziała, że jak schudnę to wszystkie bóle miną, bo te bóle to sprawa tylko i wyłącznie mojej wagi, a niczego więcej. No ale schudłam w pół roku 20 kilogramów, a bóle nie przeszły tylko się nasiliły. Łaskawie wysłała mnie na badanie zwane rezonansem magnetycznym. Naczekałam się trzy miesiące, poszłam, przebadali mnie. Wyniki za trzy tygodnie, do miesiąca. Poprzednie dwa rezonanse nic nie dawały, ale sporo czasu minęło. Kobieta jednak, ta rzekoma lekarka, nie wierzyła, że cokolwiek może mi być prócz wagi. Na badaniu wyszło, że jednak coś jest i są to dosyć poważne zmiany zwyrodnieniowe stawów, ale i tak nic mi nie przepisała - żadnych leków, żadnych dodatkowych badań, zupełnie niczego. Jeszcze wcześniej przepisała mi tzw. blokadę stawu kolanowego, na którą dostałam uczulenie, więc było gorzej niż lepiej. Spuchła mi wtedy cała noga, ani ruszyć, ani zgiąć, ani wyprostować. Ból był nieziemski, ale nic mi to nie dało. Poszukałam więc innej, ponoć lepszej. Ponoć. Ta pani doktor spóźnia się za każdym razem o jakieś pół godziny, czasem więcej. Przyjmuje pacjentów jak jej się podoba, nie zawsze według numerów. Ostatnio przyjęła pacjentkę z numerkiem ZERO. Bo koleżanka pielęgniarki/innej lekarki. Mimo wyników badań - wykrytego zwyrodnienia, osteosklerozy, reumatoidalnego zapalenia stawów - pani doktor stwierdziła, że ona NIC nie zdziała bez wyników badań sprzed pięciu lat i dopóki nie przyniosę starej kartoteki to ona nic nie zrobi. Przepisała badania krwi, poszłam na nie, wyników nie dostałam, odpisu nie dostałam, nie wiem jakie wyszły. Dalej na nic mnie nie leczy, a ja nie wiem co mam robić. Może ktoś z was zna lekarzy reumatologów, dobrych, z okolicy Katowic? Chorzowa? Siemianowic Śląskich? Każdy dobry namiar na wagę złota.

To samo zresztą tyczy się i ginekologów. Czy naprawdę badanie to coś trudnego do wykonania? Pierwsza pani doktor przez dwa lata nie zbadała mnie ani razu, w żaden sposób, tylko faszerowała mnie lekami różnego rodzaju, które nic nie dawały. No i bardzo, bardzo lubiła się spóźniać. Zdarzało się nawet, że do przychodzi przychodziła trzy czy cztery godziny po czasie. "Najśmieszniejsze" w tym wszystkim jednak jest to, że kiedy sprawdziłam wczoraj opinie o niej na internecie to... jest w czołowej trójce lekarzy. Ba! Ona jest pierwsza w rankingu najlepszych ginekologów w Katowicach. Ja się pytam jak to możliwe? Jak to możliwe, że lekarka, która przez dwa lata mnie nie zbadała, faszerowała lekami i nie wiadomo czym, spóźniała się ile to możliwe i ma pierwsze miejsce? Nie potrafię tego ogarnąć. Druga natomiast wykryła u mnie chorobę, ale, jak się okazało, wykrywa ją u 95% swoich pacjentek, nawet jeśli tej choroby nie mają, to ona i tak na nią leczy. Więc sama nie wiem. Szukać dalej? Leczyć się na to? Przestać? Poddać się? Czy co innego?

Najgorsze jest jednak to czekanie. Terminy. Mając niedoczynność tarczycy powinnam przynajmniej co pół roku chodzić na kontrolną wizytę do mojej pani doktor. I pani doktor jest niesamowita, ale co z tego, skoro poszłam w maju 2013 się zarejestrować, a pani w rejestracji powiedziała mi, że... na 2013 rok nie ma już miejsc? Jak mam się leczyć, gdy nie ma dla mnie miejsc? Gdy lekarze nie mają czasu i możliwości? I w większości nie jest to wina lekarzy a wina po prostu NFZ, że nie dają wystarczająco dużo miejsc do danych lekarzy, a jak wiadomo - nikt nie chce pracować za darmo. Dostałam więc możliwość, by iść i leczyć się u lekarki, do której chodziłam rok wcześniej, ale stwierdziłam, że to nie ma żadnego, nawet najmniejszego sensu. Skoro z niej zrezygnowałam to miałam jakiś powód, zresztą dosyć poważny - przez również prawie dwa lata chodzenia do niej, ani razu na mnie nie spojrzała. Rozumiecie? Poszłam do lekarki, z którą nawet nie załapałam kontaktu wzrokowego, kiedy z nią rozmawiałam. Mówiła do mnie, pytała się mnie, ale co z tego, jak nigdy nie patrzyła. Raz tylko, gdy robiła badanie USG tarczycy, ale nie miała wyjścia. Tak to wiecznie nos w kartotece, zeszycie czy telefonie. Czy na tym polega badanie? Chyba nie.

Ostatnio usłyszałam, że zamiast marudzić na służbę zdrowia i ogólnie na Polskę, powinnam zacząć działać, zamiast mówić. Ale jak działać gdy czekają nas terminy? Gdy podnoszą ceny leków? Gdy na wszystko daje się coraz to nowsze lekarstwa, nie sprawdzając czy one są odpowiednie?

Wczoraj miałam spore przeżycie, mianowicie próbę samobójczą znajomego. Niby nic wielkiego, ktoś by powiedział, bo przecież wziął tylko garść rutinoscorbinu, tabletek na wzdęcie, apapów czy czegokolwiek innego "mało groźnego". Niby dobrze, bo to żadne tabletki na serce czy tabletki nasenne. Ale sam fakt, że targnął się na własne życie, a przynajmniej próbował, było niezłym młynem, ciężkim przeżyciem. Po wezwaniu karetki i policji przez chyba cztery czy pięć osób (ciężko tak, ratować człowieka z innego miasta i innego województwa) jedyne, co lekarz miał mu do powiedzenia było... nazwanie go IDIOTĄ. Czy jakikolwiek lekarz powinien tak nazwać pacjenta? Nawet jeśli pacjent robi niewyobrażalną głupotę - nałyka się tabletek, by się zabić, zacznie się na siłę odchudzać, głodując się albo połykając jakiekolwiek świństwo - lekarza, który ma nieść pomoc, nie ma najmniejszego prawa by nazwać tego pacjenta idiotą. By jakkolwiek go wyzwać. Ma pomagać, nie jeszcze bardziej się znęcać.

Gdzieś na przełomie listopada i grudnia poszłam do lekarza. Wyczekana wizyta, pora się zgłosić. Przyszłam, podchodzę do rejestracji, podaję kartę i... słyszę, że jestem nieubezpieczona, a moja karta nieaktywna. Patrzę na kobietę i patrzę, zastanawiając się czy to mało śmieszny żart, bowiem zrobiony drugi raz z rzędu - w zeszłym roku miałam taką samą sytuację. Nie, to nie jest żart. Mimo płacenia składek na ubezpieczenie oni mi mówią, że nie mam ubezpieczenia. Musiałam wypełniać formularze, jakieś deklaracje, jeździć po różnych urzędach i nie wiem czym jeszcze. Prawie cały grudzień byłam nieubezpieczona mimo iż wszystko zawsze było płacone. Co się okazało? Kolejny błąd NFZ. Ileż można? Przez to miałam problem dostać się na badanie RTG po tym, jak spadłam ze schodów i coś sobie zrobiłam z żebrami. Nikt nie wiedział co, potrzebowałam zdjęcia RTG. Bez ubezpieczenia - nic nie dało się zrobić. Pojechałam się zapisać - tydzień czekania na badanie. Ostatecznie ze schodów spadłam 26 listopada, badanie rentgenowskie zrobiłam dopiero 15 grudnia. Przez cały ten czas mogło się wydarzyć wiele rzeczy. Gdyby tylko to było coś groźnego...

Czy ktoś z was jeszcze miał takie "dobre" przeżycia z jakimikolwiek lekarzami?
Macie czym się "pochwalić"? Ja sądzę, że w tym kraju to nie warto się leczyć.
Nie warto, bo więcej nas to wyniesie nerwów niż to jest warte.
Ach ta służba zdrowia, co byśmy bez niej zrobili...

Czytaj dalej:
2 komentarze
Udostępnij:

04.01.2014

follow me, follow me back.

Cześć, 

jak w Nowym Roku? Dużo wolnego? Szkoła? Praca? Czy może jak ja, rozpoczęliście Nowy Rok z gorączką i kaszlem, jak przystało na dobrych obywateli po świetnej imprezie Sylwestrowej (czyt. na boso na balkon wystarczyło wyjść). Ktoś jeszcze był na tyle inteligentny co ja czy może bardziej przemyślał sprawę i chociaż buty ubrał? No nic, kuruję się przed pierwszymi zajęciami na uczelni, ale nie powiem, by mi to jakoś wychodziło, nie mówiąc o tym, że mi się kompletnie NIE chce iść na zajęcia. A tutaj do sesji już tylko krótki odcinek, bo nawet nie prosta. Pierwszy egzamin za jedenaście dni. Jak żyć? 

Ale nie o tym miałam dzisiaj pisać. Dzisiaj chciałam popisać na temat "follow me", "obserwacja za obserwację" i inne takie prośby i błagania, tak często ostatnio spotykane, że aż się człowiekowi słabo może zrobić. A co wy o tym wszystkim sądzicie? Jesteście zwolennikami czy przeciwnikami tego zjawiska? Ja jeszcze na początku tego tygodnia byłam zwolennikiem. Bo to fajne, mieć wielu obserwatorów. Później jednak przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że po co mi "puści" obserwatorzy? 100, 200 czy 1000 obserwatorów z prostej formułki "obserwacja za obserwacje" to nic takiego przecież, w końcu i tak mało kto naprawdę czyta tego bloga i komentuje, a mieć obserwatorów tylko po to, żeby mieć to się nie mieści w głowie. Dlatego też postanowiłam trochę powalczyć o wybicie mojego bloga, nie robiąc tego kosztem "follow me back, please" jak to robi mnóstwo osób.

A moja zmiana pojawiła się wraz z nowym rokiem i z faktem widocznym na instagramie, gdzie również obserwuję kilka osób, bardziej bądź mniej znanych. Wśród tych osób jest również Jasiuu, znany szerzej z filmików na youtube pod nazwą "fajne". Przyznam, że sama poznałam go dzięki tym filmikom. Obejrzałam pierwszy, drugi, trzeci aż w końcu subskrybowałam na youtubie. Później pojawiła się obserwacja na facebooku aż w końcu odnalazłam ten instagram. Czasem gdzieś polubię zdjęcie czy filmik, jeśli mi się spodoba. To samo z postami. Nie klikam "lubię to" jak potłuczona, wszystko i zawsze, tylko po to, by mnie zauważył. Nie komentuję również po to. Po co? Nic to nie daje, prawdę mówiąc. Zauważyłam jednak od nowego roku coś niemożliwego, coś, co przyprawia mnie o zawrót głowy.

Mianowicie... przeglądając niektóre, wybiórcze zdjęcia Jasia na instagramie zauważyłam, że mniej więcej 95% komentarzy od "fanów" to właśnie teksty "follow back" oraz "follow me, błagam". Ręce mi opadają, gdy czytam takie komentarze żebrzących osób. Ludzie, opanujcie się, bo te followy w komentarzach na instagramie stają się żałosne. Po co to robić? By się wybić? Nie wiem, macie nadzieję, że jeśli zaobserwuje was jakiś "fejm" to będziecie lepsi? Szybciej znajdziecie obserwatorów? Wybijecie się? Guzik prawda. 

Osobiście uważam, że Jasiuu jest jednym z nielicznych takich "fejmów", na których warto zwrócić uwagę. Nie wybił się chamstwem i głupotą, wybił się, bo jest sobą i tak naprawdę ta internetowa sława go nie zmieniła. Zastanawiam się tylko czy na listy, które tak często dostaje od fanów zdarzyło mu się odpisać chociaż raz? Czy może, jak inni, nie zwraca na to uwagi? Tak czy inaczej, nie zamierzam przestać go obserwować. Chyba, ze zmieni się na gorsze.

Czy naprawdę dzisiejsza młodzież nie myśli o niczym innym jak tylko o tym, by się wybić? Przecież to nie ma najmniejszego sensu, jeśli w internecie najbardziej sławne osoby to takie, które wybijają się swoim chamstwem i niechęcią, obrażaniem innych? Wychowywana byłam zupełnie na innych zasadach, gdzie obrażanie ludzi było najgorszym sposobem, ostatecznością. Teraz widzę, że chamstwo jest najpopularniejszą formą wypowiadania się w internecie, a także poza nim. Czy liczba obserwatorów na tych wszystkich portalach internetowych i społecznościowych jest naprawdę taka ważna? Czy nie lepiej być sobą i mieć obserwatorów dlatego, że robi się coś naprawdę ważnego, a nie dlatego, że się wyżebrało od kogoś to "follow"? Nie wiem. Czasem czuję, że dożyłam do czasów, w których nigdy nie chciałam żyć i nic nie można z tym zrobić. 

Wiecie... życie bez internetu było dużo lepsze.

Czytaj dalej:
12 komentarzy
Udostępnij:

02.01.2014

postanowienia noworoczne.

Hej!

Pierwszy stycznia za nami, tak samo, jak cały rok 2013. A co z nadchodzącym rokiem? Wielu ludzi robi sobie postanowienia noworoczne, które starają się później wypełniać, sumiennie, bądź trochę mniej sumiennie. A jak jest z wami? Macie swoją listę postanowień na 2014 rok? Swoją magiczną karteczkę? Ja mam. W tym roku, jak nigdy do tej pory, zamierzam sumiennie ją wypełnić, od początku do końca. Myślicie, że dam radę? Pisałam to od wczoraj i nie umiałam skończyć. Mam nadzieję, że uda mi się spełnić wszystkie postanowienia, albo przynajmniej część. Wiem, że niektóre nie będą zależne w pełni ode mnie, a od finansów, ale może coś się uda...


POSTANOWIENIA NOWOROCZNE:
  1. Nauczyć się chodzić w butach na wysokim obcasie.
  2. Częściej jeździć samochodem (najlepiej raz w tygodniu)
  3. Nauczyć się tańczyć, chociaż trochę.
  4. Schudnąć do swojej wymarzonej wagi, a przynajmniej postarać się.
  5. Pisać więcej listów do znajomych. 
  6. W końcu rozpocząć pisanie książki. 
  7. Być bardziej kreatywną w życiu. 
  8. Dużo bardziej przyłożyć się do studiów i wszystkiego, co z nimi związane.
  9. Zaakceptować siebie. 
  10. Chodzić na siłownię, minimum raz w tygodniu (najlepiej trzy).
  11. Przeczytać jak najwięcej książek z listy, którą stworzyłam.
  12. Pojechać do Grecji i dobrze się bawić. 
  13. Pojechać na Sonisphere Festival.
  14. Pojechać na koncert 30 Seconds to Mars do Rybnika.
  15. Mniej będę się przejmować różnymi rzeczami. 
  16. Postaram się spotkać z kilkoma osobami, na których mi zależy, a których jeszcze nie miałam okazji spotkać.
  17. Będę mieć większy porządek w pokoju. 
  18. Bardziej skupię się na fotografii.
  19. Poszerzę swoją kolekcję książek Szekspira i Marty Fox.
  20. Będę systematyczniej prowadzić bloga.
  21. Będę częściej piec i próbować nowości kulinarnych. 
  22. Podejmę Kwalifikacyjny Kurs Zawodowy.
  23. Bardziej o siebie zadbam, pod każdym względem.
  24. Znowu postaram spotkać się z Angeliką. 
  25. Poszukam pracy dorywczej, najlepiej związanej z czymś, co lubię. 
  26. Pomyślę nad wolontariatem w szpitalu/domu dziecka. 
  27. Będę dużo mniej marudzić. 
  28. Zrobię porządek w swoim życiu. 
  29. Nie będę płakać z byle powodu. 
  30. Zacznę zbierać kasę na wyjazd do Londynu.
  31. Postaram się spędzać więcej czasu z rodziną. 
  32. Przestanę wydawać kasę na bzdury.
  33. Postaram się odżywiać jeszcze zdrowiej niż do tej pory. 
  34. Będę patrzeć ludziom w oczy, gdy będę z nimi rozmawiać. 
  35. Będę częściej się uśmiechać. 
  36. Zacznę nosić zegarek. 
  37. Będę dotrzymywać danych obietnic.
  38. Będę częściej wychodzić z domu.
  39. Postaram się częściej chodzić w sukienkach.
  40. Będę więcej działać, mniej mówić.
  41. Zapiszę się na basen i będę tam chodzić przynajmniej raz w tygodniu.
  42. Będę sobą, nie zmienię się pod naciskiem innej osoby.
  43. Nie będę uciekać przed obiektywem aparatu.
  44. Częściej będę mówić "Kocham Cię" osobom, na których mi zależy. 
  45. Będę zdobywać nowe pasje i zainteresowania.
  46. Będę rozwijać stare pasje i zainteresowania.
  47. Skupię się bardziej na zajęciach handmade (decoupage, scrapbooking, sutasz) niż w roku poprzednim.
  48. Będę korzystać z życia jak najbardziej się da. 
  49. Będę jadała więcej owoców, mniej słodyczy.
  50. Będę wierzyć do samego końca, nawet, jeśli uważam daną rzecz za mało realną. 
  51. Skrupulatnie dokończę wyzwanie muzyczne. 
  52. Bardziej skupię się na pisaniu niż do tej pory. 
  53. Nauczę się obsługiwać jakieś programy graficzne. 
  54. Będę mniej czasu poświęcać na siedzenie przed komputerem i w internecie, więcej będę robić rzeczy kreatywnych i konstruktywnych.
  55. Postaram się mniej stresować. 
  56. Zacznę malować, więcej niż do tej pory. 
  57. Postaram się pokonywać swoje lęki.
  58. Postaram się wprowadzić więcej koloru w swoje życie.
  59. Odnowię stare kontakty, z osobami, z którymi kiedyś się przyjaźniłam, a teraz urwał się kontakt. 
  60. Walczyć z lenistwem. 
  61. Na instagramie dobić do 1000 zdjęć. 
  62. Bardziej zająć się blogiem, rozsławiając go.
  63. Cieszyć się z małych rzeczy. 


Mam już tylko 363 dni na spełnienie wszystkich postanowień noworocznych. Czy mi się uda? Zobaczymy. Postaram się jak najbardziej skrupulatnie wykonywać je, punkt po punkcie. Obym je przestrzegała!

Czytaj dalej:
17 komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.