09.07.2013

pomadki.

Witajcie,

to znowu ja. Jako iż mój wyjazd na wakacje zbliża się wielkimi krokami to muszę jak najszybciej dodać kolejną notkę z recenzją, tym razem pomadek. Mam nadzieję, że do wyjazdu uda mi się wrzucić jeszcze ze dwie takie notki, włącznie z tą, albo i bez niej. Później zostawiam was na dwa tygodnie. Ale do rzeczy! Przed nami kolejna recenzja. Większość kobiet uwielbia dbać o swoją urodę, a najbardziej podatnym na zniszczenia są usta - pękają, skóra momentami schodzi, pierzchają, pieką, ogólnie sodoma i gomora! I jak mamy o to się troszczyć? Istnieje dużo sposobów - niektórzy korzystają z kremów uniwersalnych typu Nivea, które są, oczywiście, najlepsze, ale nieporęczne w użyciu. Można także korzystać z wazeliny kosmetycznej czy kremików uniwersalnych, ale to również jest nieporęczne, bo trzeba nakładać to palcem, a w przypadku za długich paznokci krem ten wchodzi pod paznokieć i uczucie jest bardzo nieprzyjemne. Ja uwielbiam korzystanie z pomadek w sztyfcie - są małe, poręczne i pięknie pachną. Ja co i raz testuję kolejne, które teraz spokojnie mogę przed wami zaprezentować.

LAURA CONTI, WIŚNIA + MIĘTA. Po nałożeniu na usta ma się uczucie mrowienia. Jest to całkiem przyjemne uczucie, do którego jednak trzeba się przyzwyczaić. Ja się przyzwyczaiłam całkiem szybko i ta pomadka na zdjęciu powyżej jest już moją drugą. Zapach jest śliczny, a usta są po niej miękkie i jedwabiste, a do tego pięknie pachną i, co najważniejsze, nie kleją się! Sama pomadka nadaje lekko różowy kolor ustom, dzięki czemu wyglądają na ciemniejsze i pełniejsze.
NIVEA SUN PROTECT, SPF 30. Pomadka w sam raz na letnie upały, kiedy to słońce za bardzo grzeje i spala nam skórę. Nivea nawilża usta i sprawia, że nie są takie spierzchnięte, ale cały czas trzeba o tym pamiętać, by co jakiś czas posmarować na nowo usta, bo, jak wiadomo, każda pomadka szybko się ściera. Jest raczej bezzapachowa i bezbarwna, to przykład pomadki, która ma leczyć, a nie sprawiać, że człowiek ładnie wygląda, prawda? Jednak kiedy nałoży się jej za dużo to usta robią się białe.
NIVEA PEARLY SHINE. Daje piękny perłowy połysk i sprawia, że usta są jaśniejsze, ale także bardzo miękkie. Uwielbiam ją, ale najczęściej używam jej tylko, kiedy nie wychodzę z domu, tylko dlatego, że ja i jasne usta to nie jesteśmy najlepszym połączeniem. Mimo wszystko jednak bardzo ją lubię, bo pomaga regenerować się spierzchniętym i popękanym ustom. Często używam jej także na noc, kiedy usta przechodzą kryzys i po dwóch dniach stosowania jej cały czas wracają one do normy. Jak najbardziej jestem za tą pomadką. 
MED CLUB NA NOC. To dla mnie zupełna nowość. Widziałam go tylko raz w jednej z drogerii, kupiłam, po czym za kilka dni już go w tej drogerii nie znalazłam. Ten Med Club to linia pomadek na różną okazję. Nie mają smaku i zapachu, za to niektóre barwią usta na czerwono. Ta, zielona jest na noc. Zawsze nakładam całkiem grubą warstwę na spierzchnięte usta i idę spać. Rano już są dużo miększe niż dzień wcześniej a gdzieś po trzech dniach nie widać śladu po tym, jak było niedawno. Najlepiej nie próbować zlizywać, bo jest niedobry, ale przynajmniej pomaga. Ode mnie duży plus.
MED CLUB KOLORYZUJĄCY. Jako jedyna z pomadek Med Club koloryzuje usta na ostry, intensywny różowy. Również nie ma smaku i zapachu, ale trzeba uważać, by przy smarowaniu nie wyjść poza kontury ust, bo może zostać lekko różowa skóra dookoła. Dostatnio nawilża spierzchnięte usta, a przy okazji nie trzeba nakładać na nią czy pod nią kolorowej szminki, bo ta sama w sobie nadaje naszym ustom kolor i jedwabistą miękkość. W konsystencji przypomina mi lekko zmarzniętą wazelinę. Mimo braku zapachu i lekko nieprzyjemnego smaku jestem zdecydowanie na tak. 
MED CLUB NA SŁOŃCE I MRÓZ. Kolejna pomadka dobra na słońce, by osłonić nasze usta przed zgubnymi wpływami UV. Ta natomiast ma kolor żółty, ale nie daje on żadnego koloru na usta, więc jest bezbarwna, bez zapachu i z lekko nieprzyjemnym smakiem, kiedy poliże się usta. Jest jednak bardzo mocno nawilżająca, jak pozostałe pomadki z serii Med Club. Na lato w ciepłych krajach? Idealna!
BEBE WANILIOWA. Cudowny zapach wanilii idealnie nadaje się do korzystania z jej przez cały rok, w każdej z możliwych chwil. Wanilia otula nasze usta w pomadce, która sprawia, że stają się miększe i jedwabiście gładkie. Za zapachem wanilii w kosmetykach nigdy nie przepadałam i to się nie zmieniło, ale ta pomadka sprawia, że przymykam oko na to i używam jej na co dzień. Jest także bardzo dobrym podkładem pod zwykłą szminkę. Dostępna w Rossmannie.
SMACKER COLA. Pomadka o smaku Coli, jedna z wielu Smackerów dostępnych w większości sklepów. Długo wahałam się między tym smakiem a Spritem i trochę żałuję, że wybrałam Colę. Szybko ten smak się psuje, a sama pomadka robi się dosyć lejąca i mało przyjemna. Kupiłam ją po raz pierwszy i, zdecydowanie, po raz ostatni. Ja mówię nie, ale co kto lubi.

NIVEA FRUITY SHINE, CHERRY. Długo wahałam się czy kupić ten smak. Nigdzie nie umiałam znaleźć go pojedynczego i w końcu musiałam kupić dwie takie same za niecałe dwanaście złotych w Rossmannie. Teraz, kiedy już mam tę pomadkę to w ogóle nie żałuję, że kupiłam dwie! Jest słodka, ma cudowny zapach wiśni i barwi usta na lekki różowo-bordowy kolor. Ma w sobie drobinki złota, więc rozjaśnia wargi i sprawia, że są jedwabiście miękkie i pięknie wyglądają. 
NIVEA FRUITY SHINE, STRAWBERRY. Chyba najstarsza pomadka z Nivei, całe życie uwielbiana przeze mnie. Ma słodki, truskawkowy zapach i smak, kilka dodatków złotego, lekko farbuje usta i ładnie się błyszczy. Dla mnie zawsze ta pomadka będzie idealna. Uwielbiam ją i korzystam z niej cały czas. Piękne wspomnienie lata zawarte w takim małym sztyfcie. Miło powrócić do niego w zimie.
NIVEA VANILLA SHAKE. Zdecydowanie moja faworytka wśród pomadek! Vanilla Shake to połączenie owoców leśnych - żurawina, malina, truskawka właśnie z wanilią. Zmieszane w koktajlu dają niesamowity efekt, aż chciałoby się zjeść tę pomadkę. Jest przecudowna, ale już mi się powoli kończy. Mogłabym się nią smarować przez calutki czas. Usta są miękkie, jedwabiście delikatne i z masą witamin, sprawia, że wargi się szybko regenerują, przestają być spierzchnięte i popękane. Uwielbiana przeze mnie pomadka zawsze będzie na mojej półeczce!


NIVEA, MILK & HONEY. Jeszcze do niedawna nie lubiłam połączenia miodu i mleka z prostego względu - bardzo nie lubię zapachu miodu. Dałam się jednak przekonać, kupując sobie tę pomadkę i... zakochałam się w tym połączeniu. Możliwe, że z wiekiem człowiek zmienia swoje upodobania. Wracając jednak do pomadki - słodki i przyjemny zapach, idealna konsystencja i miękkość warg jest warta ceny pomadki. Zdecydowanie jestem na tak!
ISANA INTENSIV. Bardzo intensywne nawilżenie spierzchniętych i popękanych ust. Raz dwa sprawi, że nasze wargi znowu odzyskają dawną miękkość i jędrność. Nie ma smaku i zapachu, jest także bezbarwny. Ja z moją skłonnością do pękających warg muszę go mieć ciągle przy sobie. Ale pomaga! Niemiecka Isana jest dla mnie cudowną, kosmetyczną alternatywą.

NIVEA OLIVE&LEMON. Z początku nie byłam przekonana do tego zestawienia. Oliwki i cytryny? Nie zastanawiałam się jednak zbyt długo nad kupnem tego. I dobrze wybrałam. Sam zapach wszystko wynagradza. Jest słodki, ale stonowany, a usta wyglądają później dużo lepiej, są miękkie i delikatne, lekko się błyszczą. Dla mnie strzał w dziesiątkę.
ISANA HYDRO. Mocniej nawilżająca pomadka, bez zapachu, smaku i koloru. Jest bardzo przyjemna w swojej konsystencji i pomaga ustom wrócić do poprzedniej formy, nadając im miękkość i jedwabistość. Idealna na mrozy, oraz jako podkład pod szminkę. Wszystkie pomadki Hydro są bardzo dobrym zakupem.



AA MY LIPCARE, ALMOND. Pięknie pachnie migdałami, a ja kocham migdały. Konsystencja wazeliny, bezbarwna i bez smaku, z cudownym zapachem. Mam go dopiero od niedawna, więc ciężko mi określić jak działa na ustach, czy pomaga czy nie. Na chwilę obecną wiem tylko tyle, że lekko nabłyszcza wargi, ale jeśli jest w konsystencji wazeliny to na pewno jest bardzo pomocna. No i jest z AA, a to przecież jedna z lepszych firm kosmetycznych.


Niestety mój zestaw pomadek trochę się skrócił po tym, jak nie umiałam dzisiaj ich wszystkich znaleźć, mimo iż mam jeszcze jakieś pięć przynajmniej. Jak je znajdę to poczekam na kilka więcej i zrobię kolejną pomadkową recenzję. Pomysł na kolejną już się zrodził w mojej głowie tylko nie bardzo wiem kiedy ją dodam. Chciałabym przed wyjazdem. Cóż, jak widać powyżej jestem uzależniona od kupowania i próbowania pomadek, kilka swoich faworytów mam. Najlepsze firmy to, oczywiście, Nivea, ale także niemiecka Isana, której pomadki dostępne są tylko i wyłącznie w Rossmannie. Szkoda, że nie znalazłam wszystkich pomadek, bo wśród zagubionych była moja ulubiona Isana z owoców leśnych. Także dziewczyny, kupujcie pomadki, bo warto!

Do usłyszenia!
Patrycja Kolibaj
Patrycja Kolibaj

Studentka filologii polskiej i sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Stuprocentowa humanistka, autorka bloga humanistka na obcasach, dziewczyna z mnóstwem pomysłów na sekundę. Początkująca pisarka i felietonistka, amatorka fotografii, pasjonatka kulinarii. ARTYSTYKA.

2 komentarze:

  1. Witaj chciałabym cię prosić o napisanie kolejnego odcinka http://www.anxo-e-do-demo.blogspot.de/p/linki.html na tym blogu. To świetne opowiadania i aż chce się je czytać. Mam nadzieje ,że weźmiesz moją prośbę pod uwage, z góry dziękuje !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuję się okropnie czytając takie komentarze i nic nie mogąc na nie poradzić... :(

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Wszystkie zamieszczane na stronie treści są mojego autorstwa (lub udostępnione są za zgodą autora). Zabraniam kopiowania ich bez mojej zgody (na podstawie Dz.U.1994 nr 24 poz.83, ustawy z dnia 4.02.1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Czyli, mówiąc prostym językiem - kopiowanie jest kradzieżą intelektualną, a ta może zostać ukarana karą finansową lub karą więzienia.