30.12.2014

podsumowanie postanowień.

Pomyślałam sobie na początku grudnia, że w tym miesiącu na pewno znowu będę pisać częściej niż raz w tygodniu. Kończy się jednak grudzień, a ja widzę, że dodałam tylko trzy posty. TRZY! A gdzie te wszystkie, które sobie zaplanowałam? Brakło mi czasu. Tak po prostu. Nawet nie brakło pomysłu, ale czasu. Miałam rozpiskę, na której wyszło około osiemnastu postów na grudzień. Teraz, nawet gdybym dodawała je codziennie, nie zmieściłabym się z nimi wszystkimi. Niestety. Dzisiaj jednak jesteśmy już blisko końca roku, więc postanowiłam podsumować postanowienia noworoczne na ten rok. Nie powiem, żeby udało mi się spełnić wszystkie 63 punkty, ale przynajmniej część się udała. Dzisiaj postanowiłam jednak, że wrzucę Wam tutaj tylko kilka z tych punktów, które udało mi się spełnić w 2014 i te, których w ogóle nie udało mi się nawet rozpocząć.

PODSUMOWANIE POSTANOWIEŃ NOWOROCZNYCH


5. Pisać więcej listów do znajomych.

Mam pół szuflady w kopertach od znajomych. Trochę pod koniec roku się rozleniwiłam, ale to dlatego, że zabrakło mi czasu na cokolwiek, a i w życiu przestało być w miarę kolorowo. Teraz, po Nowym Roku, zamierzam ponownie wrócić do pisania listów. Tylko najpierw chcę zdać sesję, a ona nie zapowiada się na kolorowy okres. Mam tylko nadzieję, że moi korespondenci dalej będą chcieli mieć ze mną ten kontakt.

7. Być bardziej kreatywną w życiu.

W sumie ciągle myślałam, że w tym roku z moją kreatywnością bywało coraz gorzej niż lepiej. Bo niewiele robiłam, przynajmniej tak myślałam. Ale ostatnio przysiadłam na moment i zobaczyłam wszystko, co zrobiłam. Wszystkie rzeczy techniką decoupage, świąteczne stroiki z żywej choinki, kartka i pudełko zrobione z materiałów scrapbookingowych, własnoręcznie stworzone kule do kąpieli, pełno rysunków i innych takich... Nagle okazało się, że nie jest tego tak mało, a to, co tworzyłam, przynajmniej w małej części, wrzuciłam na swój instagram

10. Chodzić na siłownię, minimum raz w tygodniu (najlepiej trzy).

No więc z początku roku chodziłam, a potem wysiadło mi kolano i musiałam zrezygnować. Więc jak wydobrzało, to zrobiłam sobie w domu miejsce do ćwiczeń. Ale kolano dawało o sobie coraz częściej znać i trzeba było się poddać. A niedługo WF na studiach, ciekawe jak to ze sobą pogodzę - ćwiczenia i kolano, które już dawno wysiadło i czeka na wizytę u lekarza.

12. Pojechać do Grecji i dobrze się bawić.

Byłam. Znowu coś zwiedziłam, znowu porobiłam dużo zdjęć. Byłam w malutkiej miejscowości Kokkino Nero i miałam Wam nawet coś o tym napisać. Ale tak długo się do tego zabierałam, że w końcu już nie widziałam sensu, by napisać post o wakacjach w Grecji. Może gdyby ktoś dalej chciał przeczytać to coś bym z tego stworzyła jednak. Może. Ale najważniejsze jest to, że w miarę dobrze się bawiłam. Pomijając to, że bardzo chciałam, by ktoś przy mnie był. Ale to nie ważne, to minęło.

13. Pojechać na Sonisphere Festival.

Ani czas, ani miejsce, ani fundusze. Nie wypaliło, znowu. I w tym roku, 2015, także nie wypali, więc już wiem, że nie ma co się zabierać za koncertowanie. Ale może kiedyś nadejdzie moment, w którym będę mogła pojechać na Sonisphere bez zastanowienia się. Może będzie taki dzień, w którym nic nie stanie mi na przeszkodzie. Jak teraz, urodziny kuzynki.

14. Pojechać na koncert 30 Seconds to Mars do Rybnika.

Już miałam zgodę, miałam pieniądze i miałam kupować bilet. Niestety, okazało się, że w dzień koncertu ja dopiero wracam do Polski z wakacji w Grecji. Mogłam zrezygnować z wyjazdu, postanowiłam jednak, że Marsi w Polsce będą jeszcze nie raz. A Grecja? Druga taka okazja może się szybko nie zdarzyć. No i miałam rację, bo powrót z Grecji zamiast koło 18-20 przedłużył się i do kraju dotarliśmy o pierwszej czy tam drugiej w nocy. No trudno.

16. Postaram się spotkać z kilkoma osobami, na których mi zależy, a których jeszcze nie miałam okazji spotkać.

Przyznaję się bez bicia, chyba sama się trochę poddałam. Może nie miałam siły, może motywacji. Nie spotkałam się z nikim, z kim bardzo chciałam. Taki ten rok był trochę słaby, ale może w przyszłym roku mi się to uda. Postanowienie, oczywiście, przechodzi dalej. 

18. Bardziej skupię się na fotografii.

I tu myślę, że mimo wszystko mi się udało. Już wiem przynajmniej co najbardziej mi leży i w jakiej fotografii czuję się najlepiej. Więcej robiłam zdjęć, chociaż trochę mniej się nimi zajmowałam. Myślę jednak, że w końcu idę w tym kierunku, w którym będę się dobrze czuć. Zobaczymy jednak jak to będzie. Zobaczymy. :). 

19. Będę systematyczniej prowadzić bloga.

I to mi się udawało, do pewnego momentu. Potem jakoś to słabo wyszło, no i sami widzicie jak jest w ostatnim czasie. Nic nie ma tutaj, tak naprawdę. Nie oszukujmy się, piszę po trzy do pięciu postów miesięcznie. To trochę za mało, niestety. Ale mam nadzieję, że od przyszłego roku jakoś lepiej mi to wyjdzie. Zobaczymy. Będziecie dalej przy mnie? 

20. Będę częściej piec i próbować nowości kulinarnych.

Udało mi się, chociaż mogłoby być lepiej. Wypróbowałam kilka nowych przepisów na serniki, a mój tort czekoladowo-ajerkoniakowy był hitem dwóch imprez. Dzisiaj zamierzałam zrobić rainbow cake, ale nie ma nikogo w domu na Sylwestra, a niestety nie będę miała jak go przenieść. Za duży tort by wyszedł, by zmieścić się do pudełka. Tyle przegrać. Jak w końcu zrobię rainbow cake (co tam, dwa lata się do tego zbieram!) to pokażę wam zdjęcia i wrzucę przepis. O ile wyjdzie. 

21. Podejmę Kwalifikacyjny Kurs Zawodowy.

To nie tak, że nie umiałam się zebrać, by go podjąć. Nie. To raczej tak, że zapisałam się, złożyłam dokumenty, zapłaciłam i... szkoła mnie wykiwała. To nie był mój rok jeśli chodzi o różnego rodzaju wnioski i inne takie sprawy. Gdzie się nie zapisałam to coś nie wychodziło i musiałam rezygnować. Albo druga strona mnie wykiwała. W każdym razie nie poddaję się i w 2015 podejmuję ten kurs. Tutaj już nie dam się wykiwać. 

23. Znowu postaram spotkać się z Angeliką. 

Bardzo chciałam jechać na ślub do Angeliki. Chciałam móc przy niej być w jej najważniejszym dniu w życiu. Żałuję, że dzieli nas te ponad pięćset kilometrów i finansowo było to dla mnie przeraźliwie nie do przeżycia. Mam jednak nadzieję, że w 2015 uda mi się wszystko tak ułożyć, by móc pojechać do niej nie na jeden dzień, ale przynajmniej na tydzień. Albo na dwa. 

39. Postaram się częściej chodzić w sukienkach.

A to udało mi się w stu procentach! W ciągu listopada i grudnia chodziłam średnio trzy razy w tygodniu w sukience. Moją szafę wypełniają prawie same sukienki, a ostatnio zamówiłam sobie kolejne dwie. Na 2015 zapowiadam sobie jeszcze częstsze chodzenie w sukienkach. 

47. Skupię się bardziej na zajęciach handmade (decoupage, scrapbooking, sutasz) niż w roku poprzednim.

Mam w domu coraz więcej rzeczy w stylu decoupage, a kolejne moje twory znaleźć możecie na instagramie - zawsze coś tam wrzucę, zawsze się pochwalę. W tym roku myślę, że było tego więcej niż do tej pory, ale mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się to jeszcze bardziej. Może w końcu zacznę tworzyć w domu, a nie tylko na dodatkowych zajęciach?

57. Postaram się pokonywać swoje lęki.

Moim największym lękiem jest lęk wysokości. W sumie niewiele osób o nim wie, bo mimo wszystko staram się go całe życie pokonywać. Wchodzę na dziesiąte piętro i wychodzę na balkon, by zobaczyć jak to wygląda. Fakt, że serce bije mi wtedy jak oszalałe jest niczym, w porównaniu do tego, jak dumna jestem z siebie, że to mi się udało. Gdy byłam z rodzicami w Grecji, bardzo chciałam zobaczyć Meteory. To dopiero było wyzwanie, które postawiłam sama przed sobą. Wyszłam i zobaczyłam, wszystko było piękne, zdjęć porobiłam mnóstwo. Nie żałuję, mimo iż strach był ogromny. Wspomnienia i widoki wszystko wynagrodziły.

58. Postaram się wprowadzić więcej koloru w swoje życie.

Czym ten kolor dokładniej miał być to nie jestem pewna. Myślę, że przede wszystkim chodziło mi o to, aby moja szafa nie przypominała czarnej dziury - czerń od góry do dołu, wszędzie i we wszystkim. Czy mi się udało? Cóż, na pewno trochę lepiej niż wcześniej, chociaż wciąż czarny wszędzie góruje. Ale do czarnego dołączył czerwony, szary i fioletowy. Powoli wychodzę na prostą.

61. Na instagramie dobić do 1000 zdjęć.

No cóż, nie wyszło. Ale zostało mi niewiele do 1000 zdjęć, bowiem w chwili obecnej, dodając ten post, na moim instagramie (klik: TUTAJ) znajduje się 936 zdjęć, a do wieczora na pewno pojawi się jeszcze kilka. Albo kilkanaście. Mimo wszystko musiałabym dodać 64 zdjęcia do jutra do północy, a szanse są niskie. Wiem jednak, że zrobiłam wiele, by mi się to udało. No nie?

62. Bardziej zająć się blogiem, rozsławiając go.

Gdy zaczynałam rok miałam ledwo kilka tysięcy. Obecnie, kończąc go, mam około 26 tysięcy 450 wyświetleń. Dla większości ludzie to niewiele wyświetleń. Dla mnie to spora ilość. Wiele się zmieniło, dołączyło tutaj koło 120 osób-obserwatorów. Koło 20 tysięcy wyświetleń. Myślę, że udało mi się, chociaż troszkę, rozsławić ten blog. Chociaż odrobinkę.


A Wy? Mieliście postanowienia na ten rok?
Udało Wam się je spełnić?

Czytaj dalej:
6 komentarzy
Udostępnij:

29.11.2014

dziś dzień wosku ci ukaże, co ci życie niesie w darze.

Dzień dobry!

Nawet nie wiem co bym dokładnie miała Wam napisać na wstępie. Długo nie pisałam. W listopadzie pojawiły się tylko trzy posty. W październiku także trzy. Nie, żebym nie miała pomysłów. Czasu też myślałam, że nie mam, ale jak się chce to zawsze można go znaleźć. Dlaczego więc nie pisałam? Przyznam, że sama nie wiem. Częściowo zwalam to na brak czasu. Częściowo także dlatego, że ostatnio nie mam siły. Wracam późno to i nie zajmuję się pisaniem, chociaż przyznam, że bardzo mi tego brakuje. W listopadzie nie pisałam, bo ten post miał być czymś wyjątkowym. Miał być napisany z pompą, pełen kontrowersji. Bo to jest SETNY post. Piękna, okrągła liczba, na półtorej roku bloga. Niestety mój pomysł spalił na panewce, bowiem nie umiem go ująć w odpowiednie słowa. Nie chciałam go zepsuć, więc postanowiłam napisać do Was coś innego, a ten wyjątkowy post dokończyć następnym razem. No i od wczoraj mam na telefonie aplikację blogger i dzięki temu mogę do Was pisać z każdego miejsca na Ziemi, o ile jest tam dostęp do internetu. Może dzięki temu częściej będziecie dostawać nowe posty? Zobaczymy!

Dzisiaj podrzucam Wam post na Andrzejki. Pewnie takich postów będzie wysyp, jak przy każdej innej okazji. Podrzucę Wam kilka wróżb i pomysłów. Zobaczymy, może coś z tego Wam się przyda. 

ANDRZEJKI


Andrzejki to wieczór wróżb odprawianych w nocy z 29 na 30 listopada, a więc w wigilię świętego Andrzeja. Dzień ten jest specjalną okazją do zorganizowania ostatnich hucznych zabaw przed rozpoczynającym się adwentem. Zwykle podczas trwania takiej imprezy robi się różnego rodzaju wróżby, bowiem kiedyś Andrzejki były traktowane bardzo poważnie, a przeznaczone były tylko dla niezamężnych dziewcząt. Każda z wróżb ma za zadanie pokazać dziewczynom, biorącym w nich udział, która pierwsza wyjdzie za mąż, jak będzie miał na imię przyszły partner bądź jak wyglądać będzie nasza przyszłość. Obecnie już nie traktuje się ich tak poważnie, są raczej formą niezobowiązującej zabawy, w dodatku gromadzącą młodzież obojga płci, a nie tak jak dawniej - tylko dziewcząt. Pochodzenie andrzejkowych wróżb matrymonialnych nie jest do końca znane - niektórzy autorzy wskazują na starożytną Grecję, podkreślając podobieństwo imienia Andrzej (Andress) i greckich słów aner, andros, oznaczających męża, mężczyznę. Inni natomiast odwołują się do kultu starogermańskiego boga Freja, dawcy bogactw, bóstwa miłości i płodności. Bez względu na pochodzenie - wszystko sprowadza się do jednego. Do małżeństw.


LANIE WOSKU

Jedna z najpopularniejszych zabaw andrzejkowych. Potrzebna nam będzie świeczka, miska z zimną wodą, garnuszek i klucz. Na kuchence stawiamy garnuszek ze świeczką, tak, aby całkowicie się roztopiła. Płynny wosk przelewamy przez dziurkę od klucza, wprost w zimną wodę. Gdy wystygnie, wyjmujemy świeżo powstały kształt i ustawiamy przy lampie tak, by zastygły wosk rzucał cień na ścianę. To, co widzimy, staje się naszą wróżbą. Może to jakiś nietypowy kształt, wzór, a może zwierzę? Wszystko zależy od interpretacji!
źródło zdjęcia: www.google.pl

SERDUSZKO

Najlepiej z bloku technicznego wyciąć duże serce. Po jednej stronie wypisuje się imiona męskie, po czym celuje się igłą i przedziurawia, mając nadzieję, że trafi się na jakieś imię. To, co trafimy, ma być imieniem naszego przyszłego partnera. Jest to zabawa zarówno dla dziewczyn jak i dla chłopców, bowiem można wyciąć dwa duże serca - jedno na imiona męskie, drugie na żeńskie. Ciekawa zabawa zarówno dla najmłodszych, jak i dla tych starszych. 
źródło zdjęcia: www.google.pl

BUTY

Od każdej dziewczyny, znajdującej się w pokoju, bierze się jeden but, dokładniej lewy. Powoli ustawia się je od samej ściany, jeden za drugim, przekładając je aż do drzwi. But, który pierwszy przekroczy próg, należy do osoby, która jako pierwsza wyjdzie za mąż. 
źródło zdjęcia: www.google.pl

KLEKS

Potrzebna nam będzie kartka papieru oraz atrament albo gęsta farba. Kartkę zginamy na pół, ale tak, aby później mocno było widać zgięcie. Następnie rozkładamy ją i na samym środku robimy kleksa, nie musi być on duży, ponieważ ponownie zaginamy kartkę i mocno dociskamy obie połówki do siebie, dzięki czemu plama odciśnie się na całej powierzchni. Powstały w ten sposób kształt jest wróżbą na następny rok. Co nam wyszło?
źródło zdjęcia: www.czytajniepytaj.pl

KARTECZKI

Jedna z najprostszych wróżb. Robimy małe karteczki, na których wypisujemy różne wróżby, nie mogą być one jednak złośliwe. Kartek powinno być tyle, ilu uczestników, ponieważ każdy losuje po jednej. Można na nich napisać tak naprawdę wszystko. Przykłady: unikaj koloru czerwonego, zakładaj czapkę, bo choroba jest blisko, jutro będzie burza, jeśli jutro spadnie deszcz - będziesz mieć pecha, etc. Prawda, że można napisać wszystko?
źródło zdjęcia: www.google.pl

GROSIK

Przede wszystkim potrzebujemy więcej miejsca. Po jednej stronie ustawiamy linię, której nie można przekroczyć. Może to być zwykły sznurek, kartka papieru, linijka czy kreska narysowana ołówkiem. Po drugiej stronie, nie za blisko linii, ustawiamy jakiś pojemnik, może to być miska, ale nie za duża. Uczestnicy zabawy po kolei stają przed linią, biorą grosik do ręki, myślą o jakimś swoim marzeniu, chuchają na grosik i rzucają. Ci, których moneta wpadnie do pojemnika - w przyszłym roku spełni się ich marzenie. Ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, będą musieli jeszcze trochę poczekać. 
źródło zdjęcia: www.google.pl

JABŁKO

Potrzebujemy jabłka i obieraczki. Spokojnie obieramy jabłuszko, jak najbardziej się da. Musi to być jednak obieranie ciągiem, wokół jabłka. Później rzucamy za siebie, przez lewe ramię, ostrużyny z jabłka, a z ich zawijasów staramy się jakoś odczytać literę, bowiem ma ona oznaczać pierwszą literę imienia naszego przyszłego męża/żony. 
źródło zdjęcia: www.google.pl

IMIONA

Tutaj również musimy przygotować sobie kilka albo kilkanaście karteczek, na których wypisujemy imiona męskie. Wieczorem kładziemy je pod poduszkę, a rano, pierwsze co robimy, sięgamy po jedną z nich. Tak jak w przypadku pozostałych wróżb - wylosowane imię ma być imieniem naszego przyszłego partnera. 
źródło zdjęcia: www.google.pl

OBRĄCZKA

Najlepiej pożyczyć obrączkę od mamy. Potrzebna nam będzie jeszcze nitka, aby móc ją zawiązać wokół obrączki. Powinna mieć długość około piętnastu centymetrów. Przyda nam się jeszcze szklanka, do połowy wypełniona wodą. Siadamy przy stoliku, opierając łokcie o jego blat. Szklanka powinna znajdować się pomiędzy naszymi rękami. To wróżba na cierpliwość, ponieważ nie powinniśmy się ruszać, czekamy jedynie aż lekko zaczną nam drżeć ręce, w których znajduje się sznurek. Obrączka zacznie delikatnie uderzać o ścianki szklanki. Każde uderzenie oznacza jeden rok. Ilość wszystkich uderzeń to wiek, w którym wyjdziemy za mąż. 
źródło zdjęcia: www.google.pl

FILIŻANKI

Potrzebujemy aż siedem filiżanek, jednakowych i nieprzezroczystych. Oprócz tego potrzebne nam będą: różaniec, obrączka, chusteczka, moneta, laleczka i liść. Każdą z tych rzeczy wkładamy pod jedną z filiżanek, w ten sposób, aby jedna z nich została pusta. Osoba, która jest ciekawa swojej najbliższej przyszłości, podnosi jedną z filiżanek. Co ją czeka? Różaniec - stan zakonny, obrączka - małżeństwo, moneta - pieniądze, laleczka - dziecko, chusteczka - łzy, listek - staropanieństwo, pusta - będzie po staremu. 
źródło zdjęcia: www.google.pl

WODA

Panna powinna tuż przed snem zjeść coś bardzo słonego, ale pod żadnym warunkiem nie popijać tego wodą. Dzięki temu w nocy na pewno będzie chciało jej się pić i powinien przyśnić jej się mężczyzna jej marzeń, podający jej szklankę wody. 
źródło zdjęcia: www.google.pl

WIŚNIA CZY CZEREŚNIA

Panna, która pragnie wyjść za mąż, powinna w dzień świętego Andrzeja ściąć gałązkę wiśni bądź czereśni i włożyć ją w domu do wody. Jeśli do Wigilii gałązka zakwitnie - można spodziewać się dosyć szybkiego zamążpójścia. Trzeba tylko mieć cierpliwość i poczekać 25 dni aż gałązka zakwitnie.
źródło zdjęcia: Patrycja Kolibaj art.


W Polsce w same wróżby wierzy zaledwie jedenaście procent ludzi. Przynajmniej tak wynika z sondażu Newsweeka, który został przeprowadzony w 2012 roku. No tak, ale kto by się przyznawał do wierzenia we wróżby i horoskopy? Nikt nie wierzy, wszyscy czytają, prawda? No cóż. Ja w tym roku zamierzam się pobawić we wróżby, z tym, że trochę później niż w nocy z 29 na 30 listopada. Myślicie, że jeden dzień coś zmieni? A Wy jak obchodzicie Andrzejki?

Czytaj dalej:
3 komentarze
Udostępnij:

18.11.2014

zimowa w oknie kato.

Dzień dobry!

Ten tekst powinien pojawił się już dawno temu, ale jakoś nie było okazji. Jest to relacja z koncertu, pisana dla projektu Kultura Działa, gdzie opublikowana została wersja stworzona przez kogoś innego. W związku z tym, ja mogę spokojnie swoją dodać tutaj. Więcej zdjęć autorstwa mojego oraz Magdy pojawiło się na profilu Studenckiego Koła Twórczych Dziennikarzy Kulturalnych. Zapraszam do polubienia i śledzenia na bieżąco naszej działalności. ;)


ZIMOWA W OKNIE KATO


Zimowa w KATO, 30.10.2014 rok.


Okno KATO ponownie tętni życiem. Tym razem 30 października odbyło się kolejne spotkanie muzyczne w pubie na Mariackiej. Koncerty w KATO mają to do siebie, że nie skupiają tłumów, są raczej dla koneserów muzyki alternatywnej, trudnej do sklasyfikowania gatunkowego. Ze względu na chłodną, październikową atmosferę, wszyscy siedzieli w lokalu, a nie pod chmurką, jak to było w czasie trwania letniego grania. 

Publiczność powoli zaczęła się zbierać przed osiemnastą, bowiem o tej porze rozpocząć się miał koncert. Zespół zaczął próby, a wszyscy czekali, aż wybije pełna godzina. Po dziesięciu minutach na facebookowym wydarzeniu zmieniona została godzina rozpoczęcia - z osiemnastej na dziewiętnastą. Część publiczności zaczęła się niecierpliwić, ale jednak zaczęło się schodzić więcej ludzi. Pół godziny po siódmej wieczorem Zimowa w końcu wyszła na scenę. Po krótkiej muzycznej rozgrzewce rozpoczął się koncert. Sala pubu zapełniła się ludźmi, teraz nie tylko miejsca siedzące były pozajmowane, ale także wiele osób stało pod ścianą. Wszyscy chcieli posłuchać występu. 

Zimowa to kameralny zespół dwuosobowy (na koncertach czteroosobowy), w skład którego wchodzą: Aneta Maciaszczyk (wokal, klawisze), Michał Mentel (klawisze, gitara, wokal), Jakub Buczek (bas, sampler) oraz Michał Husak (gitara). Ich muzyka składa się, przede wszystkim, z dużej ilości dźwięków i w małym stopniu ze słów. Grają noise pop, a więc połączenie popowej melodii z efektem overdrive i gitarowym hałasem. To gatunek muzyki, który trafia tylko do prawdziwych koneserów. Dla zwykłego słuchacza muzyka ta może być trudna do przesłuchania, gdy dźwięk zagłusza wokal, gdy instrumenty chwilami wydają się być zbyt rozstrojone, by dźwięki współgrały ze słuchaczem. Niektórzy nazywają to alternatywną, inni nowoczesnością. Mnie na myśl przychodzi tylko słynne stwierdzenie zwane KOCIĄ MUZYKĄ. Zdecydowanie Zimowa nigdy nie trafi do mas i nie zostanie muzyką popularną. Są jednak zespołem, który ma swoją rzeszę fanów - w końcu sala podczas koncertu została całkowicie zapełniona, a gdy doszło do końca - pojawiła się prośba o bis. Dla mnie bis był już za dużą dawką tego zespołu. 

Zimowa swoją muzyczną karierę rozpoczęła w 2013 roku. Obecnie wydali swoje demo, które można było nabyć tuż po zakończeniu występu. Niedługo wchodzą jednak do studia, by nagrać pierwszą płytę. 

Był chaos, były instrumenty zagłuszające wokal, była duża ilość ludzi i dosyć duże spóźnienie. Był koncert, a pub KATO znowu zatętnił muzycznym życiem.


Zimowa podczas trwania próby, 30.10.2014 rok.

Czytaj dalej:
2 komentarze
Udostępnij:

07.11.2014

nade(j)szła chwila na jesień z grilla.

Dzień dobry!

Już listopad się rozpoczął, a pogoda za oknem tylko nas zachęca do spacerów i zdjęć. Szkoda jednak, że mam tak niewiele czasu na zdjęcia - co najwyżej w weekendy, ale i te ostatnio są nieźle wypełnione zajęciami. Znajduję więc chwilę pomiędzy zajęciami, ciesząc się, ze odwołali mi poetykę historyczną i dzięki temu mam czas, by cokolwiek tutaj sklecić. A jest to kolejny post z serii pytań i odpowiedzi znajomych, którym bardzo dziękuję za czynny udział w tworzeniu tego bloga! O jesieni pisałam już raz w poście i nadeszła jesień. Teraz jednak prócz zdjęć (a więc tego, co poprzednio) pojawią się także odpowiedzi i skojarzenia.


NADE(J)SZŁA CHWILA NA JESIEŃ Z GRILLA



O tym jak można spędzać jesienne wieczory pisałam kilka postów temu. Jesień jest jednak taką porą roku, o której mogłabym pisać cały czas, bez przerwy. Naprawdę. Wielu ludzi nienawidzi właśnie tej pory roku, bo zimno, bo plucha, bo ponuro. Ja jednak widzę w niej mnóstwo pozytywów, a już na pewno dużo więcej niż w zimie, o czym zresztą zaraz Wam opowiem. 

Jesień to trzecia z czterech pór roku. Jest, przynajmniej moim zdaniem, najbardziej magiczną z pór. Polska złota jesień jest piękna, zwłaszcza w słonecznych dniach. Kolorowe liście - żółte, brązowe, czerwone. Chodniki pełne spadających liści, klimat rodem z bajki. Gdybym miała trochę więcej czasu - pewnie w niedzielę wybrałabym się na zdjęcia. Boję się jednak, że jesień ze swoją nieprzewidywalnością może mi trochę pokrzyżować plany w ten weekend, dlatego też dodaję zdjęcia stare i te, które powstały na spacerach z psem, ale tylko robione telefonem - mój pies nie toleruje aparatu, a nie ma sensu go denerwować. 

Postanowiłam zapytać znajomych co sadzą o jesieni. Z mojej strony padło pytanie, dostałam kilka odpowiedzi, chociaż wszystkie na swój sposób się ze sobą łączą. Wszystkie są prawie takie same, ale inaczej ubrane w słowa.

Z czym kojarzy Ci się jesień? Jaki masz do niej stosunek?


Przepytałam znowu grono moich znajomych, wybrałam kilka odpowiedzi, które najbardziej do mnie przemówiły, ale wszystkim jestem wdzięczna za chęć pomocy. Większość z wiadomości, które do mnie docierały, to było jedno, dwa, może trzy zdania. Stąd moje pytanie do Was, czytelników - czy naprawdę tak trudno wypowiedzieć nam się na temat jesieni? Ja mogłabym mówić i pisać o niej godzinami, a i tak nie wyczerpałabym całego tematu!

Pierwsza odpowiedź należała do Marysi, była krótka, ale zawierała wszystko:

Jesień kojarzy mi się z ogromną pracą, zmęczeniem i z obowiązkami, ale też z pięknem, dostrzeganym przez nielicznych. 

Kolejna krótka odpowiedź była autorstwa Magdy:

Z pięknymi mgłami. Kocham jesień, bo jest piękna i można usiąść w ciepłym domu z kubkiem herbaty i np. poczytać lub obejrzeć coś ciekawego, na co w lecie nie ma za bardzo czasu. 

Ludwika z kolei napisała do mnie odpowiedź, która, moim zdaniem, jest typową, neutralną odpowiedzią. Ani pozytywna, ani negatywna:

Jesień jest porą piękną, pełną melancholii. Porą zmuszającą do myślenia o tym, którzy nas opuścili, o przeszłości.

Natomiast wypowiedź Kasi nie pozostawia złudzeń - jesień jest zła!

Z błotem i zimnem, niestety. Przyroda umiera, liście spadają, kolory bledną, ludzie też są coraz bardziej smutni i ospali. Generalnie nie lubię jesieni, wszystko jest szare i okropne.

Karolina także nie pała optymizmem na myśl o obecnej porze roku:

Nie znoszę jesieni. Wszystko jest smutne, szare, bez wyrazu. Ostatnio zrobiła się na nią moda, której kompletnie nie rozumiem. Nagle pojawili się sami zwolennicy jesieni, a przecież to taka ponura pora roku. Wiosna, lato czy nawet zima, mają swój charakter, są w pewien sposób radosne, a jesień to czas depresyjny i nudny. Byle przetrwać.

Jeszcze jedna odpowiedź należała do Grzesia i była raczej neutralna, chociaż trochę skłaniająca się w kierunku negatywnym:

Jesień kojarzy mi się głównie z deszczowymi wieczorami, mogę wtedy usiąść na parapecie, a rzadko to robię, i posłuchać tej pięknej melodii. Jednak niestety jesienią miewam doły, które potęgują moje niedowartościowanie.

Ostatnia, zdecydowanie pozytywna (i najdłuższa!) odpowiedź, należała do Justyny, ale również musiałam się na nią najdłużej naczekać:

Jesień przede wszystkim kojarzy mi się z kolorowymi liśćmi, wiatrem i spacerami w takim typowym jesiennym słońcu. Z drugiej strony, jako typ domownika uwielbiam szare dni, kiedy jest ponuro na dworze, wtedy mogę usiąść sobie na parapecie, popatrzeć przez okno z herbatą w ręce, ewentualnie zacząć czytać po raz kolejny jakąś z moich ulubionych książek przy lampce na ścianie. Jesień jest fajna i zawsze można znaleźć w niej coś pożytecznego, nawet jeżeli mamy aktualnie najsmutniejszy miesiąc w całym roku. 

Myślę, że ilu ludzi tyle opinii. Ja uważam jesień za jedną z barwniejszych pór roku, pod warunkiem, że nie pada deszcz. To właśnie jesień jest obfita w piękne, różnobarwne liście - złoto, czerwień, resztki zieleni i niesamowicie niebieskie niebo. Tylko teraz pogoda może być niesamowicie bajkowa, a temperatura nigdy nie przekracza 25 stopni Celsjusza i jeśli już - trzyma się między piętnastoma a dwudziestoma stopniami, a więc jest idealnie. W pochmurne dni można w końcu zająć się tym, na co nigdy nie mamy czasu - możemy obejrzeć zaległe filmy, przeczytać książki, napisać coś czy poprawić zdjęcia. Możemy usiąść i coś namalować albo zwyczajnie spędzić czas z rodziną. Możemy, ale najważniejsze jest to czy chcemy.

A teraz coś ode mnie - dawka jesiennych zdjęć, żywcem ściągniętych z instagrama.

 
 
 
 
 
 Zapraszam: sonsadanoite.

Miłego wieczoru!

Czytaj dalej:
2 komentarze
Udostępnij:

02.11.2014

halloween a wszystkich świętych.

Dzień dobry! 

Ja dzisiaj, jak zwykle, z opóźnieniem. Zaczął się listopad, do końca roku już tylko 60 dni, mamy 305 dzień w roku. Post, który dzisiaj piszę, miał pojawić się wczoraj, ale w ostatnim tygodniu mam tak zapchany grafik, że nie do końca wiem co mam ze sobą zrobić, nie mówiąc o tym, że wracam do domu i maksymalnie o 22 idę spać, gdzie do tej pory nigdy mi się nie zdarzało zasypianie wcześniej niż przed północą. Zmęczenie materiału, ja tak to nazywam. Ale dzisiaj nie o tym! Dzisiaj o tym, co było wczoraj i przedwczoraj. 


HALLOWEEN A WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH!



O święcie zwanym Halloween w Polsce jest głośno dopiero od kilku lat. Wcześniej nie było o nim mowy, by miało rację bytu, jednak zaczęliśmy powoli wchłaniać to, co amerykańskie. Wiadomo, że w Polsce nigdy nie będzie miało takiego popytu jak w Stanach Zjednoczonych. Nie ma takiej siły, by nagle na ulice wylęgły się setki czy nawet tysiące ludzi poprzebieranych za różne postacie z filmów, bajek czy książek, za duchy i kościotrupy, za wiedźmy. Dla mnie to niesamowita zabawa, że w jeden dzień w roku mogę bezkarnie się przebrać, mocno umalować albo zrobić sobie jakąś charakteryzację, iść na nocny maraton do kina czy zwyczajnie zrobić sobie taki maraton w domu. Jest mnóstwo cudownych dekoracji, które nadają niesamowity klimat nam, naszemu domowi, naszej okolicy. Nie zmienia to jednak faktu, że ze strony katolików jest duża nagonka na tych, którzy chcą świętować amerykańskie Halloween. A dlaczego? Ponieważ jest uznawane za coś złego. Pogańskiego. Dlaczego prawdziwy katolik nie może bawić się w dniu poprzedzającym Dzień Wszystkich Świętych? Bo powinniśmy tylko i wyłącznie święcić to, co nakazane przez kościół, a nie to, co uznawane za pogańskie. Ale to przecież tylko zabawa i, moim zdaniem, jedno nie wyklucza drugiego. Tym bardziej, że pierwszy listopada, niestety, jest bardzo sztucznym dniem. To dzień, gdy trzeba się pochwalić co się ma, a nie dzień, w którym chcemy być przy tych, którzy byli dla nas ważni, ale odeszli. Dlatego więc dzisiaj postanowiłam zapytać kilku znajomych o ich zdanie na temat tych dwóch dni. 


Halloween a Święto Zmarłych, czy jedno nie wyklucza drugiego? Jakie jest Twoje zdanie o nich?



Odpowiedzi dostałam sporo, ale, wiadomo, nie na wszystkie mogę wrzucić tutaj, bo to nie na tym polega. Wybrałam kilka, moim zdaniem najlepszych i oto są. Za pozostałe również bardzo wszystkim dziękuję, jesteście kochani! A pierwsza odpowiedź należała do Pauliny i brzmiała tak:

Jedno nie wyklucza drugiego. Halloween to jak dla mnie fajny pretekst do zabawy. Święto zmarłych następnego dnia, a nie w Halloween. Co do sprzeciwów i pretekstów, że jeśli się jest katolikiem, to nie powinno się świętować 31 października, to moim zdaniem przesada. Jestem katoliczką i uważam że jeśli nie wywołuje się duchów i nie wygłupia na cmentarzach to jest to zupełnie w porządku. My, jako Kościół mamy swoje święta i oczekujemy, by je szanowano, więc szanujmy pozostałe.
Podejrzewam, że zmarli nie mają nic przeciwko Halloween.

Kolejna odpowiedź należała do Marysi i zostało w niej wspomniane o jeszcze jednym święcie, o którym już prawie nikt nie pamięta:

Co do Halloween, nigdy mi nie przeszkadzało. Nigdy nie obchodziłam, moja rodzina tego nie lubi, aczkolwiek ja szanuje amerykańska tradycję i, gdybym mieszkała lub była w tamtym okresie w USA, to na pewno bym obchodziła. Tak samo, gdybym była w Chinach świętowałabym chiński nowy rok, a w Meksyku - el día de los muertos. Uważam, że Halloween wyklucza Wszystkich świętych, ponieważ te święta mają zupełnie odmienne charaktery: jedno jest refleksyjne i smutne, a drugie zupełnie wesołe i tradycyjne (wszakże w Polszy jedynie idzie się do kościoła i na groby, w innych krajach ludzie się przebierają, dekorują domy i świetnie się bawią)

No właśnie. A czy ktoś z Was wie czym jest el día de los muertos? W kilku słowach mogę Wam powiedzieć, że jest to jedno z najstarszych świąt i swoje początki ma przeszło trzy tysiące lat temu. Jest połączeniem Wszystkich Świętych i Dnia Zaduszek, ale w kulturze meksykańskiej jest ono uważane za coś pozytywnego, radosnego. Nie tak, jak u nas, w Polsce.

Z kolei od Ludwiki dostałam krótką, ale bardzo treściwą odpowiedź:

Nie rozumiem czemu te dwa święta mają się wykluczać. Jedno to święto polegające na zabawie, drugie zaś jest wspominaniem bliskich. Oczywiście mamy swój folklor i tradycje, ale świat się zmienia. Musimy wpuszczać trochę nowoczesności.

Kolejna odpowiedź dotarła do mnie od Karoliny"

Halloween absolutnie nie wyklucza Święta Zmarłych. 31. bawimy się, chodzimy po domach, przebieramy i jemy "straszne" smakołyki, a 1. odwiedzamy groby i poprzednie świętowanie nie wyklucza pamięci o zmarłych. Zresztą uważam, że nagły tłum pierwszego listopada jest strasznie sztuczny, bo nagle wszyscy przypominają sobie o zmarłych, których nie odwiedzają cały rok.

A ostatnia odpowiedź, jedna z najdłuższych, należała do Magdy:

Święto zmarłych swoją drogą, Halloween swoją. Tym, co odeszli należy się szacunek, owszem. Od tego jest 1. listopada. Halloween moim zdaniem nie jest jakimś wielce pogańskim rytuałem, tylko fajną okazją żeby się przebrać i dobrze bawić. Niektórzy twierdzą, że próbujemy robić z siebie na siłę Amerykanów - według mnie to tak jakby mówić, że robimy się na Niemców ubierając choinkę w grudniu. Halloween pogańskie? Bo Dziady odprawiane X lat temu niby nie były. Poza tym, mało kto chyba przebierając się za zombie, wampira etc chce mieć kontakt z "ciemną stroną mocy".

No właśnie. W naszym kraju bardzo dużo rzeczy kopiuje się od innych krajów, a później uznaje za własne. Taka jest prawda, niestety. Dlaczego więc Halloween jest tak negowane przez dużą część ludzi? Wprowadzajmy nowoczesność, nie stójmy ciągle w miejscu. Skoro Walentynki się przyjęły to dlaczego Halloween by nie miało? Jedno i drugie nie należy do nas. My mieliśmy swoje piękne święto, które zostało przez większość zapomniane. 

Karolina wspomniała o sztuczności pierwszego listopada. Ja do tego mogłabym dorzucić rewię mody i chwalenie się swoimi możliwościami finansowymi. Ale to temat na osobny post. I osobną rozmowę. 

Jaki Wy macie stosunek do obu świąt?

Jesteście na TAK czy na NIE?

Czytaj dalej:
6 komentarzy
Udostępnij:

24.10.2014

autobus (czerwony), przez ulice mego miasta mknie...

Wiedziałam, że będzie tak, jak Wam wspominałam na początku poprzedniego postu. Jak tylko zdałam wszystkie egzaminy, oddałam indeks do dziekanatu i w końcu znalazłam czas dla siebie i zdjęć to co się stało? Wiadomo, pogoda się zepsuła. Nie ma już tej pięknej, słonecznej jesieni. Jest zimna, pochmurna i dosyć ponura, ostatnio nawet deszczowa. Aż chciałoby się wrócić do lata, słonecznych dni i ciepłych wieczorów, do wakacyjnego luzu. Ale to nic! Do kolejnych wakacji pozostało już tylko niecałe dziewięć miesięcy. W międzyczasie jeszcze długa przerwa świąteczna (nie wiem jak szkoły, ale my, studenci, mamy przerwę od 22 grudnia do 6 stycznia! Aż piętnaście dni, czy to nie cudowne?

Ale dzisiaj, w końcu, coś dla Was piszę. Okropnie Was zaniedbuję w tym październiku. To dopiero trzeci post, a mamy już końcówkę miesiąca! Znowu nie było niedzielnych inspiracji, ale nie chciałam pisać czegoś na siłę. W sumie dalej nic bym nie napisała, gdyby nie incydent w autobusie, który skłonił mnie do napisania właśnie tego postu. Prędzej czy później i tak bym go napisała, ale myślałam, że stanie się to raczej później. Cóż, życie nas lubi zaskakiwać! A o czym napiszę? Początkowo miałam napisać głównie o kulturze. I przyznam szczerze, że już zaczęłam tworzyć cały post. Ale później pojawił się pewien sygnał, że to mnie męczy. Poczułam, że piszę, bo muszę, a nie dlatego, że sprawia mi to przyjemność. I postanowiłam, że wykonam jeszcze jedną zmianę na blogu.

Naprawdę chciałam pisać bloga bez osobistych emocji. Chciałam, by posty nie były aż tak emocjonalnie nacechowane. Nie chciałam, by moje spojrzenie na daną sytuację było z góry Wam narzucone. Przecież nie na tym polega pisanie dla ludzi. Prawda? Ale trudno, im bardziej staram się, by moje posty były neutralne tym bardziej czuję się wypalona artystycznie i, przede wszystkim, blogowo. Ostatnie wydarzenia sprawiły jednak, że postanowiłam powiedzieć DOŚĆ i zacząć pisać dla Was, ale tak, by było dobrze dla mnie. Na pierwszy rzut idzie post o autobusach, ludziach podróżujących komunikacją miejską, organizacji ruchu i, przede wszystkim, o kulturze. Chociaż, jak już wspomniałam wcześniej, w ostatniej kwestii to i cały cykl by się znalazł. Naprawdę. Ale o tym to na końcu, teraz zacznijmy tak, jak powinniśmy. Od początku.

KZK GOP KATOWICE


Oczywiście tym razem chodzi mi tylko i wyłącznie o autobusy, którymi jeżdżę od dziewięciu lat, pięć razy w tygodniu. Z tramwajami mam do czynienia sporadycznie, chociaż ostatnio jakby troszkę częściej się zdarza. Nie mniej to jednak autobusy sprawiają, że zdarza mi się rzucać "mięsem" na prawo i lewo, a ciśnienie podnosi mi się szybciej niż za sprawą dużej, porannej dawki kofeiny. Tak, autobusy działają bardzo pobudzająco. Kto również jeździ różnymi liniami KZK GOP-u ten powinien mnie zrozumieć. No bo wyobraźcie sobie sytuację, gdy za oknem zimno, mokro i nieprzyjemnie, śniegu po kolana, autobus ma przyjechać o 15:09, do domu kawał drogi, a Wy stoicie na przystanku od 10 minut i... no właśnie. Na przystanek co chwilę coś podjeżdża, ale to nie to, na co czekacie. O 15:15 dalej nie ma, a Wasze ręce zaczynają kostnieć z zimna. Zaczynacie chodzić w miejscu i macie nadzieję, że zaraz wsiądziecie do ciepłego autobusu. I co? Dalej nic. O 15:30 odliczacie już czas do kolejnego busa, bowiem jeździ on co pół godziny. Dlaczego więc ze wszystkich możliwych linii akurat ta musiała dzisiaj wypaść? Wsiadacie do spóźnionego autobusu gdy jest godzina 15:45. I macie dosyć.

Słabo, prawda? Ale to nic. Bawiąc się dalej w zimowym kręgu wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że za oknem mróz, a ty marzysz, by wsiąść do swojego autobusu, w którym będzie ogrzewanie. Z początkowego przystanku do końcowego jest około godziny drogi, spokojnie zdążysz się wygrzać. Marzenia. Autobus przyjeżdża o czasie, ale zamiast ogrzewania kierowca postanowił włączyć klimatyzację. Po godzinie wysiadasz na swoim przystanku i... drżysz z zimna. Jesteś skostniały i jedyne o czym marzysz to o dużym, gorącym kubku parującej herbaty z miodem i cytryną albo zwykłej słodkiej czekolady. Znowu psioczysz na KZK GOP, a jeszcze czeka Cię powrót do domu. Wtedy zadajesz sobie pytanie Dlaczego ja?, prawda? Też często mi się to zdarza.

Klimatyzacja w zimie i ogrzewanie w lecie (sic!) zdarza się rzadko, ale jednak. Naprawdę. W lutym jechałam właśnie w takiej nowoczesnej lodówce, gdzie nie umiałam później zgiąć palców, tak mi zmarzły dłonie. Koszmar! Ale całkiem niedawno, bo w wakacje, jechałam ogrzewanym autobusem. Na dworze odczuwalne jakieś czterdzieści stopni Celsjusza, w autobusie chyba z pięćdziesiąt, bo przecież nikomu nie chce się ruszyć dupy i pootwierać okna. Bo wieje. Tłumaczenie "bo wieje" sprawia, że nie wiem czasami co odpowiedzieć, a ręce mi opadają i szczęki z podłogi nie potrafię pozbierać. Ciężko lekko żyć.

Ale KZK GOP to nie tylko opóźnienia autobusów (zdarzające się nagminnie) i brak dezorganizacji (co było bardzo widoczne 23 października, gdy wybuchła kamienica w Katowicach i informacja o zmianach pojawiła się prawie o 10 rano), ale to również ludzie. Przede wszystkim ludzie. Nie tylko pasażerowie, których jest ogrom, ale także kierowcy, którzy są, no cóż, różni. Komunikacja miejską jeżdżą ludzie w różnym wieku. Głównie jednak licealiści, studenci, osoby pracujące i, zmora większości pasażerów, emeryci. Chyba każdy wie, co mam na myśli, ale to przedstawię Wam zaraz. Jak już podzielę pasażerów.

AUTOBUSOWA POPULACJA.


Codzienne tłumy jeżdżą autobusami. Od rana do wieczora. O każdej porze jedzie przynajmniej pięć osób. Czasem jedzie tyle, że człowiek siłą wciska się do swojej lymuzyny. Autobusy to źródło wszystkiego. Inspiracji do dowcipów i anegdotek, opowiadanych przy rodzinnych spotkaniach. To także źródło wcześniejszej lepszej wersji kofeiny. A dlaczego? Bo ludzie są różni i różnie do spraw podchodzą. Zaczynamy!

1. KIEROWCY!

Wiadomo, podstawa komunikacji. Bez kierowcy samochód czy autobus nie ruszy. Ale nawet oni są różni. Spotkałam się już ze wszystkim. Chyba. Kiedyś kierowca zamknął mi drzwi przed nosem i odjechał, mimo iż na niego machałam. Innym razem widział, że biegłam do autobusu (tak to jest, jak człowiek wychodzi na styk), a już zdążył ruszyć, to i tak się zatrzymał, otworzył mi drzwi i poczekał na mnie. Naprawdę bardzo, bardzo miłe doświadczenie. Dzisiaj właśnie był taki kierowca, gdy jechałam na uczelnię. Zatrzymywał się, nawet jeśli już ruszył, czekał, gdy widział, że ktoś biegnie. Są różni kierowcy. Również tacy, którzy mają wrażenie, że przewożą worki kartofli, a nie ludzi. Jeszcze nigdy nie modliłam się w autobusie. Do tamtej chwili. Słyszałam także kiedyś, jak kierowca nawrzeszczał na pasażera, bo dał mu zbyt drobne za bilet. Serio?

2.  SIATKI MUSZĄ SIEDZIEĆ!

Znacie takie zjawisko? Myślę, że nawet nie trzeba tego opisywać. Wolne miejsce zastępują siatki z zakupami, torebki, plecaki, torby podróżne. Ostatnio widziałam nawet zdjęcie papieru toaletowego na dwóch miejscach. Dwóch. To dopiero była przesada. Ja osobiście nie miałam jeszcze jakiegoś spięcia z autobusowymi siatkami na wolnych miejscach, ale kto wie, kiedyś musi być ten pierwszy raz. No chyba, że okaże się zaraz, że mam szczęście i mnie to nie spotka (głupi zawsze ma nadzieję).

3. JESTEM STARSZY/A I NALEŻY MI SIĘ TO MIEJSCE!

Zdecydowanie największa plaga. Ogólnie jestem osobą tak wychowaną, że ustępuję miejsca starszym. Nie zawsze jednak. Kiedyś wstawałam za każdym razem, gdy tylko widziałam starszą osobę, która zbliżała się do mojego miejsca. Bo przecież tak nakazuje savoir vivre. Ale czy na pewno? Im dłużej jeżdżę tym bardziej zmienia się mój światopogląd (przynajmniej autobusopogląd). Nauczyłam się, że nie zawsze ustąpienie miejsca uznane jest za kulturę. Czasem zdarza się, że człowiekowi obrywa się właśnie za BRAK kultury, bo ustąpił miejsce. "Przecież nie jestem taka stara!" usłyszałam kiedyś w autobusie. A potem wmurowało mnie w ziemię. Niestety to był tylko jeden taki dziwny moment. Kilka razy spotkałam się z tym, że ustępowałam miejsca, a dane osoby mówiły mi, że mam siedzieć, bo one to tylko jeden przystanek i się nie opłaca im siadać. To, o dziwo, zdarza się dosyć często. A poza tym, dosyć często, widuję "muszę siedzieć, złaź!" i tutaj zamierzam przytoczyć kilka takich sytuacji.

sytuacja 1:
Siódma rano, środek tygodnia, autobus zatłoczony studentami i osobami jadącymi do pracy. Siedzę niedaleko drzwi, czytam notatki na zajęcia. Miejsce obok mnie wolne. Wiadomo, kolejny przystanek, otwierają się drzwi i... słyszę JĄ. Jeszcze nie widzę, ale już słyszę. Podnoszę wzrok i widzę starszą kobietę, stojącą przed drzwiami razem z koleżanką.
- TO jest MOJE miejsce, ja tam MUSZĘ usiąść, przecież nie wystoję! - drze się tak, że chyba wszyscy dookoła ją usłyszeli. Wciska się do autobusu, nie czekając aż ludzie wysiądą i przeciska się na miejsce obok mnie, przy okazji depcze mnie i dwa razy dostałam z torebki. OK, wdech i wydech, przecież nie nawrzeszczę na starszą panią. Jestem kulturalna. Wychowana. Dam radę. ONA od razu zaczyna nawijać do swojej koleżanki, a ja wstają i z własnej woli ustępuję miejsca kobiecie, która uśmiecha się do mnie jakby przepraszająco i dziękuje za ustąpienie miejsca. Ona siada, ja staję obok nich i autobus rusza. Koniec historii? Byłoby fajnie, gdyby ONA nie postanowiła dalej terroryzować. Gada tak głośno, że musi usłyszeć ją przynajmniej połowa autobusu, spokojnie mogłaby przyciszyć swój głos, ale po co, wtedy tylko koleżanka wiedziałaby o czym mówi. No właśnie. O czym? Że ta dzisiejsza młodzież jest taka niewychowana! Nikomu miejsca nie ustąpi! Ona biedna i stara musi prosić o miejsce! A młodzi sobie jeżdżą, chociaż mają siły i są zdrowi! A ona schorowana! I podczas całego tego bezsensownego monologu patrzy się na mnie nieprzyjemnie, a ja się zastanawiam co też mogłam jej zrobić. Przecież nie musiała błagać o miejsce, bo było wolne, a jej koleżance ustąpiłam od razu. Postanowiłam się nie odezwać. Jeszcze mnie zlinczują.

sytuacja 2:
Dziesiąta, może jedenasta rano (w południe?), środek tygodnia, autobus zaskakująco zatłoczony. Dworzec Katowice. Boli mnie noga, więc wsiadam do środka, mimo iż do przejechania mam tylko jeden przystanek. Nawet nie rozglądam się za miejscem, przecież na jeden przystanek to aż wstyd. Jeszcze nie włączyłam muzyki, bo dopiero skończyłam rozmawiać przez telefon. Sięgam po telefon, przeglądam i nagle słyszę jakieś krzyki. Nie puszczam muzyki (ciekawość zwycięża) i chowam telefon do kieszeni. Nie wiem CO dokładniej się wydarzyło, ale wystarczy, że słyszę i widzę co dzieje się teraz. Starszy pan, na oko koło sześćdziesiątki (może starszy) podniósł głos na chłopaka, który siedzi do mnie plecami (później dopiero widzę, że mógł mieć z dwadzieścia pięć lat, może nawet więcej). Wytężam słuch i opada mi szczęka.
- To TWÓJ obowiązek, ustąpić miejsca, kultura tego nakazuje, ty niewychowany gówniarzu! Jestem starszy, trzeba mi ustąpić! Schorowany, niewychowani gówniarze miejsce zabierają! Żeby cię gówniarzu w przyszłości też tak poskręcało i wszystko bolało, a nikt ci miejsca nie chciał ustąpić! - drze się, ludzie się rozglądają, w końcu miejsce ustępuje mi jakaś kobieta. Myślicie, że to koniec? Nie. Facet zajmuje miejsce, nie dziękuje kobiecie, bo po co, po czym dalej mówi, już nie krzyczy, o tej niewychowanej młodzieży: - Myśli taki, że mu wolno, podsiada człowieka, miejsce mu zabiera, a ja stary jestem, schorowany, nogi mnie bolą, reumatyzm doskwiera, oby gówniarz kiedyś zobaczył jak to jest, gdy pracuje się po 280 godzin tygodniowo (jakim cudem? chyba miesięcznie), a on co? Tylko siedzi, nic nie robi, pewnie siedzeniem się zmęczył... - I dalej wszystko w tym samym tonie. A ja tak jadę ten jeden przystanek i zastanawiam się cały czas... Komu tak naprawdę brak kultury i kto tutaj jest niewychowany? Chłopak, który nie ustąpił miejsca czy mężczyzna, który nazywa go gówniarzem i życzy mu wszystkiego najgorszego? Odpowiedzcie sobie sami.

sytuacja 3:
Może dziewiąta rano, środek tygodnia, autobus ani zatłoczony ani pusty, ale miejsc siedzących już nie ma. Nauczona doświadczeniem nie odzywam się słowem, bo pamiętam, że jak się odezwę to mnie jeszcze pół autobusu zruga za brak wychowania. Na jednym z przystanków do środka wsiada starsze małżeństwo, mężczyzna jest o kulach, a i tak ledwo się trzyma na nogach, kobieta pomaga mu wsiąść, bierze od niego jedną kulę, by mąż mógł się czegoś przytrzymać, bo miejsc siedzących nie ma i wszyscy odwracają głowę w bok. Patrzę na to, ale wolę się nie odezwać. Przecież nic nie zrobię, młodego nikt nie posłucha. Rozglądam się, niedaleko mnie stoi kobieta, może być po czterdziestce. Również na to wszystko patrzy, ale milczy. Autobus rusza, dalej nikt nie ustępuje miejsca. Kobieta robi dziwną minę, a ja czuję, że zaraz nastąpi "wybuch". Nie mylę się. Podchodzi niedaleko mnie, do ludzi siedzących i zwraca im uwagę:
- I co? Nikt z państwa nie widzi, że pan nie może ustać? Nikt nie ustąpi miejsca, wszyscy muszą siedzieć? Naprawdę nie znajdzie się osoba, która panu ustąpi? Wstyd!
Pan podziękował, jego żona również. Nagle znalazły się TRZY miejsca siedzące, bo ludzie szybko się z nich ulotnili. Pan usiadł, jego żona jedynie podała mu drugą kulę, by móc się lepiej trzymać, sama miejsca nie zajęła. Można? Można.

4. MOJE ŻYCIE TO TWOJE ŻYCIE. 

W XXI wieku z telefonami komórkowymi się nie rozstajemy i wie o tym każdy. Ja też dosyć często rozmawiam przez telefon, mimo iż nie lubię. Najczęściej wykorzystuję na rozmowy moment kiedy jadę autobusem bądź skądś wracam. Bo nie czuję się sama. Takie dziwne przeświadczenie, wiem. Staram się jednak mówić jak najciszej, żeby nie słyszał tego cały autobus. Albo przynajmniej żeby nie mówić o sprawach prywatnych. Czasem, przyznam szczerze, ze zwykłej złośliwości mówię coś, jeśli wiem, że ludzie mnie podsłuchują. W ten sposób powiedziałam kiedyś, że czuję, że ten kaszel to nie jest zwykłe przeziębienie, a może jakaś gruźlica. Od razu ludzie przestali się na mnie pchać, bo już mi oddechu brakowało. Albo gdy naprawdę boli mnie noga i zajmuję miejsce siedzące w autobusie, to zdarza mi się o tym powiedzieć przy rozmowie przez telefon - przynajmniej nie ma potępiających spojrzeń. Kiedyś również (także ze złośliwości) zaczęłam wymieniać podczas rozmowy, że rozmawiałam wczoraj z X, potem Y, a jeszcze później Z i chciałabym się z każdym z nich spotkać w najbliższym czasie, ale nie wiem co na to W, a trochę byłoby szkoda, żeby się V obraził. W spojrzeniu babci, która mnie podsłuchiwała, zobaczyłam wielkie potępienie i była blisko tego, żeby się przeżegnać na mój widok, ale bardzo szybko przestała słuchać (wiem, bo się przesiadła). Jednak to co innego, bo zawsze później zaczynałam się śmiać. Czasem jednak jadę autobusem i słucham historii, których słyszeć bym nie chciała. A później są, takie kwiatki:

"No, mój kolega był tam rano i zrobił kilka fotek. Już je wrzucił na fejsa!" - rozmowa dwóch dziewczyn z liceum, może nawet gimnazjum. Wczoraj. A wszystko to dotyczyło wczorajszego wybuchu gazu w Katowicach. Ręce mi opadły i zaczęłam się zastanawiać co też kolega podpisał pod tym zdjęciem. Słit focia z gruzem? Ja i tragedia kilkunastu osób? X wozów strażackich i ja? Szkoda słów.

"Powiedziałam mu, że jak nie znajdzie pracy to się z nim rozwiodę, bo ja chama utrzymywać nie będę!" - powiedziała donośnym głosem pani, stojąca tuż obok mnie. Może nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie fakt, że słuchałam Rammsteina. Przez słuchawki. A mimo to ją usłyszałam. Ciszej, błagam.

"Nawet nie wiesz jakie dobre są te czekoladki dla mojego psa! Ostatnio mu kupiłam i sama połowę zjadłam. Chcesz spróbować?" - dwie gimnazjalistki. Albo licealistki. Mniam.

Oraz masa innych historii z życia, włącznie z tym, co poprzedniego dnia robiła kobieta ze swoim mężczyzną (albo raczej dziewczyna ze swoim chłopakiem), co też ostatnio powiedział lekarz na wizycie, jakie choroby, co się wydarzyło... Cała historia z życia.

A ja po prostu apeluję: SZANUJMY SIĘ.
Bo lepiej nie będzie, jeśli o to nie zadbamy.

Dobranoc!

Czytaj dalej:
7 komentarzy
Udostępnij:

01.10.2014

podsumowanie ankiety + podsumowanie konkursu.

Cześć i czołem!

Witam w ten piękny, szaro-bury, środowy wieczór! Dzisiaj rozpoczęcie roku akademickiego. Nie było wykładu, cały dzień spędziłam w biegu, a teraz leżę pod kołdrą i za wszelką cenę staram się wykurować na jutro, mimo iż moja pani doktor nie bardzo się z tym zgadza - z tego co mi powiedziała, mam na całej tylnej ścianie gardła pęcherze. No i mam ataki kaszlu. Mało pozytywny początek roku akademickiego. Ale nie narzekam, skupiam się na tym, że powinno być dobrze. Jutro zaczynam zajęcia o 11:30, zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie. No, ale to nie o tym. Dzisiaj mam podsumować ankietę, którą zrobiłam kilka dni temu!

PODSUMOWANIE ANKIETY


Wyniki wrześniowej ankiety, związanej z tematyką postów.

Patrząc na powyższy screen zakończonej ankiety - wynik jest jednoznaczny. Najwięcej osób zagłosowało na przemyślenia. Jest to dla mnie bardzo ważne, bo dzięki temu wiem, że wszystkie moje posty przemyśleniowe nie idą na marne i są tutaj ludzie, którzy lubią je czytać. Obiecuję, że postaram się dalej pisać Wam o tym, co myślę na dany temat. Już mam nawet kilka pomysłów na przyszłe posty, mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. A może Wy chcielibyście o czymś specjalnym poczytać? Jakiś temat, na który opinię chcielibyście poznać? Śmiało, piszcie w komentarzach!

Drugie miejsce zajęły recenzje książek, czego jeszcze nie było na moim blogu. Kiedyś myślałam o tym, czy nie założyć osobnego bloga do recenzji. Przez pewien czas nawet go prowadziłam, w dalszym ciągu zresztą widnieje w blogosferze, ale nie umiem mu poświęcać tak wiele czasu, jak poświęcam Wam tutaj. Może więc pojawi się specjalna zakładka z recenzjami? Kto wie, na pewno będę miała na uwadze Wasze zdanie!

Na trzecim miejscu pojawiły się aż trzy rzeczy - hobby i zainteresowania, przepisy oraz recenzje filmów. Przepisy pojawiły się już kilka razy, najczęściej były to desery. O hobby i zainteresowaniach na pewno napiszę nie raz, ale nie sądziłam, że recenzje filmów mogą cieszyć się taką popularnością. Przyznam się szczerze, że nigdy nie pisałam tego typu recenzji, ale mam nadzieję, że Was nie zawiodę, ale na pewno postaram się sprostać Waszym oczekiwaniom. 
Sześć osób zagłosowało na DIY oraz fotografie, a więc najwyższa pora cokolwiek z tego stworzyć. Zdjęcia już dodawałam, nie raz i nie dwa, ale nigdy nie wrzuciłam niczego z serii Do It Yourself, bo nie byłam pewna czy chcecie coś takiego czytać czy oglądać. Teraz już wiem, że mogę tworzyć takie posty, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto chętnie je zobaczy. A może i skorzysta! Na pewno planuję zrobić serię świątecznych postów, w których znajdą się przepisy, DIY oraz przemyślenia. Takie combo!

Pięć osób bardzo chętnie poczyta o podróżach, pomysłach na dekoracje i życiu codziennym. O ile pierwsze dwa mnie nie zdziwiły, o tyle życie codzienne było dla mnie szokiem. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawę, że ludzie lubią czytać posty w stylu życia codziennego - co jadłam, co piłam, co robiłam. No i bardzo, bardzo długo ta rubryczka była pusta! Co do podróży - znowu Was zawiodłam, bo trzeci miesiąc zbieram się do napisania relacji z Grecji i dalej nic z tego nie wyszło. Może niedługo coś napiszę, w końcu. 

Trzy osoby chętnie zerkną na inspiracje, a ja bardzo chętnie Wam będę je pokazywać w dalszym ciągu. Może prócz niedzielnych inspiracji dodam jeszcze jakieś inne, okazyjne, ale to się jeszcze zobaczy. Jak to się mówi - czas pokaże. 

Dwa głosy daliście na recenzje kosmetyków, więc może od czasu do czasu coś takiego się pojawi. Jedna osoba chętnie przeczyta posty w stylu TAG, myślę, że może w związku z tym dodam jakiś okazyjny TAG, na przykład z okazji świąt. Co Wy na to? 

Zero głosów przy kategorii: inne. Przyznam szczerze, że miałam nadzieję, że coś tutaj będzie i pojawią się jakieś komentarze w związku z tym. Może mielibyście jakieś pomysły, przynajmniej ja miałam taką nadzieję. Trochę zawaliłam, bo nie dałam w ankiecie opcji WYWIADY, ale już za późno. Może kiedyś zrobię nową ankietę. ;). Póki co - podsumowałam tę ankietę i wiem już czego chcecie, a co może się więcej nie pojawiać na blogu. Mam nadzieję, że dzięki temu blog będzie nie tylko dla mnie, ale w głównej mierze dla Was. Zobaczymy!

A teraz czas na drugie, dla mnie mało pozytywne podsumowanie, bowiem chodzi o...

KONKURS FOTOGRAFICZNY!



Z okazji roku bloga, a więc 7 lipca 2014, postanowiłam zorganizować konkurs. Większością głosów zadecydowaliście, że ma to być konkurs fotograficzny. Przygotowałam wszystko, włącznie z nagrodami materialnymi. Po przedłużeniu terminu do końca września miałam nadzieję, że dostanę więcej prac, żeby było z czego wybierać. Kiedy jednak dostałam tylko cztery maile z fotografiami, po trzech miesiącach konkursu, postanowiłam go zakończyć, a mianowicie odwołać. Nie ma sensu, by trzy osoby dostały nagrodę, a czwarta musiała obejść się smakiem. Cóż, może następnym razem. Może, mam w sumie taką nadzieję. Planuję jeden konkurs na święta, może wtedy coś z tego wyniknie? Zobaczymy. 
Na chwilę obecną jednak bardzo, bardzo dziękuję dziewczynom, które wysłały do mnie swoje zdjęcia. Były bardzo ładne, ale niestety, dostałam ich zdecydowanie za mało. Nie mniej jednak polecam zaglądać na bloga - może niedługo pojawi się konkurs, w którym również chętnie weźmiecie udział. Może wtedy się uda ;).

Czytaj dalej:
3 komentarze
Udostępnij:

26.09.2014

i nadeszła jesień.

Dzień dobry!

Kilka dni temu mieliśmy pierwszy dzień kalendarzowej jesieni, która na dobre zagościła już za oknami, chociaż nie w takiej formie, w jakiej ją uwielbiam. A najpiękniejsza jesień to taka pełna barw i kolorów, przeplatająca ze sobą zieleń, żółć i czerwień. Prawdziwa złota jesień to coś pięknego, bajecznego. A co dostajemy w tym roku w zamian? Deszcz, szarość, zimno. Co więc możemy zrobić w takie pochmurne jesienne dni i wieczory? Możemy zrobić wiele, by jakoś je osłodzić ;).

1. Kominki zapachowe i świeczki. 

Kiedy za oknem szaro, buro i ponuro to nie możemy się załamywać! By ogrzać pomieszczenie wystarczy kilka podgrzewaczy, świeczek zapachowych czy kominków do aromaterapii. Wybieramy jakiś przyjemny, ciepły zapach i rozkoszować się nim, siedząc w pokoju. Uwielbiam ciemne wieczory przy zapalonych świeczkach i rozchodzących się zapachach jesieni po moim pokoju. Od razu robi się cieplej. I przytulniej.

2. Koc, kakao i książka. 

Późnymi wieczorami zdarza się, że strasznie marznę. Fajnie jest wtedy owinąć się kocem, zrobić sobie gorącą kawę, herbatę albo kakao i zabrać się za książkę - jakąkolwiek, nową czy starą, ulubioną czy polecaną przez znajomych. Nie ważne. Ważne, że ponury wieczór można spokojnie zamienić na przytulne chwile dla siebie.

3. Do piersi przytul psa, weź na kolana kota...

Okna zamknięte, drzwi zamknięte, za oknami deszcz i plucha, ciemno i zimno, z łóżka wyjść się nie chce, nic się nie chce... Ale można przytulić się do swojego stworzenia - kota, psa, królika, świnki morskiej. Zawsze można przytulić również jakiegoś pluszowego misia, kogokolwiek, by się ogrzać i przytulić. By było miło.


Sposobów na pochmurny, jesienny wieczór jest mnóstwo. Prócz powyższych trzech równie dobrze można włączyć sobie jakiś film albo jakąś grę. Można również spędzić czas w towarzystwie najbliższych, porozmawiać, zagrać w jakąś planszówkę, ułożyć puzzle, zagrać w karty. Ponury wieczór możemy zamienić w coś pięknego, ale wszystko to zależy od naszej inwencji twórczej. Od nas samych. A co możemy robić gdy za oknem słońce?

Odpowiedź jest prosta: zdjęcia!




Wszystkie fotografie pochodzą z mojego osobistego zbioru i zostały zrobione w październiku 2013.

Czytaj dalej:
11 komentarzy
Udostępnij:

18.09.2014

akcja - reaktywacja.

Dzień dobry!
Nie napisałam nic od równego tygodnia. Długo zbierałam się do napisania czegokolwiek, w wersjach roboczych powstało kilka kawałków postów, nigdy więcej niż, mniej więcej, pół strony w Wordzie. Zaczęłam się już zastanawiać czy zwyczajnie się nie wypaliłam, gotowa byłam pisać do wszystkich znajomych z prośbą o podrzucenie mi jakiejś propozycji do napisania posta. Ale przecież od dawna mam zapisane awaryjne pomysły na posty, dlaczego więc żadnego z nich nie byłam w stanie ruszyć? Nie potrafiłam podzielić się z Wami tym, co mnie dręczy, nie potrafiłam sklecić jednego, porządnego postu. Poczułam, że się wypaliłam i poczułam, że to chyba nie ma sensu.

Ale zaraz, jak to nie ma sensu? Mam się poddać, tylko dlatego, że nie jestem zadowolona z kilku postów? Że nie mam pomysłu na coś? Że od tygodnia nic nie napisałam? Nie ma mowy! Obiecałam sobie, że dopóki będę mogła - będę pisać. Przecież robię to dla siebie, nie dla współprac. A skoro robię to dla siebie to przecież nie muszę pisać codziennie, co dwa dni, co trzy. Wystarczy, że będę pisać raz na jakiś czas. Przemyślałam jednak wszystko co do tej pory opublikowałam na tym blogu, jak to wszystko wygląda, o czym tutaj piszę, czego tutaj brakuje.

AKCJA - REAKTYWACJA
AKCJA - REANIMACJA

Pomyślałam sobie, że na blogu powinny zajść zmiany. Znowu. Powinno pojawić się więcej tematycznych postów. Przede wszystkim zamierzam się skupić właśnie na takich postach tematycznych, różnego rodzaju, a nie na wiadomościach o niczym, byle by były. Przecież nie taki był mój zamysł, gdy zakładałam tego bloga. Wiadomo, jego zamysł był zupełnie inny niż w chwili obecnej, ale ja cały czas się zmieniam, a razem ze mną - zmiany zachodzą na blogu. Mam nadzieję, że te zmiany, które chcę, by zaszły, przypadną Wam do gustu. W końcu, po części, blog jest również dla Was.


A czego oczekuję po moim blogu? Zapewne będę starała się dodawać więcej postów związanych z fotografią, drobną przeróbką zdjęć, efektami różnych sesji, makro i krajobrazami. Poza tym planuję częściej dodawać przepisy na różne dania bądź słodkie desery, póki co jest ich na blogu niewiele, ale mam nadzieję, że to się zmieni. Muszę to nadrobić! Zamierzam wprowadzić również sekcję DIY oraz to, co mnie najbardziej interesuje - śluby i wesela, organizacje, suknie ślubne. Na pewno dalej będę starała się pisać swoje przemyślenia na różne tematy, czego na moim blogu do tej pory jest najwięcej. Może jeszcze pojawią się jakieś TAG-i, na pewno będę starała się pisać na różne okazje - posty świąteczne, noworoczne, inne tego typu.

Najbardziej jednak zależałoby mi na opinii Was, czytelników. Dlatego też po lewej stronie u samej góry pojawiła się ankieta, do głosowania w której bardzo gorąco Was zachęcam. Będzie to dla mnie znak, bym wiedziała o czym mogę częściej tutaj pisać, co dodawać, co robić, by Wam się podobało tutaj, na blogu. Także głosujcie, a ja postaram się później skupić na tym, co najchętniej czytacie. Na pewno postaram się również zastosować jakoś do Waszych rad. W końcu ma się nam dobrze "współpracować".

Na pewno postaram się pisać w miarę regularnie, chociaż nigdy na siłę. Chcę, by ten blog był prowadzony długo, starannie i tak, bym kiedyś mogła do niego wrócić z uśmiechem, nawet jeśli przestanę go pisać, co również może się zdarzyć. Co kiedyś zdarzy się na sto procent.

A na dzisiaj - dobrej nocy Wam życzę ;)

Czytaj dalej:
2 komentarze
Udostępnij:

11.09.2014

o czym mogę pisać?

Dzień dobry!

Dzisiaj znowu ja, w ten smutny, szary czwartek. Dzisiaj znowu chłodno, ale ja uwielbiam ten chłód. Szkoda tylko, że nie do końca pasuje on do robienia zdjęć. Ale i tak nie mam głowy do zdjęć, muszę skupiać się na rzeczach ważnych. I ważniejszych. No, ale ja nie o tym. Dzisiaj o popularnym zjawisku na grupach blogowych. Na blogach czasem też, ale to co innego. 

O czym mogę pisać?


Na pewno każdy z nas chociaż raz w życiu zadał sobie pytanie co mógłby napisać na blogu. Ja również czasem piszę do znajomych z pytaniem o czym by chcieli przeczytać, bo wiadomo, żeby ktoś czytał Waszego bloga - musicie znaleźć temat, który będzie interesujący i trafi do danego przedziału czytelników. Wiadomo, że dany blog nie trafi do wszystkich, trafi tylko do danej części. Ale przecież piszemy bloga, by trafić do danej grupy odbiorców. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że elaboraty docierają do nielicznych, których to interesuje, nie do wszystkich. Ale blogowanie to nie tylko docieranie do grona odbiorców. To również zabawa z pisania, hobby, coś, co powinno być najpierw ważne dla nas, a później dopiero dla całej reszty. Dlaczego więc na grupach pojawia się tyle postów z zapytaniem?

Grupy blogowe opanowane zostały przez posty z pytaniami "O czym mogę pisać?", które niczego nie wnoszą do blogosfery. Wiadomo, każdy ma jakiś zastój z pomysłami na posty. Każdy może mieć gorszy dzień. Ale jaki sens ma wypytywanie ludzi o nowe, oryginalne pomysły na posty? Ja też czasem mam taki zastój. Widzę, że na moim blogu od tygodnia nie pojawił się żaden post, liczba odwiedzin maleje, komentarzy nie ma, statystyki lecą na łeb na szyję, a ja czuję, że muszę coś napisać. Po prostu muszę! Muszę! Ale co napisać? O czym wspomnieć, żeby to nie były kolejne puste słowa? Zdarza się, że wysyłam wiadomość do jednej, drugiej, trzeciej koleżanki, z zapytaniem o czym chciałaby poczytać. Nie chodzi o to, by rzuciła gotowym pomysłem w stylu "słuchaj, chcę poczytać o wojnie w Wietnamie", a o to, by podrzuciła "słuchaj, chętnie przeczytałabym jakieś Twoje przemyślenia na taki czy inny temat" albo "fajnie by było, jakbyś wrzuciła jakiś TAG" ewentualnie "a może podrzucisz jakieś swoje zdjęcia z opisem?". Wtedy od razu kiełkuje się w mojej głowie jakiś plan, co mogłabym napisać. Jak mogłabym dotrzeć do czytelników. No i dostaję jakąś wiadomość co napisać, by przyciągnąć kilku czytelników. 

Jestem potworem, bo za każdym razem, gdy widzę "Podajcie mi oryginalne pomysły na posty" zarzucam komentarzem, że oryginalne posty to zachowuję dla siebie. No bo nie po to siedzę i myślę o czym napisać, by później rozrzucić taki pomysł na pół blogosfery. Prawda? Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś nie ma pomysłu na blogowanie - niech poszuka czegoś innego do roboty. Ciekawszego hobby, czegoś, na co będzie się miało pomysły. Czerpmy pomysły na posty prosto z życia. Opiszmy jak piękny był spacer do parku, powiedzmy o naszym zainteresowaniu, zapiszmy nasze inspiracje! W końcu coś nas w życiu musi inspirować!

O czym mogę pisać? O tym, co lubię. O tym, co mnie interesuje, o hobby. Jeśli tworzymy coś rękodzielniczego - pokażmy zdjęcia naszych dzieł. Jeśli robimy zdjęcia - pokażmy efekty! Opiszmy nasz ostatni wyjazd ze znajomymi czy rodziną, powiedzmy jak piękną mamy okolicę, dajmy znać gdzie warto pójść, gdy trafi się w nasze rejony. Piszmy to, o czym sami chętnie chcielibyśmy poczytać. Nie piszmy tego, co jest poczytne, nie próbujmy na siłę wypromować bloga, bo prawda jest taka, że jeśli robimy coś interesującego to w końcu ktoś nas dojrzy. Trzeba tylko robić to, co się chce, nie to, co chce cały tłum ludzi. 

Piszmy to, co myślimy. Nie skupiajmy się na tym, by wszyscy byli zadowoleni z naszego bloga. Najważniejsze, by zadowolony był autor, bo w końcu to jego blog, nie blog czytelników. Niektórzy w końcu się znudzą, innym zmieni się "system wartości". Co wtedy zrobi bloger, piszący pod publiczkę, a nie dla siebie? Co z tymi postami, napisanymi byle jak, byle były komentarze i wyświetlenia? Usunie wszystko i zacznie od nowa? Szkoda pracy. 

Kochany autorze bloga, pisz to, o czym sam chciałbyś czytać. Pisz to, co przyjdzie Ci teraz do głowy. Pisz tak, by być zadowolonym z siebie, z bloga. Kochany autorze bloga, bądź sobą, nie baw się w zastanawianie się co kto woli. Pisz wtedy, kiedy chcesz, nie kiedy musisz. Pisz, gdy masz pomysł. Nie proś o pomysły, proś o inspiracje. I bądź sobą. 


A Wy? O czym lubicie czytać? ;)

Czytaj dalej:
6 komentarzy
Udostępnij:
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.